Wróć do katalogu

Slazacy i Gorole cz.3

Ostfront. Jan zostaje wyslany na front rosyjski

slaskibyt, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jan przygotowywał się do egzaminów bardzo starannie, czuł się już pewnie w niemieckim i w mowie i piśmie, a wiedza medyczna potrzebna do egzaminu była wystarczająca, aby zrobić sobie małą przerwę. Coraz większe problemy komunikacyjne, bombardowania powodowały, że trudno było wybrać cel na krótki urlop, ale jego marzeniem zawsze był Hamburg. To miasto słynęło z portu - drzwi na świat. Każdy, kto chciał podróżować, startował w Hamburgu. Zabytki, stare miasto oraz nowoczesne techniki budowy statków to sprawiało, że wszyscy chcieli to miasto zobaczyć i on też.

Do Hamburga dotarli nocą. Pomimo obowiązku zaciemnienia widać było, że to gigantyczne miasto. Nawet w środku nocy ulice były pełne ludzi. Życie dudniło na każdym kroku. Jan z kolegami był trochę oszołomiony, była wojna, sytuacja na froncie zmieniała się. Każdy, kto rozumiał oficjalne komunikaty, wiedział, że tam daleko coś się zmieniło, coś niedobrego. Żaden komunikat nie mówił już o nowych zdobytych terytoriach, lecz o trzymaniu pozycji, wyrównaniu lini obronnych czy wycofaniu się na z góry zaplanowane pozycje. Tu w tym pięknym mieście nic nie dawało po sobie poznać. Czasami wydawało mu się, że Ci ludzie nie wiedzieli o wojnie. Cały dzień zwiedzali miasto. Ratusz, nigdy nie widział tak dużego, pięknego budynku. Szczególnie spodobały mu się dwa jeziora w środku miasta oraz kanały, wszędzie kanały i mosty a wokoło piękne stare zabytkowe budynki. Prawie żadnych przygotowań wojennych. Gdy jednak dokładnie się przyjrzał, zobaczył betonowe bunkry, były wszędzie, prawie każda ulica miała swój bunkier przeciwlotniczy a każdy mieszkaniec miał swój przydział do niego, „deutsche ordnung” pomyslał. Po pięknym dniu poszli do jednostki, gdzie mieli przenocować, aby następnego dnia wracać wczesnie rano do Dusseldorfu. Tego dnia było chłodno, niebo nad nimi bezchmurne sprawiło, że długo nie umieli zasnąć nawet miejscowi byli zachwyceni.Tak bezchmurnego nieba dawno w Hamburgu nie widzieli. Bylo już bardzo późno, gdy nagle, wpierw pojedyńczo potem w całym mieście rozległy się syreny. Wyły ze wszystkich stron, ryk był tak przeraźliwy, że każdy odruchowo zatykał uszy. Powolutku ze wszystkich stron w niebo strzelały swym gigantycznym światłem reflektory a zaraz za nimi pukała obrona przeciwlotnicza. Jan spojrzał w górę i zobaczył olbrzymią czarną plamę. Plama powoli przesuwała sie w kierunku centrum i portu zasłaniając całkowicie niebo. To były setki a może nawet tysiące wielkich samolotów. Ich kształt przypominał olbrzymie ptaki, czarne jak sępy, szykujące sie do ataku. Szybko uciekli do schronu. Żołnierz stojący przy żelaznej bramie zamykającej bunkier ponaglał wchodzących i ledwie je zamknął, gdy z oddali doszedł odglos pierwszego wybuchu. Potem nikt nie był w stanie rozróżnić pojedyńczych wybuchów. Wszystko zlało się w jeden niesamowity, upiorny huk a ziemia drżała w ciągłych konwulsjach tak jakby cały czas trwało trzęsienie ziemi. Niewiadomo jak długo trwał nalot, nikt nie odzywał się a wszyscy przerażeni czekali na jego odwołanie. W pewnym momencie wybuchy zaczęły milknąć. Czasami jeszcze gdzieniegdzie coś trzasnęło, ale to już był koniec. Kiedy drzwi się otwarły, buchnął w ich kierunku gorący śmierdzący powiew spalenizny. Natychmiast zorganizowano jednostki ratownicze i Jan trafił do małej karetki. Jednostka, w której był, w sumie mało ucierpiała. Kilka budynków zostało zniszczonych, ale samochody prawie nienaruszone stały w szeregu gotowe do akcji w kierunku centrum. Jan zobaczył jak miasto świeci. Prawie wszystkie domy byly oświetlone, ale było to inne światło - przeraźliwie czerwone, tak jakby w każdym budynku ktoś zlikwidował piętra a na ich miejscu rozpalił olbrzymie ogniska. Niektóre szczególnie te wąskie ulice były nieprzejezdne, nie z powodu gruzu, lecz z powodu gorąca. Jan widział jak metalowe lampy uliczne wyginały się z żaru i nie mógł sobie wyobrazić, jakie bomby mogą wytworzyć taką temperaturę. Gdy przerażony rozglądał się wokoło, zobaczył jak w gigantycznym betonowym bloku, który jako jedyny na tej ulicy pozostał nietknięty, otwierają sie metalowe drzwi schronu i powoli zaczęli wychodzić z nich ludzie. Wyglądali dość dziwnie napuchnięci i prawie nadzy. Poruszali się bardzo wolno, jak pijani zataczali się i przewracali. Gdy zaczęli się zbliżać do samochodu sanitarnego, Jan zobaczył, że cała ich skóra była brązowa i napuchnięta. Jan przypomniał sobie ludzi wydobytych z gruzów szpitala. Ktoś z boku powiedział – bomby fosforowe, tylko one umiały wytworzyc tak wysoką temperaturę, że ciało ludzkie doprowadziło do gotowania. Jan wiedział, że tym ludziom już nic nie pomoże, rozległe oparzenia w krótkim czasie doprowadzą ich do śmierci w strasznych męczarniach. W tym momencie podeszła do niego mała dziewczynka i wyciągnęła do niego swoje oparzone ręce, chciała coś powiedzieć, ale jej głos ginął w spalonych ustach. Wreszcie zrozumiał słowa Gebelsa o wojnie totalnej, nie mógł jednak pojąć skąd w cywilizowanym, bo tak mówiono o anglosasach, narodzie może być tyle zła, aby wymyśleć tak nieludzką broń. Pracowali bardzo długo, przewozili rannych do szpitali pomagali przy wydobywaniu rannych i zabezpieczaniu niewybuchów. Dopiero widok amerykańskiej, prawie jednotonowej bomby o wyglądzie olbrzymiego cygara uzmysłowił mu, dlaczego zniszczenia były tak ogromne. Jadąc po Hamburgu zauważył, że najwięcej ucierpiały dzielnice mieszkaniowe, te zamieszkałe przez robotników. Fabryka, koło której przejeżdżał, oraz urządzenia portowe zostały tylko w małym stopniu zniszczone. Wracali do Duselldorfu w milczeniu, nikt nie miał ochoty rozmawiać, a każdy przeżywał to, co zobaczył. Po raz pierwszy prawie wszyscy zrozumieli, że wojna to nie tylko dalekie i łatwe zdobycze, ale to również przerażająca śmierć zwykłych ludzi. Kobiety czy dzieci - dla bomb nie miało to znaczenia. Na miejscu czekała ich jeszcze gorsza niespodzianka. Zaraz po egzaminach wszyscy studenci wyruszają na Ostfront.

