Wróć do katalogu

Strefa, cz. I

fan fiction - warszawska wariacja w temacie "Nocnego/dziennego Patrolu" (Łukjanienko).

Fenrir Z Lasu, opublikowano , 1 godz. 22 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}ja skupiam całą wolę w sobie, w sobie zbieram się by rzucić się w nieznane wody ...rzeka pędzi, rwie daję się porwać, daję się nieść przekraczam granic linie choć je stawiam też{/i}

Powoli otworzyłem oczy i spojrzałem spod wpółprzymkniętych, zaropiałych powiek na fosforyzujące wskazówki zegarka. Wpół do trzeciej. Do świtu pozostały co najwyżej dwie godziny. Błogosławieństwo wiosny to coraz krótsze nocne patrole, i o ile nie wydarzy się nic niespodziewanego – szybsze powroty do domu. Do kota czuwającego na parapecie kuchennego okna, i do cichego szumu pracującej za ścianą maszynowni. Jednostajny dźwięk buczącego generatora uspokajał mnie i przywoływał wspomnienia niemalże prenatalne. Zdarzało się bowiem nie raz i nie dwa tłumaczyć odwiedzającym przyjaciołom, znajomym i nieznajomym, że nie, wcale ten dźwięk mi nie przeszkadza, nie, wcale mnie nie budzi i bynajmniej, nie spodziewam się spadku wartości swego mieszkania. Mówiąc szczerze – gdyby pewnego dnia owego szumu zabrakło, wyprowadziłbym się z domu jak najszybciej. 2.45 Odkleiłem czoło od zaparowanej szyby samochodu. Kilka razy potrząsnąłem głową, potarłem powieki zaciśniętymi dłońmi i sięgnąłem po papierosa, dziękując w cichości sobie samemu za przezorne przygotowanie skrętów przed ruszeniem na patrol. Cicho stuknęło wieczko papierośnicy. Drobna błahostka, papieros. Cieniutki papier, szczypta tytoniu i ogień. . Poranna modlitwa po nieprzespanej nocy. Wyprostowałem się w fotelu kierowcy i rozejrzałem po okolicy. Tej nocy przyszło mi czuwać nad wyjątkowo niespokojnym fragmentem Warszawy. Skrzyżowanie Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej to wszak miejsce pielgrzymek do najlepszych knajpek z kebabem i innym „orientalnym” żarciem. Setki młodych, starych, zmęczonych i wyspanych, lekarzy, policjantów i bandytów, studentów, podróżnych biegnących z jednego miejsca w drugie, zawieszeni gdzieś pomiędzy Mławą a Kielcami – wszyscy bez wahania ustawiają się w kolejce po zamówienie i stają przed jakże trudnym, egzystencjalnym wyborem – „na grubym czy na cienkim?”. 2.50 Linie prawdopodobieństwa dawały jakieś 70 do 80 procent na spokojną noc. Stan powyżej 20 procent daje podstawę do puszczenia patrolu na całą noc. Tak było i w tym przypadku. No, niby tylko dwadzieścia, trzydzieści procent, ale za to waga zdarzenia robiła wrażenie. Zwłaszcza na młodszych pracownikach Patrolu, pryszczatych młodzieńcach, co to świeżo oderwani od komputerów (gdzie z mieczem w dłoni przemierzali Azeroth, Stary Świat lub Śródziemie) dostawali szóstą rangę i czuli się jeżeli nie Gandalfem Szarym, to Harrym Potterem z pewnością. Interwencja drugiego poziomu. W ścisłym Centrum, gdzie aktywność magiczna obu Patroli spada niemalże do zera groźba interwencji o takiej skali robi wrażenie nawet na starych i doświadczonych Magach. Takich jak ja. Cisza. Spokój. Przekrzywiłem wsteczne lusterko i szybko przeczesałem zmierzwione krótkim snem szpakowate skronie. Telefon. - I jak tam? Żyjesz? – niezależnie od pory dnia Szef brzmiał tak samo. Niczym niezmącony spokój. – Mam dla Ciebie wiadomość, a nawet dwie. - Dobrą i Złą? Szefie, proszę, litości… - Prawdopodobieństwo incydentu zmalało do 2 koma 7 procenta. Jedź do domu. - A druga? - W ciągu najbliższych 15 minut baranina będzie wyjątkowo dobrze przyrządzona. Kolejka jest spora, spiesz się. Smacznego. – trzask odkładanej słuchawki..

*** Szef jak zwykle miał rację, baranina smakowała wyśmienicie. Kończyłem przeżuwać ostatnie kęsy kiedy Ją zauważyłem. Właściwszym by było rzec – poczułem. Spojrzenie utkwionych we mnie jasnych oczu młodej dziewczyny stojącej pod budką telefoniczną blisko przejścia dla pieszych. Niewysoka, raczej drobnej budowy, choć trudno było to ocenić, dziewczę było bowiem opatulone starym, brudnym, męskim dziurawym prochowcem skutecznie kryjącym detale konstrukcji. Na pierwszy rzut oka nie różniła się niczym od kloszardów snujących się pomiędzy spożywającymi ludźmi. Strojem, nie zachowaniem. Stała i patrzyła na mnie obejmując się chudymi ramionami i drżąc z zimna. Coś w Niej wybitnie nie pasowało. Wydało mi się nawet, że skądś ją znam, że gdzieś ją widziałem. W metrze? W ulubionej restauracji? Nie zaryzykowałem spojrzenia przez Zmrok, nie tu, w Śródmieściu. Choć mogłem tego dokonać, miałem ku temu predyspozycje i umiejętności, to jednak tego nie zrobiłem Po każdorazowym przejściu na pierwszą warstwę Zmroku w Śródmieściu, na Muranowie czy bliskim Mokotowie długo dochodziłem do siebie. Nic dziwnego, że wszystkim – niezależnie od strony, i Jasnym, i Ciemnym - zakładano pieczęcie, które skutecznie blokowały przejście Innym słabszym niż trzecia ranga. Ot. Takie zabezpieczenie.. Wstrząsnął mną dreszcz obrzydzenia, gdy przypomniałem sobie wydarzenia z lat minionych., zwłaszcza falę samobójstw w latach powojennych. Inni stracili w ten straszny sposób ponad sześćdziesiąt procent swojego stanu, a biorąc pod uwagę to, co działo się podczas Wojny – z przedwojennego składu ostało się tylko czterech Innych. Czterech! Wszyscy ci, którzy pracują obecnie w obu Patrolach to „element napływowy”, nazywający się ironicznie „warszawką”. Skoro tak mówi się o nas poza stolicą, to niech będzie. „Jasna Warszawka”, „Ciemna Warszawka”. Sporo podróżowałem. Naprawdę sporo. Głównie autostopem, większość Innych korzysta z tego sposobu przemieszczania się. Bliżej ludzi, bliżej ich problemów. Ileż radości kiedy przypadkowy autostopowicz podpowie, iż „siódemka” za Grójcem stoi w korku, że na zamku w Gniewie jest wielka impreza i mała droga biegnąca przez ryneczek jest całkiem nieprzejezdna, że zaraz za Częstochową stoi patrol z radarem który chętnie zatrzymuje czarne samochody! Sama korzyść! Każde spore miasto ma swoje Patrole, które działają wobec siebie mniej lub bardziej agresywnie. Stąpają na granicy Traktatu, jedynie czasami delikatnie go nadwyrężając. Mniej lub bardziej. W „warszawce” nie było jeszcze najgorzej. Dziewczyna oderwała się od budki telefonicznej i mijając ludzi stojących pod oboma barami zmierzała w moim kierunku. Szybko wyrzuciłem do kosza niedojedzoną kanapkę i otarłem wierzchem dłoni brudne od sosu usta. Rozejrzałem się bacznie szukając charakterystycznego, bordowego Nissana Navarry Ciemnych.. Spokój. Jeżeli również czekali tu dziś w nocy, musieli odjechać jeszcze przed telefonem od Szefa.

