Wróć do katalogu

Srebrniki

Główny bohater jedzie na pogrzeb swego ojca. Po drodze zostaje napadnięty przez okolicznych oprychów, na szczęście unika śmierci dzięki interwencji "nieznajomego", który w zamian za pomoc, będzie prosił o pewną przysługę.

HarryAngel, opublikowano , 19 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wsiadłem do powozu i zająłem wygodnie miejsce. Widok szklanej butelki wypełnionej zielonym napojem nie mógł ujść mej uwadze. Zielona wróżka od początku naszego spotkania próbowała ze mną flirtować. Ja, jak przystało na dobrze wychowanego młodzieńca, nie mogłem pozostać obojętny wobec tych wyraźnych zalotów. Kiedy pierwsze krople wznieciły moje nieokiełznane pożądanie, poczułem przyjemne ciepło wypełniające moją duszę i ciało. Nie minął jeszcze kwadrans, a będąc już w jej objęciach patrzyłem na świat z innej perspektywy. Wydawał się teraz jakby weselszy, bardziej przyjazny. Za oknem panował mrok, który swym płaszczem okrył już wszystko, nie oszczędzając nawet delikatnego blasku księżyca, który nieskutecznie próbował wyrwać się ze szponów czarnych jeźdźców. Usłyszałem jak stangret potraktował konie biczem, nie mając przy tym litości. Biedne zwierzęta posłusznie przebierały swymi kopytami coraz szybciej. Przed wyjazdem uprzedziłem Laurenta, że mamy bardzo mało czasu.

A wszystko rozpoczęło się, kiedy w południe otrzymałem list, który zawierał tragiczną informację o śmierci mego ojca. Uroniłem kilka żałobnych łez, jednak nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, aby przepełniał mnie straszliwy ból. Może mieszkając samotnie od kilku lat zatraciłem już wszelkie ludzkie odruchy, a może moja więź z ojcem nie była na tyle silna, abym odczuwał teraz jej brak.

Prawdopodobnie nigdy nie doszłoby do tej podróży, gdyby nie mały, aczkolwiek charakterystyczny podpis, który zdobił kartkę papieru. Należał on do mojej matki. Kobiety o anielskim uśmiechu, którego nie straciła pomimo licznych cierpień, mogących nie jednego człowieka zaprowadzić do ciemnych lochów ludzkiej egzystencji. Jako syn postanowiłem spełnić swój obowiązek wobec niej, będąc oparciem w sensie psychicznym jak i fizycznym, podczas uroczystości pogrzebowych. Jednak aby to uczynić musiałem wpierw dotrzeć do Bordeaux, gdzie mój ojciec ( a raczej jego ciało) miał udać się w swą ostatnią podróż.

Droga była jednak długa i bardzo nużąca, toteż postanowiłem zakpić sobie z mojego wroga jakim był czas, uciekając w krainę snu i fantazji. Za ten pełen pychy i pogardy plan, zostałem ukarany już owego wieczoru, o którym byłem łaskaw wspomnieć na początku. Kiedy opróżniłem cała zawartość jedynej butelki z alkoholem, obserwując ciemny las, przez który mknęliśmy niczym diabelski rydwan, odczułem nagłą i bardzo silną potrzebę snu. Jako że wypiwszy cały dostępny trunek wyczerpałem limit uciech, przewidzianych na czas podróży, po krótkiej naradzie jaką przeprowadziłem sam ze sobą, uznałem, że jest to propozycja nie najgorsza, zważywszy na brak innych.

Opisywać nie będę, jakież to historie działy się w mej głowie po zamknięciu powiek, gdyż dostęp do tego opowiadania mogą mieć również i młodsze umysły, których czystość i niewinność mogłaby zostać poważnie naruszona, czego nikt z nas by nie chciał. Lecz nie smućcie się młodzieży, gdyż mogę was zapewnić, iż wydarzenia późniejsze były wcale nie gorsze. Na dowód tego, kontynuując nurt wspomnieniowy, muszę wyjawić, że sen przyjemny, chociaż krótki-został w brutalny sposób przerwany. Nie wiedziałem jak i dlaczego, ale nagle znalazłem się w dość niezręcznej sytuacji. Dwóch, prawdopodobnie miejscowych oprychów, postanowiło zadrwić sobie z obowiązującego prawa i nasycić swe puste, plebejskie żołądki, w czym miały im pomóc nasze sakiewki. Owszem, w młodości pobierałem lekcje, które miały mi pomóc właśnie w takich sytuacjach, jednak przyznaję, że pilnym uczniem nie byłem, a zamiast szpady i broni palnej, wolałem przechadzać się po parku z tomikiem poezji, co znacznie ułatwiało mi nawiązywanie bliższych kontaktów z młodymi panienkami.

Początkowo chciałem uciec się do swych zdolności negocjacyjnych, wyniesionych z czasów, gdy utrzymywałem się z drobnego handlu. Jednak druga strona, wykorzystując lśniące ostrze noża, które czule witało się z moim gardłem, dała mi delikatnie do zrozumienia , że nie jest zainteresowana jakimkolwiek, polubownym załatwieniem sprawy. Chwilę później usłyszałem jakieś niewyraźne, stłumione dźwięki. Ich autorem był mój woźnica, Laurent. Ze związanymi rękoma i zakneblowanymi ustami wpadł do środka, pchnięty przez drugiego zbira, wielce ucieszonego zaistniałą sytuacją. Po chwili krótkiej ciszy, jeden z owych "dżentelmenów", którego wyraz twarzy potwierdzał moje obawy dotyczące jego inteligencji, zadał banalne pytanie, powszechne i niemalże zużyte już w środowisku ludzi z jego profesji.

- Gdzie macie pieniądze?

W tym momencie, na moje nieszczęście doleciał do mnie zapach, przy którym odór unoszący się w okolicach publicznych toalet, z czystym sumieniem można by nazwać najwyższej jakości perfumami. I chociaż byłem świadom, iż dłuższa wymiana zdań z tym człowiekiem, może skończyć się dla mnie utratą przytomności, nie mogłem się pozbyć ochoty, by wbrew temu, co wyniosłem z lekcji dobrego manier, odpowiedzieć pytaniem na pytanie.

- A skąd panowie wiedzą, że w ogóle je ze sobą mamy ?

Po wypowiedzeniu tych, poniekąd uszczypliwych słów, poczułem ostry ból w okolicach potylicy, na tyle silny, iż po raz kolejny tamtego wieczoru straciłem kontakt z rzeczywistością. Do dzisiaj nie mogę ustalić, który ze zbirów uderzył mnie w głowę, ani jakim narzędziem się posłużył, wiem natomiast dzięki komu żyję i mogę spokojnie ( przynajmniej przy niektórych fragmentach), dzielić się swoimi wspomnieniami, zapisując kolejne strony tej przedziwnej historii. Tym człowiekiem był ... no właśnie. Sam nie dostąpiłem tego zaszczytu, ażeby zobaczyć twarz mojego wybawcy, gdyż z nie-własnej woli znajdowałem się w stanie, który mi to uniemożliwił. Na szczęście mogłem liczyć na Laurenta, który pomimo tego, iż swoją przygodę z edukacją zakończył bardzo szybko, potrafił o dziwo w miarę jasno i zrozumiale posługiwać się słowem mówionym. Zawsze podejrzewałem go o to, że nocą- kiedy śpię, zagląda do mojej biblioteki i korzysta z jej dobrodziejstw. A tego, gdzie posiadł umiejętność czytania, dotąd się nie dowiedziałem. No cóż, każdy ma swoje tajemnice, nawet taki prosty, acz poczciwy chłopak jak Laurent.

Wracając jednak do tajemniczego człowieka, dzięki któremu uniknęliśmy śmierci z rąk parszywych łajdaków, co niewątpliwie dręczyło by moją duszę w zaświatach. Powołując się na relacje Laurenta, chwilę po tym jak straciłem przytomność ktoś wystrzelił z broni, a echo niosło się po całym lesie. Usłyszawszy to, jeden z oprychów wyszedł z powozu, aby sprawdzić czy przypadkiem nie pojawił się ktoś, kto chętnie dołączyłby do podziału łupu. Jednak ledwo zdążył wychylić głowę zza drzwi powozu, padł kolejny strzał, a kula trafiła go prosto w głowę. Widząc to, drugi łotr wyraźnie przestraszony rzucił się do ucieczki ale i jego dosięgła kula sprawiedliwości, tym razem przebijając klatkę piersiową. W powozie pozostał tylko Laurent, który nie wiedząc co go czeka, zaczął odmawiać modlitwę- na wypadek, gdyby przedwcześnie został wezwany do Stwórcy. Jednak jak pokazała przyszłość, obawy jego były bezpodstawne. Jak już wiecie, nic złego nie stało się ani mnie, ani mojemu woźnicy. I w tym momencie mógłbym już skończyć opowiadanie, gdyby nie pewien, dość istotny szczegół. Otóż "nieznajomy" w czasie, gdy wciąż odczuwałem skutki mocnego uderzenia, poprosił Laurenta, aby w zamian za uratowanie życia dostarczyć list do hrabiego Serville’a. Nie było powodu, aby mu odmówić, tym bardziej, że akurat tak się składało, że pan Serville mieszkał w okolicach Bordeaux, w mieście pod którego ziemią miały spocząć kości mego ojca. Kiedy wróciłem do świata żywych, po wysłuchaniu powyższej historii, która miała miejsce podczas mojej "nieobecności", schowałem biała kopertę do kieszeni i nakazałem Laurentowi ruszać dalej.

Ciemność nadal niepodzielnie panowała na niebie, kiedy podjąłem decyzję na którą czekał zapewne z niecierpliwością Laurent. Sam nie ukrywałem radości, kiedy wśród wszechogarniającego mroku ujrzałem jasny promyk, będący-jak się później okazało- światłem bijącym z okien gospody „Wesoły byk“. Podążając do drzwi wejściowych spostrzegłem dziwny przedmiot, który przekrzywiony, wbity w ziemię stał na straży. Zaintrygowany podszedłem bliżej, aby zaspokoić swoją ciekawską naturę. Jednak widok nie napełnił mnie uczuciem satysfakcji, ani nawet niczym zbliżonym. Zimny dreszcz przepełnił moje ciało, kiedym ujrzał dwa drewniane patyki, które posłużyły do wykonania symbolicznego krzyża. Dodatkowo, przybita została również do niego mała tabliczka, na której widniał niegdyś napis, a teraz tylko zamazane, niezgrabne litery. Widząc je, w głowie mej zrodziła się myśl, jakoby nie tylko uległy pod naporem czasu, ale również skrywały skrzętnie jakąś tajemnicę, o wydarzeniach mogących mieć charakter tragedii. Choć początkowo nabrałem pewnych podejrzeń, dotyczących owej zacnej gospody, zaraz się ich wyzbyłem, gdy na przedzie moich myśli stanął głód, którego zaspokojenie było moim głównym celem. Opisywać nie będę, to już mówię na wstępie, jak wyglądała owa gospoda, gdyż ani jej urok nie był na tyle silny, aby zostawić trwały ślad w mej ciężko naruszonej pamięci, ani opowiadanie nie zyska na tym nic, co wyrwałoby czytelnika ze szponów znudzenia.

Mogę natomiast powiedzieć, że gospodarz udzielił nam schronienia przed wszelkimi niebezpieczeństwami, które wyszły ze swych

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych