śmierć wilka - tytuł roboczy
początek opowiadania. zamieszczam tu bo chcę wiedzieć. czy warto je kontynuować. proszę o komentarze i opinie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Prowadziłem najzwyczajniejsze życie. Co dzień rano wychodziłem po chleb, tak świeży, że nigdy całego nie doniosłem do domu. Zawsze gdy ukradkiem wślizgiwałem się do kuchni mama wyskakiwała zza niewidzialnej ściany i zaczynała na mnie krzyczeć. Czasami biła mnie grubym kijkiem. Po śniadaniu (jadaliśmy wcześnie) wychodziłem do szkoły. Miałem do niej trzy kilometry. Nie uczyłem się źle, ale na pewno też nie najlepiej. Nie lubiłem szkoły. Zawsze zamykała człowieka w takiej małej skrzynce nie dając możliwości poruszania wyobraźnią. Dlatego czasami mnie w szkole nie było. Siedziałem wtedy na łące i obserwowałem pasące się krowy, konie biegające po zagrodach. A gdy to mi się znudziło zamykałem oczy i marzyłem, że jestem wilkiem. Widziałem jak biegłem ze swoim stadem, ze swoimi braćmi na polowanie. Czułem się wolny. Czasami w swoim świecie byłem człowiekiem mieszkającym samotnie w lesie, w niewielkim, drewnianym domku. Miałem tam kominek. Przed nim leżała miła w dotyku niedźwiedzia skóra. W kącie, obok łóżka, stała strzelba, dzięki której zdobywałem pożywienie. Otwierałem oczy i patrzyłem na zegarek. Gdy uznałem, że lekcje dobiegły końca podnosiłem się powoli i niechętnie szedłem do domu. Na koniec roku przynosiłem świadectwo, wysłuchiwałem krótkich, ale dość agresywnych narzekań rodziców. Po tym wszystkim udawałem się na swoją łąkę i kontynuowałem wymarzone życie. ***
Otworzyłem oczy. -Panie doktorze! Panie doktorze, pacjent się obudził! Głos należał do niskiej, dość pulchnej kobiety ubranej na biało. Zapewne była to pielęgniarka. Usłyszałem odgłos szybkich kroków. Po chwili nad moją twarzą widziałem oblicze lekarza. -Nie do wiary! – powiedział zdumiony. – Myślałem, że już się nie obudzisz. Dopiero teraz oprzytomniałem i zrozumiałem, że leżę w szpitalu. Wokół mnie pikała aparatura, ja sam byłem podziurawiony tysiącem różnych rur, rurek i igieł. -Doktorze – wyszeptałem tak cicho, że musiał się nade mną pochylić. – co ja tu robię? -Nie pamiętasz? Nieznacznym ruchem głowy przytaknąłem. -Ktoś podpalił w nocy twój dom. A później jakaś grupa zabijała każdego kto z niego wyszedł. Miałeś szczęście. W przeciwieństwie do twoich rodziców… -Co się z nimi stało? – głos mi się łamał. -Zatłukli ich. Ty byłeś w domu. Nie zdążyłeś wyjść bo się zawalił. To cud, że żyjesz. Jak cię wyciągali następnego dnia byli pewni, że już pożegnałeś ten świat. Milczałem. Nie miałem siły płakać. Skierowałem oczy w stronę okna. Obok niego wisiał kalendarz. Zdziwiło mnie to, co zobaczyłem. -Spałem piętnaście lat? – zapytałem. -Tak. – odparł lekarz. – A teraz odpoczywaj. To rzekłszy wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Byłem bardzo zmęczony. To dziwne, że po piętnastu latach śpiączki jest się zmęczonym. Zasnąłem. Śnił mi się ogień. Byłem przywiązany do wysokiego pala na środku dziwnej areny. Jej brzegi płonęły, a wokół mnie skakali półnadzy ludzie wykrzykując niezrozumiałe słowa. Nagle zatrzymali się i jeden z nich podszedł do mnie. Uniósł nóż. Obudziłem się. Byłem przerażony. Nadal widziałem jego chore oczy, chociaż sen się już skończył. Poczułem w sobie dziwną siłę. Wyrwałem ze swojego ciała wszystkie przyrządy i podniosłem się. Musiałem znaleźć ubranie. Po cichu otworzyłem drzwi i dyskretnie wyjrzałem na korytarz. Było pusto. Po lewej, w rogu, przysadzista pielęgniarka spała z twarzą na biurku. Niczym cień prześlizgnąłem się do drzwi naprzeciwko. Widniał na nich napis „Mariusz Śliska” pod spodem „internista”. Było otwarte, więc wszedłem do środka. Miałem szczęście. Na niewielkim, składanym krześle leżały jeansy i koszula. Szybko się ubrałem i ruszyłem w stronę wyjścia ze szpitala. Przy głównej bramie stało dwóch strażników. Skryłem się za potężnym dębem i próbowałem znaleźć sposób, żeby dostać się na zewnątrz. W niewielkiej odległości od strażnicy stał stos skrzynek, dość duży, by po nich dostać się na szczyt ogrodzenia i przeskoczyć na drugą stronę. Byłem jeszcze słaby, ale zadanie okazało się prostsze niż się spodziewałem. Po kilku minutach biegłem lasem w stronę odgłosów przejeżdżających samochodów. Dotarłem do szosy. Dwa samochody mnie minęły, trzeci zaczął zwalniać, aż w końcu zatrzymał się obok mnie. -Podrzucić cię gdzieś, stary? – rzekł facet siedzący z przodu samochodu, na miejscu pasażera. -Przydałoby się. -To wskakuj. Usiadłem z tyłu obok łysego osiłka. Lepiej trafić nie mogłem. Byłem przekonany, że nie można im ufać. Czułem dziwny strach przechodzący w nienawiść do każdego człowieka. Nie pasowałem do tego świata. Mój towarzysz powoli wsuwał dłoń pod kurtkę. Wyczułem broń. Spojrzałem na niego – uśmiechnął się. Wziąłem szybki zamach i łokciem złamałem mu nos. Chwyciłem za klamkę, otworzyłem drzwi i wyskoczyłem na ulicę. Źle wylądowałem, ale nie zwracałem uwagi na ból. Uciekłem do lasu. W biegu słyszałem za sobą krzyki. W końcu
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pinkfloydfan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…