Wróć do katalogu

Śmiech zabójcy

I zawodowego zabójcę może spotkać niespodzianka

Winrich, opublikowano , 18 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Śmiech zabójcy

Z wejściem do środka mieszkania nie miał żadnych problemów. Nawet lekko się zawahał, gdy spostrzegł, że nie ma tu żadnych zabezpieczeń. Widać gospodarz czuł się w tej dzielnicy aż nazbyt pewnie. Bo i czego miał się właściwie bać. Sami swoi. Wszyscy się tu znali i takich gości jak on nikt się tu nie spodziewał. Niklas uśmiechnął się ironicznie. Nikogo takiego nigdy nikt się nie spodziewał. I w tym zawsze tkwiła jego szansa. Bo kto by zwracał uwagę na kogoś tak niepozornego jak on. Drobny, bez rzucającej się w oczy muskulatury. Z twarzą, której nikt nie potrafił zapamiętać! W ubraniu nie wyróżniającym się niczym charakterystycznym. Ot, zwykły człowiek, którego nikt właściwie nie zauważa. To najbardziej cenili jego klienci. I na ich brak nie mógł narzekać. Właściwie pierwszy wolny termin, na jaki mógł zapisać kolejnego, znajdował się w odległości trzech miesięcy do przodu. O pracę więc nie musiał się specjalnie martwić. Jego biuro zorganizowane tak, by nie przyciągało niczyjego wzroku, nie cierpiało na brak zajęcia. Dlatego mógł przebierać w propozycjach. Jedne przyciągały jego uwagę obietnicą słonej zapłaty, inne zaś były atrakcyjne poprzez swą niecodzienność. Ta akurat należała do tego drugiego gatunku. Jakieś dwa tygodnie temu, korzystając z chwili wolnego między kolejnymi zleceniami i chcąc też nieco uporządkować własne sprawy, zawitał do swego tak zwanego biura, gdzie z reguły czekała tylko automatyczna sekretarka, która rejestrowała zamówienia. Raz w tygodniu zaglądała tu wynajęta przez niego kobieta, która przy okazji sprzątania zabierała też kasetę z nagraniami. Spotykał się z nią potem w niewielkim biurze w samym centrum miasta i płacąc za usługę, odbierał kasetkę. Sam bywał w nim nadzwyczaj rzadko. Tylko po to, by doglądnąć spraw czysto technicznych. I właśnie w czasie przeglądania stanu automatycznej sekretarki, rozdzwonił się telefon, który z pewnym wahaniem wreszcie po kilku dzwonkach odebrał. - Słucham! – starał się uczynić swój głos jak najbardziej bezosobowym. - Pan Smith! – głos był najwyraźniej zachwycony możliwością rozmowy z człowiekiem. – Cieszę się niezmiernie! Nienawidzę rozmawiać z automatem! - Słucham panią! – ponaglił zniecierpliwiony na tyle, że gotów był za chwilę rzucić słuchawkę na staromodne widełki. - Wiem, że nie dysponuje pan dużą ilością czasu, panie Smith. – jakby odgadując jego zamysły, rzekł głos. – Ale ja nie zajmę go panu dużo. Właściwie to liczyłam na to, że pana zastanę właśnie teraz. - Liczyła pani? – nie udało mu się ukryć nutki zdziwienia i w tym samym momencie chętka na przerwanie połączenia minęła. Ktoś, kto wiedział takie rzeczy, mógł stanowić potencjalne zagrożenie, które najlepiej było zlikwidować w zarodku. - Niech się pan nie obawia!- kobieta znowu zdawała się odgadywać jego myśli. – Nie stanowię dla pana zagrożenia. W odpowiednim momencie będzie pan mógł to sam sprawdzić! Ktoś taki jak ja nie może być dla pana niebezpieczny. – kobieta zawiesiła na chwilę głos, by dodać uwagę, która nawet na Niklasie zrobiła wrażenie. – Bo ja panie Smith nie żyję! - Proszę nie pleść bzdur! – zdenerwował się, gniotąc nerwowo palce. Jeszcze na dodatek wariatka – pomyślał, a na głos powiedział. – Źle pani trafiła! Ja w duchy nie wierzę! - Wiem, panie Smith! – roześmiała się perliście. – Pan je tylko tworzy, prawda? Ale ja nie o tym, panie Smith. – dodała szybko. – Chyba panu wszystko jedno od kogo pan przyjmuje zlecenie. A zlecenie mam nadzwyczaj konkretne! - Słucham więc! – denerwował się, zaciskając kciuki i obiecując sobie w duchu, że ta żartownisia wkrótce istotnie stanie się martwa. Już on się o to postara. - Chcę by pan dla mnie kogoś zabił, panie Smith – w głosie nie wyczuł kpiny, ale ta kobieta nie znała najwyraźniej zasad tu obowiązujących. - Proszę pani! – wrzasnął w słuchawkę. – Ja nikogo nie zabijam! Pani mnie z kimś pomyliła. - Czyżby mnie źle skierowano? – tym razem w głosie kobiety była wyraźna kpina. - Skierowano panią do mnie, bo eliminuję kłopoty – wyszeptał scenicznie. – Czyż nie? I to właśnie robię. - A mnie o to właśnie chodzi! – tym samym tonem odparła kobieta. – Chcę pozbyć się kłopotów. A ten główny kłopot mieszka na ulicy Akacjowej pod ósemką. Zapamięta pan? Wchodzi się od strony Polnej, wie pan? – szczebiotała, a w Niklasie krew poczęła mocniej pulsować. Czuł, że przyjmie to zlecenie, chociaż równocześnie obiecywał sobie, że właścicielka głosu gorzko pożałuje, że zwróciła się właśnie do niego. - Czy kłopot jest dobrze zabezpieczony? – zapytał, modulując profesjonalnie głos. – Rozumie pani, o co chodzi? - Jakiś tam alarmik jest! Ale pan sobie z nim spokojnie poradzi! – po drugiej stronie rozległ się perlisty śmiech, a przez głowę Niklasa przebiegła myśl: czy tak śmieją się umarli? - Chciałbym wiedzieć coś bliższego, proszę pani! – odezwał się, tłumiąc w sobie wybuch. – Jeśli mam przyjąć zlecenie na rozwiązanie kłopotu, to lubię wiedzieć, z czym się to je. - Myślę, że zlecenie nie sprawi panu większych trudności! – zapewniła spokojnym tonem kobieta. – To spokojna dzielnica. Może dlatego, że mieszkają tam głównie tacy jak ja! Myślę, że nie sprawią panu kłopotów. - A powód kłopotów? – starał się zachować profesjonalizm, chociaż wszystkie nerwy odmawiały mu już posłuszeństwa. Nie zazdrościł przyszłego losu rozmówczyni. Z reguły starał się unikać okrucieństwa wobec swoich ofiar. Tutaj obiecywał sobie wykorzystać metody, których nauczył się w czasie pobytu w Afryce. A były to naprawdę okrutne sposoby umierania. O dalszej części rozmowy wolał szybko zapomnieć. Takiego steku niedorzeczności nie słyszał jeszcze nigdy w życiu. W końcu jednak dowiedział się, kim jest jego przyszła ofiara. A kiedy usłyszał nazwisko, na chwilę zmartwiał. Bo było to nazwisko człowieka, który trząsł całym miejscowym półświatkiem. Nawet jemu ścierpła na chwilę skóra, kiedy do jego świadomości dotarło, że tym razem celem miał być sam Samuel Johnston. Człowiek, przed którym drżeli nie tylko zwykli zjadacze chleba, ale też najkrwawsze cyngle w mieście, a nawet agenci FBI. Ponoć na tym sumieniu ciążyła większość morderstw, które miały miejsce w mieście. Niklas uśmiechnął się pod drobniutkim wąsikiem, który wyhodował ostatnio z wielkim trudem. Ale ochronę to Johnston miał do dupy. Pewnie nie spodziewał się, że ktoś ośmieli się zaatakować go na jego własnych śmieciach. Szczególnie zważając na szczególny charakter tego domostwa, do którego się włamał. Zabójca rozejrzał się dookoła. Nie tak wyobrażał sobie zakład pogrzebowy. Zawsze zdawało mu się, że tego rodzaju budynki wypełnione są po brzegi martwymi ciałami i trumnami. Tymczasem przynajmniej na razie nie dostrzegał niczego, co przywodziłoby na myśl „naszych drogich zmarłych”. Ot zwykły dom, jaki mógł należeć na przykład do dyrektora miejscowego gimnazjum. Korytarz pełen bibelotów, tanich obrazków i podniszczonej wykładziny. Przydałby się tu remont – przemknęło przez głowę Niklasa. Na co ten Johnston wydaje te masy forsy, które przynoszą mu nielegalne szulernie, pracujący dla niego specjaliści od wymuszeń i mokrej roboty, czy agencje modelek? Pokręcił głową i mocniej ścisnął w wargach trzymaną latareczkę, którą wziął ze sobą raczej z przyzwyczajenia, niż potrzeby. Istotnie dom nie tonął w ciemnościach. Dyskretnie rozmieszczone niewielkie żaróweczki dawały wystarczająco dużo światła, by nie potykać się o własne nogi. Niklas zgodnie z instrukcją odszukał wzrokiem niewielkie obmalowane brązową obskurną farbą drzwi, które według kobiety prowadzić miały prosto do prywatnych apartamentów Johnstona. Drzwi skrzypnęły ledwie słyszalnie. Mimo to zatrzymał dłoń nad klamką i uważnie obrzucił wzrokiem otoczenie. Jeżeli nawet ktoś zauważył jego obecność w domu, to nie dał tego po sobie poznać. Schody były stare, przynajmniej na takie wyglądały. Dopiero stojąc na nich, Niklas poczuł, że obłożono je jakimś niezwykłym materiałem, który tłumi każde stąpnięcie i doskonale dopasowuje swój kształt do jego stóp. Niebieskawa poświata, która zdawała się wydobywać prosto ze ścian, oświetlała schody prowadzące stromo w dół. Ruszył, nie oglądając się za siebie. Nie spodziewał się zasadzki. Dobrze znał się na ludziach i kobieta, z którą rozmawiał, rzeczywiście chciała się zemścić na Johnstonie. Umiał rozpoznać to dobrze po głosie, po sposobie mówienia. Nigdy się jeszcze nie zawiódł na swoim wyostrzonym do granic możliwości instynkcie, chociaż samo FBI już kilkadziesiąt razy próbowało założyć na niego sidła. A prób konkurencji naprawdę nie potrafił zliczyć. Większość z nich po jego zabiegach nawet nie nadawała się do tego, by trafić do takich przybytków jak ten. Po prostu nie było co do trumny włożyć. Z tych rozmyślań wyrwał go nagły dźwięk, jaki dobiegł gdzieś z głębi schodów. Machinalnie zacisnął dłoń na wypróbowanej dziewiątce, którą zawsze brał na akcje, chociaż mimo nowoczesnego

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych