Sprawa Brandona Cole’a
Zapraszam do zapoznania się z historią Brandona Cole'a, człowieka żyjącego w bliżej nieokreślonej przyszłości. Za wszelkie uwagi i wytknięte błędy będę dozgonnie wdzięczny.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Sprawa Brandona Cole’a Skazany za śmierć
Umarłbym. Umarłbym chętnie w zapomnieniu, jak wiele miliardów ludzi przede mną. Umarłbym nie zrobiwszy wcześniej niczego godnego uwagi. Przez lata marzyłbym, by żyć jak ktoś inny, a dożywszy starości pragnąłbym wrócić do lat młodości, by odzyskać stracony czas. To jednak czcze pragnienia... Dawno straciłem rachubę. Nie wiem, ile czasu spędziłem w tej klitce. Nie wiem nawet, czy dłużej żyłem na wolności czy w zamknięciu. Pamięć tak łatwo się zaciera. Zdaje się, że tym łatwiej im bielsza jest moja cela. A białe jest wszystko, co mnie otacza – ustęp umieszczony w rogu i zlew obok niego, nawet prycza, na której sypiam. Choć ta ostatnia przypomina bardziej półkę obitą niedbale materiałem niż mebel przeznaczony do spania. Któż jednak martwiłby się wygodą skazańca? Dziś pozostaje mi jedynie marzyć o tym co zwyczajne, nawet jeśli nie umiem wyjaśnić co to znaczy. I czuję niemal namacalnie jak myśli moje balansują na krawędzi jestestwa. Obawiam się, że wkrótce przestanę być sobą, a wieczność, na którą mnie skazano pochłonie moje istnienie. Niegdyś wierzyłem, że samotność jest szlachetna i piękna. Urok jej kusi jednak w towarzystwie ludzie, gdy tak naprawdę nie wierzysz, że mógłbyś być sam. Skazany na nią wbrew swej woli tęsknisz za możliwością wyboru. Nieustannie próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałem ludzką twarz? Kiedy słyszałem ludzki głos? Czasem tylko, gdy znajduję się w półśnie, balansując na granicy jawy i nie mogąc wyrwać się z oków snu, odnoszę wrażenie, jakby dotykały mnie czyjeś ręce. Nie mogę jednak tego sprawdzić, bo powieki moje są tak ciężkie, że żadna ludzka siła nie byłaby w stanie ich podźwignąć. O tym, że nie były to zwykłe majaki upewniam się jedynie po tym, że włosy moje są nieco krótsze niż wcześniej lub że śmierdzę mniej niż zwykle. W celi tej jednak wszystko jest w pełni zautomatyzowane, nie wiem więc, czy to ludzkie ręce, czy mechaniczne szpony dokonują wszystkich tych zmian. Nic nie jest pewne. Wszystko wydaje się odległą przeszłością. Nawet twarz mego znienawidzonego przyjaciela – twarz, którą miałem pamiętać na zawsze – straciła na swej wyrazistości i nie potrafię już przywołać jej z odmętów zapomnienia. Imię jego jednak trwa w moim umyśle zupełnie jakby było częścią mnie. Brandon Cole był młodym człowiekiem, który – jak sam zwykł mawiać – pochodził z południa dawnej Europy. Dziwię się dziś sobie, że wzmianka ta nie wzbudziła mej podejrzliwości już na początku naszej znajomości. Nazwy kontynentów i krajów nie funkcjonowały bowiem od lat. I gdybym tylko spostrzegł się w porę, moje życie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej. Cole skończył Wyższą Akademię Handlową z wyróżnieniem. Algorytm śledzący jego postępy w nauce, uwzględniający jego mocne i słabe strony, przewidujący potencjalną ścieżkę rozwoju przypisał go, podobnie jak mnie, do pracy w jednej z największych korporacji reklamowych. Z racji tego, że program dostrzegł pewne podobieństwa charakterologiczne między nami zostaliśmy przypisani do jednego mieszkania, gdzie mieliśmy wieść życie do następnego przydziału pracy i towarzysza. W wyjątkowych sytuacjach można było otrzymać przydział partnerki życiowej z poleceniem założenia rodziny i spłodzenia dzieci, jednak ludzi mogących wypełnić podobne zadanie było coraz mniej, więc skazanie na taki los było rzadkością. Przyznać muszę, że przez długi czas uważałem, że decyzja cyfrowego umysłu była trafna, bo od razu złapaliśmy wspólny język i staliśmy się niemal nierozłączni. Był otwartym człowiekiem, może nawet nieco zbyt otwartym jak na czasy, w których przyszło nam żyć. Po tygodniu wspólnego mieszkania zdawało się, że znamy się całe życie. Nie wiem, czy była to chwilowa fascynacja jaką potrafi wywołać nowy człowiek w naszym życiu, czy był to efekt niezwykłego talentu Cole’a do prowadzenia opowieści. Cole wychowywany był przez dziadka, który nie do końca akceptował postęp świata. Rozwijająca się cyfryzacja i komputeryzacja codziennego życia, a także ułatwienia, które za sobą niosły martwiły go dużo bardziej niż cieszyły. Przywiązany do swego skrawka ziemi na zboczu wzgórza i położonego na nim niewielkiego domku, żyjąc z dala od prawdziwego świata, otwarcie okazywał niezadowolenie z zanikającej różnorodności. Cole nazywał go kruchym staruszkiem i dziwakiem, który nie potrafił pogodzić się z tym, że maszyna wybiera za człowieka ścieżkę jego kariery, że decyduje o miejscu zamieszkania i o całym życiu w ogóle. - To dobry człowiek – mawiał Cole – ale nie był w stanie podążyć za postępem. Staruszek podobno nieustannie wspominał czasy swojej młodości. Czasy, gdy ludzie decydowali o sobie. Prawił o tym z takim zapałem i przekonaniem, że zdawać się mogło, iż w jego mniemaniu przeszłość była obiecanym rajem na ziemi. - Głuchy był na wszelkie uwagi – tłumaczył Cole, rozpuszczając w szklance wody kapsułkę z obiadem. – Kiedy mówiłem mu, iż wiadomo od dawna, że człowiek w młodym wieku nie posiada dość wiedzy i doświadczenia, by z rozwagą decydować o swoim losie – śmiał się. Gdy tłumaczyłem mu, że miliony ludzi potwierdzą, iż dopiero na starość lub nawet na łożu śmierci dostrzec można jak powinno wyglądać życie – stwierdzał, że on nigdy się z tym nie zgodzi. To człowiek starej daty. Sam powtarzał, że urodził się w złym stuleciu. Przyznać muszę, że w tamtym czasie całkowicie zgadzałem się z Cole’m. Błędem minionych wieków było pozwolenie, by niedoświadczone podrostki decydowały o swoim przyszłym życiu. W większości przypadków kończyło się to marnowaniem potencjału i opóźnianiem rozwoju ogółu. W wielu przypadkach rozczarowanie jakie wywoływały nierozważne decyzje prowadziły do samobójstwa lub samookaleczania, a w najlepszym wypadku do szaleństwa lub załamania nerwowego. Gdy problem nasilił się do tego stopnia, że zyskał miano plagi międzynarodowej kilka szanowanych i uznanych korporacji podjęło się próby rozwiązaniu tego problemu. Efektem ich wielomiesięcznej pracy był Smart-Live, a później Smarter-Live – algorytm analizujący życie człowieka i wskazujący potencjalne przyszłe ścieżki kariery. Po kilkuset udanych eksperymentach okazało się, że jego efekty przekraczają wszelkie wyobrażenia i oczekiwania. Ludzie z niego korzystający byli szczęśliwsi i bardziej produktywni. Wtedy też algorytm wszedł do powszechnego użytku. Początkowo korzystali z niego jedynie zainteresowani, jednak po kilku latach – za zgodą ogółu – korzystanie z algorytmu stało się obligatoryjne i podlegać zaczęły mu nie tylko służbowe, ale także prywatne sfery życia ludzkiego. Smarter stał się uniwersalnym mózgiem ludzkości. Jego wprowadzenie zaowocowało w końcu unifikacją całej planety. Zniknęły podziały narodowościowe i państwowe. W myśl nowej zasady ludzie mieli być po prostu ludźmi. Dziadek Cole’a był młodzieńcem, gdy zachodziły owe zmiany. Nie popierał ich jednak ani wtedy, ani później. Nie wierzył w ich powodzenie dlatego właśnie, że ludzie są tylko ludźmi. - Nie wiem, dlaczego był taki uparty – zastanawiał się Cole, gdy wstawał świt, a my mieliśmy za sobą całą noc rozmowy. – Był człowiekiem przeszłości, było w nim mnóstwo goryczy. Może zawiódł się na ludziach? Może na sobie? – gdybał. – Od zawsze trzymał się na uboczu, od zawsze wpatrzony był w przeszłość. Nie chciał iść wraz z postępem. Na przekór światu każdą wolną chwilę poświęcał książkom, które nie zawierały niczego poza słowami. I zmuszał mnie niekiedy do wysłuchiwania historii w nich zawartych. Choć Cole nie podzielał opinii dziadka co do obecnego porządku świata, to kochał go ponad wszystko i wpływ starca był w nim bardzo widoczny. W sposobie przedstawiania się, w jego dziwnym zwyczaju podawania ręki na powitanie lub w niezwykłej wręcz lubości prowadzenia rozmów z drugim człowiekiem w jego bezpośrednim towarzystwie, a nie za pomocą transcomu. Były to jednak tak znikome zachowania, że osobiście uważałem je za niegroźne, nic nie znaczące dziwactwa. To chyba dzięki nim zjednywał sobie ludzi, co pozwalało mu zyskiwać informacje jeszcze zanim trafiły do publicznego obiegu. Niekiedy bywały niekompletne, jednak zazwyczaj sprawdzały się niemal całkowicie. Pewnego dnia Cole wrócił do domu w tak dobrym nastroju, że jego stan od razu wzbudził moją podejrzliwość i ciekawość. - Słyszałeś?! – krzyczał od progu. – Słyszałeś najnowsze nowiny?! Nie lubiłem wychodzić na niedoinformowanego, więc jedynie uśmiechnąłem się niepewnie i odparłem zdawkowo: - Zależy o czym. Westchnął ciężko i spojrzał na mnie litościwie. - W końcu się udało! Teraz wszystko będzie inaczej, zobaczysz! Wpatrywałem się w niego niczego nie rozumiejąc i wyczekując, aż rozwinie swoją myśl. Ten jednak zdawał się o mnie zapomnieć. Kręcił się bez celu, od czasu do czasu pośpiewując i podskakując, jakby próbował pozbyć się nadmiaru energii. - Możesz mi wyjaśnić co miałeś na myśli? – zapytałem po dłuższej przerwie, gdy nieco się uspokoił. - O czym mówisz? – zdziwił się, jakby zapomniał zupełnie, że wcześniej ze mną rozmawiał. - Powiedziałeś, że w końcu się udało… Co się udało? Przez chwilę widać było, że szuka właściwej myśli. - Lepiej usiądź – powiedział, sadzając mnie na ławie. Sam rozsiadł się na ladzie kuchennej, pomiędzy misą z pigułkami śniadaniowymi i obiadowymi. Przez kilka minut patrzył na mnie w milczeniu, a szeroki uśmiech nie schodził mu z twarzy. Wiedziałem, że celowo przeciąga tę chwilę, próbując wyprowadzić mnie z równowagi i skłonić do kolejnych pytań. Nie chciałem jednak sprawić mu tej przyjemności i uparcie milczałem, choć ciekawość zżerała mnie od środka. - Jesteś gotowy? – rzucił w końcu niedbale. - Nie wiem, Cole – przyznałem szczerze. – Ocenię to, kiedy w końcu coś z siebie wydusisz. - Dobrze, już dobrze. – Klasnął w dłonie, pochylił się ku mnie i ściszył głos do konspiracyjnego szeptu. – Kilka dni temu odkryto lek pozwalający przedłużyć życie… Będziemy nieśmiertelni, mój drogi. Nieśmiertelność, rozumiesz? – zaśmiał się głośno. Przez chwilę czekałem w milczeniu myśląc, że sobie żartuje. Nie chciałem dać się nabrać na coś tak banalnego, by nie rzec absurdalnego. - Mówisz poważnie? – wykrztusiłem po dłuższej chwili. – Wydaje mi się, że ktoś mógł wprowadzić cię w błąd… - Nic z tych rzeczy – odparł pewnie. - Ale przecież uczyli nas, że to niemożliwe. To jedna z tych granic, których nigdy nie uda nam… - Zapomnij o tym! – zawołał. – Właśnie przekroczyliśmy barierę niemożliwego. Dasz wiarę?! - Ciężko mi w to uwierzyć – przyznałem szczerze. - Wiesz co to dla mnie znaczy?! Zaprzeczyłem, energicznie potrząsając głową. - Będę mógł pomóc dziadkowi! W końcu przekonam tego starego uparciucha, że nowy świat nie jest taki zły jak mu się wydawało. W końcu będzie miał czas, żeby się o tym przekonać. I w końcu zrozumie, że przyszłość jest lepsza od przeszłości! Zeskoczył z lady i zaczął kołysać biodrami, poklaskując wesoło. Wydawał się tak uradowany przekazanymi informacjami, które mnie jawiły się jako zwykłe fantasmagorie, że nawet nie próbowałem drążyć tego tematu. Byłem przekonany, że to co powiedział jest niemożliwe. Postanowiłem wrócić do sprawy, gdy pierwsze emocje opadną, a Cole odzyska dawną równowagę. Kolejny dzień przyniósł poprawę jakiej się nie spodziewałem. Mój przyjaciel zachowywał się całkowicie normalnie, słowem nie wspominając o wymysłach z poprzedniego wieczora. Zacząłem wierzyć, że stał się ofiarą niewinnego żartu, który przemyślawszy spokojnie, wrzucił między bajki. Tam, gdzie jego miejsce. I wtedy świat stanął na głowie. Byliśmy w pracy, gdy pojawił się komunikat nakazujący udać się wszystkim pracownikom do największej sali konferencyjnej w budynku. Mieszcząca się kilkadziesiąt metrów pod ziemią hala była ogromna. W całości wypełniały ją blubimy wyświetlające mównicę i postać Prezesa Stanu – człowieka stojącego na czele rządu światowego, który dla pełnienia swej funkcji zrzekł się dawnego imienia i nazwiska, stając się uosobieniem zajmowanego urzędu. Jeden z najważniejszych ludzi na ziemi rzadko kiedy sam przekazywał jakieś informacje, więc jego widok zawsze budził sporo skrajnych emocji. Byłem niespokojny. Czułem jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach, a serce zaczyna bić szybciej niż zazwyczaj. Kątem oka zerknąłem na Cole’a. Na jego twarzy malował się szeroki uśmiech pewności. W jednej chwili w sali zapadła absolutna cisza. Sylwetka Prezesa poruszyła się i wiadomo było, że za chwilę rozpocznie się przemówienie. Nikt nie chciał uronić choć słowa. - Najdroższa rodzino! – zaczął. – Dziś jako jedność stajemy na progu nowej ery. Ery, w której człowiek zbliża się do Boga na wyciągnięcie ręki. Choć nie mamy jeszcze podobnej mu mocy sprawczej, to od dziś zyskujemy czas, by we właściwym momencie móc ją zdobyć. Po kilku latach intensywnych prac i badań, po niezliczonych sporach i wojnach nękających ludzkość, po wielu pomyłkach i potknięciach przekraczamy granicę, której przekroczenie uważaliśmy za niemożliwe. Dziś z dumą i pokorą na przyszłość, stajemy na progu nieśmiertelności! Mówię wam, że od dziś możemy mierzyć się ze śmiercią! Od dziś stajemy na drodze, by stać się niepokonanymi! Na krótką chwilę zapadła cisza, a następnie wybuchły tak gromkie brawa i okrzyki radości, że obawiałem się, iż stracę słuch. Ja jednak byłem zbyt zaskoczony, by móc wykonać jakikolwiek ruch. Roztańczone ogniki nadziei w oczach otaczających mnie ludzi wydawały mi się w pewnym stopniu przerażające. Nikt nie wątpił w słowa wypowiedziane przez Prezesa. - Cudownie, prawda? – zagadnęła mnie kobieta stojąca po mojej lewej stronie. Przytaknąłem. Prezes Stanu zniknął z blubimów, a w jego miejsce pojawiło się trzech naukowców ubranych w białe fartuchy. Ich poważne twarze, ściągnięte w nabożnym skupieniu wyrażały najwyższą pogardę dla świata. Ale to miny te właśnie sprawiały, że ludzie wierzyli każdemu ich słowu. Po kolei zaczęli tłumaczyć, że odnalezione lekarstwo jest zaledwie początkiem drogi dla stworzenia nowej ery ludzkości. Odkryty lek nie zapewniał w gruncie rzeczy nieśmiertelności jako takiej, ale pozwalał człowiekowi na nieustanne wydłużenie życia. Lekarstwo przywracało organizm człowieka do optymalnego stanu fizycznego, cofając proces starzenia oraz lecząc wszelkie choroby. Ciało mogło się regenerować na poziomie komórkowym w nieskończoność. Był jednak jeden warunek: musiało być żywe. Osoba poddana kuracji mogła żyć wiecznie, ale jakakolwiek poważna rana, czy niedoleczona choroba nadal mogły skutkować śmiercią. Jak zapewniali uczeni, prace rozwijające lek wciąż trwały i prawdziwa nieśmiertelność zaczynała być w naszym zasięgu. - Wkrótce wszystko się zmieni – rzekli na koniec i blubimy zamigotały niebieskimi światełkami oznaczającymi koniec transmisji. Nie podano dokładnego terminu wprowadzenia medykamentu na rynek, więc najbliższe kilka tygodni były jedną, nieustanną spekulacją dotyczącą wszystkiego co z nim związane. Wieczne życie stało się właściwie jedynym tematem, na który chciano rozmawiać. Prześcigano się w domysłach na temat ceny, dostępności, dawkowania i szkodliwości leku, snuto plany i wizje życia, które pozwoli zrealizować każde, nawet najbardziej błahe pragnienie. Hurraoptymizm stał się wszechobecny. W całym tym zamieszaniu zaskakiwał mnie jednak spokój mojego przyjaciela Cole’a, który jeszcze niedawno zdawał się najszczęśliwszy na świecie. Gdy zapytałem go o powód tej nagłej zmiany przyznał tylko, że jego dziadek zapowiedział mu, iż nie zamierza skorzystać z nowego wynalazku. - Chce umrzeć jak normalny człowiek i w gruncie rzeczy nie może się już doczekać, żeby to nastąpiło – skwitował. Po dłuższym czasie udało mi się jednak przekonać go, że znajdzie sposób, by nakłonić dziadka do zmiany zdania. Rozpogodził się w końcu i przez resztę czasu wspólnie snuliśmy plany na temat wieczności. Po blisko dwóch miesiącach od pierwszej konferencji zostaliśmy ponownie wezwani do sali konferencyjnej, w której nie zmieniło się nic od ostatniego razu. Ponownie blubimy wyświetlały nieruchomą sylwetkę Prezesa Stanu. Tym razem jednak od początku panowała całkowita cisza. Powietrze zdawało się naelektryzowane. - Najdroższa rodzino! – Prezes zaczął podobnie jak za pierwszym razem. – Ostatnie odkrycia napawają nas dumą i pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość. Niewątpliwie świat jaki znamy ulegnie zmianom, bowiem od jutra nowy lek stanie się dostępny dla wszystkich. Dookoła przelała się fala braw, a ja i Cole byliśmy jednymi z tych, którzy klaskali najgłośniej. - Przy zmieniającym się świecie i my musimy się zmienić. Nasze życie nie będzie już takiej jak dawniej. Wkraczamy w nieznane jako pionierzy i odkrywcy wieczności. Mając w zanadrzu takie odkrycie, taki przełom, musimy utworzyć nowe społeczeństwo! Społeczeństwo oparte na nowej zasadzie. Wszyscy wpatrywali się w blubimy w nabożnym skupieniu. Niektórzy poruszali bezgłośnie ustami, jakby słowa, które słyszeli były ich własnymi. - Od dziś będziemy tworzyć społeczeństwo oparte na nieśmiertelności! Niezliczone analizy przeprowadzone przy użyciu naszego niezawodnego smartera wykazały, że będziemy tworzyć ukształtowaną, stałą rodzinę, której nie trzeba budować nieustannie od podstaw! Rodzinę wykształconą, doświadczoną i rozwiniętą! Odkrycie to rozwiąże nasze problemy z rozmnażaniem i płodnością! Dzięki niemu będziemy mogli zamknąć akademie bazowe i wyższe, a ludzie staną się nowym gatunkiem! Jednakże – podniósł nieco głos i uniósł palec ku górze – jednakże nie osiągniemy tego bez pewnych poświęceń. – Zawiesił na chwilę głos. – Dlatego od dziś, na mocy danego mi prawa, informuję was, że rząd światowy podjął rezolucję znoszącą śmierć! Od dziś każdy, kto wyrzeknie się życia zostanie uznany za wroga ludzkości, a jego rodzina będzie pozbawiona wszelkich dóbr. Człowiek taki zostanie wymazany z historii, a jego własność stanie się własnością ogółu, który rozdysponuje je dla dobra pozostałych przy życiu ludzi! Pamiętajmy, nie możemy pozwolić, by doświadczone i wykształcone jednostki opuściły nas na progu nowego świata! I wówczas zapadła cisza. - Od teraz jesteśmy skupieni na życiu! – zakończył i obraz zniknął. Ostatnie słowa były ledwo słyszalne, bo utonęły w narastającym szmerze budzących się rozmów. Po początkowej euforii nie było śladu. Teraz królowało zdziwienie, zaniepokojenie i podejrzliwość, nikt bowiem nie rozumiał co dokładnie kryło się pod tymi słowami. Niepewność nie trwała jednak długo. Już nazajutrz, wraz z pojawieniem się w sklepach pierwszych partii leku przekonano się o dosłowności i prawdziwości przemówienia. Nowe prawo działało zero jedynkowo. Martwy, żywy. Winny, niewinny. Martwi byli karani za poddanie się śmierci, choć tak naprawdę reperkusje dotykały jedynie pogrążonych w smutku członków ich rodzin. Dość głośno zrobiło się o niejakim Julianie Serafinie, zupełnie nieznanym za życia, który miał stać się symbolem sprzeciwu wobec nowego porządku rzeczy. Mężczyzna zmarł nagle, w wyniku jednej z nierozpoznanych chorób, które…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Brenin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…