Splecione losy
Krótka historia o tym jak śmiertelna choroba może odebrać prawo do szczęścia.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Basia przetarła rękawem szybę. W przystankowej witrynie znowu zobaczyła plakat z napisem „Święta cieszą tylko w rodzinie”. Postanowiła po raz kolejny porozmawiać z Andrzejem. Przekonać go, zmusić chociażby do chwili zastanowienia, wahania. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna, że podobne rozmowy już wiele razy sprawiły jej ból, jednak chęć posiadania chociaż namiastki macierzyństwa była silniejsza.
Ubieranie choinki, pieczenie pierników, przystrajanie mieszkania, prezenty, wszystko nabrałoby innego wymiaru. Mogliby się podzielić miłością i szczęściem.
Posprzątała, przygotowała obiad i czekała aż mąż wróci z pracy. Dochodziła dwudziesta trzecia, gdy usłyszała szczęk przekręcanego klucza. Zajrzał do pokoju i zobaczył Basię leżącą w łóżku. Oglądała jakiś serial kryminalny. — Myślałem, że już śpisz. — Czekałam na ciebie. Chciałam o czymś porozmawiać.
Jędruś, wysoki blondyn z rozwichrzonymi włosami i odrobinę odstającymi uszami, posłał jej zaniepokojone spojrzenie. Znał dobrze ten ton głosu, wyraz twarzy. Znowu chciała go prosić o niemożliwe.
— Nie zaczynajmy po raz kolejny. Jestem głodny — rzucił w powietrze i wyszedł do kuchni. Basia założyła szlafrok i poszła za nim. Nastawiła wodę na herbatę. W ciszy przyglądała się jak odgrzewał zupę. — Proszę cię, myślałem, że zamknęliśmy ten temat raz na zawsze — powiedział, czując na sobie jej wzrok. — Zbliżają się święta. Dlaczego mamy nie spróbować? Gdyby na pozwolili zabrać jakieś starsze dziecko na dwa tygodnie, czy nie byłoby wspaniale? — mówiła szybko, bojąc się, że jej przerwie i rozwieje ulotne marzenie o macierzyństwie. — Dlaczego mamy nie spróbować? Dlaczego nam nie pozwolą? Dlaczego nie nadajemy się na rodziców zastępczych?! Baśka, czy ty nigdy nie zrozumiesz?! Mamy HIV! Oboje! Jaki rozsądny urzędnik odda dziecko pod opiekę małżeństwa z AIDS?! Poza tym wiesz, że adopcja świąteczna to nie najlepszy pomysł — dodał spokojniejszym tonem, widząc łzy spływające po policzkach żony. — Chociaż spróbujmy. Wiesz, jak bardzo zależy mi na dziecku… — Tobie? Tylko tobie? A myślałaś o mnie? O tym, że za rok, dwa, pięć mogę już nie żyć? I co wtedy stanie się z tym dzieckiem? Masz przed sobą więcej czasu, dużo więcej. Ustaliliśmy zasady. Proszę nie wracajmy do tego.
Basia, szlochając, wróciła do łóżka. Wtulona w poduszkę płakała i przeklinała zasady, chorobę, urzędników. Słyszała, jak Jędruś wyszedł na klatkę zapalić. Robił to tylko jak był bardzo zdenerwowany. Zaczęła się obwiniać. Że wyprowadziła go z równowagi, przypomniała o bezradności, o braku szans na normalne życie.
Poznali się trzy lata wcześniej. Oboje uczęszczali na zajęcia grupy wsparcia dla osób zarażonych wirusem HIV. Ona po tym, jak dowiedziała się, że jest chora i postanowiła skończyć swoje życie, nie wiedząc nic o chorobie, traktując ja jak trąd, który wyrzuci ją na margines społeczeństwa. Na szczęście spotkała na swojej drodze życzliwych ludzi, którzy wyjaśnili, uspokoili, zapewnili, że może długo i normalnie żyć.
Zawsze marzyła o tatuażu. Niewielkim. Na łopatce. Kolega kolegi miał amatorskie studio i po atrakcyjnych cenach wyczarowywał cuda na ciałach przyjaciół i znajomych. Skusiła się. Od trzech lat żałowała tej chwili szaleństwa.
Andrzej nie wiedział ani w jaki sposób, ani kiedy zaraził się wirusem. Jego matka była narkomanką. Zaniedbanego kilkuletniego chłopca, po interwencji opieki społecznej, zgodziła się wziąć do siebie ciotka. Samotna, starsza kobieta, nie mając własnych dzieci, zrobiła co mogła, aby zapewnić mu wykształcenie i start w dorosłe życie.
Pobrali się przed dwoma laty. Na skromnej ceremonii było niewielu gości. Rodzice Basi byli po rozwodzie, matka odwróciła się od niej, gdy dowiedziała się, że wszelkie pokładane w córce nadzieje legły w gruzach. Ślub z biednym absolwentem technikum handlowego przypieczętował zerwanie wszelkich relacji.
Ustalili, że nie będą starać się o dziecko. Andrzej od kilku lat przyjmował leki antyretrowirusowe, na które jego organizm reagował w ograniczonym stopniu. W każdej chwili zakażenie wirusem mogło się rozwinąć w pełnoobjawowe AIDS. Nie zdążyłby wychować upragnionego syna. Nie mógł pozwolić, żeby niewinne niczemu dziecko było świadkiem powolnego konania.
Poziom CD4 u Basi był nadal wysoki, więc nie musiała przyjmować leków i miała przed sobą wiele lat normalnego funkcjonowania, ale decyzję podjęli wspólnie. Przychodziły jednak dni, że instynkt macierzyński przyćmiewał rozsądek i wszystkie inne uczucia.
Jędruś wsunął się pod kołdrę i objął żonę. Otarł łzy i spojrzał w zaczerwienione oczy. — Dobrze. Spróbujemy — powiedział cicho, a potem mocno ją przytulił i ukołysał w ramionach.
* * *
Basia niespokojnie wierciła się na niewygodnym krześle. Była podekscytowana, ale starała się tego nie okazywać. Andrzej wolał nie rozbudzać w sobie nadziei i z bólem serca przyglądał się rozpromienionej żonie. „Co jeśli nic z tego nie wyjdzie? Co z nią wtedy będzie?” — pytał siebie w myślach od chwili, kiedy zgodził się na to zwariowane przedsięwzięcie.
Przywitała ich sztywna urzędniczka, która oschle zapytała o cel wizyty. Reakcja na słowa Basi nie była trudna do przewidzenia. — Staramy się nie praktykować świątecznych adopcji. Jest wiele innych sposobów pomocy dzieciom. Ten nie należy do najszczęśliwszych. Proszę się jeszcze zastanowić. — Nie była to odmowa, ale i nie zachęta.
Basia wyglądała na przygaszoną, wtedy Jędruś powiedział wszystko, całą prawdę, bez żadnych upiększeń czy niedomówień. Mówił o pragnieniach i bolesnej rzeczywistości. Urzędniczka słuchała cierpliwie, nie okazując żadnych uczuć. Na zakończenie spotkania, po wypełnieniu kilku formularzy, poinformowała tylko, że w przeciągu kilku zadzwoni.
Postanowiła im pomóc. Szczerość mężczyzny sprawiła, że zobaczyła w nich parę rozsądnych, poważnych ludzi, świadomych własnej sytuacji. Prawo nie pozwalało na dyskryminację rodziców zarażonych wirusem HIV, jednak rzeczywistość była inna. Biurokratyczna machina w nielicznych wypadkach pozwalała pozytywnie rozstrzygnąć ich wnioski.
Cztery dni później zadzwoniła do Basi i zaprosiła na kolejne spotkanie. Znalazła odpowiednie dziecko, jedenastoletnią dziewczynkę od czterech lat przebywającą w placówce opiekuńczej. Oprócz rodziców i brata, których straciła w wypadku samochodowym, nie miała żadnej rodziny. Nie powiodło się znalezienie opiekunów zastępczych i od kilku lat Wiktoria mieszkała w domu dziecka. Nie przystosowała się do nowego miejsca, cały czas na nowo przeżywała utratę rodziców. Kilkumiesięczny pobyt w szpitalu i rehabilitacja przyniosły prawie całkowite wyzdrowienie. Poza urazem psychicznym, jedynym wspomnieniem po tragicznym wypadku, była nie w pełni sprawna noga. Mimo kilku operacji dziewczynka utykała.
Urzędniczka stwierdziła, że świąteczny wyjazd może być tym, czego potrzeba zamkniętej w sobie Wiktorii, izolującej się od świata zabaw i rówieśników.
* * *
Andrzej z przyjemnością przyglądał się rozanielonej Basi, gdy przygotowywała pokój na przybycie świątecznego gościa. Pozytywna decyzja urzędników nie rozwiała wszystkich wątpliwości, starał się jednak podzielać entuzjazm żony.
Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem w małym, dwupokojowym mieszkanku pojawiła się Wiktoria. Miała ze sobą zniszczony plecak zawierający ubrania, misia i kilka zeszytów. Odwiedzili ją wcześniej w domu dziecka, więc nie było to pierwsze spotkanie. Dziewczynka wyglądała jednak na wystraszoną i zdezorientowaną.
Prawie całe popołudnie spędziła w przygotowanym dla niej pokoju, nie wyrażając żadnych życzeń ani zastrzeżeń. Basia zastanawiając się, w jaki sposób zbliżyć się do dziewczynki i przełamać pierwsze lody, zaproponowała, że poczyta jej na dobranoc. Lakoniczne „Dobrze.” pozbawione było entuzjazmu. Przejrzała książki, które sama czytała w wieku kilkunastu lat i wybrała przygodową opowieść o wakacyjnym poszukiwaniu skarbów. Wiktoria słuchała z zainteresowaniem, a kiedy Basia otuliła ją kołdrą widząc, że zasypia, posłała nowej cioci nieśmiały uśmiech.
Młodych małżonków obudziły krzyki. Zaniepokojeni pobiegli do małego pokoju. Dziewczynka płakała głośno i wołała mamę. Basia próbowała ją utulić, jednak mała wyrywała się, mówiąc, że chce do mamy. W końcu jednak uspokoiła się. Okazało się, że prześcieradło tak jak i koszula nocna Wiktorii są mokre.
— Przepraszam – powiedziała cicho i znowu zaczęła szlochać. — Nic się nie stało – zapewniła ciepło Basia i ubrała ją w swoją piżamę o zdecydowanie za długich rękawach.
Jędruś resztę nocy spędził w fotelu. Uśmiechnął się czule spoglądając rano na żonę śpiąca w jednym łóżku z Wiktorią.
Kiedy Basia się obudziła, nie było przy niej dziewczynki. Wystraszona poderwała się z łóżka. Znalazła małą w łazience, gdzie ta starała się uprać zamoczoną w nocy pościel. — Włożymy to do pralki, dobrze? – Skinięcie głową. – Ubierz się. Zrobię śniadanie, a potem pójdziemy na zakupy. – Znowu skinięcie głową. – Powoli. Wszystko powoli i spokojnie – powiedziała już do siebie Basia.
Przedpołudnie minęło przyjemnie. Zakupy były udane i chociaż Wiktoria o nic nie prosiła, Basia obserwowała ją uważnie i podążała za jej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil czarna27
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…