Sorena
Trochę magii, trochę łotrostwa...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Spał. Całkiem głębokim snem, trzeba przyznać. Zbyt twardym. Zdecydowanie!
Jednakowoż, kiedy tylko zgrzyt nieco już podrdzewiałych zawiasów rozdarł niezmąconą dotąd ciszę, natychmiast zerwał się i instynktownie pochwycił prawą dłonią ciężki miecz.
Był zły. Zły na siebie. Do stojącej na uboczu chatki nikt nie powinien był się niepostrzeżenie zbliżyć. Tymczasem ktoś dyskretnie podkradł się do okalającego ruderę, zarośniętego chaszczami ogrodzenia, po czym bezszelestnie wyciągnął skobel blokujący furtkę. Wcześniej musiał w tajemniczy sposób przemknąć po grobli. Innej drogi do rozwalającej się rudery nie było. Intruz najpewniej minął tamę, a następnie sforsował obecnie spróchniałą, drewnianą kładkę. Jeśli ktoś był ponadprzeciętnie zwinny, mógł tego dokonać podczas jakże ciemnej, bezgwiezdnej nocy. Zastanawiający był jednak fakt, że intruz minął uwiązanego obok mostka ogiera. Koń z pewnością musiał usłyszeć przybysza, a tym samym powinien był obudzić mężczyznę. Nie obudził.
Źle się stało, że ktoś go tu odnalazł. Tak po prawdzie nikt nie miał prawa wiedzieć o jego tutaj pobycie. Fu – bo tak zwano zbudzonego ze snu człowieka – nie zamierzał tracić czasu na bezowocne kontemplacje. Zwinnie, delikatnym kocim krokiem, podkradł się pod zamknięte jedynie na klamkę drzwi. Stanął i czekał w milczeniu.
Noc była nadzwyczaj ciemna, bowiem niebo zasnuły ciężkie chmury. Przeciętny śmiertelnik bez pochodni nie miał dzisiaj czego szukać w mrocznym borze. Tyle, że Fu Janerro to nietuzinkowy facet, toteż nawet w tych nieprzeniknionych ciemnościach potrafił wyodrębnić z otoczenia co wyrazistsze formy. Słuch również wyostrzony miał ponad normę. Nie bez racji uchodził za mistrza przeszpiegów. Owszem, niewielu ludzi zdawało sobie sprawę, że niczym niewyróżniający się z tłumu Fu był słynnym najemnikiem Srebrnym Lisem, znanym również jako Vulpes.
Nadzwyczajne umiejętności Fu uratowały rosłego przybysza, który charakterystycznie utykając na lewą nogę, zdradził uzbrojonemu, przyczajonemu za drzwiami mężczyźnie swoją tożsamość.
{i}- Wejdź Aashearh –{/i} zaprosił wędrowca.
Jegomość zdecydowanym krokiem przekroczył próg zniszczonej chaty, po czym zatrzymał się i rozejrzał się wkoło, próbując zlokalizować gospodarza. Trzask zamykanych za nim drzwi uświadomił go, że Fu znajduje się za jego plecami.
Vulpes bez pośpiechu podszedł do kutej skrzyni, z której podniósł wypaloną do połowy świecę. Po chwili nikły blask rozlał się po pomieszczeniu. Odziany w skromne, ciemne szaty przybysz, nie czekając na zaproszenie, udał się w stronę zakurzonego stołu. Oparł drogocenną laskę o ścianę, a następnie usiadł na dębowej ławie. Jego sposób poruszania i bijące od niego dostojeństwo niezaprzeczalnie zdradzało szlacheckie pochodzenie.
Przybycie pół-elfa uspokoiło nieco gospodarza. Aashearh potrafił poruszać się bezszelestnie. Jak się okazało, doskonale radził sobie także w mrocznym środowisku. Również nietypowo spokojne zachowanie konia znalazło uzasadnienie. Ogier Srebrnego Lisa był bowiem podarkiem właśnie ze stajni Aashearha. Wszystkie wypuszczone spod jego opieki wierzchowce słynęły z niezwykłej inteligencji i wierności do swego pana... Niestety nie większej, niźli do swojego wychowawcy. Nic dziwnego zatem, że zwierzę w żaden sposób nie dało znać o przybyciu swojego pierwszego właściciela.
{i}- Nie spodziewałem się ciebie tutaj. Nie dzisiaj –{/i} odezwał się Fu, który zbliżywszy się do siedziska spoczął obok gościa.
{i}- Spotkanie w mieście uznałem za nazbyt ryzykowne.{/i}
{i}- Nie mogłeś jednak wiedzieć, że dziś tu przybyłem.{/i}
{i}- Mam więcej uszu, niźli mógłbyś przypuszczać. Poza tym bałem się, że ktoś mnie uprzedzi.{/i}
{i}- Czyżbyś mi nie ufał? Nie jesteś może sam? -{/i} zaniepokoił się Vulpes.
{i}- Nie udawaj. Jakbyś nie wiedział. Dość już tej dyplomatycznej ciuciubabki. Oboje wiemy, po co tu jestem. Nie ufam ani ja tobie, ani ty mnie uczuciem takowym nie darzysz. A czy nie jestem sam? Bądź pewien, że nikogo ze sobą nie ciągnąłem. Nie po to się wymykałem z miasta, by ktoś o tym miał wiedzieć. Śledzić też mnie nikt nie mógł bez zwrócenia na siebie uwagi. Jest zbyt ciemno, a koń mój nie bez kozery Szepczący Zefir się zwie.{/i}
{i}- To dobrze...{/i}
{i}- Czy masz go dla mnie?{/i}
{i}- Mam informacje...{/i}
{i}- Co?! -{/i} zakrzyknął pół-elf.
{i}- Spokojnie Aashearh. Może jesteśmy sami, ale ściany mają uszy. Nie unoś się, proszę. {/i}
{i}- W porządku. Więc nie masz go? Prawdziwe zatem okazują się pogłoski, iże ktoś wykradł go wcześniej. Bodajby sczezł w piekle, szubrawiec. Wiesz, kto to?{/i}
{i}- Wiem, kto go zwędził. Niejaki Don Sorro.{/i}
{i}- Nie miałem przyjemności poznać.{/i}
{i}- Nie dziwi mnie to wcale. Łotrzyk to pospolity. Cyrkowiec jakiś. Zresztą, nie żyje już chyba biedaczysko...{/i}
{i}- Skoro odszedł łajdak, to któż jest obecnie w jego posiadaniu?{/i}
{i}- Nie tak szybko. Sorro faktycznie był sprawcą jego zniknięcia, ale gdy moi ludzie pojmali go pijanego w karczmie, goły był jak święty turecki. Długo się bronił i torturom opierał, nim w końcu go złamaliśmy...{/i}
{i}- Rozumiem, że sięgnęliście po ostateczność, liście mau...{/i}
{i}- Bynajmniej. Źle zaczęliśmy. Złoto go przekonało. Okazało się, że okradła go jego córeczka...{/i}
{i}- A to ci rodzinka. Lecz gdzie więzi rodzinne. Wydał ją, ot tak, za nędznych kilka worków złota?{/i}
{i}- Cóż, przeceniasz go panie. Targował się mocno...{/i}
{i}- A ja mam pokryć koszta wyprawy?! Nie dam więcej jak 5 worków złota!{/i}
{i}- Spokojnie, spokojnie. Targował się mocno i wytargował... pół worka i wolność. Dostał, co chciał, lecz gdy karczmę opuszczał, tak pijany był moczygęba, że wszystko, co dostał, zostawił wraz z płaszczem. Zapłaciliśmy karczmarzowi wspaniałomyślnie za obwiesia. Kiedy jednak nam w drogę ruszyć przyszło, widzieliśmy jak biedak spadł z mostu w wiry potoku bystrego.{/i}
{i}- Co z nim?{/i}
{i}- Pewnie utopił się, jeśli mu nikt nie pomógł...{/i}
{i}- Nie z tym szubrawcem! Pytam co z Nim?{/i}
{i}- Jak już mówiłem, zabrała go jego córeczka, też niezłe ziółko zapewne.{/i}
{i}- Zapewne? Znaczy to, że jej nie znaleźliście?{/i}
{i}- Cóż... niestety znaleźliśmy. Lecz nie miała go przy sobie. Przeklęta... –{/i} Fu zamilkł.
{i}- Mów dalej - {/i}po chwili milczenia zniecierpliwiony wyraźnie nieczłowiek ponaglił towarzysza swego.
{i}- Volvi nie żyje...{/i}
{i}- Co?{/i}
{i}- Sprytna smarkula przechytrzyła nas –{/i} podjął szpieg spokojnym, acz przeszytym smutkiem i nostalgią głosem {i}- jak zwykłych rzezimieszków. Łotrzyca! Nie trudno było ją wytropić, gdyż wcale ukrywać się nie zamierzała. Początkowo szczęście sprzyjało nam bardzo... Zbyt mocno... Być może to właśnie przyczyną było naszej porażki. Nim opuściliśmy karczmę, w której to pogawędziliśmy sobie z Don Sorrem, przeszukaliśmy pokój, w którym ten parszywiec nocował. Ku naszej uciesze znaleźliśmy tam autoportret jego córeczki. Nie był on wprawdzie dokończony, ale wystarczająco wiele tam było naszkicowane, by Volvi zakochał się od pierwszego wejrzenia... Pewnie dlatego, że dosyć skąpo odziana była owa niewiasta na malunku. Nie ważne. Ruszyliśmy śladem panny Soreny, nawiasem mówiąc pół-elfki. Trop był wyraźny aż nazbyt, ponieważ dziewczyna wędrując przez wioski w kierunku miasta, urozmaicała wieśniakom wieczory, bajając o smokach, królewnach, i innych potworach. Zapamiętali ją jednak doskonale wszędzie nie tylko z powodu tych pięknych bajeczek, choć nie przebywała ona w żadnej wiorście dłużej niż przez dobę. Przybywszy do takiej czy innej wioski, wynajmowała sobie pokój najlepszy, lecz zawdy od podwórza, nieopodal stajni. Najchętniej wybierała komnatę na parterze, ale nie gardziła pierwszym piętrem. Zaufanie zdobywała od razu, gdyż zawsze z góry za niego płaciła. Później siadała w karczmie nieopodal barmana i bajać zaczynała, podobno przewspaniale. A że już samym wyglądem ściągała ku sobie wzrok męskiej widowni, po chwili całkiem spora gromadka przysłuchiwała się jej opowieściom. I tak prawiąc opowieści niestworzone do późna w nocy, płaciła jeszcze wspaniałomyślnie za wszystkich wokół zebranych, po czym udawała się zdrzemnąć do siebie. Dziwnie znamienne było to, że po chwili zawsze słyszano końskie rżenie, niby chichot piekielny, jak nam opowiadano. Wieśniacy zauroczeni opowieściami pięknej panny, wspominali nowo usłyszane historie przy trunkach mocniejszych. I dopiero kiedy przychodziło do płacenia, okazywało się, że każdy z nich ma puściutkie kieszenie. Lecz kiedy biegiem puszczali się do pokoju pannicy, zastawali pokój puściutki... Symptomatyczne było jednak to, że Sorena zawsze na stoliku zostawiała sakiewkę z pieniędzmi oraz karteczkę, na której napisane było „Dzięki za gościnę, stawiam jeszcze jedną kolejkę”. Uśmialiśmy się do rozpuku w mniej więcej co trzeciej wiosce, gdyż z taką regularnością niewiasta łupiła chłopków.{/i}
{i}- Niebywałe.{/i}
{i}- Ano, niebywałe. W każdej wiosce chętnie nam o niej prawiono, licząc, że odbierzemy skradzione kosztowności, a wracając oddamy. Ot, głupcy naiwni. Nie dziwiliśmy się wcale, że tych zbyt ufnych kmiotków tak łatwo omamiała. Każdy bardziej rozgarnięty podróżnik wystrychnąłby ich na dudka. Wciąż nie docenialiśmy jej... Ach w gardle mi zaschło, nie masz może bukłaku z czymś mocniejszym?{/i}
{i}- Hmmm? Ach, tak. Nie! Znaczy nie mam...{/i}
{i}- Cóż, w takim razie swojego bimbru będę musiał skosztować. Mocny on i cierpki, ale swoją moc ma. Skosztujesz? -{/i} zapytał Fu, kierując się do ciepłego jeszcze legowiska.
