Smocza Krew
opowiadanie o smokach, braterstwie i wielkiej miłości :)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 1 - Goście
Pierwsze promienie słoneczne zdołały przedrzeć się przez strzechę i łagodnie otuliły twarz śpiącego na swym łóżko Manosa. Chłopiec wzdrygnął się w grymasie i począł zasłaniać się rękoma. Prażące słońce było jednak bezlitosne i postanowiło zaatakować od strony okna. Wobec tak przeważających sił wroga Manos musiał ustąpić pola. Podniósł się z łóżka i przetarł swoje piękne, niebieskie oczy. Był to chłopczyk wielkiej urody. Długie blond włosy dokładnie okalały jego kształtną, dumną twarz. Jak na jedenastolatka był bardzo wysoki i szczupły. Powszechnie uważany był za najładniejszego chłopczyka w całej wsi. Manos powoli wstał i zrzucił piżamę. Szybko przyodział swe domowe ubrania - Białą koszulę i niebieskie wiązane cienką liną spodnie. Podszedł do małej obdrapanej szafki stojącej w rogu pokoju i począł w niej szperać. Nie znalazł jednak tego czego szukał ponieważ na dole rozległ się głos jego ojca: - Manos! Manos chodź szybko potrzebuję pomocy w polu! - Tubalny głos odbijał się o każdą ścianę w domostwie. Manos stanął w drzwiach i mina mu zrzedła. Był głodny a ojciec kazał mu akurat teraz iść w pole. Chłopiec westchnął głęboko po czym otworzył drzwi. Szybko przeszedł po wyłożonym futrami korytarzu i zbiegł po niezbyt bezpiecznych schodach na dół. Już nieraz z powodu pośpiechu zapominał o braku barierki co kończyło się nieraz lepiej a nieraz gorzej. Teraz na szczęście obyło się bez wypadku. Manos znajdował się teraz w głównej izbie. Tak samo skromnie urządzonej jak reszta pomieszczeń. Ot jedna kanapa, kominek, kilka pochodni i wspaniałe niedźwiedzie futro wyłożone na środku pokoju. Była to chluba i duma jego ojca. Manos także nieraz puszył się nim przed kolegami. Aktualnie chłopiec wbiegł do kuchni gdzie spotkał swoją matkę. - Hej mamusiu! - zawołał. Jego głos był bardzo delikatny, pasujący niemalże doskonale do jego młodzieńczej twarzyczki. - Witaj synciu - rzekła matka po czym podniosła syna lekko do góry i ucałowała na dzień dobry. - Idź szybko twój ojciec czeka na ciebie na dworze... - A śniadanie?...-spytał smutno Manos. - Zjemy jak skończycie....ojciec twierdzi że ma dla ciebie jakieś lekkie zadanie - matka łagodnie uśmiechnęła się do syna - idź...im szybciej skończysz tym szybciej zjesz. Manos wesoło ruszył do drzwi. Szybkim susem wyskoczył na dwór. Stał teraz przed swoim domem. Było to zwykłe skromne domostwo jakie posiadało większość rolników. Dach pokryty strzechą, drewniane lekko nadgnite ściany czy niemalże rozpadające się drzwi. Manos chwilę wodził wzrokiem w poszukiwaniu ojca. Dostrzegł go, karmiącego owce przy jednym z budynków gospodarczych. Ojciec był człowiekiem rosłej postury o bardzo poważnej twarzy. Widać było że niejedno ma już za sobą. Manos radośnie podbiegł do niego i spytał: - Co mam zrobić tatku? Ojciec odwrócił się i uśmiechnął: - No tu jesteś łobuziaku.....masz tu worek i idź na wzgórze zebrać trochę rzepy Manos zrobił minę tak zniechęconą, że jego ojciec aż wybuchnął śmiechem: - No idź już idź....prędzej skończysz i będziesz mógł się pobawić. - Mama mówiła tak samo - odparł Manos. - No widzisz.....mama jest bardzo mądra i zawsze mówi prawdę - rzekł ojciec po czym znowu się uśmiechnął. Manosowi także wrócił humor. Rześko ruszył na wzgórza. Po krótkiej wspinaczce był ja na szczycie. Usadowione tu było małe poletko na którym państwo Dowell zawsze sadzili rzepę. Manos raźnie wziął się do pracy. Kiedy worek był już pełen, postanowił wracać. Jednak cos przykuło jego uwagę. W oddali ujrzał dwóch jeźdźców zmierzających w stronę ich farmy. Z daleka nie był w stanie wychwycić żadnych szczegółów. Poczekał chwilę po czym mógł juz stwierdzić że postacie były ubrane w czarne płaszcze. Takiej samej karnacji były zresztą konie. Obydwaj jeźdźcy mieli na twarzach zawiązane chusty a na głowach kapelusze - także w kolorze czarnym. Manos postanowił o wszystkim powiadomić ojca. Szybko zbiegł ze wzgórza i pobiegł do domu. Zastał ojca ostrzącego kosę. Pełnym podniecenia głosem wydukał: - Tato jacyś ludzie.....ludzie jadą tu! - Gdzie? - spytał ojciec. - Głównym traktem! Jadą z lasu! - Chodź - odrzekł ojciec - zobaczymy kim są ci goście. Ojciec wstał po czym nakazał iść Manosowi za sobą. Razem wyszli na drogę. Czarne postacie mozolnie zbliżały się do farmy. Były już około trzysta łokci od niej. Manos bał się nie na żarty. W jego głowie roiły się różne czarne myśli. A co jeśli to bandyci i zabiją nas wszystkich? - pomyślał. Jego ojciec miał w sobie dużo więcej spokoju. Czekał a po jego twarzy nie dało się wyczuć żadnych emocji. Z tyłu trzymał jednak włożony do spodni nóż. Manos dostrzegł go a jego niepokój wzrósł jeszcze bardziej. Jeźdźcy powoli wjechali na teren państwa Dowell'ów. Jeden z nich zeskoczył z konia i podszedł do stojącej przed domem rodziny. Pod chustami dało się zobaczyć tylko oczy. Jeden z nich miał zielone, drugi natomiast niebieskie jak szafir. Pierwszy z nich przemówił: - Czy to droga do wsi Heltgen? - Jego głos był męski i donośny. - Tak - Odparł szybko Manos. - Cicho....- skarcił go ojciec. Jeździec zamyślił się przez chwilę po czym spojrzał na swego kompana. Tamten powoli skinął głową. Tajemnicza postać znów wskoczyła na swego kruczo czarnego, prychającego konia i odrzekła: - Dziękujemy za pomoc....żegnajcie. - Żegnam panów! - odparł ojciec Manosa. Jeźdźcy powoli oddalili się od Dowell'ów. Manos miał w głowie burzę. Chciał koniecznie dowiedzieć się kim są te tajemnicze postacie. Wbrew zakazowi ojca i własnemu strachowi podbiegł do jednego z nich i pociągnął go za połę płaszcza. Ojciec z przerażeniem oglądał tę scenę. Ciągnięty za płaszcz jeździec natychmiast odwrócił się a w jego ręku zalśnił sztylet. Na widok wystraszonego chłopca, szybko go jednak schował: - Ahhh...to tylko ty......ale mnie wystraszyłeś - rzekł uśmiechający się pod chustą człowiek. - Ja..ja....ja chciałem się tylko spytać co waszmoście tu robią - odrzekł jąkając się Manos. W tej chwili do syna podbiegł ojciec i wziął go na ręce: - Co ty robisz!? - wykrzyknął a następnie zwrócił się do jeźdźców - proszę już jechać i zostawić nas w spokoju. Obydwie postacie spojrzał na niego, po czym bez słowa puściły się w dalsza drogę traktem. Manos dalej patrzył za oddalającymi się gośćmi. Jeden z nich spojrzał na niego i porozumiewawczo mrugnął. Manos uśmiechnął się, lecz ciągnięty przez ojca, zniknął za drzwiami swego domu....
Rozdział 2 - Trop
Tymczasem tajemniczy jeźdźcy jechali dalej, wolno posuwając się po zarośniętym drzewami traktem. Jedynym towarzyszem ich podróży był ptak, który radośnie świergolił nad ich głowami. Zdarzyło się też, że drogę przekroczył im jeleń z potężnym porożem, lecz jeźdźcy nie zwrócili na niego nawet uwagi. Bardziej interesowała ich rozmowa, która prowadzili między sobą: - Doprawdy ten maluch przestraszył mnie nie na żarty..... - Mówił ten o zielonych oczach. - Taaak myślałeś pewnie, że to jego staruszek rzucił się na ciebie z kosą, co? - śmiał się z niego drugi. Obydwaj towarzysze mieli doskonałe nastroje. W trakcie pogawędki wjechali na małą zieloną polanę porośniętą dookoła wierzbami. Blisko niej płynął wąski strumyk na widok którego czarne rumaki poczęły prychać coraz głośniej. Zielonooka postać zeskoczyła z konia i wziąwszy go za cugle zaprowadziła nad brzeg wody. Zwierzę zaczęło łapczywie pić wodę. Jeździec tymczasem łagodnie głaskał je po grzywie. Za śladem kompana poszedł drugi człowiek i także pozwolił swemu wierzchowcowi nieco odpocząć. Obydwaj podróżni wyciągnęli swoje bukłaki i napełnili je do końca. Następnie odwinęli lekko chusty i pociągnęli kilka zdrowych łyków. Po zaspokojeniu pragnienia przysiedli na chwilę by porozmawiać: - Hmmm.........jesteś pewien że to tutaj? - zaczął niebieskooki. - Tiaaa......myślisz że ten mieszczuch którego spotkaliśmy w Caldor mógł kłamać? - odparł drugi. - Nie wiem. -Po co miałby to robić?.........nie martw się tym, pomyśl lepiej o czekającym na nas zadaniu. - Mówił że to będzie czerwony tak? - Powinien być czerwony - odparł zielonooki pociągając łyk z bukłaka. - Mam nadzieję że młody..... - westchnął pierwszy - Ze starym też sobie poradzimy - odparł mu przyjaciel po czym klepnął go po ramieniu. - Dobra zbierajmy się...chcę być w tej wiosce przed zmrokiem. - Taaa ja też nie chcę natrafić na wargi.... Obydwaj przyjaciele osiodłali konie i już po chwili siedzieli na ich grzbietach. Po chwili znów byli na drodze. Tym razem jechali skąpaną w świetle słonecznym alejką przy której rosły jabłonie. Jeźdźcy nie mogli oprzeć się pokusie i już po chwili kieszenie ich płaszczy wypełnione były świeżymi, czerwoniutkimi, dorodnymi jabłkami. Brukowana alejka oznaczała że już w pobliżu powinno znajdować się Heltgen. Przyjaciele uważnie rozglądali się na boki. Wyglądali jakby wyczekiwali jakiegoś niebezpieczeństwa. Przejechali tak około pięćset łokci po czym ich oczom ukazała się tabliczka z napisem... - Heltgen... - Rzekł zielonooki. - Tia tam już widać zabudowania - wskazał mu ręką towarzysz. Istotnie na horyzoncie pojawiły się pierwsze budowle tej skromnej mieściny. Był to młyn którego potężne skrzydła przecinały powietrze oraz kościółek którego krzyż pnący się wysoko ku górze można było dostrzec z bardzo daleka. Przyjaciele westchnęli głęboko po czym skierowali konie w kierunku miasta. Kilka minut jechali w milczeniu oglądając uroki sielskiego życia mieszkańców Heltgen. Ludzie patrzyli na nich z ciekawością jak i niepokojem. Dzieciaki biegały wokoło i radośnie śpiewały na powitanie. Następnie dorośli podbiegali do nich i zabierali ich ze sobą ze strachem patrząc na nowoprzybyłe czarne postacie. Przyjaciele już mieli wjechać do mieściny przez małą drewnianą bramę kiedy nagle zielonooki zeskoczył z konia i wszedł w gęstwinę leśną. Jego towarzysz patrzył za nim z ciekawością. Po chwili kompan zniknął mu z oczu. Czekał. Nagle z lasu dobiegł go krzyk: - Merlan chodź tu szybko! - to jego towarzysz, zielonooki jeździec krzyczał za nim. Merlan bo tak na imię miał niebieskooki, zszedł z konia i szybko pobiegł za przyjacielem. Po chwili dostrzegł go klęczącego przed dziurą w ziemi. - Co jest Verne? - spytał - Patrz - Przyjaciel pokazał mu zagłębienie w ziemi. Dziura była całkiem duża. Wyraźnie widać było że jest to odcisk łapy. Wskazywały na to trzy odciśnięte palce i szramy po szponach. - Tak jak mówił wieśniak...czerwony - Odparł Merlan. Verne zamyślił się. Dokładnie zbadał odcisk po czym stwierdził: - Niestety bydle jest dorosłe. Przyjaciele powrócili na drogę. Kilku ciekawskich mieszkańców Heltgen grzebało im w tobołkach. Verne wyciągnął sztylet i syknął: - Wynocha! Bo wam bebechy wypruję! To wystarczyło by ciekawska gromada natychmiast się rozbiegła. Przyjaciele wskoczyli na konie i podjechali pod bramę. Przestraszony mieszczuch natychmiast ją otworzył. Tak oto Merlan i Verne znaleźli się w Heltgen, celu swej podróży. Wolno sunęli wąską brukowaną uliczką mijając kolejne domostwa. Szukali karczmy. Potocznie mówiąc miejsca gdzie można się tanio najeść, wyspać a co najważniejsze zaczerpnąć informacji. Całe miasto wodziło za nimi oczami. Ludzie w tych czasach bali się nie tylko potworów, ale i rozbójników. Jednak ci dwaj jeźdźcy na pewno nie byli bandytami, o nie...Oni zamierzali uwolnić to miasto od kłopotów. Wolno wjechali na mały plac, na którym znajdowały się stragany okolicznych kupców. Było to centrum miasta. Przy nim stał skromny ratusz - siedziba burmistrza tej mieściny. Jednak nasi bohaterowie nie szukali ratusza. Wzrokiem wodzili po wszystkich uliczkach rozciągających się od centrum. Nagle Verne wskazał ręką: - Tam!....... Merlan obrócił się we wskazanym kierunku: - "Pod złamaną strzałą"........- wyrecytował iście poetycko po czym dodał - może być..... Przyjaciele zsiedli z koni i przywiązali je do słupka sterczącego przed wejściem. Verne pewnym ruchem otworzył drzwi karczmy i wkroczył do środka. Ładne miejsce - pomyślał. Cała sala wykonana była od wewnątrz z drewna. Po prawej stronie od wejścia stała długa lada a przy niej cały rząd kufli i butelek z napojami alkoholowymi. Po lewej natomiast znajdowały się prowadzące na piętro schody. Pod schodami znajdowały się beczki z przymocowanymi kranami. Przyjaciele mogli się tylko domyślać, co się w nich znajduje. Verne i Merlan zajęli jeden ze stolików koło barku i czekali na właściciela tego przybytku. Dopiero teraz ściągnęli chusty i ukazali swe twarze. Byli to ludzie młodzi o dumnych i szlachetnych rysach twarzy. Kasztanowe włosy Verne wolno rozwiały się wokół jego smukłej twarzy. Merlan natomiast był Albinosem z włosami zawiązanymi w kitę. Pod okiem miał bliznę, prawdopodobnie po ranie odniesionej podczas którejś z ich niezliczonych przygód. Poczekali chwilę szepcząc coś do siebie kiedy nagle zza lady pojawił się barman. Był to człowiek lekko otyły o bardzo przyjemnej i wzbudzającej zaufanie twarzy. Przyjaznym gestem przywitał przyjezdnych i spytał: -, Czego sobie szanowne państwo życzy? - Jego rubaszny głos brzmiał naprawdę zabawnie. - A więc...- odparł powoli Verne - życzymy sobie pokój z dwoma łóżkami, obiad za jakąś godzinę oraz opiekę nad naszymi rumakami.... Barman pomyślał chwilę po czym odparł: - Oczywiście.....- chwilę grzebał po swojej kieszeni po czym wręczył klucz Merlanowi - proszę to klucz do pokoju numer dziewięć.....obiad podam za godzinę natomiast konie odprowadzi do stajni moja żona. - Barman szeroko się uśmiechnął, po czym dodał - życzą sobie państwo coś jeszcze? - Właściwie to taaa - Verne zamyślił się, po czym dodał - byłbym bardzo rad gdyby jutro rano zwołał pan wszystkich mieszkańców do tej tawerny, niesiemy ważne wieści - młodzieniec porozumiewawczo mrugnął do Merlana. - Hmmm - pomyślał barman - tak to da się załatwić, zwłaszcza że chyba wzbudziliście dużą ciekawość.....a teraz, co do zapłaty....Należy się pięć dziesiątek złotych monet. Merlan wolno sięgnął po sakiewkę, którą miał przypiętą do pasa. Odliczył należność i wręczył ją barmanowi, któremu z radości aż zaświeciły się oczy. - Chodźmy na górę - stwierdził Verne. Po chwili obaj przyjaciele wdrapywali się już po schodach. Merlan stanął przed drzwiami i próbował dopasować klucz do zamka: - Co jest do cholery .... nie otwiera się - mówił coraz bardziej zdenerwowanym głosem. - Patrz to jest szóstka a nie dziewiątka! - oświecił go Verne - Numerek się przekręcił..... Obydwaj przyjaciele wpadli w śmiech i już po chwili weszli do pokoju. Izba nie była zbyt duża, ale posiadała wszystko co potrzebowali. Dwa łóżka, stolik, krzesła, lustro, kilka szafek i okno prowadzące na centrum miasta. Przyjaciele ściągnęli płaszcze. Obaj mieli na plecach przewieszone łuki. Piękne zdobione złotem bronie do których strzały często nasiąkali trucizną którą Merlan trzymał przy pasie. Poza łukiem Verne posiadał tzw. księżycowe ostrze. Do trzonu tej broni po obu stronach doczepione było lekko zakrzywione ostrze i właśnie stąd wzięła się ta specyficzna nazwa. Merlan natomiast dzierżył dwa długie sztylety, które także często pokrywał trucizną. Pod czarnymi, wierzchnimi ubraniami, przyjaciele mieli nałożone zbroje wykonane z bardzo mocnej skóry hippogryfa. Była ona bardzo lekka a przy tym niesamowicie odporna na wszelkie ciosy. Dopiero teraz można było dokładnie poznać kim są towarzysze - Łowcami smoków.
Rozdział 3 - Zebranie
Verne po raz kolejny przeciągnął się na swym łóżku. Spało mu się tak dobrze, że chyba nic nie zdołało by go wyrwać z drzemki. Kto by przypuszczał że łóżka w takiej podrzędnej tawernie mogą być tak wygodne? Na pewno nie Verne który bardzo mile się na nich zaskoczył. Obecnie z głową wtuloną w poduszkę wyglądał jak w transie. Co chwilę wykrzywiał twarz w śmiesznych grymasach. Najwyraźniej śniło mu się coś ciekawego. Nagle w pokoju rozległo się donośne pukanie. Verne nie zareagował. Po chwili znów donośny odgłos uderzającej o drewno ręki przeleciał przez głowę śpiącego łowcy smoków. Otworzył jedno oko. Po chwili jednak zaniemógł i znów je zamknął. Po raz kolejny, tyle że dużo mocniej, ktoś coraz gniewniej uderzył o drzwi. Śpiący na drugim łożu Merlan wymamrotał: - Zobacz......kto to....... - po czym ziewnął i odwrócił głowę w drugą stronę. Przy akompaniamencie coraz mocniejszych uderzeń, Verne powoli wstał z posłania i z zaspanymi oczami podszedł do drzwi. Ziewając co chwilę spytał: - uaaaa.....kto tam? - To ja......właściciel tawerny! - odparł rubaszny głos. - Czego?....-wymamrotał Verne. - Zebrałem ludzi tak jak chcieliście! Wszyscy czekają na dole! - O cholera....... - wydukał Verne - zapomniałem - dodał. - Czekamy na waszmościów, proszę się pospieszyć. Verne szybko ocknął się ze swojego poprzedniego stanu. Natychmiast skoczył do Merlana i silnym pociągnięciem ręki, zrzucił go na ziemię. - Co robisz szalony ty! - wykrzyczał Merlan - Zwijaj się leniwcu! Zapomnieliśmy o zebraniu, czekają na nas! - odparł mu gniewnie Verne. Merlan jak strzała wypuszczona z kuszy poleciał do szafy. Obydwaj przyjaciele szybko nałożyli na siebie swoje codzienne stroje. Obaj lubili czerń. Sprawiała że czuli się bezpiecznie ale dodawała im także tajemniczości i powagi. Po pięciu minutach byli już gotowi. Merlan poprawił tylko swój płaszcz i spytał: - Bierzemy kapelusze? - Tiaaaaaa......