Spełnienie i głód w parze chadzają.
Czy spełnienie i głód w parze chadzają? Dowiedzcie się sami...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zakręcony wąsik pod nosem. Bujna broda na twarzy. W jednej półhak, a w drugiej dłoni szablę dzierży. Brzuch dość nie typowy jak na szlachcica, gdyż dość płaski. Najwidoczniej preferował w wino. Wzrost niewielki, lecz stosowny. Wzrok demoniczny niczym oczy Boruty posiadał, jednak w głębi można było odczytać łagodność i współczucie. Głos natomiast plebejski, pasujący to zwykłego chłopa. Żupan krwisty jak wino uwielbiane przez magnaterię. Hajdawery wysokie na wzór niemiecki. Stał tak nad mężczyzną z przestrzelonym okiem i pociętą klatką piersiową oraz nad nagą kobietą jak Pan Wszechmogący stworzył, z przedziurawionym gardłem i rozpłatanym na pół brzuchem. Dyszał wściekle, jakby wchodził po schodach do Wawelu. Świeża krew spływała z szabli na drewnianą podłogę pokoju. Nagle świat w jego oczach zawirował, jak po dłuższym pobycie w najukochańszym miejscu każdego polskiego szlachcica, jakim była karczma. Podparł się szablą o posadzkę, by nie runąć na ziemię. Nagle zza łoża, głowę wystawił parowiosenny młodzian. Młodziutki, o włosie koloru czarnego jak czeluść piekielna. Morderca spojrzał na chłopca przekrwionymi oczami. On zaś spojrzał na zmasakrowanych rodziców. -Dlaczegoś to uczynił waszmość morderco?! – mówiąc to połykał słone łzy spływające po jego drobnych, rumianych policzkach. - Szatan! - niezrozumiale odpowiedział dziecku. – Szatan nakazał mi zgładzić te istoty ludzkie. Rozpaczaj synu, masz nad kim. Myślisz, że zabicie człowieka jest dla mnie drobnostką? Myślisz, że chciałem to uczynić? Masz rację. Wprost błagałem Czarnego Pana o możliwość zabicia twych rodziców. Teraz czuję się taki… nasycony, pełen życia. Jak nowonarodzony. - Wiedz potworze, że zginiesz prędzej niż myślisz. -Grozisz mi? Mi? Korybutowi Wacławowskiemu? Szlachcicowi naszego pięknego, pełnego chamstwa i plebejstwa, państwu?- tu zatrzymał się na moment, by łkający chłopiec mógł dogłębnie przemyśleć, co ten powiedział.- Mógłbym cię zabić tu i teraz. Mógłbym się bawić z tobą w Pana Kata, lecz nie zrobię tego. To by było za proste. Dam ci żyć ze świadomości, że będziesz mógł pomścić swoich chędożonych rodziców. Spojrzał na małą postać stojącą naprzeciw niego. Chłopaczek zacisnął pięści i zagryzł wargi, aż soczysta, młoda krew rozlała się po jego brodzie. Jednak szlachcic obdarzony nadzwyczajną ignorancją, co do uczuć ludzkich, uśmiechnął się ironicznie, po czym podszedł do dziecka. Chwycił go za twarz i rozciął mu policzek. Trysnęła znów chłopięca krew z domieszką piskliwego krzyku. - Podaj swą godność , chłystku! - Gniewosz –szlochał z bólu chłopiec. - Gniewosz Stryjewski. - Gniewosz… hmm… Godne imię. W takim razie Gniewoszu, to na pamiątkę naszego spotkania. Piękna blizna, nie ma co. Ah, bym zapomniał. Zatrzymaj jeszcze moją szablę. Pilnuj jej jak oka w głowie, gdyż za dziesięć lat chcę ją odzyskać. Lepiej naucz się walczyć, bo nie lubię łatwego zwycięstwa. Mości pan Korybut obdarował młodzieńca szablą, przy czym znów na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech. Następnie wciągnął potężny wdech i rozglądając się po domu, wyszedł z niego jakby nigdy nic. Chłopaczek stał, jak słup soli. Nie oddychał, lecz jego płuca były pełne powietrza. Nie myślał, lecz w głowię miał ocean myśli. Nie ruszał się, lecz czuł, że podąża w stronę nicości. Gdy rozum Gniewosza już otrzeźwiał, poczuł w ustach smak żelaza i wody morskiej. Była to krew spływająca z jego policzka i łzy wylewające się z strumieniami z oczu. Spuścił wzrok, by jeszcze raz ujrzeć swych kochanych rodziców. Nie chędożonych…. Kochanych. Nagle powieki jego stały się ciężkie jak szabla przez niego trzymana w dłoni. Chwycił się za twarz i runął w martwe objęcia rodziców.
……………………………………………………………………………………………
W srebrzystym świetle księżyca, wyniosły mężczyzna wędrował wolnym kłusem na trakcie do Lublina. Było około północy, godziny wszelakiego łajdactwa, złodziejstwa i nikczemności. Okolice jak ocean ryb, roił się od bandytów i co gorsza od dzikich bestii. Na prężnym rumaku siedział szlachcic, wiosen pewnie z dwadzieścia, pełen demoniczności, choć na szyi jego wisiał pozłacany krzyż. Najwidoczniej był to jeden z mniejszości szlacheckiej Rzeczypospolitej, która zachowała resztki wiary w Jezusa Chrystusa. Demoniczność jego nie skończyła się jeno na posturze ot, co! W oczach siedział sam Boruta przeklęty albo Rokita przebrzydły. Niedźwiedzia szrama upiększała jego przystojną twarzyczkę, ciągnąca się od prawego ucha aż do wargi. Zszyta niedbale, zapewne w pośpiechu. W ciemnościach odróżniał się olbrzymią brodą - podobną to tych, które mają ruscy bojarzy, koloru jasnego, niczym napój, który każdy polski szlachcic kocha jak własną matkę. Czerep zaś zdobiła urokliwa bobrza czapa z wielkim jak kasztan, diamentem, z którego w górę pięło się urodziwe pawie pióro pełne kolorów i majestatu. Ciało jego hoże skryte pod jedwabnym żupanem mieniącym się królewskim złotem, przepasanym pasem skórzanym z klamrą z czystego srebra. Hajdawery noszone na jego nogach emanowały dostojeństwem, mimo to iż były zabłocone. Jeździec z podniesioną łepetyną, sunął przed siebie. Pełen spokoju i beztroski. Była to postawa szaleńcza, gdyż w nocy, w ciemnym lesie nie jedno plugastwo mogłoby się przybłąkać. Niefrasobliwy szlachcic nie spodziewał się niebezpieczeństwa, które czaiło się w zaroślach. W mgnieniu oka otoczyła go szajka bandytów odzianych w obszarpane łachmany. W rękach dzierżyli samopały najsłabszego wykonania, pordzewiałe szable, toporki i kindżały. Było ich niespełna sześciu, pewni siebie i pewni mamony, którą za moment zgarną. Szlachcic natomiast pełen wdzięku i spokoju, jak wcześniej spojrzał na zgraję pomyleńców, po czym uśmiechnął się szyderczo. Spoglądający na niego z dołu rabusie poczuli chłodny dotyk Czarnego Pana na karkach. Jeden z nich nie zląkł się śmierci ani jeźdźca. Wyszedł mu naprzeciw z lekceważącym spojrzeniem. - Kogóż dziś obrabiamy, chłopcy? – wykrzyczał w końcu z siebie po minucie ciszy. – Smakowity kąsek natrafił się nam, nie ma co. - „Ne puero gladium”! – odpowiedział z jeszcze większym spokojem niż dotychczas. – To znaczy: „nie dawaj dziecku miecza”. - Nazywasz nas dziećmi, ty psie?! - Psem możesz nazywać swoja matkę lub ojca, lecz nie mnie! - Chełpliwie słowa dobierasz szlachetko. Złą to wróży ci przyszłość. - Może i masz rację, ale psi syn nie powinien taksować szlachetnie urodzonego. - Już wiem co z tobą zrobię, gdy cię ubiję – widać było w oczach bandyty nienawiść do persony stojącej naprzeciw. – Brać tego chędożonego… Hultaj nie skończył obelg, gdyż jeden z jego towarzyszy przywitał martwym uśmiechem zimną, wilgotną glebę. Pozostało jeszcze pięciu. Cóż łatwiejszego dla szlachcica, który pełen gracji i dostojeństwa ciął każdego przeciwnika. Machał ostrą, przepełnioną rządzą krwi zygmuntówką. A to w prawo z dołu, potem szybko z góry, a to w lewo z góry, po czym żwawo z dół. Tak na przemian, bez wytchnienia zabawiał się z grabieżcami, którzy bezradni jak baranki padali pod naciskiem ostrza. Stojący z boku arogant, patrzył na swych bandyckich ziomków, kołysanych do snu przez Czarnego Pana, którzy nie zamierzali go powstrzymywać. Nagle poległ ostatni rzezimieszek z otwartą szyją, z której krew wylewała się jak chmielowa ambrozja w karczmach. - Czyżbyś został sam? – zapytał sarkastycznie wojownik złoczyńcę. - Daruj panie! Daruj! – bandyta klęcząc, przepełniał swą twarz słonymi łzami. - „Gdy prosi cię nieprzyjaciel, spełń jego prośbę, ale strzeż się go potem podwójnie” – znów szlachcic przytoczył jeden z dawnych cytatów, tym razem Epikura. – Rozumiesz co mam na myśli? Jestem personą miłosiernego serca, lecz nie mogę mieć pewności, czy nie napadniesz mnie powtórnie. Nie lubię, gdy ludzie z wyrzuconą bronią, giną od mej ręki. Szlacheckim czynem to nie jest. Głoszący przemowę z przeprosinami zatrzymał się na moment. Spojrzał na klęczącą personę, westchnął i wepchnął w nią…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil AhmeeeD
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…