Dalszego ciągu nocy nie pamiętam. Ocknąłem się dopiero w swoim łóżku blisko południa.

****

Aleja Komisji Edukacji Narodowej to bodajże jedyna ulica w stolicy, którą to całą można przemierzyć mknąc jednośladem po ścieżce rowerowej. Doprawdy, imponujący dorobek jak na stolicę nowoczesnej, europejskiej Metropolii. Ponadto niewiele adresów może poszczycić się „Al. KEN” i numerem domu, większość lokali ma numery i nazwy od niewielkich uliczek osiedlowych krzyżujących się z KEN-em. Wynika to z bardzo prostej przyczyny – aleja została wytyczona dość późno, wybudowana jeszcze później, a wszystko to dzięki metru. Kolej podziemna, błogosławieństwo każdej metropolii i duma włodarzy miasta. Kiedy przeprowadzałem się na Kabaty częstszym widokiem były pola kapusty i kępy wysokich brzezin, niż to, co obserwowałem w latach późniejszych. Lasy żurawi dźgających ramionami chmury, doły kopane pod fundamenty i pnące się do góry ściany domów. Dziś, patrząc przez okno, widzimy nowoczesne, choć dość ciasne osiedle, rozlewające się aż po Las Kabacki. Kabaty…. Pozostałość prastarych borów zarastających słowiańskie ziemie u początków jej historii. Teraz zredukowane jedynie do roli miejsca wypoczynku i rekreacji, nad czym biadoli spora część warszawskich wilkołaków. Na szczęście nikt się nimi nie przejmuje. Obudziłem się w swoim łóżku z ciężkim bólem głowy, charakterystycznym dla tego, co nazywane bywa „syndromem dnia następnego”, bądź nieco powszechniej – kacem. Obudził mnie głos spikera radiowej Trójki, zapowiadający audycję „Za, a nawet przeciw” oraz narastający dźwięk dzwonka telefonu.. Wymacałem prawą ręką aparat i spojrzałem na wyświetlacz, choć nie musiałem. Od razu wiedziałem, kto dzwoni - Szefie? – wychrypiałem – Wszystko gra? - Spałeś? No no, starzejesz się. Bądź za godzinę w biurze. Mamy problem. - Tak? - Bez sarkazmu. Linie prawdopodobieństwa okłamały nas. Zwyczajnie nas okłamały, pokazały nie to miejsce. Milczałem, zastanawiając się w duchu nad tym, co za chwilę usłyszę. Nie spodobało mi się to. - Gdzie? - Ratusz. Plac Bankowy, a dokładniej – Błękitny Wieżowiec. Poważna rzecz, zamordowano Ciemnego, Adam. Ważnego Ciemnego. - Nie wmówisz mi, że ktoś zabił Juliana? - Nie, aż tak nie, ale nie chcesz oglądać tego, co zostało z Fenrira. Choć, przykro mi to mówić, będziesz musiał. Pamiętaj, punkt trzynasta zebranie w tej sprawie, nie spóźnij się. - Szefie, wiesz przecież, że… - Wiem, że wstajesz zawsze o szóstej. Wiem też, że nigdy nie śpisz bez piżamy, więc ubierz się, podziękuj pani za kawę i zbieraj się do pracy. Bez odbioru.

Przełknąłem gęstą ślinę i odkładając telefon na nocną szafkę podniosłem się z łóżka. Wstałem - nagi – i szybko narzuciłem szlafrok na rozespane, wygrzane ciepłą pościelą ciało. Rozejrzałem się po sypialni. Na pozór nic się nie zmieniło. Bambusowe rolety zasłaniały okna wychodzące ruchliwą o tej porze Aleję. Drzwi od dużej, wnękowej szafy zajmującej całą ścianę sypialni były zamknięte, wczorajsze ubranie leżało bezwładnie rzucone na podłogę. Jedyna zmiana, jaką zanotowałem, to zapach kawy dochodzący z kuchni i cichy głos nucący z łazienki. Kobiecy głos. Dość niski, zabarwiony chrypką śpiewał, że „Krakowskie Przedmieście zalane jest słońcem” a dźwiękom tym towarzyszył plusk lejącej się wody w kabinie prysznicowej. Drzwi od łazienki były lekko uchylone. Poczułem się dość dziwnie. Niczym intruz we własnym mieszkaniu, twierdzy niedostępnej dla osób postronnych. Ba! Nawet prosty Inny nie miałby szans na wejście nieproszonym! Zestaw magicznych zamków i nieprzyjemnych klątw sięgał aż do drugiego poziomu Zmroku – nikt, kto dysponuje Rangą niższą niż druga nie ma szans na bezpieczne wejście. Stałem w korytarzu. Większość bojowych amuletów mam w skórzanej kurtce wiszącej przy drzwiach wejściowych. Kilka cennych drobiazgów leżało natomiast w szufladzie kuchennego stołu. By dojść do obu tych miejsc, musiałbym przejść obok łazienki i uchylonych drzwi, a tego chciałem uniknąć. Zostaje przejście przez Zmrok. Parsknąłem cicho. Przekradać się we własnym domu niczym złodziejaszek? Absurd! Powoli zacząłem splatać Żywe Okowy. Zaklęcie formowało się pomiędzy palcami, srebrzyste ogniwa utkane z czystej energii pogrubiły się w ciągu kilku sekund. Z zaklęciem gotowym do uwolnienia zrobiłem dwa kroki i zdecydowanym ruchem otworzyłem drzwi do łazienki. Drzwi do kabiny prysznicowej były rozsunięte. W gęstych strugach gorącej wody stała dziewczyna. Z pochyloną głową i dłońmi rozsuniętymi niczym na krzyżu wspierała się o rozsunięte drzwi pozwalając gorącej wodzie spływać po karku, ramionach i plecach. Mokre, ciemne włosy przylegały do czoła zasłaniając twarz. Podniosła głowę do góry, odgarnęła grzywkę i mrugając szybko mokrymi powiekami uśmiechnęła się do mnie, jednocześnie zasuwając drzwi od kabiny. Szum wody ucichł. Byłem pewien, że kąpiąca się dziewczyna o szczupłym ciele jest wczorajszą nieznajomą z patrolu. Oczy były dokładnie takie same – duże, jasne, o prawie niewidocznych tęczówkach okalających źrenicę. Nierówno przycięte włosy, wzrost… To z pewnością ona. Drzwi od kabiny rozsunęły się. Na tyle wąsko, by z kabiny mogła wysunąć się szczupła dłoń i chwycić ręcznik. Przysiadłem na brzegu narożnej wanny wciąż trzymając w palcach niedokończone zaklęcie nie bardzo wiedząc, co począć. Nie znam Jej, nie rozpoznaję w Niej żadnej Innej z warszawskiego patrolu (któregokolwiek). Nie wygląda groźnie. Twarzy nie przykrywała „parandża”, charakterystyczne głównie dla Ciemnych Wiedźm „podkręcanie” atrakcyjności ani żadna inna iluzja. Była człowiekiem, co do tego nie mam wątpliwości. Wyszła spod prysznica, owinięta w ręcznik i stanęła przed lustrem. Kątem oka złowiła moje spojrzenie i roześmiała się głośno. - Ale masz minę! Mówię Ci! Szkoda, że sam siebie nie widzisz! – miała niski, nieco chropowaty głos – Jakbyś zastanawiał się, czy przetrącić mi kark, czy, hmnm… - podparła podbródek dłonią. Zrobiła dwa szybkie kroki niemalże podbiegając w moją stronę i złapała mnie za rękę. Wyprostowałem się i strąciłem jej dłoń - Idę do kuchni wypić kawę. Ubierz się i masz pięć minut, by przekonać mnie, że nie powinienem, hm, zrobić czegoś nieodpowiedniego. Wyszedłem z łazienki. Zamknąłem drzwi, poszedłem do kuchni i usiadłem przy dużym, drewnianym stole stojącym przy oknie. Podciągnięte rolety ukazywały widok w stronę Kabat. Otworzyłem okno wpuszczając świeże, wiosenne powietrze i w spokoju zapaliłem papierosa. Kot od razu wskoczył mi na kolana rozpoczynając poranną, mruczącą serenadę. Uspokoiłem się nieco. Kawa faktycznie był rewelacyjna, dokładnie taka, jaką pijam co rano. Mocna, doprawiona kardamonem i miodem. Dopiłem ją paląc papierosa i czekałem. Wyszła ubrana w jedną z moich koszul. I w nic więcej. W milczeniu usiadła naprzeciwko i popatrzyła w okno. - Piękny masz widok. Postanowiłem dla spokoju spojrzeć na nią przez Zmrok. W zasadzie powinienem od tego zacząć, ale zapomniałem. Dziwne, z pewnością nie była zwykłym człowiekiem, bo zwykli ludzie niczym nie różnią się od swych pierwowzorów poza Zmrokiem. Nie była tez Inną, bo nie widziałem niczego w aurze – choć wystarczyłoby, gdyby posiadała wyższą Rangę, by móc się zamaskować. Natomiast Jej Zmrokowa wersja różniła się znacząco. Miała długie, ciemne włosy opadające daleko poza ramiona i lekko srebrzystą skórę, wyczułem też dość dziwny zapach, który ciężko było określić. Chrząknąłem, zapaliłem drugiego papierosa podsuwając Jej otwartą papierośnicę. Odmówiła. Szkoda - Kim jesteś? Co zrobiłaś wczorajszej nocy i jak dostałaś się do mojego mieszkania? Wzruszyła ramionami. Po chwili sięgnęła po papierosa i poczekała aż podam jej ogień. - Po kolei? Nie wiem, kim jestem. Nie pamiętam. Mam w głowie dziury jak ser szwajcarski, nie pamiętam imienia ani tego, co robię. Wczorajsza noc? Impuls. Podeszłam do Ciebie, bo wyglądałeś porządnie, poprosiłam Cię o nocleg. Zgodziłeś się, przyjechaliśmy tu i tyle. – uśmiechnęła się przymykając oczy podrażnione dymem. – Spałam na kanapie. - Dobrze. Załóżmy, że nie udajesz. - Dlaczego miałabym… - Choćby dlatego. – wstałem i podszedłem do wieszaka i z kieszeni kurtki wyjąłem niewielki przedmiot. Nie otwierając dłoni powiedziałem – Nie mam tu wariografu, ale wam coś znacznie lepszego. To, co trzymam w dłoni, to bardzo silny amulet, przed nim nie ukryjesz prawdy. Za chwilę otworzę dłoń. Jeżeli kamień choć na chwilkę zmieni kolor na, powiedzmy, ciemnofioletowy będzie z Tobą bardzo, bardzo źle. W milczeniu skinęła głową. Zgasiła niedopałek i wyciągnęła otwartą dłoń - Podaj mi go. - Nie dziwią Cię słowa, których użyłem? - Nie. Daj mi ten cholerny kamień. Wahając się położyłem kamyk na Jej dłoni. Bursztyn z zatopionym w środku owadem nie zmienił barwy. Pozostał nadal martwym fragmentem żywicy. Jednak po chwili zaczął jarzyć się zimnym, fioletowym blaskiem. Gwałtownie odskoczyłem w stronę drzwi, w stronę kurtki i bojowych amuletów w jej kieszeniach. - Nie, stój!! – krzyknęła. – To nie tak! Prasa. Tak nazywane jest najpopularniejsze i najprostsze zaklęcie operujące energią kinetyczną. Odwróciłem się i przytrzymałem „prasę” na dziewczynie. Krzyknęła, rozpaczliwie zamachała dłońmi i potknęła się o przewrócone krzesło. Puściłem zaklęcie i wyjąłem z kurtki naładowaną buławę. Podszedłem do niej i wymierzyłem artefakt prosto między oczy. - Proszę. – przełknęła ślinę, załkała – To nie tak… Naprawdę nie wiem, skąd się tu wzięłam. Zgubiłam się. Zwyczajnie się zgubiłam. Proszę!

