Wróć do katalogu

Śmiech nieboszczyka

Niestety, jak to się mówi, znaleźli się w złym czasie, w złym miejscu, ale tylko z ich punktu widzenia, bowiem w lasach Golcowitz byli ludzie, dla których Jan i Franciszek znaleźli się dobrym czasie, w dobrym miejscu.

Vercotti, opublikowano , 34 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rok 1357, Golkowitz (1)

Tylko garstka ludzi znała wąski, leśny trakt, niedaleko rzeki. Zazwyczaj korzystali z niego miejscowi, a i oni, jeśli mogli wybrać, omijali tę drogę, w obawie przed złymi duchami czyhającymi w kniei i przed zbójami, gotowymi dla zabawy utoczyć z człowieka krwi. Garść jagód i kosz grzybów nie były warte tego, żeby zapłacić za nie życiem.

Jednak Jan i Franciszek, dwaj rycerze na usługach cesarza Karola (2), nie byli ludźmi bojaźliwymi i dlatego tamtego ranka można ich było spotkać, kiedy gnali swoje konie, by przed zachodem słońca zatrzymać się na popas i nocleg w jednej z gospód, w które obfitował Rathibor (3).

----- (1) Dawna nazwa Gołkowic (miejscowość w woj. śląskim)

(2) Karol IV Luksemburski od 1355 Święty Cesarz Rzymski

(3) Dawna nazwa Raciborza (miasto w woj. śląskim)

+++

24.05.1975, Gołkowice

Rowerzysta zatrzymał swoją czarną ukrainę na skrzyżowaniu ulic Piotrowickiej i 1 Maja, obok Pietrasza, jak mieszkańcy Gołkowic nazywali piekarnię. Spojrzał czy nie nadjeżdża jakiś pojazd, przeżegnał się obok krzyża, jak nakazywał obyczaj, wsiadł z powrotem na rower i skręcił w lewo. Nazywał się Kazimierz Kubasiewicz, lat czterdzieści dziewięć, żona, dwie córki. Urodził się w Rudni Potaszni, która po wojnie znalazła się w granicach ZSRR. Przeżył czystki na Wołyniu, walczył w Wojsku Polskim, a kiedy nastał pokój osiedlił się w Skrbeńsku, małej śląskiej wiosce, leżącej na granicy z Czechosłowacją. Tak w wielkim skrócie wyglądał życiorys człowieka, który dwudziestego czwartego maja tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku, stał się częścią historii, zapoczątkowanej ponad osiemset lat wcześniej, jakieś tysiąc sześćset kilometrów od Gołkowic.

+++

03.10.2003, Wodzisław Śląski

Piątkowy wieczór.

Martyna naciągnęła na nogi wyglancowane martensy, włożyła długi, czarny, skórzany płaszcz i złapała małą torebkę, którą przewiesiła przez ramię.

-Wychodzę! – zawołała.

-O dziesiątej w domu – powiedziała ciotka Ala, przypominając znaną dziewczynie regułę.

-Jejku, o jedenastej. Już nie bądź taka – rzuciła niezadowolona nastolatka, jednak bez cienia złośliwości.

-O dziesiątej trzydzieści i nie później – nie dawała za wygraną kobieta.

-Dobra, o dziesiątej trzydzieści wyjdę z Ambra (4) – powiedziała Martyna uznając negocjacje za zakończone. – Na razie.

-Tylko mi papierochów nie pal – powiedziała Ala, ostrzegając siostrzenicę.

-Daj spokój, znowu to samo – burknęła pod nosem. – Nar, ciocia.

Po wyjściu z bloku, Martyna przystanęła się na chwilę i sięgnęła do torebki szukając czegoś, co miała zabrać ze sobą. Po chwili wymacała kawałek śliskiego papieru, znajdującego się w osobnej przegródce. Odetchnąwszy z ulgą, dziewczyna wyciągnęła discmana, wpięła do niego słuchawki i wcisnęła klawisz z trójkątem. Po chwili cały jej świat wypełniły posępne dźwięki piosenki „She is the Dark” zespołu MY DYING BRIDE (5). Zawsze kiedy słuchała tej płyty dochodziła do wniosku, że taki gniot jak album 34.788% (6) musiał być dla tej kapeli tylko jakimś wypadkiem przy pracy.

----- (4) Pub Amber mieścił się w budynku WCK, przy ul. ks. płk. Wilhelma Kubsza. Obecnie w tym miejscu jest mała sala koncertowa.

(5) Doom metalowa grupa z Wielkiej Brytanii

(6) Piąty album zespołu MY DYING BRIDE, na którym grupa odeszła trochę od swojego stylu, eksperymentując z samplami i przesterowanym wokalem, co podzieliło fanów.

+++

Rok 1357, Golkowitz

Jan i Franciszek od trzech dni spali pod gołym niebem, a ich skromne zapasy żywości były na wyczerpaniu. Jako żołnierze, byli przyzwyczajeni do takich niewygód jednak i oni potrafili docenić wygodne łóżko i zasypianie z pełnym brzuchem. Zbliżający się Rathibor, oferował takie luksusy wszystkim, którzy byli w stanie zapłacić, a oni mogli. Jednak to nic, w porównaniu z tym, co czekało ich w Pradze, kiedy już dostarczą przesyłkę cesarzowi. Pan wynagrodzi swoje wierne sługi sowicie i wtedy koniec z misjami, koniec z niebezpieczeństwem.

Niestety, jak to się mówi, znaleźli się w złym czasie, w złym miejscu, ale tylko z ich punktu widzenia, bowiem w lasach Golcowitz byli ludzie, dla których Jan i Franciszek znaleźli się dobrym czasie, w dobrym miejscu.

+++

24.05.1975, Gołkowice

Dochodziła godzina siódma, kiedy Kazimierz przyjechał na plac budowy przy ulicy Celnej, niedaleko przejścia granicznego. Był operatorem koparki i tamtego dnia miał wykonać wykop pod fundamenty nowego budynku. Po przyjeździe do pracy postawił rower obok innych i poszedł się przebrać do małego baraku. Następnie wziął kluczyki od brygadzisty i udał się w kierunku maszyny czekającej obok drogi.

-Dobry! – przywitał się z kolegą Gienkiem, który stojąc na jednej nodze wysypywał drobne kamyki ze swojego gumiaka.

-Cześć, Kaziu! – odpowiedział współpracownik i wyciągnął rękę na powitanie.

-Co tam słychać? – zapytał Kazimierz, a sposób w jaki wymawiał wyraz „słychać” przywodził na myśl bohaterów filmu Sami swoi, co zdradzało, że pochodzi ze wschodnich terenów Polski.

-W porzondku – odpowiedział Gienek. – A dugo ci zajmje tyn konsek, bo rozumisz, Alojz idzie dzisio pryndzy, a muszymy to zabezpieczyć. Niy mogymy przeca ty dziury zostawić na niydziela, ni? Wjysz, jakby tak dupło deszczym to darymno nasza robota? Nie rozumia, czamu bierymy się za to dzisio, zamiast doczkać do poniydziałku.

-Bo maszyna w poniedziałek musi być w Godowie. Nie bój nic, wyrobię się w cztery godziny – obiecał Kazik, po czym otworzył kabinę koparki i wskoczył do środka. Po chwili przekręcił kluczyk, a rura wydechowa zaczęła wykrztuszać czarny dym. Kazimierz ruszył stalowego potwora, widząc za szybą Gienka, który energicznym gestem zachęcał go do rozpoczęcia pracy.

+++

03.10.2003, Wodzisław Śląski

Klub Amber, do którego zmierzała Martyna, znajdował się w centrum miasta i najszybsza marszruta obejmowała skręcenie z osiedla Dąbrówki w lewo, w Reagan Strasse (7). Dziewczyna obrała jednak inną drogę. Podatna na uroki jesiennej atmosfery, postanowiła zrobić sobie spacer ulicą Pszowską, której chodnik, idąc w dół, od wysokości cmentarza, zdobił już dywan mokrych, różnokolorowych liści. Taki widok zawsze działał na Martynę pozytywnie, a mroczne nuty MY DYING BRIDE, sączące się do jej uszu, stanowiły doskonałą ścieżkę dźwiękową dla myśli dotyczących niedawnego odkrycia, którego dokonała, przeglądając rzeczy swoich nieżyjących rodziców. To na co się natknęła było dla niej zagadką i nie bardzo wiedziała co z tym począć. Pomimo tego, że bardzo kochała swoją ciocię, która kilka lat temu przygarnęła osieroconą siostrzenicę, to wolała najpierw porozmawiać o tym, co znalazła, z najlepszą przyjaciółka, Kasią Brzozą. Dziewczyny znały się od dziecka i ufały sobie bezgranicznie.

Po kilkunastu minutach marszu Martyna zobaczyła charakterystyczną mozaikę, zdobiącą wodzisławski dom kultury. Obeszła budynek od strony ulicy 26 Marca i, pokonując kilka schodków, przestąpiła próg zadymionego klubu Amber, gdzie gości witały ogromne obrazy zwierząt, wiszące na ścianie naprzeciwko wejścia. Lokal, wypełniony muzyką rockową i szumem rozmów, przerywanym co jakiś czas głośniejszym zawołaniem lub gromkim śmiechem, tętnił życiem.

-Martyna! – zawołała nad głową wchodzącej dziewczyny ładna blondynka opierająca się o balustradę galerii nad wejściem. – Tutaj.

-Zaraz, tylko coś sobie kupię – odparła dziewczyna i podeszłą do baru. Po chwili, dzierżąc w dłoni butelkę reddsa, przeciskała się między stolikami torując sobie drogę do stolika, przy którym czekała przyjaciółka.

-Cześć – powiedziały obie dziewczyny w tym samym czasie i zetknęły się policzkami na powitanie.

-Masz jakieś fajki? – zapytała Martyna, a Kasia wyciągnęła paczkę George Sandów i położyła na stole.

-Jaraj.

Dziewczyna wyciągnęła brązowego papierosa, przypaliła i zaciągnęła się mocno po czym głośno wypuściła dym.

-Pizga tam już na dworze, co nie? – stwierdziła Kasia.

-Pewnie, jak masz na sobie miniówę, cienki płaszczyk i taką bluzeczkę, jak ty, to pewnie, że piździ. To już nie jest lato, laska! – odparła Martyna komentując lekki strój przyjaciółki.

-Trzeba cierpieć jak się chce dobrze wyglądać. Nie po to wycyganiłam na ten ciuch kasę od starszej, żeby go teraz kisić w szafie, nie? – odparowała Kasia i obie głośno się zaśmiały. – Dobra, a teraz powiedz, co chciałaś mi pokazać?

Martyna, trzymając papierosa w ustach i mrużąc oko, do którego leciał dym, sięgnęła do torebki i wyciągnęła zdjęcie, na którym znajdowało się błyszczące pudełko w kolorze srebra z nieoczekiwaną zawartością.

-Uuu… – Kasia wydała z siebie odgłos wyrażający zaskoczenie. – Stara, czy to jest to o czym myślę? – zapytała przybliżając fotografię do oczu, jakby nie mogła uwierzyć w to, co widzi.

-Tak – odpowiedziała krótko Martyna strzepując popiół papierosa do popielniczki.

----- (7) Potoczna nazwa ulicy Franciszka Matuszczyka

+++

Rok 1357, Golkowitz

Zaalarmowany Franciszek podniósł rękę i zaraz potem obaj jeźdźcy zatrzymali konie.

-Co jest? – zapytał Jan.

-Wydaje mi się, że…

Nie dokończył, bowiem strzała, która nagle wyleciała z lasu ugodziła go w szyję, po czym osunął się z konia. Ostatkiem sił nakazał Janowi uciekać, a ten wiedząc dobrze, że i tak nic nie pomoże, ruszył z kopyta, kątem oka rejestrując ruch w zaroślach. Jechał tak jednak tylko kilkanaście sekund, bowiem z gąszczu lasu wyleciała kolejna anonimowa strzała, która utkwiła mu w plecach, między żebrami. Rana nie była śmiertelna, jednak powodowała ogromny ból. Jan szybko opracował plan. Najważniejszą rzeczą było dla niego zabezpieczyć przesyłkę, której nie obroni samodzielnie. Wierzył, że zbóje najprawdopodobniej chcą tylko jego złota, więc im go da, kupując za nie życie, a później wróci tutaj z posiłkami by odzyskać to, co było dla niego dużo cenniejsze. Zeskoczył więc z wierzchowca i wypatrzył niewielki kopiec ziemi niedaleko charakterystycznej olchy, której pień rozszczepiał się na dwie części. „To będzie dobre miejsce. Znajdę je.” Jak tylko to pomyślał wszedł w krzaki i wyciągnął skórzaną sakwę, którą chował pod płaszczem. W oddali słyszał zbliżających się ludzi. Nie było czasu. Musiał działać szybko.

+++

24.05.1975, Gołkowice

Lemiesz wbił się zachłannie w grunt, robiąc w nim pierwszą wyrwę, po czym uniósł się wysoko i po chwili ładunek wylądował na przyczepie ciężarówki. Gienek stał z boku co wyglądało jakby nadzorował pracę, a w rzeczywistości tępo gapił się na powstający dół. Kiedy Kazimierz podniósł kolejną porcję urobku usłyszał głośny krzyk Gienka:

-Doczkej, kurwa, doczkej, Kazik, pieronie jasny!

-Co jest? – wrzasnął operator koparki, nie zdążywszy nawet opróżnić łyżki na ciężarówkę.

-Dziwejcie się – zawołał Gienek, a kilku najbliżej stojących robotników, w mgnieniu oka, doskoczyło do kolegi.

W świeżo wykopanej ziemi leżał szkielet człowieka, a grupa budowlańców zebranych wokół znaleziska komentowała to, co widzi. Jednak nie wszystkich odkopane kości zajmowały w tym samym stopniu, bowiem jedna osoba patrzyła w inne miejsce. W uniesionej wysoko łyżce koparki słońce odbijał jakiś przedmiot. Nikt, oprócz Kazimierza, go nie zauważył.

+++

03.10.2003, Wodzisław Śląski

-Co to właściwie jest? – zapytała Kaśka, cały czas przyglądając się fotografii.

-Czy ja wiem. Wygląda na coś zabytkowego – odparła Martyna i wypiła łyk piwa o smaku jabłkowym.

-Twoi starzy nigdy o tym nie wspominali, nie pokazywali tego?

-Nie przypominam sobie. Znalazłam to zawinięte w szmaty, w kufrze, który, zdaje się, mógł należeć jeszcze do moich dziadków Kubasiewiczów z Gołkowic. Może to śmieszne, ale kiedy wpadło mi to w łapy, odniosłam wrażenie, że nikt tego od dawna nie miał w dłoniach. Nawet szmata, w którą to było owinięte wydawała się mieć kilkadziesiąt lat.

-Ty, a może twoi starsi nawet o tym nie wiedzieli, co myślisz?

-Możliwe – zgodziła się Martyna. – Co myślisz?

-Hmm…, tak mi przyszło do głowy. Pożyczysz mi tę fotkę? – zaproponowała Kasia.

-A co chcesz zrobić? – zainteresowała się koleżanka i, z paczki ozdobionej podobizną francuskiej pisarki, wyciągnęła kolejnego papierosa.

-Widzisz, mam takiego znajomego, Kamila Zielińskiego. On studiuje historię we Wrocławiu, może by coś pomógł. Wiem, że jeszcze nie wyjechał. Mogę mu to podrzucić, jeśli będzie chciał się tym zająć.

-Co to za Kamil? – zainteresowała się Martyna.

-Kurde, laska, powinnaś go znać. Przychodził też kiedyś do Machiny (8). Długie, kręcone włosy, skóra. Miał nawet kapelę.

-Te, chyba wiem, Nie nazywali się GODDAMN (9)?

-Nie, nie, jakoś inaczej, nie pamiętam, ale to teraz nieważne. Pytanie jest takie, mogę mu pokazać to zdjęcie?

-Chyba tak, ale nie mów na razie od kogo je masz, dobra?

-Oki – zgodziła się Kasia i stuknęły się z Martyną butelkami.

-Ej, luknij – powiedziała blondynka szturchając koleżankę, po czym kiwnęła dyskretnie głową w kierunku pary, stojącej przy barze. – Czy to nie Jurand i jakaś jego nowa siksa?

-E, rzeczywiście. Ale to nie jest ta, która jest z nim teraz w ciąży. Facet będzie bulił alimenty połowie lasek z Wodzia.

Ta uwaga sprawiła, że dziewczyny wydały z siebie rechot, czym zwróciły na siebie uwagę osób z sąsiedniego stolika.

----- (8) Nieistniejący już klub na ulicy Krętej, który w latach dziewięćdziesiątych był miejscem spotkań alternatywnej młodzieży z Wodzisławia Śląskiego i okolic. W pierwszej dekadzie XXI wieku skupiał fanów muzyki klubowej.

(9) Wodzisławski zespół działający w latach dziewięćdziesiątych, wykonujący doom metal. W jego skład wchodził m.in. basista zespołu ŁZY.

+++

Rok 1357, Golkowitz

Na tyle szybko na ile pozwalało mu ranne ramię, Jan wyciągnął zawartość sakwy i położył na trawie, a następnie wyjął sztylet i zaczął kopać w ziemi. Po chwili udało mu się wydłubać w miękkiej ściółce odpowiednio głęboką jamę, w której złożył cenny ładunek. Szybko przykrył to miejsce ziemią, a kawałki spróchniałego drewna, wysoka trawa i krzaki dopełniły kamuflażu. Właściwie, nawet przyglądając się bardzo uważnie nikt nie zauważyłby, że przed chwilą ktoś tu coś robił.

Teraz Jan nie pragnął już niczego innego, jak tylko dotrzeć do pobliskiego Losslaw (10), żeby opatrzyć ranę, ale najpierw musiał ujść zbójom. Niestety, nie było mu to dane, bowiem kiedy chciał wsiąść na konia został ugodzony dwoma kolejnymi strzałami, a jedna z nich przebiła mu serce na wylot. Padł niedaleko miejsca, gdzie ukrył pakunek. Zanim nadeszła ciemność, dogorywający rycerz usłyszał jeszcze kilku osobników, którzy podeszli do niego, a po obmacaniu znaleźli mieszek ze złotem.

Zbóje zabrali ciało Jana z drogi i porzucili go niedaleko dziury, w którą rycerz chwilę wcześniej włożył tajemniczy pakunek.

Zwłoki Jana wsiąkły w las bardzo szybko i stały się jego częścią, a ziemia przykryła jego ciało oraz zawartość sakwy i nie pozwoliła ich sobie wydrzeć przez ponad sześć wieków.

----- (10) Dawna nazwa Wodzisławia Śląskiego (miasto w woj. śląskim)

+++

24.05.1975, Gołkowice

Kazimierz nie był złodziejem, dlatego nie umiał wyjaśnić tego, co zrobił, gdy uwagę wszystkich na budowie skupiało makabryczne odkrycie.

-Odjedź stąd tą maszyną! – usłyszał od brygadzisty, co też od razu uczynił.

Kiedy znalazł się w odległości kilkunastu metrów od wykopu zauważył, że jest całkiem sam. Wtedy, jakby ktoś mu podpowiadał, opuścił lemiesz i zauważył, że to co w nim błyszczało pomiędzy grudami gliny to szkatułka, którą szybkim ruchem wyciągnął i wrzucił do kabiny pod swoją koszulę roboczą.

Tamtego dnia wstrzymano wszystkie prace. Przyjechała Milicja, zabezpieczyła teren budowy i, po spisaniu zeznań ludzi, którzy mieli coś do powiedzenia na temat badanego zdarzenia, zwolniono wszystkich do domu, każąc im wrócić w poniedziałek.

Niezaczepiany przez nikogo Kazimierz wyciągnął szkatułkę z kabiny, wrzucił ją do swojej torby i już około trzynastej pedałował podekscytowany w kierunku domu. Kiedy tam dotarł, przemknął niezauważony przez podwórko i wśliznął się do szopy, w poszukiwaniu prywatności. Usiadł na pieńku do rąbania drewna i wyciągnął znalezisko. Teraz mógł się mu dokładnie przyjrzeć. Było to srebrne pudełko, bogato zdobione w dziwne symbole, znaczenia których nie znał. Wydawało się być sporo warte. Kiedy je otworzył zobaczył coś, czego się nie spodziewał. W środku znajdowała się dłoń. Stara, zasuszona, z resztkami skóry ludzka dłoń, jakie czasami widuje się w zabytkowych kościołach, w których eksponuje się relikwie świętych. Nad nią, na wieku od wewnętrznej strony, napis w języku obcym. Gdyby Kazimierz znał łacinę, mógłby odczytać inskrypcję mówiącą PATRZYSZ PANIE ALE CZY WIDZISZ?

Nie za bardzo wiedział, co ma teraz począć. Wydawało mu się, że oddanie szkatułki postawiłoby go w niekorzystnym świetle, a na to nie mógł pozwolić, żeby na jego nazwisko nie spadło odium złodzieja. Postanowił na razie nikomu o niej nie wspominać. Znalazł w szopie kawałek szmaty, owinął nią swój skarb i, nie mówiąc nikomu, złożył go w skrzyni, którą trzymał na strychu, tam gdzie nikt…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych