Spotkanie
Spotkanie dwojga przyjaciół po latach, dziwne losy jednego z nich.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Śpiesząc się, szedłem ruchliwym pasażem galerii handlowej, myśląc o czekającym mnie spotkaniu. Mogło odmienić moje życie na lepsze, ale też i na gorsze – zależy, jak się potoczy – dlatego nie zwracałem uwagi na otaczających mnie ludzi ani na mijane sklepy. Wciąż biłem się z myślami, jak to rozegrać, by stać się panem własnego małego świata. Maszerowałem, a wystawy sklepowe migały mi przed oczami, ludzie, jak kolorowa bezwładna masa, tłoczyli się gdzieś obok. Nagle ktoś mnie zatrzymał, łapiąc za rękę. Zaniepokojony i zdenerwowany, spojrzałem na twarz mężczyzny. Od razu go poznałem. – Cześć! – powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy. – Gdzie tak pędzisz, rączy rumaku? – He, he… – Rozśmieszyło mnie to. On zawsze tak na mnie działał. – Mam ważne spotkanie i nie chcę się spóźnić. – Dopiero za siedem czternasta. – Spojrzał na zegarek, a potem ponownie na mnie. – Masz zapewne minutkę? – No, właściwie mam… – przyznałem. – Co tam słychać, stary byku ? Kopę lat, jak to mówią… – Pomalutku, nieprędziutko, toczę życie wolnymi krokami. – Wciąż się uśmiechając, ściskał mi dłoń. – Teraz i tak nie pogadamy, daj mi swoją wizytówkę, zdzwonimy się, znaczy: ja zadzwonię, może zrobimy jakieś piwko? – Super! – Wyjąłem wizytownik i wyciągnąłem prostokątny kartonik z moimi danymi. – Trzymaj się, dzwoń najlepiej po dziewiętnastej.
Pomachałem mu na do widzenia i odszedłem tam, dokąd kierowałem się wcześniej. Teraz moje myśli już nie krążyły wokół spraw, które miałem załatwić. Grzegorz… Ile już go nie widziałem? O, losie, aż ciężko policzyć, ale będzie kilkanaście lat. Kiedyś się przyjaźniliśmy i robiliśmy szalone gówniarskie rzeczy. I dlaczego to się skończyło? Jak to się stało, żeśmy się rozeszli prawie całą ekipą? Czy to dorosłość nas dogoniła i zakładanie własnych rodzin odebrało nam część siebie? Sam nie wiem. Cholera, została mi jeszcze minuta. Otrząśnij się, tłumaczyłem sobie, wszystko wiesz, wszystko zaplanowałeś, masz argument na każdą możliwą dyskusję. Do dzieła!
Nic nie wiem – z takim uczuciem wieczorem myłem zęby. Spotkanie potoczyło się z grubsza dobrze, ale brakowało finalnych wniosków i oczekiwanych skutków. Kolejna rozmowa, w której się dużo mówi, obiecuje, uśmiecha, komplementuje, a tak na poważnie nic z tego nie wynika. Zaczynały mnie męczyć takie rozmowy, miały zmienić moje życie, a nie zmieniały niczego. Wiedziałem, że jest jeszcze czas na dopięcie wszystkiego, ale po co tracić go na takie bzdety? Czułem, że ludzie przez te spotkania i gadanie o niczym chcą pokazać, jak nieprosta i wyboista jest droga, a poza tym, nie ma co ukrywać, miło jest zjeść dobry posiłek na koszt tej czy innej firmy, i oni z tego korzystają. Z tych myśli i odrętwienia wyrwał mnie dzwonek telefonu. Ciekawe… To nikt znajomy, bo dzwonek gra melodię nieprzypisaną do żadnego znajomego ani rodziny. Która to godzina? O, już 22.55, ciekawe, kto to o tej porze, niezidentyfikowany numer, no nie, ale to chyba nie z jakąś ofertą… Trzeci sygnał, odebrać czy... A co mi szkodzi?
– Halo? – Raczej zapytałem, niż stwierdziłem. – Cześć, stary, Grzesiek mówi, sorki, że tak późno, ale akurat znalazłem twoją wizytówkę. – No, heja! – Przypomniałem sobie nasze spotkanie w galerii. – Czego dusza pragnie o tak późnej porze? – Co z tym piwem? Kiedy miałbyś czas? – walnął prosto z mostu. – A wiesz, że to niegłupi pomysł, jutro akurat powinienem skończyć wcześniej – odpowiedziałem, zastanawiając się, czy rzeczywiście uda mi się skończyć wcześniej. – To gdzie się ustawimy? – Jak dasz radę o siedemnastej w tej samej galerii, w której się spotkaliśmy, to jest tam fajna knajpka i w tym czasie jest happy hour. Za piwo i skrzydełko tylko sześć zyla, co ty na to? – Powinienem się wyrobić bez problemów… – Pomyślałem, że do siedemnastej spokojnie się wyrobię, w końcu jutro kończę pracę o czternastej. – Na wszelki wypadek zapiszę sobie twój numer. – Ok, to jesteśmy umówieni, spadam spać, trzym się ciepło, nie figluj sam po kołdrą – zażartował, po czym się rozłączył.
Nawet nie zdążyłem się z nim pożegnać, ale on zawsze taki był – szybki i nieczekający na innych, chyba że ci inni potrzebowali pomocy. Grzesiek – zawsze nieco szalony, inteligentny, gadatliwy i pełny humoru, dusza towarzystwa. Tak go zapamiętałem. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek się z kimś pokłócił na serio albo się obraził. W ogóle nie pamiętałem jakichś złych przeżyć, całe swoje życie, mimo kilku zakrętów i potknięć, uważałem za dobre i pełne raczej miłych przeżyć. No nic, jutro się spotkamy i obgadamy wszystko, co nas spotkało, i może mi wyjaśni, czemu żeśmy się tak wszyscy rozeszli, każdy w swoją stronę. Następnego dnia wszystko poszło jak z płatka, więc odstawiłem samochód pod dom, nie mając tym razem żadnych problemów z parkowaniem – nic dziwnego, nie było jeszcze szesnastej, więc większość ludzi siedziała w pracy. Normalnie wracam po dziewiętnastej i wtedy znalezienie gdzieś miejsca do zaparkowania między blokami trwa czasem piętnaście minut, a często w ogóle się nie udaje i muszę odstawiać auto przystanek lub dwa od domu, co jest megairytujące… Mimo to wciąż się biję z myślami, żeby wykupić miejsce na płatnym parkingu, ale szkoda mi tych paru stów w miesiącu. Teraz byłem szczęśliwy, że i parkowanie odbyło się bez problemów, i cały dzień wydawał się jakiś słoneczny, ciepły i przyjemny. W takie dni chce się żyć, chce się być kochanym i kochać, albo przynajmniej napić się ze starym przyjacielem. W takim wesołym humorze udałem się do domu. Nie bardzo wiedziałem na początku, w co się ubrać, ale stwierdziłem, że to przecież piwo z kumplem, wcisnąłem się zatem klasycznie w stare dżinsy i koszulkę, której odszukanie zajęło mi parę minut. Bluzkę z czasów, kiedy naszym bogiem był heavy metal. Miała wielki napis AC/DC z piorunem pośrodku. Kolejne rzeczy, o których zapomniałem w ostatnim czasie – koszulka i ta szalona muzyka. Szybko więc włączyłem laptopa i YouTube’a, wpisałem AC/DC, kliknąłem na Highway to Hell i zacząłem machać łbem jak za dawnych czasów. Tym razem moje włosy były krótko przycięte i nażelowane, więc nie dawało to już takiego efektu. Zaraz potem poszło T.N.T. i Hells Bells, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że spóźnię się na spotkanie. Wybiegłem z domu i pognałem na przystanek. Wiedziałem, że wracać będę taksówką.
Dotarłem na miejsce prawie równo z dzwonkiem, szukałem jeszcze chwilę knajpy, o której mówił, bo nie znałem dobrze tej galerii, a poza tym rzadko zaglądałem do takich miejsc. Wolałem swój pub pod domem, z regularsami i swojską obsługą, no i u mnie, bo tak mówiłem o tym pubie, piwo kosztowało dużo mniej niż w centrum czy w galeriach. Ale ta promocja, o której mówił, była niezła, więc skorzystam z niej bez wahania. Wszedłem do środka i znalazłem go siedzącego w rogu, przy szybie z widokiem na zewnątrz. Przywitaliśmy się i po chwili pojawiła się kelnerka. – Cześć, Grześ, co dla was? – zapytała, sprzedając Grzegorzowi swój piękny szeroki uśmiech. Ja w tym czasie ją zlustrowałem i powiem szczerze, że spodobało mi się to, co zobaczyłem. – No, to co zwykle, dwa razy happy, ja to z pikantnymi – odpowiedział również płomiennie uśmiechnięty. – A ty? – zwrócił się do mnie. – Ja to samo – powiedziałem. I pani numer telefonu, pomyślałem w duchu. Zaraz jak odeszła, zagadnąłem Grzegorza: – Ty, jaka fajna laska, kręcisz z nią? – Nie, na razie nie. – Pokręcił głową. – Ale może najwyższy czas zacząć… – Uśmiechnął się do mnie, a ja zobaczyłem w nim tego starego Grega, z lekkim szaleństwem w oczach. – No, powiem ci, ja bym z łóżka jej nie wyrzucił – stwierdziłem i uśmiechnąłem się do swoich myśli, w których właśnie zrzucałem ją z łóżka. Nastąpiła chwila milczenia, jakbyśmy razem coś tam w swoich głowach przeżywali i nie wiedzieli, jak zacząć rozmowę po latach. Spoglądałem na zewnątrz; tu było tak spokojnie i cicho, a tam – pełno ruchu i zgiełku, który nie przedostawał się przez grube szyby, ale był niemal widoczny. Jeździły tramwaje, autobusy, samochody różnej maści, ludzie pędzili chyba we wszystkich możliwych kierunkach. – Co tam u ciebie? Że sobie pozwolę na takie sztampowe pytanie – zagadnął, wciąż uśmiechnięty, ale teraz jakby troszkę sztucznie. – Stara bida zatem odpowiem. – Uśmiechnąłem się od ucha do ucha. – No wiesz, to na maksa w skrócie nie najgorzej. Olę pamiętasz na pewno. – Skinął głową. – Została w końcu moją żoną. Mam dwójkę dzieci, chłopiec, Michał, ma sześć lat, Emilka ma trzy latka. Teraz pojechali na działkę, którą mamy nad Bugiem. Pracuję w firmie zajmującej się IT. Kiedy się spotkaliśmy, biegłem na rozmowę, która miała być przełomem w mojej karierze, ale niczego nie zmieniła. Chyba brakuje mi cierpliwości do tych ciągłych rozmów, branża nowoczesna, a tryb podejmowania decyzji jak w dziewiętnastym wieku. Poza tym niewiele, staram się trzymać formę, biegam, chodzę na basen… – A ja, wiesz, chodzę na siłownię – przerwał mi i nadął się trochę, wciągając brzuch – ale raczej tak rekreacyjnie, ale za to często. – Zajefajna koszulka, nie mów, że to ta stara! – wykrzyknął nagle, jakby dopiero teraz na nią spojrzał. – A wiesz, że tak, trochę trwało, zanim ją znalazłem. – Czułem, że się rozpromieniam. – I zaraz w domu puściłem sobie T.N.T. i inne, zapomniałem, jak dobrze się kiedyś przy tym bawiłem. W tym czasie kelnerka przyniosła nam po dużym piwie i przekąsce w postaci dwóch skrzydełek na ostro i muszę powiedzieć, że spełniły moje oczekiwania. Były diabelnie ostre, tak jak lubię, ten przyjemny ból w ustach i to magiczne gaszenie go zimnym piwem. Od dłuższego czasu uważałem, że nadmierne przyprawianie na ostro powoduje maskowanie prawdziwego smaku potrawy, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało i sypałem ostrej papryki do wszystkiego, co się dało. Troszkę trwało to męczenie się z przekąską, a zaraz potem zamówiliśmy kolejne piwo i skrzydełka. Po półgodzinie byłem najedzony i czułem przyjemne pieczenie wokół ust. – No, to forszpajze mamy za sobą – powiedziałem, ciężko wzdychając i moszcząc się wygodniej na krześle. – Co? – spytał. – A, kumam, kumam, coś mi mózg skrzydełka rozleniwiły. – Chytry plan z tą promocją, najpierw dają ci za darmo ostre skrzydełka, a potem musisz je zapić hektolitrem piwa. – Uśmiechnąłem się i podniosłem do góry trzeci kufel dzisiejszego wieczoru. Rozmowa poszła już jak z płatka, gadaliśmy głównie o muzyce, koncertach, płytach i starych czasach. Pośmialiśmy się mocno, popiliśmy jeszcze mocniej, i tak jak oczekiwałem, teleportowałem się do domu taksówką, o czym zorientowałem się dopiero rano, przeglądając paragony znalezione w spodniach. Ranek był potworny. Już zapomniałem, czym się kończy ostre picie, ale i tak cieszyłem się w duchu ze świetnego wieczoru. Między szukaniem jeszcze jednej butelki wody a przypominaniem sobie szczegółów dnia poprzedniego złapałem się na tym, że dalej nic nie wiem o Gregu. O sobie powiedział tyle, że chodzi na siłownię, nic więcej. Zacząłem się zastanawiać, przypominać, jak łatwo mu szło schodzenie na inne tematy, kiedy rozmowa kierowała się w stronę jego życia, jak lawirująco odpowiadał. Nagle świdrująca w głowie muzyka zaczęła grać z niewiadomego miejsca i po chwili uświadomiłem sobie, że to kawałek AC/DC Thunderstuck – i ten piorun rytmicznie uderzał w moją głowę z siłą wodospadu. Najgorsze, że nie mogłem zlokalizować źródła tego hałasu. Mimo że walił jak młotem w moją głowę, w końcu udało mi się na tyle skoncentrować, że znalazłem swój telefon pod koszulką nomen omen AC/DC. Mocno się zdziwiłem, bo byłem pewien, że do wczoraj nie miałem tej piosenki w telefonie. Popatrzyłem na wyświetlacz, gdzie ukazał mi się napis: Greg Legł, i zacząłem sobie przypominać, że ściągnąłem sobie ten kawałek z netu i przypisałem Grześkowi, próbując zrymować jakoś śmiesznie jego ksywę. No nic, trzeba odebrać.
– Co tam, pijacka szumowino? – grzecznie się przywitałem. – A nic, ty niecny panie zagłady. Jak słyszę, żyjesz? – odparł, nie siląc się dziś na wyszukane dogryzki. – Ale co to za życie – powiedziałem ze śmiechem. – Nie no, stary, wczorajszy wieczór był epicki, już nie pamiętam, kiedy tak popiłem. – Trzeba będzie poprawić… – ni to spytał, ni stwierdził. – Zapewne, ale chyba nie dziś, ja odpadam – powiedziałem zgodnie z przekonaniem o własnych siłach – to już nie tak łatwo jak kiedyś, kiedy imprezowaliśmy całymi tygodniami. – Starość nie radość, śmierć nie wesele – zaśmiał się. – Jak będziesz gotów, daj znaka, okej? – Okej, okej! – Też się zaśmiałem. – Na pewno się odezwę, stara wraca dopiero za tydzień, więc spoko-loko, luz i spontan. – No to do zo, czekam na sygnał. – Spoko, narciarz!
Odłożyłem słuchawkę. Mimo kaca giganta uśmiechałem się do siebie na wspomnienie wczorajszego spotkania. Ten ból to mała kara za tak udany wieczór. A teraz – pora znaleźć elektrolity i dojść do siebie. Na szczęście tego dnia mogłem późno pójść do pracy i zdążyłem jako tako się pozbierać. Za to wróciłem po nocy i znów walczyłem z parkowaniem. Wściekły, czekałem 15 minut, aż ktoś zwolni miejsce, i zrezygnowany chciałem już jechać na znaną mi miejscówkę, przystanek autobusowy od domu, gdy nagle w jednym z aut zapaliło się światło, ktoś włączył wsteczny, który jasnym światłem odbił się od maski mojego wozu, i po chwili odjechał. Z uczuciem ulgi, ale i złości zaparkowałem i poszedłem do domu. Nie miałem ochoty na telewizję, którą i tak rzadko włączam, więc puściłem muzyczkę. Delikatny smooth jazz sączył się z wieży. Wstawiłem pranie, ochlapałem się trochę pod prysznicem i włączyłem lapka, chcąc poszukać swojego na nowo poznanego starego kumpla. FB, NK, GL, Twitter i nic, pomyślałem sobie, że gość nie istnieje. Zacząłem już nawet wyobrażać sobie, że mam przyjaciela na niby. Od tych fantazji oderwała mnie myśl, że łycha z colą nie byłaby złym pomysłem. Z brzęczącą kostkami lodu szklanką, wypełnioną ulubionym, acz banalnym drinkiem, usiadłem w fotelu, wyłączyłem wieżę i YouTube’a i puściłem listę piosenek starej gwardii heavy metalu. Kolejny wieczór okazał się udany, choć nie tak intensywny jak poprzedni. Odpłynąłem w krainę mocnej gitary, krzyku i dobrej zabawy. Nie wiem, kiedy zrobiła się druga w nocy. Uznałem, że szkoda, ale muszę iść spać, żeby jutro jakoś funkcjonować.
Wracając do domu, nie miałem jeszcze sprecyzowanych planów co do wolnego weekendu. Dziś miałem zamiar pójść do swojego pubu i tam spędzić czas, popijając piwo i gadając ze stałymi bywalcami, do których też się zaliczałem. Na sobotę i niedzielę nie chciało mi się zasuwać 200 km do rodziny, zresztą żona powiedziała, że przyda mi się trochę samotności. Nawet zaniepokoiłem się, o co jej może chodzić, ale zignorowałem to i stwierdziłem, że pięknie, może nadrobię lektury, które porzucone leżały odłogiem, nieruszane od kilku dni. Może odkurzę rower i pojadę do lasu troszkę wypocić ostatnie przygody. A może, i tu drgnąłem na samą myśl, zadzwonię do Grzegorza i ustawimy się u mnie na wódeczkę, i w tych ciepłych warunkach i w miłej atmosferze wyciągnę coś od niego. Będzie potrzebna cała armia napojów zapewne, ale z tym nie ma problemu. W barku powinno być kilka butelek. Sprawdziłem zapasy: jest i koniak, i whisky, i tequila, ale wszystkiego po połowie lub mniej. I nie ma czystej. Przypomniałem sobie jednak, że co jak co, ale wódkę zawsze trzymam w zamrażalniku. I faktycznie – była tam jakaś butelczyna, ale też niecała. No nic, trzeba będzie kupić, ale wpierw wypada się umówić. Zadzwoniłem. – Wyzywam cię na pojedynek! – rzuciłem prosto z mostu. – Na co? – spytał bez chwili zastanowienia. – Powinieneś spytać, w jakim stylu – powiedziałem, zawiedziony jego odpowiedzią. – No to w jakim stylu będziemy się pojedynkować, wojowniku światła purpurowy? – Wódzitsu – odparłem z uśmiechem. – Wyzywam cię dziś na oklapły dywan mojej hacjendy. – O której mam się stawić? – zapytał, już wyraźnie rozbawiony. – Czy wziąć ze sobą sekundantów? – Możesz zabrać ze sobą połowę. – Stawię się po dwudziestej, czy ten termin jest dla ciebie do zaakceptowania? – Wszystko będzie już przygotowane. – I rzuciłem na pożegnanie: – Będę ciebie oczekiwał. – Stawię się niechybnie. – Rozłączył się ze śmiechem.
Przybył punktualnie z połówką w garści. Stół przygotowałem prosty, ale nie pusty. Trochę pociętych na małe kawałki kabanosów, koreczki śledziowe, paluszki, chipsy i orzeszki, których jestem wielkim fanem, więc kupiłem kilka rodzajów. Zdjął kurtkę i buty, wchodząc do salonu, zagwizdał na widok zastawionego stołu i powiedział: – Widzę, że chcesz mnie spaść, żeby mieć w pojedynku większe szanse. – Raczej by ci to pomogło, niż zaszkodziło – odpowiedziałem, nie zdradzając, że byłem godzinę temu na ryżu z kurczakiem, żeby się napchać żarciem i tłuszczem i w pijackim pojedynku być na zwycięskiej pozycji. A przeciwnika miałem godnego i musiałem uruchomić cały spryt, żeby nie polec pierwszy. – Chcesz obejrzeć mieszkanie? W trakcie obchodu z nieudawanym zainteresowaniem wszystko dokładnie oglądał i zadał kilka pytań o szczegóły wystroju i zmiany, jakie robiliśmy w mieszkaniu. Jednak w największy zachwyt wpadł na widok kuchni – wszystko obmacywał, oglądał, ciesząc się jak dziecko w cukierni. Trochę mnie to zdziwiło, ale nie zaprzątałem sobie tym głowy, ponieważ miałem już wielką ochotę na pojedynek. Wyjąłem swoją butelkę z zamrażalki i włożyłem jego, zmrożoną wstawiłem do metalowego naczynia, w którym przeważnie trzyma się szampana, i zasypałem ją kostkami lodu. – Piękny pomysł, nie zgrzeje się nam. – I tak pewnie nie dalibyśmy jej zbytnich szans. – Spojrzałem na niego chytrze; miał wyraz twarzy świadczący o tym, że chce się zmierzyć z problemem. Zawsze mieliśmy te same upodobania. Zasiedliśmy do stołu. Greg wciąż się rozglądał, co jakiś czas pogwizdując. – No, powiem ci, że uwiłeś sobie gniazdko… – powiedział w końcu. – Dzięki – odparłem, odkręcając pierwszą butelkę. – Głównie Ola tym zarządzała, ja byłem tylko wykonawcą.
I tak pomału zaczęliśmy gadać. Za każdym razem, gdy schodziliśmy na jego temat, zwracał uwagę na brak muzyki albo na to, że jest za cicho, albo że świetna solówka Van Halena właśnie leci. Długo nie dawało się go rozgryźć. Po wymianie butelek rozmowa zupełnie się uwolniła spod jakichkolwiek rygorów. – Podchodzi do mnie facet na lotnisku i pyta, o której będzie jego samolot – opowiadałem o przygodzie na lotnisku sprzed paru lat – a ja zdezorientowany najpierw chciałem mu powiedzieć, żeby się odczepił, że tu nie pracuję, ale gdy zobaczyłem determinację w jego spojrzeniu, zmiękłem i pytam: „A dokąd pan leci?” – Zacząłem się histerycznie śmiać. – No gadaj, a nie się ryjesz nie wiadomo z czego. – Więc ja go pytam – kontynuowałem, mówiąc przez łzy – „Dokąd pan leci?”, a on mi na to, że do domu… – I razem ryknęliśmy śmiechem. Greg wręcz tarzał się w fotelu. – Lotniskowe historię są najlepsze – powiedział, ocierając łzy z policzków. – To mi przypomina, że dawno temu chciałem się wybrać do Włoch i wciąż nie mogę. – A mało masz teraz biur, które cię wyślą? – spytałem. – No
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil cetlin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…