Schowałem buławę do kieszeni i pomogłem jej wstać z podłogi. Podniosłem przewrócone krzesło, poprosiłem by usiadła. - Zostaniesz tu, póki nie wrócę. Nie wiem, kiedy to będzie, ale nie możesz wyjść stąd do mojego powrotu. Skinęła głową. - Dlaczego? - Dlaczego zostaniesz? Nie wiem, kim jesteś, muszę się tego dowiedzieć… - Nie, nie. Dlaczego opuściłeś buławę? - Jestem Jasnym. Wystarczy?- spojrzałem w bok na stojące w kącie kocie miski. – Poza tym nakarmiłaś mojego kota i zrobiłaś mi kawę. Do zobaczenia wieczorem.

**** Siedziba Dziennego Patrolu mieściła się w jednej z kamienic na Krakowskim Przedmieściu, nieopodal najstarszej warszawskiej uczelni, Uniwersytetu Warszawskiego. Budynek ów dostępny był dla każdego przechodnia, widoczny, nie zakryty iluzją. Żadnych dodatkowych, ukrytych przed wzrokiem ludzi pięter. Zwykła, osiemnastowieczna kamienica, która miała szczęście nie zostać zburzoną podczas wojny.. Na parterze mieścił się słynny w całej Warszawie (a może i poza nią) antykwariat, w którym znaleźć można było pozycje z dziedziny historii i wojskowości. Dalszą część kamienicy stanowiły mieszkania prywatne oraz zajmująca ostatnie piętro niewielka kancelaria adwokacka „Denhoff i Synowie.”. Nikt nie wiedział, czemu Szef właśnie tak ochrzcił swój gabinet, a na wspomnienie o pochodzenie nazwy chichotał z zaciśniętymi ustami uznając owych „Synów” za doskonały żart. **** Ustawione w gabinecie krzesła zajmowały całą jego powierzchnię, ale i tak część pracowników Patrolu stała pod ścianami. Denhoff siedział za biurkiem w swoim ukochanym fotelu, wielkim, obitym pikowaną skórą kolosie pamiętającym jeszcze (jak twierdził Szef) prezydenta Starynkiewicza i stukał zapamiętale w klawisze leżącego przed nim mcbooka. Na przeciwnej ścianie wisiała zazwyczaj olbrzymia mapa XVII-wiecznej Warszawy, teraz jej miejsce zajmowała biała plansza ekranu. Cicho szumiał rzutnik ustawiony obok komputera. Szef wstał, rozejrzał się po biurku i pstryknął palcami mrucząc pod nosem coś o zgubionym pilocie do rzutnika. Projektor bez zarzutu zareagował na pstryknięcie – na płachcie pojawił się pierwszy obraz

- To, jak widzicie, Wiktor Podolski, Inny Ciemny znany większości z Was jako Fenrir. – ze zdjęcia patrzył na zgromadzonych Innych postawny mężczyzna w wojskowej kurtce i zwiniętej na czole czarnej czapce-kominiarce – Niezwykle potężny Wilkołak, prawdziwa likantropiczna arystokracja. Liczyły się z nim Wyższe Wampiry i magowie będący poza kategoriami. Jesteście młodzi, ale wiecie zapewne, że Fenrir był jednym z czworga Innych, którzy przeżyli Wojnę i Powstanie. Stary, doświadczony wyga i kawał drania, tak swoją drogą… Wielu Innych w dawnych latach poznało smak jego kłów i pazurów, macie szczęście ze tego uniknęliście. – Szef odruchowo pogładził się po barku – Wysoka odporność na magię, niesamowita zdolność regeneracji nawet poza Zmrokiem charakteryzuje najzwyklejsze wilkołaki, lecz Fenrir osiągnął mistrzostwo. Mówię wam to tak naprawdę w jednym celu – byście uświadomili sobie znaczącą różnicę pomiędzy tym wizerunkiem – wskazał palcem na obraz na ścianie – a tym zdjęciem – (pstryknięcie palcami) Po pokoju przeszedł syk i jęk niedowierzania. Większość zebranych poczuła niemalże symultaniczny dreszcz i mrowienie na karku. Na pierwszy rzut oka trudno było odróżnić kontury, kształty i kolory pokazane na fotografii. Cienie i plamy zlewały się ze sobą tworząc dziwaczny obraz niczym z narkotycznych wizji młodopolskich artystów. Na zdjęciu widać było zmasakrowane ciało o bliżej nieokreślonej charakterystyce. Rozciągnięte pomiędzy dwoma filarami podziemnego parkingu niczym ukrzyżowane zwłoki ociekały krwią z bardzo licznych ran. Zmasakrowana twarz w niczym nie przypominała twardego oblicza z poprzedniej fotografii - Przypatrzcie się uważnie – powiedział cicho Szef – Przypatrzcie i zachowajcie w pamięci ten obrazek. Niech ci, którzy uważali Warszawę za spokojne miasto, a służbę w naszym Patrolu za miłą zabawę przemyślą swoje nastawienie. Po mieście chodzi coś, co potrafi z najsilniejszego żołnierza Ciemnych zrobić krwawy szaszłyk. Coś, czego nikt nie był w stanie namierzyć, ani My, ani Oni. Tak, prawda, mieliśmy wcześniejszą prognozę o interwencji II stopnia, ale z całą pewnością mówię wam, że coś takiego – pokazał palcem na zdjęcie – wykracza daleko poza drugi poziom mocy. W gabinecie zapadła cisza. Wszyscy członkowie warszawskiego patrolu wpatrywali się w zdjęcie, we własne buty bądź w siedzących obok przyjaciół. Stałem przy oknie i chłodnym wzrokiem prześlizgiwałem się po zebranych, Dziesięć osób. Dziesięcioro Innych. Troje magów bojowych, wliczając mnie, dwóch analityków ściągniętych prosto z warszawskich akademików, piątka niższych rangą Jasnych zajmujących się „bieżącymi pracami Biura” czyli de facto niczym. Plus Denhoff. Najstarszy z warszawskich Innych pochodził z dość znacznego, magnackiego rodu. Jego przodkowie byli zazwyczaj ważnymi królewskimi urzędnikami, podkomorzymi, skarbnikami, biskupami. Trudno było ocenić od którego konkretnie Denhoffa pochodził Szef, sam raczej unikał tematu, z lekceważeniem i parsknięciem machał ręką kiedy ktoś nieostrożnie zapytał. Małomówny i nieco introwertyczny zarządzał Patrolem od połowy lat pięćdziesiątych z pewnością biegłego księgowego. Przesadnie dbał o bezpieczeństwo swych podopiecznych, mając zapewne w pamięci wydarzenia które w latach minionych zdziesiątkowały warszawskich Innych. To Denhoff wyszedł z inicjatywą zakładania wszystkim Innym poniżej drugiej rangi pieczęci broniącej wstępu w Zmrok w granicach kilku dzielnic, nazwanych później „Strefą” Co dziwne, Ciemni przystali na to bez wahania, jak gdyby czekając aż Jaśni wyjdą z inicjatywą blokady. Od tego momentu każdy świeżo inicjowany Inny wchodzi tam w Zmrok tylko raz, pod opieką. Zazwyczaj nie chce powtórki. Szef przerwał milczenie - Od tego momentu żadnych samotnych wycieczek na patrole. Kto nie musi, nie opuszcza budynku, kto musi, zgłasza się do mnie bądź do Adama. Uważać ze Zmrokiem nawet poza Strefą. Możecie odejść. Adam zostaje. – Denhoff zapadł się w fotel i jednym haustem osuszył szklankę. Poczekał aż wszyscy opuszczą gabinet po czym otworzył okno na oścież, wpuszczając świeże, wiosenne powietrze. Przez krótką chwilę stał tyłem do mnie oddychając głęboko - Wiesz, czasami zdaje mi się, że znów poczuję zapach końskiego łajna – zaśmiał się – Ilekroć nadchodzi wiosna i śnieg topnieje. No, nic to. Napijesz się? - sięgnął po butelkę z ciemnego szkła, pozbawioną etykiety i wyglądającej na dość starą. - Chętnie. Co to? Koniak? - Whisky. Od przyjaciela z Edynburga, butelka pewnie starsza od Ciebie. – wyjął korek, powąchał szyjkę, nachylił butelkę i nalał bursztynowy płyn do szklanki. Obszedł biurko i podał mi naczynie - Uważaj, mocna. - Fakt. –wysyczałem przez zęby – Co robimy z Fenrirem? - Ciemni od razu powiadomili Inkwizycję, pojutrze mają kogoś przysłać a ja mam nadzieję, ze odbierzesz go z lotniska? Najlepiej zrób to przed ludźmi Juliana, to zawsze robi dobre wrażenie. - Go? - Jego, ją, kogokolwiek, wiesz, nie spowiadają mi się – szef uśmiechnął półgębkiem – Nieważne, znajdzie Cię. Dobrze by było do tego czasu ustalić co nieco w sprawie tego… hmm… incydentu… - Incydentu? Szefie, Fenrira ktoś potraktował niczym świniaka. Nie wyobrażam sobie by mógł dokonać tego ktokolwiek z nas. W ogóle, z warszawskich innych… Nie ta kategoria wagowa, nie ten styl. Miejsce też nie jest bez znaczenia. Raz – że Strefa. Dwa – tam stała synagoga na Tłomackiem. Pamiętasz przecież, czym wsławił się Podolski podczas Powstania? Ktoś mu coś udowodnił? - Coś się tak uniósł? Adam, nie podejrzewam Cię. Nawet przez myśl mi to nie przeszło! – Denhoff podniósł się zza biurka i poluzował krawat. Znów podszedł do okna - Dlatego wyznaczam Ciebie do tej sprawy. Ciemni mają Cię na liście pod numerem pierwszym. Jesteś dla nich idealnym mordercą, Adamie. Żyłeś tam, straciłeś w Getcie rodzinę… Masz dostęp do Strefy, umiejętności by zwabić Podolskiego w pułapkę… tak czy nie? - Tak. - Więc sam widzisz. Przykro mi, wiem, że to rozgrzebywanie zagojonych ran, ale musisz się tym zająć. I nie sam, oczywiście - Jak to? Szefie, powiedziałeś że sam mam się tym zająć. O co tu chodzi? - O nic, Adamie, o nic. Nie powiedziałem nic o samotnym działaniu, sam zresztą nie wskórasz zbyt wiele. I przede wszystkim - zginął Ciemny, więc to oni prowadzą oficjalne śledztwo ale potrzebna jest pomoc, by móc oczyścić z podejrzeń potencjalnych Jasnych. Ciebie, chociażby. Słuchaj, Ciemnym też zależy na wyjaśnieniu tego morderstwa, Fenrir stanowił filar ich pionu bojowego, bez tego zostaje im tylko żałosna namiastka, z którą poradzi sobie nawet nasz analityk. - W porządku. Kto prowadzi śledztwo u Ciemnych? - Julian miał wyznaczyć kogoś kompetentnego. Dowiesz się wieczorem, jedź teraz do… - Mam działać z Ciemnymi? - Nie przerywaj mi. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Uwierz mi, to-jest-niezbędne. Jedź teraz do domu, zrób młodej damie porządny obiad i odpocznij przed wieczorem. - Damie… Tak, właśnie miałem… - Cieszę się że w końcu doszedłeś ze sobą do ładu. Lepiej późno niż wcale. Idź, już, idź. – Denhoff opadł ciężko na fotel i z trzaskiem zamknął laptop. Popatrzył jeszcze na mnie i ponaglił ruchem ręki. Z trudem opanowałem się, by nie trzasnąć drzwiami.

****

Pokój informatyków zajmował niegdysiejszą drugą kuchnię i pokój dla służby. Wyburzone ściany pomiędzy tymi pomieszczeniami dostarczały potrzebną ilość miejsca pod kilka szaf z serwerami i kilka stanowisk z rozgrzebanymi jednostkami centralnymi wokół których walały się różnorakiej maści komponenty i akcesoria okołoinformatyczne – kości pamięci, dyski przenośne i pendrivy. Zająłem jedyne wolne krzesło, popatrzyłem na Mikrusa i chrząknąłem głośno. Nałożone słuchawki z mikrofonem i wzrok wbity w duży, panoramiczny monitor skutecznie odcinały Mikrusa od świata zewnętrznego, a wydawane przez niego okrzyki w stylu „aggro. Aggro!!”, „kto spullował tego moba?!!”, „dlaczego dałeś need na ten item???” upewniały mnie w istnieniu dość znacznej przepaści pokoleniowej. Mikrus dołączył do Patrolu niecałe pół roku temu, krótko po pierwszej weryfikacji umiejętności i podstawowym kursie przygotowawczym prowadzonym przez Denhoffa. Wykazywał bowiem całkiem dojrzałe podejście do spraw ogólnie uznanych za „nienaturalne”. Nie protestował, nie odrzucał zastanej rzeczywistości ani istnienia Innych Przekładał realia naszego odwiecznego konfliktu na sobie tylko znane, oparte na ulubionych grach on-line algorytmy i zasady. Żałujemy tylko, że jego zdolności okazały się czysto analityczne, techniczne – ze swoją imponującą, niedźwiedzią posturą doskonale nadawałby się na maga bojowego, zmiennokształtnego. Niestety, od kiedy podczas Powstania zaginął w Zmroku Artur, nasz niedźwiedzi morf, nie mieliśmy szczęścia posiadać w swych szeregach dobrej klasy Maga Bojowego. Zdjął z głowy słuchawki z okrzykiem „sami se teraz zdobywajcie tego kipa” i dopiero wtedy mnie zauważył. - Adam! Rany, człowieku, aleś mnie wystraszył. Co tam? – uścisnął podaną dłoń, właściwie chowając ja w swych wielkich paluchach. – Wszystko gra? - Gra. A u Ciebie? - Jest ok. Choć, mówię Ci, może rodzice powinni kupować dzieciom na komunię rowery zamiast komputera i neostrady… Czasem szlag mnie trafia. - Tak? – spytałem nie do końca rozumiejąc do czego zmierza - Tak. Bo, wyobraź sobie, że… - przerwał i spojrzał na mnie – Widzę, że coś ci leży na wątrobie. Boisz się czegoś? Denhoff trochę nas postraszył, to fakt, ale nie wydaje mi się, by coś miało Ci grozić… - Mikrus, przymknij się. Nie w tym rzecz, czego się boję, a czego nie. Chciałem Cię o coś prosić. – spojrzałem za siebie, upewniając się, że drzwi są zamknięte. – Potrzebuję zapisu z wczorajszej nocy. Konkretnie gdzieś od 2.50 do południa dnia dzisiejszego. Mikrus popatrzył na mnie spode łba. Wyłamał paluchy z głośnym trzaskiem i zaczął bębnić paznokciami nerwowym, nierównym rytmem. Wiedział, że do czegoś takiego powinienem przedstawić pisemną zgodę Denhoffa, jednak wiele razy robiliśmy wobec siebie rozmaite przysługi. - Czyj zapis? – spytał konspiracyjnym szeptem Nachyliłem się nad biurkiem i równie konspiracyjnie odparłem - Mój. - Eeee, to co mi głowę zawracasz… - machnął swą potężną łapą omal nie zrzucając lampki z biurka – Idź zapalić, wróć, będziesz miał zapis, nawet kontekst i powiązania Ci dorzucę. Wyszedłem na szeroką klatkę schodową służąca jako nieformalna palarnia i sięgnąłem po papierośnicę. Zaciągając się ostrym dymem próbowałem przypomnieć sobie wydarzenia minionego patrolu. Nic. Czarna dziura. - Adam? Skończyłeś palić? – Mikrus objawił się swą wielką osobą na klatce – Choć, coś ci pokażę. Zdusiłem niedopałek w rzeźbionej, marmurowej popielniczce i poszedłem za Mikrusem. Szybko zamknął za mną drzwi i posadził na swoim krześle jednym pociągnięciem ramienia. - Patrz. I powiedz mi, o co tu biega. – nachylił się ponad moim ramieniem i uruchomił zapis, Samochód, papieros, telefon, wyjście po kanapkę. Pojawia się Ona. - I co jest nie tak? - Spróbuj rozwinąć kontekst na tej blondynce w płaszczu – najechałem kursorem i spróbowałem rozwinąć menu z prawego klawisza myszki. Ekran zatrzymał się, a połowę obrazu zajął komunikat o błędzie i ciąg niezrozumiałych cyfr. Pierwszy raz widziałem coś takiego, choć muszę przyznać że obsługa Zapisu nie była moją najmocniejszą stroną. – Widzisz! Pierwszy raz wyłazi mi taki błąd! Wszystko inne jest w porządku, każdy inny kontekst, każde powiązanie. Poza Nią. Adam, kto to jest? - Też chciałbym to wiedzieć. Mam prośbę, nie mów o tym na razie Denhoffowi. Muszę sam się temu przyjrzeć. – schowałem płytę do kieszeni kurtki - Spoko. Tyle tylko, że każdy, absolutnie każdy Inny, czy tez nie-Inny jest opisany przez Kontekst i każdego możesz dzięki Zapisowi znaleźć. Widzę dwie możliwości, Adamie, ale obie niezbyt mi się podobają. - Wal. - Możliwość pierwsza. Nie zarejestrowana Inna o niebywałym wręcz potencjale. Możliwe że Wielka, skoro może okłamywać zapis, a zauważ łaskawie, że Zapis sięga po źródła do drugiej warstwy Zmroku. - Wiem. Wiem, Mikrus. To pierwsza możliwość, choć mało prawdopodobna. Moskwa. - Tak, wszyscy wiemy o Moskwie. Możliwość pojawienia się kolejnej Wielkiej to jakieś 0,87 procenta, a to bardzo mało. Natomiast druga możliwość… Hmmmm… Czysto teoretyzując… - Mikrus, nie teoretyzuj, mów konkretnie, wiem przecież że coś podejrzewasz. - Nie wiemy, co dzieje się z Innymi którzy dobrowolnie odchodzą w Zmrok. To znaczy – wiemy, słyszałem na szkoleniu historie o „pomocnych duszkach” i innych takich sensacjach. Odchodzą i co? Co pokaże Zapis? Dlatego mówię o teorii, bo chyba nie zarejestrowanego takiego przypadku.. - Czyli Inna która „powróciła” ze Zmroku i dlatego Zapis głupieje? Mikrus, chyba za dużo czasu spędzasz przy komputerze - Szalenie zabawne – Mikrus prychnął i popukał paluchem w ekran – To jest jakaś anomalia. Albo błąd Zapisu. I w obu tych przypadkach powinienem zgłosić to odpowiednim organom. - Tak, masz rację. Nie dam głowy, ale obstawiam, że Denhoff coś o Niej wie. To znaczy, wie na pewno, bo nie odpuścił sobie komentarza , ale wydaje mi się, że wie coś więcej. Nic to, spytam go potem. Dzięki Mikrus za zapis, masz u mnie piwo. Trzym się. - To już trzecie, na razie.

****

Otwierając drzwi do domu czułem pod skórą drażniący niepokój, choć żaden z amuletów rozmieszczonych w futrynie nie ostrzegł mnie przed niczym. Wiedziałem, że po otwarciu drzwi okaże się, że Jej nie ma – a nawet nie zdążyłem zapytać jak się nazywa. Miałem rację. Zamek w drzwiach nie pozwalał na otwarcie ich od wewnątrz, okna pozostały szczelnie zamknięte a jedynymi otwartymi drzwiami w całym mieszkaniu były te od łazienki. Nie odeszła bez pożegnania. Po wejściu do pomieszczenia od razu zauważyłem kilka liter namazanych szminką na lustrze . Słowa napisane alfabetem hebrajskim nie używanym przeze mnie od kilkudziesięciu lat zlewały się w jedną, niezrozumiałą papkę, Dlaczego użyła właśnie ich? Oparłem się dłońmi po obu stronach lustra i…

…pod przymkniętymi powiekami ujrzałem szyldy wiszące na Prostej i Nalewkach, czułem ciężki aromat gęsiego smalcu i koszernych ubojni w której krzątał się szojchet. Słyszałem gwar ulicy zapamiętanej przez pięcioletniego chłopca składający się hałasu wozów z okutymi żelazem obręczami, trąbienia klaksonów automobili należących do najbogatszych mieszkańców dzielnicy, donośne nawoływania w jidysz, polskim i niekiedy rosyjskim. Świat, który dawno odszedł w zapomnienie, który stał się tylko towarem, pocztówką w sepii sprzedawaną na krakowskim Kazimierzu i „żydowskich” imprezach na ulicy Prostej w Warszawie. Nie ma na tej pocztówce dzieci podpatrujących zza wpółprzymkniętych drzwi starszych braci i ojców pogrążonych w modlitewnym transie. Matki krzątającej się przy kuchennym piecu oganiającej się od chmary rozwrzeszczanych pacholąt chowającej potrawy szykowane na jutrzejszy szabas. Podwórek zamkniętych z czterech stron ślepymi ścianami i piętrzących się stosów odpadków. Z pocztówki spogląda brodaty i pejsaty Żyd nieufnym spojrzeniem badając trzymającego aparat, ze straganów rozstawionych wzdłuż ulic kuszą towary różnorakiej proweniencji i jakości, gdzieś ktoś gra na skrzypcach, miauczą koty, szczekają psy. Świat mojego dzieciństwa. Urodziłem się jako Żyd, umrę zaś jako Inny. Trudno mi ocenić, kiedy przestałem być jednym, a zacząłem być drugim. To znaczy – doskonale pamiętam pierwsze wejście w Zmrok, bo ocaliło mi życie i tego nigdy nie zapomnę, ale trudno znaleźć w pamięci moment, w którym uświadomiłem sobie swą Inność. Pierwszym Innym jakiego poznałem był, co śmieszniejsze, Ciemny. Sąsiad z ulicy, miejscowy szojchet, podrzynający gardła zwierzętom w myśl reguły Halacha, pan Szulc. Zawsze cichy, spokojny, metodyczny, opanowany. Kłaniał się nisko memu Ojcu kiedy przechodziliśmy obok zakładu, czasem zapraszał mnie do środka i przekazywał co smakowitsze kąski jako prezent dla Ojca, który jako prawnik miał duże poważanie w okolicy. (Ojciec ciężko pracował od kiedy po studiach we Lwowie przeniósł się do Warszawy, ale zawsze, od kiedy pamiętam, poświęcał jeden dzień (wtorek) na bezpłatne porady i pomoc w różnych urzędowych sprawach). W pewnym momencie mego życia, krótko po bar micwie, pan Szulc częściej zapraszał mnie w pobliże rzeźni. Opowiadał rozmaite, przeważnie straszne historie o duchach, dybukach i straszliwych rzeczach zagrażających pobożnemu Żydowi. Śmiał się wtedy, a od tego śmiechu często dostawał ataków kaszlu, po których milkł i wpatrywał się w przestrzeń szepcząc coś do siebie. Gładził mnie po głowie i mówił, że jestem wyjątkowym chłopcem i że Ojciec musi być ze mnie dumny. I że nie zazdrości mi wyboru, który przede mną.. Wtedy nie rozumiałem, co miał na myśli, sądziłem że mówi o przyszłej edukacji, o karierze adwokata która planował dla mnie ojciec, o żonie, dzieciach, obowiązkach głowy rodziny w ciężkich czasach. Słowem nie zająknął się o sprawach, które kilka lat później stały się oczywiste, a kiedy stawałem się zbyt dociekliwy wciskał mi w dłoń zawinięty w gazetę ciepły jeszcze fragment mięsa i odsyłał do domu. Kilka lat później, podczas upalnego sierpnia 1939 roku pobiegłem do pana Szulca pochwalić się przyjęciem na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Wydawał się bardziej zamknięty i zasmucony niż zwykle, prawie się nie odzywał, mówił tylko o tym, ze „świat pogrąża się w Ciemności”, nie chciał nic tłumaczyć, ale pamiętam do dziś to, co mi rzekł. „W Zmroku nie ma różnicy pomiędzy brakiem Ciemności, a brakiem Światła” Nie mogłem spać, pod powiekami migotały mi niczym w kalejdoskopie obrazy i wspomnienia których nie znałem, nie były moje i nie chciałem ich. Szczęk stali i lejąca się krew, gryzący dym wypalający nozdrza, ludzie umierający w męczarniach na polu bitwy, i krew. Całe morze krwi. Był 1 września 1939 roku.

… niektórzy powiadają, że odpowiedzialność za całe zło II wojny światowej spada na Jasnych. Ze to owoc ich kolejnego nieudanego eksperymentu społecznego, mającego zapewnić światu pokój, a ludziom szczęście. Nie dbam o to, nie na moją głowę takie rozważania, nie ta skala i nie ten poziom dostępu. Jestem Magiem drugiej rangi, mam dbać o to, by w moim mieście nie naruszano Traktatu, by nie naruszali go Ciemni. Precyzyjny drogowskaz któremu wierny jestem od lat i od lat staram się robić swoje…

…i podniosłem czoło z chłodnych kafelków łazienki wpatrując się w napis na lustrze. Skąd wzięła szminkę w moim domu? Mniejsza o to. Nie można zapomnieć języka ojców, jedynej rzeczy która pozostała nam z naszego dziedzictwa. Pamiętam godziny spędzone nad zwojami Tory przed pierwszym odczytaniem ich w synagodze. Ja – mężczyzna, ja – dorosły. Urodziłem się jako Żyd, umrę zaś jako Inny. „Pokój Ci, Izraelu” Taki napis widnieje na moim lustrze sporządzony ręką tajemniczej nieznajomej.

*****

Obszedłem całe mieszkanie obserwując je również poprzez Zmrok. Nic. Żadnego śladu, najmniejszej nawet ryski na idealnym odbiciu mojego Siedliszcza. Zniknęła bez śladu. Kot spozierał na mnie półśpiąc na parapecie balkonowego okna łapiąc promienie popołudniowego słońca połyskujące na jego jedwabistym, czarnym niczym antracyt futrze. Gdybym tylko mógł porozumieć się z nim, dotrzeć do tego co w kociej głowie siedzi – byłoby prościej. Ponoć koty żyją jednocześnie na wszystkich warstwach rzeczywistości, istnieją tu i teraz jak i we wszystkich warstwach Zmroku. Móc zamienić z nim kilka słów na temat tego, co ogląda podczas podróży – byłoby bezcennym doświadczeniem. Niestety, nie będzie mi dane. Muszę zabrać się do tego inaczej, choć pojęcia nie mam jak. Dzwonek telefonu. Szybko sięgam do kieszeni kurtki zrzucając przy okazji na ziemię kluczyki od auta. Rzut oka na wyświetlacz – „numer zastrzeżony”. Ciekawe. Bardzo ciekawe, bo telefony Innych rządzą się innymi prawami niż reszta aparatów. Także w kwestii „zastrzegania numerów” - Tak? – spytałem cicho odbierając połączenie. - Adam? Mówi Aurelia. Pamiętasz mnie? Spotkaliśmy się całkiem niedawno podczas polowania. Pamiętasz? Wyjątkowo dowcipne zagranie ze strony tej Ciemnej Wiedźmy. „Polowanie” było zorganizowaną akcją obu patroli mającą na celu odnalezienie nie zarejestrowanych likantropów grasujących po Parku Bródnowskim w czasie pełni pół roku temu. Zginęło wtedy kilkoro niewinnych osób tylko dlatego, że, jak twierdzili Ciemni, nie dopilnowaliśmy procesu rejestracji i nakładania pieczęci. To była naprawdę paskudna noc. Długa, męcząca i mozolna walka tocząca się w pierwszej warstwie Zmroku… Troje zmiennokształtnych miotających się w zwierzęcych formach pomiędzy nami, tocząc krwawą pianę z pysków i rozdzierając ziemię pazurami atakowało nas raz po raz nie dając nawet chwili wytchnienia, Było mi ich żal, bo przedstawiali sobą najgorszy możliwy obraz tego, co z człowiekiem mogą uczynić Ciemne instynkty. Bezrozumna chęć mordu, krwawy berserk mogący mieć tylko jeden finał. Cała trójka zginęła, z czego dziewczyna z mojej ręki, kurczowo zaciskając palce na moim przedramieniu kiedy „dopalałem” Denhoffową buławę wymierzoną w jej gardziel. Inkwizycja rozgrzeszyła nas z użycia tak drastycznych środków, okazało się bowiem, że przebudzenia wilkołaków zbiegły się ze słynną wtedy akcją kradzieży Pazura Fafnira i wywiezienia go do Moskwy. Zbieg okoliczności? Nie sądzę. -Adam, jesteś tam? – niski, spokojny, bardzo kobiecy głos wibrował w słuchawce. -Jestem. Rozumiem, że dzwonisz z polecenia Juliana? W sprawie Fenrira? Śmiech w słuchawce. -Tak, Adamie, tak. W rzeczy samej. Słuchaj, to nie jest rozmowa na telefon, Możemy spotkać się? Za godzinę? - W porządku. Gdzie? -Bądź pod Intercontinentalem. Do zobaczenia. – trzask zamykanego telefonu.

****

Sącząc podwójne espresso podziwiałem panoramę miasta widoczną z okna przy którym siedziałem. Pod częściowo przeszkloną podłoga widniał najwyżej położony w Warszawie basen, a widok z 46 piętra był naprawdę imponujący. Zachodzące nad miastem słońce rozlewało się pomiędzy budynkami nadając im niepokojący, dalece odbiegający od wizji architektów wygląd. Niczym w Zmroku. - Wybacz, że nie zadzwoniłam wcześniej, mieliśmy posiedzenie zarządu. Wiesz, kryzys. – Aurelia zapaliła papierosa zakładając nogę na nogę. Gest ten wyglądał na wyjątkowo naturalny, choć dałbym sobie uciąć głowę, że studiowany był latami. Przekrzywiła głowę pozwalając, by asymetrycznie przycięta grzywka zasłoniła jej lewe oko. - Powinnaś dodać jeszcze, że i kryzys jest naszą, Jasną sprawką. – powiedziałem lekko krzywiąc wargi. – Co powiedział Julian? - Tyle, ile trzeba. – Aurelia nachyliła się nad stolikiem w moją stronę i dokończyła już szeptem – Wiesz o tym, że w sobotę przylatuje Inkwizycja? Co Ty na to? - Nic – wzruszyłem ramionami zapalając papierosa- Przejrzyjcie dokładnie Zapis, nie widzę najmniejszego problemu. Denhoff wyda wam go choćby dziś. Śmiało. Odchyliła głowę do tyłu i zaniosła się perlistym smiechem -Oj, Adam, Adam… Nie napinaj się tak, proszę Cię. Czy my jesteśmy jakimiś dzieciakami z piątą rangą? Wilkołakami? Pomówmy normalnie, szczerze. Lubiłam Wiktora. Nie zachowywał się wcale jak wilkołak, był silny, mądry, wyjątkowo męski i odpowiedzialny, kochały się w nim chyba wszystkie pracownice naszego patrolu. W niczym nie przypominał pryszczatych zboczeńców z Kabackich lasów,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych