SPRAWDZIAN
Przygoda Franka w szkole demagów
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Początek kwietnia był wyjątkowo ciepły. Słońce coraz częściej wygrywało batalię z chmurami, opadami i zimnem. Łąki zazieleniły się, a na drzewach wisiały świeże, zielone i bardzo soczyste liście. Wszystkie prognozy mówiły, iż kolejne dni upłyną pod znakiem wysokiej temperatury i braku jakichkolwiek opadów. Wszystko to sprawiało, że zamiast w książkach studenci spędzali czas na świeżym powietrzu z dala od sal wykładowych i bibliotek. Ciepłe dni biegły nieubłaganie zbliżając upragniony koniec semestru i powrót do domu. Niestety nie wszystkie aspekty kończącego się roku były tak jasne jak obecna pogoda. Na uczelni regularnie, co dwa tygodnie odbywały się egzaminy zwane piętnastkami. Nazwę swoją brały z ilości punktów, jakie student mógł uzyskać. Prymus miał szanse w czasie roku zdobyć maksymalnie trzysta punktów z jednego przedmiotu, co stanowiło ocenę celującą. Wynik poniżej stu punktów dyskwalifikował studenta i zazwyczaj kończył się wydaleniem z uczelni. Frank był wybitnym studentem i należał do piątki najlepszych na roku. Większość przedmiotów spodziewał się zaliczyć na minimum dwieście osiemdziesiąt punktów. Wyjątkiem był alfabet zwany potocznie runami. Znajomość tych wszystkich symboli, znaków i runów nie była na poziomie, który był przez niego akceptowalny. Obecnie miał dwieście dwa punkty, co dawało mu ocenę dobrą, jednak zdobycie upragnionych dwieście osiemdziesiąt mogło stanowić poważny problem. Profesor wykładający alfabet nazywał się Stocki i pochodził z Litwy. Nie był zbyt rozmowny, ale za to bardzo konkretny i surowy. Na zadane pytanie oczekiwał odpowiedzi w ciągu sekund i nie akceptował zastanawiania się. Mawiał „w starciu z wrogo nastawionym magiem nie będziecie mieli czasu na zastanawianie się – musicie działać od razu” Frank bardzo szybko przekonał się, iż była to święta prawda. Stocki był nieubłagany i nie zważał na jakiekolwiek tłumaczenia. Był jak komputer, który rozróżnia jedynie zera i jedynki. Na domiar wszystkiego jego twarz miała przeważnie groźną minę. Krzaczaste, grube brwi łączyły się w jedną grubą kreskę, pod którymi były brązowe świdrujące oczy. Jeszcze grubsze wąsy opadały na usta, które były widoczne jedynie w krótkich momentach wypowiadanych sylab. Niski wzrost niczego mu nie ujmował, a wręcz dodawał charakteru koguta gotowego rzucić się na znacznie silniejszego przeciwnika. Chwalił się, iż nigdy nikt go nie oszukał i nie wywiódł w pole. Po szkole chodziło nawet przysłowie, że „szybciej magia zgasi słońce niż oszukasz Stockiego”. Tej cechy w tym gościu Frank wręcz nie cierpiał. Osobiście uważał Stockiego za zarozumiałego dupka, który siebie i swoją pracę traktuje jak pępek świata. Dlatego szansę udowodnienia, iż jest inaczej potraktował jak osobiste wyzwanie. Robert zawsze traktował studia, jako formę zabawy. Kształcenie się w zawodzie demaga traktował, jako formę nobilitacji, nawet w magicznej części społeczeństwa. Majątek, jakim dysponował jego ojciec pozwalał mu spokojnie spoglądać w przyszłość, bez obaw o bezrobocie czy jakikolwiek kryzys. Robert był niski, krępy i miał niezliczona ilość piegów. Nosił zawsze rozciągnięte swetry i nie do końca zawiązane buty. Nikt nie pomyślałby, że odziedziczy fortunę liczoną w dziesiątkach milionów uncji. - Chłopaki, nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale Stocki zawsze zabiera prace i chowa je w swoim gabinecie. – powiedział w czasie jednej z przerw. - Do czego zmierzasz? – zapytał Max. Odsłonił lok swych rudych włosów i spojrzał pytająco na przyjaciela. Max był przeciwieństwem Roberta. Zawsze elegancko ubrany dbał o drobiazgi w stylu długość paska, odcień krawata czy długość mankietów. Zawsze wstawał jako pierwszy i spędzał niemal okrągłą godzinę w łazience biorąc pełną kąpiel. - Musimy jedynie zakraść się do pokoju, wyjąć swoje prace i dopisać poprawne odpowiedzi. - To może lepiej od razu poprośmy by nas wyrzucili. – odparował, oceniając jakość pomysłu kolegi. Max nie tryskał entuzjazmem, podobnie jak reszta przyjaciół. Takie rozwiązanie było praktycznie niemożliwe. Pokój profesora znajdował się w północnej wierzy na dwudziestym siódmym piętrze. Zamykany był czujnikami biometrycznymi wspomaganymi przez kilka zaklęć. Student mógł tam wejść jedynie w towarzystwie profesora, lub zostać przez niego wpuszczonym do środka. - Jak dokładnie chcesz tego dokonać? – zapytał Frank, którego pomysł zainteresował, ale jedynie w kategoriach rozważań akademickich. - Nie wiem, wszystko mam sam wymyślać, wy też powinniście ruszyć głowami. – rzucił oburzony Robert. Szybko zmieniono temat jednak w głowie Franka coś zostało. Gdy wieczorem szedł spać pomysł włamania się do pokoju Stockiego coraz mocniej świdrował mu głowę. Następnego dnia podjął decyzję, że najzwyczajniej w świecie tego dokona. Był w piątce najlepszych studentów i niemal od każdego profesora słyszał, iż będzie doskonałym demagiem. Komplementu takiego nigdy nie usłyszał od Stockiego, co było kolejnym argumentem by pokonać go w tej partii, w której wynik w przypadku sukcesu musiał pozostać w tajemnicy. - Zrobimy to – powiedział do kolegów podczas obiadu. - W jaki sposób? Jaki masz pomysł? – dopytywał się Robert. - Jeszcze nie wiem, ale na pewno znajdę sposób. - No to musimy się spieszyć, bo następny sprawdzian będzie za tydzień – odpowiedział Olo, którego nastawienie do pomysłu było najbardziej sceptyczne. Z całej trójki przyjaciół to właśnie Olo był najbliższy Frankowi. Był to jasny blondyn o niezwykłym spojrzeniu. Frank był jednym z najlepszych studentów, za to Olo był zdecydowanie jednym z najprzystojniejszych. Dziewczyny same się do niego garnęły by, choć przez chwilę popatrzeć w jego śliczne niebieskie oczy i zobaczyć łobuzerski uśmieszek. - Po zajęciach wyskoczę do miasteczka, kupię parę rzeczy i przedstawię wam wstępny plan – powiedział Frank uciął spekulacje. Był niepisanym liderem tej czteroosobowej grupy, dlatego wszyscy przystali na pomysł i z niecierpliwością oczekiwali wieczornego spotkania. Zebrali się wszyscy w pokoju zamieszkanym przez Franka i Ola. Siedli przy stoliku jakby mieli rozegrać partię brydża. - Musimy zacząć od obserwacji. Do tego posłuży nam to. Frank wyciągnął coś, co przypominało niewielki zielony listek. - W środku tego niby listka mamy wszystkie rodzaje kamer i czujników. - Głupota – przerwał Olo – przecież wszystkie połączenia na uczelni są monitorowane. Jak chcesz cokolwiek obejrzeć zanim wykryje to Matka? Matka była zwyczajowym określeniem komputera, który miał za zadanie zarządzać budynkiem. Firmy sprzedające te systemy używały nawet sloganów reklamowych w stylu „Nasza matka widzi wszystko” „Przed matką nic się nie ukryje” - To prawda, dlatego mam to. Frank wyciągnął trzy takie same listki. - Dalej nie rozumiem, o co ci chodzi? Frank uśmiechnął się z niemałą satysfakcją. - Matka jest zaprogramowana na skanowanie wszelakich połączeń, jednak nie ma prawa zaglądać do pamięci urządzeń rejestrujących. - Mów jaśniej – przerwał znów Olo. - Kilkadziesiąt lat temu niemal wszystkie urządzenia miały własne kości pamięci, na których zapisywały obraz, dźwięk i dane. Nie było masowych serwerów, chmur i macierzy pamięci mogących przechować praktycznie wszystko. Kości pamięci ludzie nosili ze sobą. - To głupie, przecież mogły im zginąć lub zniszczyć się. – przerwał Robert. - Prawda, ale wówczas nie było technologii takiej jak teraz. - Co w związku z tym? – zapytał Max, który do tej pory siedział cicho. - To, co tu widzicie to kamery pozbawione wszystkich systemów łączności, ale wyposażone za to w osiem terrabitów pamięci. Pozwoli to na nagranie jakichś sto dwadzieścia godzin w maksymalnej rozdzielczości, we wszystkich spektrach. - Sto dwadzieścia godzin to trochę ponad pięć dni… Mało – stwierdził sucho Max. - Zaprogramujemy je na nagrywanie jedynie w godzinach dziennych, dzięki temu czas wydłuży się przynajmniej dwukrotnie. - Dlaczego tych kamer jest cztery? Nie wystarczyłaby jedna? – zapytał Robert. - Nie – odparł spokojnie Frank – kamery musimy zamieniać. Wieczorem trzeba będzie zdejmować jedną i zakładać drugą, tak byśmy mieli obraz z całego dnia. W nocy będziemy zajmować się analizą tego, co nagrało się dnia poprzedniego. - Do tego wystarczy dwie kamery. Do czego zatem ma posłużyć druga para? - Tutaj mamy nasze pierwsze wyzwanie – Frank odetchnął – druga para musi zostać zainstalowana wewnątrz pokoju Stockiego. Zapanowała cisza. Zadanie może i nie było trudne, ale fakt, iż muszą tego dokonać zmiękczyła trochę bojowe nastawienie chłopaków. - Schmidt często odwiedza Stockiego, zawsze przychodzi do niego z torbą i odczynnikami, których nie chce mu się nosić do swojego gabinetu. Niemal zawsze prosi by ktoś pomógł mu zanieść je do pokoju. – powiedział Max po chwili ciszy. - Dobre – skomentował Olo. - Można też wymyślić jakiś pretekst, można przecież czegoś zapomnieć, albo zapytać się o coś – Robert zaczynał tryskać energią i entuzjazmem. - Prawda – skwitował Frank. Burza mózgów przyniosła przynajmniej trzy rozwiązania na wejście do środka. Problemem pozostało jedynie umieszczenie kamery. Frank, tak samo jak Max pamiętał, że paprocie znajdowały się na lewo od wejścia i przy oknie. Do któregoś z tych kwiatów musiała zostać zainstalowana kamera. Jeszcze tego samego wieczora zaprogramowano kamery na pracę w odpowiednich godzinach, a wczesnym rankiem umieszczono tą, która miała obserwować drzwi wejściowe do pokoju. Drugi etap był znacznie trudniejszy. Tego zadania podjął się Robert, który stwierdził, że pójdzie na żywioł i przyklei liść, gdy profesor się odwróci. Jak powiedział tak też zrobił. Drugiego dnia po południu znalazł pretekst by porozmawiać z Stockim i wszedł z nim do środka. Pozostała trójka w bezpiecznej odległości wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknął ich przyjaciel. Harmider rozmów i przechodzące grupy studentów nigdy wcześniej nie były im tak obojętne. Sekundy dłużyły się niczym godziny, po czym zobaczyli Roberta wychodzącego z pokoju z dwoma paprociami na ręku. Szczęki im opadły, ale powoli zbliżyli się do Roberta, który uśmiechnięty zmierzał w kierunku łazienki. - Coś ty zrobił? – warknął Olo. - Wyluzuj, powiedziałem mu, że kwiatki są bardzo brudne i że chętnie je umyję. Bierzcie się za mycie. Następnie wręczył osłupiałym kolegom doniczki, a sam zaśmiał się ze swojej przebiegłości. Frank i Olo zajęli się jedną, a Max posłusznie umył drugą. Po paru minutach Robert wracał do pokoju z paprociami, które straciły masę kurzu, ale zyskały dwie maleńkie kamery. Zrobili wszystko. Teraz pozostało jedynie czekać, aż pamięć się zapełni i nadarzy się okazja do odzyskania kamer. Pierwsza analiza pochodząca z kamer zainstalowanych przed drzwiami nie przyniosła żadnego ułatwienia. Potwierdziły się czarne scenariusze. Drzwi praktycznie zawsze były zabezpieczone. Ułamek sekundy po zamknięciu uruchamiały się systemy i zaklęcia. Żółta poświata zaklęć opadała na drzwi niczym krata w zamku i uniemożliwiała sforsowanie ich przy pomocy magii. Może było by to do złamania, ale wiedza studentów trzeciego roku była zbyt skąpa by podołać temu zadaniu. Jedyna nadzieja leżała w nagraniach pochodzących z kamer wewnątrz pokoju. Trzeba było je odzyskać, a ponowne mycie kwiatów mogło być mocno podejrzane. Robert jednak nie tracił animuszu i był pewien, że uda mu się odzyskać zamontowane kamery. Na pytanie jak zamierza tego dokonać odpowiadał jedynie „coś wymyślę”. Pozostał jeden dzień do kolejnego sprawdzianu, gdy gruchnęła informacja o koniecznym trzydniowym wyjeździe Stockiego. Sprawdzian został przełożony o tydzień i skumulowany. Nie wszyscy studenci to lubili. Kumulacja oznaczała co prawda odroczenie terminu egzaminu, ale za to jego zakres i pula punktów zwiększała się. Zamiast zwyczajowych 15 do zdobycia było aż trzydzieści. Tymczasem cała czwórka bardziej skupiała się na odzyskaniu kamer niż na nauce mogącej przynieść im odpowiednio dobry zapas punktów. Piątek miał się ku końcowi i rozpoczynał się weekend. Do sprawdzianu zostało 5 dni a szanse na odzyskanie kamer i zaplanowanie jakiejkolwiek akcji stawały się coraz bardziej iluzoryczne. - Idę – powiedział Robert i ruszył w kierunku pokoju profesora. Zapukał i po chwili znalazł się w środku. Tak jak wcześniej pozostali obserwowali go jak znika w drzwiach i z niepokojem oczekiwali, aż pojawi się z powrotem. Mijały minuty, a Frank co chwila spoglądał na zegarek upewniając się, że nie trwało to całej godziny. Robert wyszedł z pokoju i od razu widać było, że udało mu się odzyskać kamery. - Jak to zrobiłeś? Jak ci się to udało? – przyjaciele przekrzykiwali się w pytaniach. - Zwyczajnie – zaczął Robert – Zacząłem z nim gadać o runach i niby od niechcenia podszedłem do kwiatków. Zacząłem je oglądać i powtarzać, ze ostatnia kąpiel dobrze im zrobiła. Kamery miałem już po minucie, ale nie chciałem tak szybko wychodzić, bo mógłby nabrać podejrzeń. Robert był niezwykle sprytny i wiedział jak postępować z ludźmi. Miało się to w pełni ujawnić dopiero po skończeniu szkoły. Cała czwórka ruszyła do pokoju, gdzie zaczęli oglądać godziny nagrań. Niestety, nie dało się zauważyć żadnego słabego punktu, a wręcz przeciwnie. Stocki wewnątrz zawsze przekręcał klucz i rysował dodatkową runę odgradzającą hałas i bodźce z korytarza. Siedział w swojej samotni, czytał książki i podgryzał pestki dyni. Była to rutyna niemal nie do zniesienia. Jego gabinet był prostokątem, w którym krótsze ściany stanowiły okna i drzwi wraz z szafą na ubrania. Na jednej ścianie miał kanapę, obok której stał stary dębowy stolik i dwa nieco zniszczone krzesła. Na drugiej ścianie miał dwie szafki z książkami, biurko i coś na kształt komody, w której trzymał swoje przekąski i kilka butelek drogiego markowego alkoholu.
Chłopaki oglądali nagrania przez całą noc, jednak nikt nie znalazł niczego, co mogłoby dopomóc w udanym włamaniu. Dwa dni i dwie noce trwało bezustanne poszukiwanie, kiedy Max ogłosił kapitulację. - Panowie, tego nie da się zrobić – powiedział i rzucił tabletem, który wyświetlał obraz z wnętrza gabinetu. Niestety Max miał rację. Trzeba było wywiesić białą flagę i próbować zaliczyć test w tradycyjny sposób. Z wszystkich przyjaciół Frank miał najwięcej do stracenia. Utrata trzydziestu punktów praktycznie uniemożliwiała mu zdobycie upragnionych dwustu osiemdziesięciu i zakończenie roku z samymi celującymi. Przyprawiało go to o wściekłość. Po raz nie wiadomo już, który złożył tablety i projektory i wyświetlił cały pokój w trzech wymiarach. Olo poszedł już dawno spać, a Frank opróżniwszy dzbanek z kawą wpatrywał się w trójwymiarowe pomieszczenie, jakby samo patrzenie miało podpowiedzieć mu rozwiązanie. - Jest, mam cię ty skurwysyni!!! – krzyknął na krótko przed piątą rano, budząc współlokatora. Godzinę później cała czwórka siedziała w pokoju Franka. Robert nie zjadł śniadania, a Max nie wziął swojej porannej kąpieli. Wszyscy jednak byli ciekawi, co takiego wymyślił Frank, najlepiej spośród nich zapowiadający się demag. - Panowie, od początku nasze poszukiwania były skierowane w złym kierunku. - Mów, co znalazłeś – niecierpliwił się Robert. - Drzwi nie da się sforsować – stwierdził krótko – Powiedzcie mi, co jeszcze widzicie w tym pokoju? - Kanapa, stół, szafa, paprocie – wymieniali kolejno. - Też tak patrzyłem i też tak szukałem, gdy nagle zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze jedno wejście do tego pokoju. - Szyb wentylacyjny jest za wąski, nie przeciśniemy się – Max był wyraźnie podenerwowany i rozczochrany. Widać było, że brakuje mu jego zwyczajowej porannej kąpieli. - Wejście do pokoju jest duże i przeźroczyste. To okno. Wszyscy zaniemówili, gdy po chwili odezwał się Robert. - Frank to szaleństwo, ten gabinet jest na dwudziestym siódmym piętrze. - Wiem, jak tego dokonamy. W pokoju zapanowała absolutna cisza. Przyjaciele Franka wstrzymali oddech, a on sam zaczął spokojnie mówić. - Trzy piętra pod gabinetem Stockiego obok pokoju profesora Krunga jest rzadko używana sala, gdzie bardzo rzadko odbywają się zajęcia. Wejście tam będzie bajecznie łatwe. Musimy jedynie otworzyć okno wyjść na zewnątrz, wspiąć się dwa piętra w górę, otworzyć okno, wejść do środka, zamienić prace i wrócić z powrotem. - W między czasie zjeść pizzę i walnąć dwa browary – rzucił lekceważąco Max. Frank nie odpowiedział nic, a jedynie założył gumową rękawice na prawą dłoń. Następnie podszedł do ściany, przyłożył otwartą rękę do białej powierzchni i zawiesił się całym ciałem. Najwyraźniej w rękawicy było coś na tyle lepiącego, że utrzymało chłopaka od upadku. Gdyby jednak rękawica zawiodła i tak nikomu nie groziła śmierć. Już na pierwszym roku studenci szkoleni na demagów przechodzili egzaminy z zaklęć obronnych. Jednym z nich była ochrona przed upadkiem z dużej wysokości. Proste zaklęcie sprawiało, iż opadające ciało na klika metrów przed ziemią wyhamowywało na tyle, iż można było się, co najwyżej potłuc. Frank podszedł na powrót do stolika i zrzucił rękawicę na środek. - Zrobimy to – powiedział pewnie. Na twarzach pozostałych pojawiły się uśmiechy. Był poniedziałek rano, zatem do czwartkowego sprawdzianu zostało zaledwie trzy dni. Należało wszystko obmyślić i zaplanować. Zanim zeszli na śniadanie wiedzieli już, czego będą potrzebować by dokładnie zaplanować całą akcję. Frankowi pomysły i rozwiązania przychodziły do głowy same, jakby ktoś dyktował mu gotowe odpowiedzi. Na każde pytanie i każdy problem miał gotową odpowiedź lub rozwiązanie. - Wystarczy stłuc okno a potem magicznie je naprawić. - Nie sądzę, kurtyna w drzwiach jest magiczna z obydwóch stron, może zareagować alarmem. Okno musimy sforsować mechanicznie. Temu podobne pytania i odpowiedzi Frank rzucał jakby były zadaniami z testu, który już wcześniej rozwiązywał. Po latach stwierdził, że musiał wówczas doświadczać jakiegoś genialnego natchnienia, bo miał w głowie gotowy i całkowicie kompletny obraz ich przyszłego włamania. Po obiedzie skończyły się zajęcia i wszyscy wrócili do pokoju Franka by przygotować urządzenia, dywersję i wszystko, co może być potrzebne w trakcie włamania. - Najważniejsze są rękawice i buty – powiedział Frank – To, co zobaczyliście rano to jedynie próba. Nie wyjdę na, zewnątrz jeśli nie będę miał pewności, że nie spadnę. Pozostała trójka odetchnęła z ulgą i z podziwem. Frank podejmując się wykonać główne zadanie brał na siebie największe ryzyko. - Jak to zrobiłeś? – zapytał Robert, będąc bardzo ciekaw sekretu rękawic. - Zwykłe zaklęcie klejowe, rzuciłem je na każdy palec i to wystarczyło, by utrzymać mnie na ścianie. - Na ile wystarczy? – zapytał Max. - Spodziewam się jakiś pięćdziesiąt-sześćdziesiąt minut. – odpowiedział Frank. Zaklęcia i magia zużywały się i nigdy nie działały wiecznie. Było to tak jak z najróżniejszymi urządzeniami wytworzonymi przez człowieka. Mogły działać całe lata, aż nagle coś się psuło i przestawały spełniać swe zadanie. Podobnie było z zaklęciami rzucanymi na rzeczy. Starannie przygotowane z użyciem dobrego artefaktu służyły znacznie dłużej niż te rzucone niedbale bez odpowiedniego skupienia. - Masz narzędzia? – zapytał Frank. - Jasne – odpowiedział Robert i wyciągnął średniej wielkości walizkę. Wyciągnął kabel i podłączył do gniazdka. Walizka rozłożyła się sama jakby chciała wypluć swoją zawartość na zewnątrz. Zajęła w ten sposób większą część stolika. W środku nie było żadnych śrubokrętów, kluczy, młotka, nakrętek czy kawałka piły. Wnętrze wypełniały różnej wielkości roboty przypominające srebrne pająki i gąsienice. W powietrzu zawisł ekran wyświetlający menu, na którym widać było polecenie takie jak: spawanie, odlew, tokarka, frezarka i dziesiątki temu podobnych. Roboty rozeszły się na krawędzie stołu w oczekiwaniu na polecenia operatora. Frank złapał urządzenie podobne do dziecięcego termometru i wykierował je w okno. - Podaj pełne wymiary okna, jego wagę i materiały, jakich użyto. – powiedział naciskając przycisk. Z miernika wyskoczyły strumienie laserowe, które zaczęły skakać po oknie jakby chciały swymi promieniami światła zamazać całą powierzchnię szyby. - Wysokość okna dwieście sześćdziesiąt centymetrów, szerokość sto osiemdziesiąt centymetrów. Szkło kitynowe, trójwarstwowe dziewiętnaście milimetrów grubości… – kobiecy głos wydobywający się z urządzenia przypominał te z reklam zachwalających kosmetyki. - Wystarczy – przerwał Frank – czym szkło jest zespolone z ramą? - Pianką poli-orga-węglową o grubości dwóch milimetrów, waga szesnaście gramów. - Jaką technologią można przeciąć tą piankę i na powrót zespolić? - Odradzam takie działanie. Najprostszą metodą będzie użycie nanotechnologicznego kwasu, co spowoduje całkowite usunięcie pianki, następnie laserowe działko połączone z wtryskarką wypełni izolację na nowo. Proces stygnięcia trwa kilkanaście sekund. - Jak może wyglądać urządzenie, które będzie w stanie samodzielnie zdjąć taką instalację wisząc na zewnętrznej stronie okna. Po sekundzie chłopcy zobaczyli trójwymiarowy obraz czegoś, co przypominało srebrno-czarnego chrząszcza, rozmiarów sporego buta, który zamiast nóg miał gąsienice - Potrzebujemy też zawiasów będących w stanie utrzymać szybę, podczas, gdy robot usunie izolację. - Zlecane urządzenia mają znamiona przestępstwa, zmuszona jestem zawiadomić policję. – na głos dziewczyny nikt jednak nie zareagował. Zestaw ponad rok temu kosztem kilku tysięcy uncji został zhakowany po tym jak Robert i Max starali się zrobić urządzenie będące w stanie zakraść się do dziewczęcej łazienki i dokładnie zmierzyć rozmiary niektórych piersi. Stawką był zakład o wieczorną kolejkę, więc wówczas sprawa była bardzo poważna. Obok chrząszcza pojawiły się trzy zawiasy. Każdy z nich miał długość około trzydziestu centymetrów i przypominał rurę z dwoma krótkimi skrzydłami, na których były rzędy czegoś, co można by uznać za przyssawki. Do wieczora zaprojektowano jeszcze kilka innych niezbędnych urządzeń, a sam zestaw wydrukował kod z listą koniecznych zakupów. Wstępne przygotowania były zakończone. Nazajutrz rano Robert pojechał do miasteczka i zrobił wszystkie niezbędne zakupy. Jeszcze przed porą obiadową zestaw narzędziowy wykonał szereg zaprojektowanych urządzeń w tym zawiasy i chrząszcza mającego za zadanie wyssać uszczelkę, a następnie po wykonanym zadaniu na nowo ją uzupełnić. Wieczorem przyszedł czas na wypróbowanie wszystkich stworzonych gadżetów. Franka najbardziej interesowało działanie rękawic, butów i pasa z uprzężą, które to przedmioty sam przygotował. Tym razem były to grube rękawice narciarskie z mocnymi zapięciami na nadgarstkach gwarantujące, iż nie zsuną się z dłoni. Buty były identyczne z tymi, jakich używa się w wspinaczce po skałach. One także zostały poddane klejowym zaklęciom i połączone elektroniczną łącznością. Małe wyświetlacze mierzyły poziom działania zaklęcia a prosta aplikacja zegara pokazywała to w formie minutowego odliczania z okrągłym cyferblatem w tle. Zawsze przynajmniej jeden but lub ręka musiała być przyklejona do ściany, aby zapobiec przypadkowemu odklejeniu wszystkich na raz i niechybnemu upadkowi. Pas i uprząż nosiły podobne właściwości i miały działać w momencie wejścia pod okno, gdy Frankowi będą potrzebne do instalacji obydwie dłonie. Z nadejściem mroku cała czwórka zakradła się pod południową wierzę i niepostrzeżenie zbliżyła się do fasady. Okna, pod którymi się znajdowali były bezpieczne gdyż po drugiej stronie znajdowały się jedynie pomieszczenia magazynowe. Frank założył uprząż, buty i rękawice następnie nacisnął na nadgarstku mały ekranik, który uruchomił cały system. Wyświetlacz nie większy niż tarcza zegarka zajaśniał jasnozielonym światłem. Wyświetlił zegar wraz z minutnikiem odliczającym 46 minut. Sekundnik zaczął pracować a Frank rozpoczął wspinaczkę. - Jak to działa – zapytał szeptem Max. - Dziwnie – odpowiedział Frank nie zdążywszy wejść nawet dwóch metrów. Przyszły demag doznawał dziwnego uczucia, bo łapał się płaskiej powierzchni otwartymi dłońmi, a mimo to nie spadał w dół. Oddaliwszy się o cztery metry od powierzchni rozpoczął bujać się, próbować podskoków i odpychać się od ściany. Jednym słowem robił wszystko by przetestować gadżety, które miały uchronić go od upadku z wysokości ponad stu metrów. Powrót do swoich pokojów odbyli w doskonałych humorach. Wszystkie urządzenia działały dokładnie tak jak chcieli. Środa była dniem oczekiwania i ostatnich ustaleń. - Nasz sprawdzian jest o jedenastej potrwa nieco dłużej, bo dziewięćdziesiąt minut i ani sekundy dłużej. Później mamy zajęcia aż do przerwy obiadowej o czternastej. W…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jacekwojcik
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…