- odparł mu w swój specyficzny sposób Verne. Obydwaj przyjaciele szeroko się uśmiechnęli. Na końcu przewiesili przez ramiona swoje wspaniałe łuki oraz przypięli do pasów swe bronie do walki wręcz. Verne podszedł do lustra i rzekł śmiejąc się: - Czy nie wyglądam oszałamiająco? - Dobra dobra, panicz pozwoli że wyczłapiemy już przez te drzwi hmm? - odparł mu kręcąc głową Merlan. Po chwili obydwaj przyjaciele byli już na korytarzu. Słyszeli dobiegające z dołu głosy zniecierpliwionych mieszkańców Heltgen. Verne szedł pierwszy. Majestatycznym krokiem powoli zszedł ze schodów. Cała gospoda była wypełniona po brzegi. Wszystkie miejsca siedzące jak i stojące zajęte były przez kmiotków, strażników, piękne niewiasty a nawet dzieci. Blisko schodów stała przygotowana mała mównica. Na widok Verne wszyscy mieszkańcy nagle zamilkli. Dało się słyszeć tylko kilka szeptów i odgłosy zdumienia. Nagle z tłumu wyszedł pewien bardzo otyły człowiek. Twarz miał przyozdobioną chytrym okalającym wielgachny nos uśmiechem. Po szatach poznać można było poznać że to jakiś wysoki rangą urzędnik. Wszystko miał z jedwabiu, no może oprócz pięknych wypolerowanych trzewików. Skrzęczącym głosem postać przemówiła: - Witam szanownych panów w naszej skromnej osadzie. Verne chciał odpowiedzieć ale mężczyzna mówił dalej: - Jestem Gustav, burmistrz tego ustronia i moje jak i zarówno ludu pierwsze pytanie do panów brzmi: czemu zawdzięczamy te wizytę? Verne i Merlan wolno podeszli do mównicy. Wszystkie oczy skierowane były na nich. Jednak ta sytuacji nie stresowała ich nic a nic. Dobrze znali się na ludziach. Na razie wszyscy podziwiali ich wspaniałe bronie i szaty które mieli na sobie. Nawet bogaty burmistrz nie mógł się na nich napatrzeć. Pierwszy przemówił Verne: - Witam wszystkich mieszkańców Heltgen. Moje imię to Verne a człowiek stojący obok mnie to Merlan. - Prędko...do krów mi śpieszno! - zawołał z tyłu jakiś wieśniak. Verne uśmiechnął się tylko i mruknął coś pod nosem. Następnie westchnął głęboko i kontynuował przemowę: - Ja i mój białowłosy przyjaciel... - Merlan spojrzał na Verne z lekkim wyrzutem, a następnie uśmiechnął się -...trudnimy się niezwykle trudnym fachem..... - Interesujące..doprawdy ale czasu mamy mało... - wtrącił burmistrz. Verne spojrzał na niego z gniewem po czym szybko rzucił: - Jesteśmy łowcami smoków..... Cała sala nagle zamarła. Ludzie nie mogli uwierzyć w to co słyszą. - Smoków..?! - krzyknął ktoś z tyłu. - Tak smoków! - odparł Merlan podchodząc bliżej mównicy. - I mamy dla was bardzo złe wieści....... - To jakieś brednie - wymamrotał pod nosem burmistrz. - To nie brednie! - krzyknął unosząc się gniewem Verne - koło waszego miasta zbudował sobie leżę czerwony smok! Wszyscy słuchali przyjaciół z przejęciem. Burmistrz próbował zapanować nad sytuacją: - Po to ściągnęliście nas do tej tawerny?! Żeby opowiadać nam jakieś bajeczki? - mówił z pogardą. - To nie są bajki cymbale - warknął Merlan - grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Smok nie długo wyjdzie na żer a wtedy..... - łowca smoków mówił szybko niemalże krztusząc się własną śliną. Tłum jednak wolał słuchać swojego burmistrza i już po chwili wszyscy szydzili z dwójki przyjaciół. - Chyba na mózg wam rzuciło! - krzyknął ktoś znowu. - Szaleńcy! - wtórował inny głos. - Doprawdy zabawne! - krzyknął burmistrz - smok w naszej małej mieścinie - dodał po czym wybuchnął śmiechem. Za jego śladem poszła reszta ludu po czym cała sala śmiała się w najlepsze. - A ślady! - krzyknął Verne. - koło waszego miasta pełno jest smoczych śladów! - Ślady? - odburknął Gustav. - Pewnie sami je zrobiliście żeby ściągnąć z nas pieniądze za "ochronę"! Dobrzy ludzie nie dajcie się naciągnąć tym oszustom! Tu nie ma żadnych smoków! - Przecież one były tu zanim przyjechaliśmy! - warknął Merlan podchodząc w gniewie coraz bliżej do Gustava. - To chyba o
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sonix
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…