Jan znalazł się w małej, rosyjskiej wiosce, gdzie w budynku szkolnym zorganizowano mały szpital. Oprócz niego w szpitalu był jeszcze jeden lekarz i kilku pielęgniarzy. Zima zaczęła się na dobre, śnieg sypał bez przerwy a nocami temperatura dochodziła do –20 stopni. Front zatrzymał się jak sparaliżowany, a żołnierze zastygli w okopach i ziemiankach. Nic się nie działo, więc miał wiele czasu na rozmowy z Mullerem -starym lekarzem, nawet się z nim zaprzyjaźnił. Tego dnia Muller opowiadał mu o froncie w północnej Afryce, Jan z zaciekawieniem sluchał, bo przecież brat Julek tam został wysłany. Muller mówił – słuchaj, gorąco w dzień było tak, że nie mogłeś położyć gołej stopy na ziemi, bo miałeś od razu oparzenie. Najgorzej, gdy brakowało wody. Często cysterna wylatywała w powietrze na minie, a my w namiotach musieliśmy patrzeć jak woda z niej wypływa. I nic nie mogłeś zrobić. Lekarz zaciągnął się papierosem, napił się gorzkiej herbaty i opowiadał dalej – co niektórzy o słabych nerwach a może z wysuszenia zaczęli powoli czołgać się do powolutku wypływającej wody. Nietrwało długo, gdy od strony angoli zaczął strzelać snajper, zawsze ten sam, był cholernie precyzyjny. Próbowaliśmy mu przeszkadzać, ale nic nie pomagało. Najpierw strzelał w nogę a kiedy ranny się pomęczył i już nie umiał dalej, dostawał kulkę prosto w głowę- Muller przerwał tak, jakby chciał uczcić chwilą ciszy swoich kolegów i po chwili cicho dodał – raz po nocnym ataku chłopcy przyprowadzili kilku jeńców, miedzy nimi też tego snajpera. Był bardzo młody, drobnej kości i trząsł sie jak osika. Chłopcy przynieśli też ten jego karabin, śmieszne ale był wyprodukowany w Niemczech. Wsadzili mu do dupy, bardzo głęboko lufę i strzelili. Powiem ci, wyglądał bardzo smiesznie. Muller z namaszczeniem zgasił papierosa i długo dusił go w puszce, która służyła mu za popielniczkę. Jan usłyszał zbliżającą się kolumnę samochodów. To były posiłki z nowym wojskiem, Front miał ruszyć, a z tymi resztkami pochowanymi w okopach przecież niewiele już można było zrobić. Jan wyszedł przed szkołę. Przodem jechał wojskowy wóz gąsienicowy, który ubijał śnieg a za nim kolumna cieżarowych mercedesów poruszała się jego śladem. Wóz zatrzymał się przed chałupą, gdzie stacjonował dowódca. Okazała chałupa znajdowała się po drugiej stronie szkoły. Jan obserwował z zaciekawieniem nowoprzybyłych i nagle ręka z papierosem zastygła mu w bezruchu. Z samochodu wyskoczył uśmiechnięty Steinbaum, Nie był w mundurze, miał jak wtedy pod hotelem, skórzany płaszcz, a na głowie miał dziwną wełnianą baranicę. Jan nie mógł uwierzyć - co on tu robi, po co przyjechał- zadawał sobie w myślach pytania.I wtedy zobaczył żołnierzy wysiadających z ciężarówek. Byli bardzo młodzi, widać ostatni rocznik. Przeraził się jednak ich ubraniem, mieli lekkie płaszcze, buty całkowicie nie przystosowane do wysokiego śniegu i cieńkie czapki z nausznikami. Wyglądali już nieźle przemarznięci. Szybko ich nakarmiono i rozlokowano po ziemiankach. Janowi zdawało się, że słyszy znajome słowa, jakby śląski akcent, ale nie zaprzątał sobie dalej tym głowy. Po południu dowódca zwołał naradę oficerów i podoficerów. Jan jako lekarz był już podoficerem odpowiedzialnym za wszystkie oddziały sanitarne, więc miał obowiązek uczestniczyć w tego typu naradach. Nie bardzo chciał iść, bo bał się spotkania z Steinbaumem, ale chorych, poza kilkoma przemarznięciami, do opieki nie było w szpitalu, więc nie miał możliwości odmowy. Szef zaprosił wszystkich, aby usiedli i krótko przedstawił nowoprzybyłych – Przedstawiam dowódcę kompanii, która dzisiaj przyjechała - tu wskazał na starszego oficera - a z nim przyjechał Herr Steinbaum, szef policji ze Śląska, który po naszej ofensywie przejmie obowiązki szefa gestapo w – tu wymienił nazwę miasta, które było w linii ataku jednostki, kilkanaście kilometrów przed nimi. Narada była krótka, bo nie mówiono jeszcze o przygotowaniach do ofensywy. Więc po krótkim oficjalnym omówieniu spraw bytowych, szef zaprosił wszystkich na sznapsa. Steinbaum był wesoły, pełen entuzjazmu i ciągle próbował być dowcipny. Jego kawały nie bardzo się wszystkim podobały, a szczególnie jego entuzjazm bojowy. Steinbaum rozwodził się jak to nauczy Rosjan niemieckiego porządku, jak szybko poradzi sobie z partyzantami, którzy prawie co noc wykolejali pociągi z dostawami, a przede wszystkim jak szybko wypełni misje i oczysci miasto, gdzie bedzie komendantem policji, z Żydów. Mało kto był zainteresowany z nim rozmową i po krótkiej pogawędce powolutku każdy rozmówca przepraszał i szedł do innej grupy. Wszyscy, którzy przeżyli wschodni front, wiedzieli, że czas szybkich zdobyczy w Rosji się kończy i nowa wyprawa nie bedzie łatwa. Jan próbował chyłkiem opuścić salę i prawie już mu sie to udało, gdy przy drzwiach natknął się na Steinbauma. - O znajoma twarz- powiedział St. i zaraz zapytał – czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? Jan…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych