SMAK JAGÓD
wspomnienia z dzieciństwa..?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wyjazdy na wieś w okresie wakacji były już prawie tradycją. Zawsze na przełomie lipca i sierpnia babcia wyjeżdżała do swojej siostry na jedną z pod Częstochowskich wsi i zabierała mnie ze sobą. Taki wyjazd trwał około dziesięciu dni i jeśli pogoda dopisywała wracaliśmy obładowani słoikami dżemów jagodowych, torebkami suszonej lipy i wiankami suszonych grzybów. Właśnie skończyłem piątą klasę podstawówki więc miałem dwanaście lat, a te wakacje zapowiadały się bardzo nieciekawie. Domowa kasa była pusta, w planach nie było żadnych kolonii ani obozu harcerskiego, więc wyjazd z babcią miał być jedyną atrakcją tegorocznych ferii. Każdorazowo wyjazd poprzedzał cały rytuał robienia zakupów. Oprócz podstawowych rzeczy, takich jak pasta do zębów czy mydło, dzień przed wyjazdem babcia kupowała kilka krążków kiełbasy, żółty ser i jakieś puszki. Twierdziła, że nie chce objadać ciotki Emilki. Cała rodzina podejrzewała jednak, że babcia była przyzwyczajona do swojego jadłospisu i to na co mogła w okresie wakacji liczyć u siostry niezbyt jej odpowiadało. Podstawowym obiadem jaki serwowała wówczas ciotka były ziemniaki ze zsiadłym mlekiem, a niedzielnym urozmaiceniem był chłodnik owocowy. Śniadania i kolacje ograniczały się do chleba ze swojskim masłem i kubka mleka. Mnie osobiście takie posiłki bardzo smakowały i dziwiłem się niezmiernie, czemu babcia karze mi na śniadanie jeść chleb z serem lub kiełbasą. Nie powiem, sam okres robienia zakupów bardzo mi odpowiadał, zawsze udawało mi się naciągnąć babcie na jakieś słodycze. Wyprawa zaczynała się na dworcu głównym w Sosnowcu krótko przed południem. Pociąg do Częstochowy jechał około godziny i w międzyczasie babcia opowiadała mi różne historyjki związane z tym co akurat przewijało się za oknami. Tak poznałem historię Schoenów, Renardów i Dietlów, sosnowieckich przemysłowców okresu międzywojennego. W czasie tych podróży usłyszałem pierwszy raz o kolei Warszawsko - Wiedeńskiej biegnącej przez Sosnowiec, po jednym z najstarszych funkcjonujących jeszcze kolejowych mostów żelaznych. Usłyszałem też opowieści o sosnowieckim browarze czy zamku w Będzinie. Zawiercie, które też mijaliśmy w czasie naszej podróży nigdy nie budziło babci sympatii. Drugi etap podróży zaczynał się w Częstochowie. Jeszcze zanim dotarliśmy na dworzec PKS-u udawało mi się, gdzieś po drodze nakłonić babcie do kupna lodów lub szklanki wody z sokiem malinowym z ulicznego saturatora. Do odjazdu pekaesu do Radomska mieliśmy zwykle kilkanaście minut przez które zawsze potwornie się nudziłem. Na miejsce przeznaczenia autobus docierał po około trzydziestu minutach jazdy. Od domu ciotki Emilki szliśmy boczną drogą wysypaną wapiennym tłuczniem. Drogą czasem przejeżdżała jakaś fura na kołach obitych żelaznymi obręczami wzbijając obłoki gryzącego wapiennego pyłu.
- O Walerciu już jesteś ?.- dziwiła się ciotka Emilka. - A ja myślałam, że przyjedziesz dopiero wieczorem i nie ugotowałam dla was obiadu, ale może napijecie się mleka? Świeże, właśnie co udoiłam, a w komorze stoi dzbanek z kwaśnym. Zimna woda jak zawsze w wiadrach w sieni, tylko pamiętajcie zakryć pokrywką bo muchy wlecą. Much faktycznie zawsze było zatrzęsienie, bo obok drzwi do mieszkania było wejście do chlewika gdzie zgodnie pomieszkiwały dwie lub trzy świnie i krowa o imieniu Łaciata. O ile dobrze pamiętam, wszystkie krowy w okolicy miały tylko jedno imię, Łaciata. Dziwiło mnie zawsze, czemu wszystkie te krowy noszą imię Łaciata, jakby nie mogli ich wszystkich wołać po prostu Krowa. Problemu tego do dnia dzisiejszego nie udało mi się rozwiązać. Przeważnie, jeszcze zanim zdążyliśmy się rozpakować, na ciotki podwórku zjawiali się jej dwaj wnukowie, młodszy ode mnie o rok Piotrek i starszy dwa lata Paweł. - Fajnie, że znów przyjechałeś. Chodź natrzęsiemy papierówek. Te ładniejsze zjemy, a robaczywki damy świniom. - proponował zaraz któryś z nich. Faktycznie niedaleko studni, tuż za furtką, zaraz za psią budą, rosła olbrzymia stara jabłoń papierówka, pod którą leżało masę nadpsutych i robaczywych jabłek. Po takim wstępie przeważnie lądowaliśmy w olbrzymiej stodole ciotki, gdzie po jednej stronie aż po belki dachu piętrzyło się jeszcze świeże siano, a druga pusta czekała na mającą się w niej lada dzień znaleźć słomę. Piotrek i Paweł mieli siostrę, ale Kaśka, bo tak właśnie miała na imię, prawie nigdy nie brała udziału w naszych zabawach w stodole, ani nie biegała z nami po całych dniach za piłką. Dla mnie, bądź co bądź, chłopaka wychowanego na sosnowieckiej Pogoni, czyli dzielnicy, która wówczas niewiele różniła się od większej wsi, ani stodoła, ani chlewik nie były niczym nowym, ale przecież jednak byłem chłopakiem z miasta i wiele rzeczy na typowej wsi stanowiło niemałą atrakcję, a już na pewno największą atrakcją był pobliski las. Oczywiście zawsze kiedyś przychodził dzień, kiedy babcia z ciotką Emilią zapowiadały, że jutro idziemy na jagody i grzyby. Wstawaliśmy wtedy bardzo wcześnie rano. Najczęściej obaj kuzyni i ich siostra dołączali do nas już na lipowej alei, która prowadziła do lasu. Przeważnie przed południem byliśmy z powrotem, umazani jagodami od ucha do ucha . Tego lata wszystko przebiegało prawie identycznie przez pierwsze dwa dni. Pod wieczór trzeciego dnia, kiedy spacerowaliśmy z kuzynami po belkach pod dachem stodoły w jej wrotach nagle pojawiła się Kaśka. - Mama powiedziała, że macie iść ze mną do ciotki Marysi, bo przyjechała z Katowic ciotka Krysia z Jagodą i mamy iść się przywitać. - Krzyknęła z dołu. - Idź sobie sama, Jagoda to twoja koleżanka. - odkrzyknął jej Paweł. - Nie być taki mądry, bo powiem mamie, że łazisz po belkach nad pustym sąsiekiem i ci ojciec wleje. - No spróbowała byś tylko. - Pogroził jej Paweł , a do nas ciszej dodał : -Chodźcie, idziemy, bo jeszcze naskarży i ojciec przylej. Oczywiście, żeby pokazać swoją niezależność, szliśmy dobre kilkanaście metrów za Kaśką. Ciotka Marysia mieszkała na początku lipowej alei prowadzącej w kierunku lasu. Domek był niewielki, od furtki do schodków było może dwa, trzy metry. Ganeczek, do którego prowadziły dwa płaskie, kamienne schodki, po obu stronach miał ławy, na których wieczorami spotykały się na pogawędki sąsiadki. Na prawo było okno od kuchni, a na lewo od sypialni. Okna z obu niewielkich pokoików wychodziły na tyły budynku. U ciotki Marysi chlewik nie był połączony z budynkiem jak u ciotki Emilki, stanowił samodzielny budynek położony na tyłach ogrodu w sąsiedztwie stodoły. Już z daleka dojrzeliśmy na ławkach ganeczku kilka osób. Oprócz ciotki Marysi rozpoznaliśmy ciotkę Emilkę i moją babcię. Czwarta kobieta, na oko nieco młodsza od pozostałych, wyraźnie wyróżniała się strojem.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil gufy
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…