{i}- Nie mogę. No chyba, że małą miarką mnie uraczysz. Nie sposób tobie odmówić. A zatem. Cóż dalej było? Zaiste zainteresowała mnie twoja opowieść... Ale, ale! Czy aby ty zaraz nie znikniesz, Fu? Czy aby na pewno sakiewka ma jeszcze spoczywa w mojej kieszeni? Na głupca bym wyszedł, gdybyś omamił mnie taką historyją, po czym zniknął niczym Sorena... A może to ty ukryłeś się tym razem pod wdzięcznym pseudonimem Soreny...{/i}
{i}- Ach widzę, że humor wrócił, mimo iż ci go nie przywiozłem. Cóż, mnie wcale nie jest do śmiechu -{/i} rzekł bardzo poważnie Srebrny Lis, wyciągając spod łóżka butelkę mocnego trunku. Następnie usiadł na powrót przy stole, łyknął i podał butelczynę kamratowi, po czym jął kontynuować {i}- Tak... Nie doceniliśmy jej wcale. Już po tygodniu i dniach trzech, późnym wieczorem, wkroczyliśmy do karczmy, w której w pobliżu barmana siedział nie kto inny, jak nasza pół-elfka, rzeczywiście nie brzydka. Aż żal było jej krzywdę robić, nadałaby się do naszej kompanii. Litość nas jednak nie zmogła. Przyłączyliśmy się do kręgu zafascynowanych wieśniaków i przysłuchiwaliśmy się opowieściom, zaiste cudownym. Chcieliśmy załatwić nasze sprawy jak najszybciej, dlatego też Volvi i Renfar udali się do pokoiku Soreny. Zamierzali obezwładnić ją niezwłocznie. My w czwórkę zostaliśmy na sali, gdyż chcieliśmy zobaczyć osobiście miny oszukanych wieśniaków. Niezbyt długo musiał Volvi czekać w pokoju na... -{/i} szpieg zamilkł na chwilę, a na jego twarzy zarysował się ledwie dostrzegalny grymas wściekłości. Kiedy po chwili uspokoił się, zaczął snuć dalej swoją opowieść - {i} Kiedy wkroczyliśmy do karczmy, bajdy miały się już ku końcowi. Przyglądaliśmy się uważnie, jak dziewczyna pochylała się to nad jednym, to nad drugim wpatrzonym w jej dekolt chłopkiem. Machała przy tym wdzięcznie i zgrabnie rękoma, gestykulując i ubarwiając opowiadaną historię. Nie mieliśmy już żadnych wątpliwości, w jaki sposób udawało jej się omamiać tych prostych wieśniaków. Jednak do nas się nie zbliżała, jakby podejrzewając, że nie jesteśmy tutejsi. Kiedy ostatnia gawęda dobiegła do końca, Sorena zapłaciła za spożyte przez swoich słuchaczy napoje, po czym skłoniła się nisko, aż dech w piersiach zaparło... Nam również... Później udała się swoim zwyczajem do sypialnej komnaty. Tam czekali na nią nasi druhowie. Wszystko szło po naszej myśli, gdyż nie usłyszeliśmy by zarżał koń za oknami gospody. My posiedzieliśmy do czasu, kiedy kmiotkowie zamierzali zapłacić za kolejną kolejkę trunków. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Coś, czego się zupełnie nie spodziewaliśmy.{/i}
{i}- Kmiotkowie zapłacili za swoje trunki?{/i}
{i}- Tak! Dokładnie. Ale to nie wszystko. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy za oknami karczmy dał się słyszeć tętent, po czym dobiegło nas rżenie konia. Zerwaliśmy się z miejsc i pogoniliśmy do komnaty, w której miała nocować Sorena... Volvi siedział uśmiechnięty na fotelu. Martwy. Nóż miał wbity w serce. A Renfar leżał związany i zakneblowany na łóżku. Kiedy go rozwiązaliśmy, opowiedział, co się stało. Volvi czekał spokojnie w fotelu. Nie spodziewał się oporu z jej strony. Renf przyczaił się przy drzwiach. Kiedy dziewczyna weszła do pokoju, zarzucił jej od tyłu na szyję żyłkę. Wówczas dziwka błyskawicznie wyciągnęła ukryty w biodrówce nóż, którym celnie rzuciła prosto w serce Volviego. Renf szlochał. Wyobraź sobie, że ten stary twardziel szlochał, kiedy nam o tym opowiadał. Kiedy jego najlepszego przyjaciela dosięgło zimne ostrze, zaskoczony i zszokowany poluźnić musiał uchwyt. Widocznie zawahał się, czy nie pobiec do Volviego. Niezbyt długo jednak rozważał taką opcję. Po chwili poczuł na swoim kroczu zimną stal własnego noża, który jeszcze przed momentem spoczywał za jego paskiem. Dziewczyna była obrotna. Złożyła propozycję nie do odrzucenia. Wiedziała, że nim zginie zaduszona, zdoła wbić ostre…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil evoes
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…