Wróć do katalogu

Snuff

krótkie opowiadania zainspirowane filmami snuff

thaumiel, opublikowano , 15 min czytania, 3,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

My lamb and martyr, this will be over, soon. You look so precious.

Tool "Prison sex"

Spojrzał spod opuchniętych powiek na rozległe wnętrze pustego magazynu. Nikt go tu nie znajdzie, powinien był pogodzić się z tą myślą, kiedy tylko tu dotarł. Nie doczeka się tu niczyjej pomocy. Jest skazany na samego siebie, na resztki sił które pozostały jego organizmowi, by przetrwać tu jeszcze dzień czy dwa, nie dłużej. I na swojego prześladowcę, na człowieka, którego nigdy wcześniej nie spotkał, a który obwołał się jego wybawcą. Nad całą tą ogromną powierzchnią unosił się odór gnijącej wody, przez całe lata wpadającej do środka przez dziurawy blaszany dach. Nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą, ale nie miał też sił zaprzeczać – siedział się w kałuży własnych fekaliów. W okolicznościach w jakich się znajdował nie mógł liczyć na luksus korzystania z toalety. Tu przywilejem byłoby przykuwanie go codziennie w innym miejscu, by nie musiał znosić bezpośredniej i nieustannej obecności własnych odchodów. Ale nawet, gdyby teraz wszedł tu postawny mężczyzna, zawsze ubrany na czarno, i rozkuł go, pozwalając mu iść gdziekolwiek zechce – nie zrobiłby tego. Jego nogi pewnie odmówiłyby posłuszeństwa, zanim by wstał. Czuł swoje mięśnie jakby były żywymi, otwartymi ranami, rozrywanymi tysiącami wewnętrznych neutronowych implozji na sekundę. Ale możliwe, że po prostu nie chciałby opuścić tego miejsca. Możliwe, że dopadł go syndrom sztokholmski, może zżył się ze swoim prześladowcą, a może po prostu zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co tu robi. Jeszcze siedem dni temu interesowały go jedynie wskaźniki giełdowe, handlowe manipulacje i nowy wzór wizytówek na wytłaczanym kremowym papierze. Jego inicjały napisane elegancką kursywą w intensywnie czarnym kolorze, wskazujące każdemu, że ma do czynienia z dobrze wykształconym, elokwentnym, a przede wszystkim uczciwym człowiekiem. Jedno z setek niewielkich, niewinnych kłamstw, tworzonych każdego dnia, żeby odrobinę się wybielić. Jego śnieżnobiały uśmiech był równie sztuczny jak chęć pomocy ludziom, dla których pracował. Szanował ludzi tak długo, jak przynosiło mu to zyski, i całkowicie odpowiadał mu taki tryb życia. Nie każdy przecież może być dobrodusznym wolontariuszem. Nie każdy zamknie się w bambusowej chacie z chorymi na malarię, by opatrywać ich rozdrapane rany i wąchać ich gnijące ciała. Nie każdy potrafiłby pomagać przy opiece nad starszymi ludźmi, zmieniając im ogromne pieluchy i myjąc ich pomarszczone, blade ciała. Nie każdy chce narażać się na takie widoki tylko po to, by łechtać swoje ego własną dobrocią. Gdyby jeszcze tydzień temu spytać go o listę swoich osiągnięć, nie musiałby długo zastanawiać się nad odpowiedzią. Dobre wyniki testów, zwłaszcza jak na kogoś, kto przez całe liceum bardziej zainteresowany był paleniem trawy niż nauką. Zakończenie studiów z wysoką lokatą, na jednym z setek podrzędnych uniwersytetów w tym kraju. W to wliczony krótki przymusowy pobyt na detoksie, kiedy jego rodzice znaleźli u niego kokainę. Wakacyjne szkolenie porządnego obywatela w sali parafialnej, wytłumaczone kumplom rodzinnym wyjazdem na Florydę, równie nieskuteczne jak ósme piwo na imprezie po poprzednich siedmiu. Zatrudnienie w firmie handlowej prowadzonej przez dyskretnego znajomego jego ojca, który przepuścił go w kolejce do stanowiska przed kilku kujonów, z którymi studiował, a którzy nawet nie chcieli pożyczyć mu notatek. Frajerzy. Ponad pięćdziesiąt tysięcy rocznie, kawalerskie mieszkanie z widokiem na park, czerwona Corvette z 68 roku. Szafa pełna markowych garniturów i niepotrzebnych dodatków, abstrakcyjne meble w szlachetnie dobranych kolorach, ładnie oprawiona kolekcja największych dzieł literatury światowej, których nigdy nie miał zamiaru przeczytać. Wszystko, co można było znaleźć w katalogach, a na co nie każdy mógł sobie pozwolić. Teraz musiałby przewartościować całe swoje dotychczasowe życie, by odnaleźć choć jedna pozytywną stronę sytuacji, w jakiej się znajdował. Tu nie było istotne, czy był ambasadorem ONZ podróżującym do Afryki, narażając przy tym własne życie dla wyższych celów. Mógł równie dobrze być Matką Teresą lub ćpunem wyciągniętym z kontenera. Nie zmieniałoby to faktu, że jego ciało powoli przestawało się nadawać do jakiegokolwiek użytku, że osłabł tak, że nie był w stanie zmienić jego ułożenia. Na prawym udzie miał okropną szarpaną ranę, na której zakrzepła ciemnoczerwona krew. Najprawdopodobniej nie oberwał w tętnicę, inaczej pewnie nie miał by możliwości oglądania siebie w groteskowej i przerażającej formie, jaką stał się przez ostatnie dni. Gdyby człowiek faktycznie był tylko układem DNA, on nie przypominałby spirali, tylko poszarpaną nić. Nie czuł już nawet bólu idącego bezpośrednio z rany – był za to otępiony przez miliony igieł przeszywających każdy fragment jego ciała. Był kalekim dzieckiem stworzonym przez ułomną Matkę Naturę. Nie przewidywał takiego biegu wydarzeń, gdy wychodził z biura o piątej po południu, rozmyślając, czy większą ochotę ma na whisky czy słodkie malibu. Nie przypuszczał nawet, że tego wieczoru będzie miał problemy większe niż stanie w kolejce do toalety w nocnym klubie albo anonimowa zaczepka na ulicy z prośbą o drobne. Nienawidził tych drobnych codziennych komplikacji, a przynajmniej do tej pory ich nienawidził. Teraz nie był w stanie wyobrazić sobie nawet takiej emocji. Teraz zależało mu tylko na zachowaniu wątpliwych resztek godności, zanim wpadnie twarzą w kałuże własnych odchodów, dusząc się nimi, a jednocześnie nie mając siły na ratowanie się. Jego wnętrza spirala samokontroli nieubłaganie pędziła w dół. Przed oczami przelatywały mu migawki z filmów, o których nie mówi się głośno. Nigdy nie widział prawdziwego snuff, ale nie wątpił, że one istnieją. Obrazy agonii, jakiej doświadczają ofiary po tygodniach tortur. Nie nagrania z wojen, gdzie trupy stanowią element krajobrazu, gdzieś pomiędzy amerykańskimi żołnierzami a gruzami, które kiedyś były domem. Nie sceny ukazujące piękne wyspy po kataklizmie, z połamanymi palmami leżącymi na plaży, z żółtą morską pianą i zdezintegrowanymi ciałami, które pokazuje się w telewizji i charytatywnych teledyskach gwiazd MTV, śpiewających stare rockowe ballady o potrzebie pomocy poszkodowanym. On nie patrzył na siebie jak na anonimowe zwłoki leżące pomiędzy resztkami czyjegoś życia sprzed kilkunastu godzin, on widział siebie jako ranne zwierze, ofiarę większego i bardziej niebezpiecznego drapieżnika. I nie wiedział, czy powinien być mu wdzięczny za to, że wciąż żyje, czy przeklinać fakt, że nie mógł nawet przegryźć własnych żył by zakończyć swoje upokorzenie. Zastanawiał się, czy bardziej zależy mu w tym momencie na byciu odnalezionym czy na możliwości śmierci w jak najmniej bolesny sposób. Ludzie zniosą wszystko poza naprawdę silnym bólem fizycznym. Przez całe życie słyszał te brednie o przemocy psychicznej, o niszczeniu kruchej ludzkiej psychiki mobbingiem i wyzwiskami, i miał ochotę podpalić wszystkich tych psychiatrów, chciał wywołać chaos i postawić ich w sytuacji, w jakiej sam się znajduje, byleby tylko przyznali, że nie mieli racji. Chciał pochlastać ich ciała i wpuścić do ran robaki. Nie widział nigdy naprawdę brutalnych scen przemocy. Nie widział jej w rzeczywistości. A tym bardziej nigdy w tym nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych