Strofy z przeszłości - cz. 1 (epizod 1)
Ktoś się zagubił w gonitwie codzienności, zapomniał o dawnych ideałach i sprawach, które były kiedyś najważniejsze, o przyjaciołach którzy gdzieś się pogubili. Ale coś przywołało przeszłość i może zmienić jego życie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1.
Wziąłem głęboki oddech. Zapowiadał się ciężki dzień. Projekt musiał być ukończony do końca tygodnia, nadszedł czwartek a dopiero zbliżaliśmy się do połowy. Od jakiegoś czasu wszystko szło źle. Najpierw mieliśmy awarię komputerów i straciliśmy część danych, potem, kiedy już je uzupełniliśmy, okazało się, że jest błąd w programie i musieliśmy przerabiać wszystko od początku. Cały nasz zespół od dwóch tygodni zostawał po godzinach i ciągle wydawało się, że nie zdążymy dokończyć projektu na ostateczny termin, czyli do poniedziałku. Prezes był coraz bardziej niezadowolony i coraz częściej to okazywał. Usiadłem przy biurku i przejrzałem faksy. Wszystkie te sprawy będą musiały poczekać. Zamigotał ekran, cichym piskiem komputer oznajmiał uruchamianie kolejnych programów. Spojrzałem za okno – lipcowy poranek zamieniał się w gorący letni dzień. Słońce iskrzyło się na ścianach budynków, białe pierzaste chmury płynęły po błękitnym niebie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mam ponad czterdzieści dni urlopu i muszę je kiedyś wykorzystać. Tylko jak? Wyjechać gdzieś? Dokąd? Po co? Do pokoju weszła Anita. Jak zwykle dziesięć minut spóźniona, jak zwykle z wielką płócienną torbą przewieszoną przez ramię i książką pod pachą. Wiedziałem, że inni pracownicy krytycznie patrzą na jej ciemną sukienkę do kostek, skórzane sandały, indyjskie kolczyki i fryzurę na jeża, ale mi podobał się jej styl. Poza tym była inteligentną, dobrze zorganizowaną dziewczyną. Może ciut niezależną, jak na asystentkę, ale… dogadywaliśmy się jakoś. Ceniłem zwłaszcza jej szczerość. - Cześć! – rzuciła w moją stronę - Witaj – odpowiedziałem – Skończyłaś wczoraj te wykresy o które cię prosiłem? Stanęła przy swoim biurku, upuściła torbę na podłogę po czym powoli odwróciła się i wbiła we mnie wzrok. Stała tak przez dłuższą chwilę, aż zrobiło mi się nieswojo, wreszcie odezwała się: - Czy ty w ogóle myślisz o czymkolwiek innym niż o pracy? Zmieszałem się. Najwyraźniej była w kiepskim humorze, ale dlaczego odbijała sobie na mnie? - W końcu jestem w pracy – bąknąłem. Po chwili doszedłem do wniosku, że to ja jestem szefem i nie powinna mi tak odpowiadać – Więc co z tymi wykresami? – ponowiłem pytanie ostrzejszym tonem - Będą gotowe za pół godziny – oznajmiła z wyczuwalnym urazem w głosie - Słuchaj – spróbowałem złagodzić atmosferę – Projekt jest teraz najważniejszy. Musi być gotowy na poniedziałek. Inaczej kompletna klapa, kompromitacja całego działu, może nawet i całej firmy. Potem sobie odbijemy. Postaram się wynegocjować u prezesa dodatkowe dni wolne za te nadgodziny i soboty. - Wiem, wiem – burknęła – Ale ja chyba nie muszę przychodzić w tę sobotę? Dokończę wykresy, przepiszę tekst który mi został i więcej nie mam co robić. - No wiesz… - zawahałem się – Przydadzą się każde ręce do roboty. Myślałem, że w tę sobotę wykończymy wszystko, wydrukujemy, porobimy dodatkowe kopie, oprawimy, tak, żeby w poniedziałek rano gotowe czekało na biurku prezesa. Zauważyłem, że twarz jej się zmieniła. Zacisnęła nerwowo szczęki. Postanowiłem dodać kilka słów dla zachęty - Jak tylko się z tym uporamy, będziesz mogła pójść na urlop. Jeśli projekt odniesie sukces, to już ja się postaram, żebyśmy wszyscy dostali niezłe premie. - Oh, dziękuję bardzo panie kierowniku! – rzuciła zajadle – Zbytek łaski! – z impetem wstała od stołu - Dokąd idziesz? – zaniepokoiłem się - Nie martw się, nie uciekam. Zrobię kawę. Przechodząc koło mnie rzuciła na mój stolik książkę z którą przyszła do biura. - Poczytaj sobie w wolnej chwili – powiedziała – Przekonasz się, że poza pracą, karierą i pieniędzmi są jeszcze inne rzeczy. To mało znany poeta, ale piekielnie zdolny! Wyszła, a w powietrzu jeszcze przez moment unosił się pomarańczowo-cytrynowy zapach jej perfum. Siedziałem nieco oszołomiony. Do tej pory nie zdarzały jej się takie humory. Zerknąłem na leżącą na biurku książkę i zamarłem. Przeczytałem ponownie nazwisko poety, potem jeszcze raz i jeszcze raz… W ustach miałem sucho. Wydało mi się, że w pokoju nagle zrobiło się chłodniej. Przymknąłem na moment oczy i w tej samej chwili pod powiekami przesunęły się z zawrotną szybkością kolorowe obrazy – sceny na zawsze utrwalone w mojej pamięci. Kiedyś, nie tak dawno temu, czytywałem poezję. Sam próbowałem coś pisać. Być może gdzieś między starymi papierami, są jeszcze te moje nieporadne próby. Jednak na pewno w jednym z albumów ze zdjęciami jest skromna kartka wydarta z zeszytu, a na niej kilka wersów napisanych specjalnie dla mnie. Pod nimi widnieje data i podpis – nazwisko poety z leżącej przede mną książki. Co się ze mną stało? Co właściwie robiłem tu, w budynku ze szkła i stali, poświęcając tyle czasu rzeczom, które tak naprawdę nie miały dla mnie żadnego znaczenia? Za czym goniłem, a może od czego uciekałem? Gdzie mogli być teraz moi przyjaciele? Czemu straciłem z nimi kontakt? Czyżbym bał się spojrzeć im w oczy? Nagle odczułem potworną pustkę i samotność. A przecież wystarczyło zrobić mały krok, zadzwonić, napisać list, dać jakiś znak…
***
"back in time when fears can't climb..."
***
Budynek szkoły nie wyglądał zachęcająco. Szary klocek z trzema rzędami okien i ciężkimi wejściowymi drzwiami. A jednak na jego widok napełniło mnie uczucie radości i dumy. Tłumy młodzieży nadciągały ze wszystkich stron, i ja wśród nich, po raz pierwszy jako licealista. Denerwowałem się. Zupełnie nie wiedziałem czego oczekiwać. Na razie nie myślałem o nauce, nigdy nie miałem z nią problemów. Zastanawiałem się jaka będzie moja nowa klasa. Nikogo nie znałem, ale nie martwiłem się tym zbytnio. W poprzedniej szkole nie układało się tak jakbym tego pragnął. Moja była klasa dzieliła się na małe grupki, w zależności od zainteresowań i stylu bycia, ale ja nigdzie nie pasowałem. Siedziałem w ławce ze strasznie nudnym chłopakiem, z którym, poza szkołą, nie utrzymywałem żadnych kontaktów. Koledzy z klasy przypominali sobie o moim istnieniu, gdy potrzebowali odpisać lekcje albo kiedy trzeba było poprosić nauczyciela o przełożenie klasówki. Właściwie oprócz Krzyśka i Andrzeja nikt mi specjalnie nie dokuczał. Tylko oni nazywali mnie “kujonkiem” i wyśmiewali się za każdym razem gdy zrobiłem coś nie tak. Jakoś się do tego przyzwyczaiłem, nauczyłem się, że najważniejsze to zachować spokój i nie dać się wciągnąć do gry. Prędzej czy później rezygnowali znudzeni. Nie chciałbym jednak ponownie trafić na kogoś takiego. Oczywiście nie miałem złudzeń co do tego, że moja nowa klasa będzie się składać z samych sympatycznych ludzi. Ważne było jednak to, że zaczynałem od zera, z czystym kontem, nikt mnie nie znał, nikt nic o mnie nie wiedział. Wystarczyło tylko zrobić dobre wrażenie. Z zaciekawieniem przyglądałem się uczniom wchodzącym do szkoły. Wczoraj, na uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego tak byłem przejęty, że umknęły mi twarze osób z mojej klasy. Pamiętałem tylko ładną, opaloną blondynkę, wysokiego, krótko ostrzyżonego chłopaka i naszą wychowawczynię. Wchodząc po schodach na pierwsze piętro powtarzałem sobie, że muszę być na luzie, zachowywać się naturalnie, nawiązywać kontakty. Jednak gdy tylko stanąłem w progu klasy, poczułem się nieswojo, poddałem się nieśmiałości. Większość ławek była już zajęta, toczyły się rozmowy, wyglądało na to, że wiele osób dobrze się zna. Czyżbym był jedynym obcym? Zająłem miejsce w trzeciej ławce (tylko nie w pierwszej – to zły znak!) i rozejrzałem się dookoła. Była to sala od polskiego, z portretami pisarzy i cytatami z literatury na ścianach. Na pierwszy rzut oka ciężko było cokolwiek stwierdzić o nowych kolegach. Wyglądali tak jak reszta nastolatków – modne ubrania i fryzury, pozostałości letniej opalenizny i bąbli po komarach. Dziewczyna z rudymi, kręconymi włosami uśmiechnęła się do mnie sympatycznie. Odpowiedziałem uśmiechem. Nie wiedziałem jednak czy powinienem wstać i się przedstawić, czy też pozostać na miejscu i tylko uśmiechać się do wszystkich. Oba pomysły nie wydały mi się najlepsze. Wtedy moją uwagę przykuł chłopak, który właśnie wszedł do sali. Pierwszą rzeczą jaka rzucała się w oczy to zupełny nieporządek w jego wyglądzie. Był średniego wzrostu, szczupły o pociągłej twarzy i ciemnych oczach. Włosy, czarne u nasady i ciemnoczerwone na końcach, sterczały mu zabawnie na wszystkie strony. Spod spranej, szaroburej bluzy z kapturkiem wystawała czarna podkoszulka, szare spodnie w czarne prążki i drewniane koraliki na szyi dopełniały reszty. Pod pachą trzymał wypchany segregator, który niedbale rzucił na najbliższą wolną ławkę, po czym nie patrząc na nikogo zajął miejsce, wyciągnął kartkę i zaczął coś na niej rysować. Pomyślałem, że to pewnie jeden z tych skłóconych z życiem, młodocianych buntowników, za wszelką cenę pragnących zamanifestować swoją oryginalność. Muszę przyznać, że zawsze imponowali mi tacy ludzie. Sam chciałem zrobić coś, cokolwiek, co wyróżniłoby mnie z tłumu szaraczków. Jednak brakowało mi odwagi, żeby ubrać się ekstrawagancko, przefarbować sobie włosy, przekłuć ucho albo nos, czy nawet przybrać jakąś charakterystyczną, prowokującą pozę. Wyglądałem jak przeciętny uczeń, zachowywałem się i uczyłem lepiej niż przeciętny uczeń ale w głębi duszy pragnąłem robić szalone rzeczy. Zapewne dlatego ten chłopak mnie zainteresował. Oczywiście mógł się okazać zupełnie nieciekawym typkiem. Naraz podniósł głowę, tak jakby wyczuł, że na niego patrzę. Przyjrzał mi się uważnie a potem przeniósł wzrok gdzieś poza mną, w stronę wejścia i zaczął się intensywnie w coś wpatrywać. Powoli odwróciłem głowę. W progu rozmawiało dwóch chłopaków. Niższy, krępy brunet zawzięcie gestykulował a drugi, wysoki blondyn zaśmiewał się z opowieści kolegi. Coś w wyglądzie jasnowłosego chłopaka sprawiło, że na dłużej zatrzymałem na nim wzrok. Nie wiem czemu skojarzył mi się z muszkieterem Aramisem z powieści Dumasa. Miał w sobie pewien element szlachetności, nie potrafiłem tego dokładnie zdefiniować, ale z łatwością wyobraziłem go sobie w wysokich butach, długim płaszczu, kapeluszu z piórami i cienką szpadą u boku. Brunet zakończył opowieść, machnął na pożegnanie ręką i odszedł w głąb korytarza. Blondyn wszedł do naszej sali i od razu podszedł do ławki “buntownika”. Wyglądało na to, że się znają. Tym czasem do klasy zajrzał długowłosy typek. Wyglądał jakby zjawił się prosto z plaży. Miał na sobie kolorową koszulę i bermudy w kratkę a na nosie ciemne okulary o kosmicznym kształcie. Jego gołe, owłosione łydki zabawnie wyglądały nad ciężkimi, czarnymi buciorami. Włosy, sięgające do połowy pleców splecione miał w setkę cieniutkich warkoczyków, z których każdy związany był na końcu nitką w innym kolorze. Zsunął okulary z nosa i ze skupieniem przyjrzał się osobom w klasie. Naraz jego wzrok się rozjaśnił a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Pewnym krokiem wszedł do środka. - Czaki! Marti! Myślałem, że już nie znajdę tej cholernej sali! – skierował się wprost do Buntownika i Aramisa. – Ta buda to istny labirynt, skręciłem gdzieś na parterze i wylądowałem w stołówce! - To się mogło zdarzyć tylko tobie, Konrad – zaśmiał się Aramis - Eeer, ale już wiem co dzisiaj na obiad – rzucił swój wyświechtany plecak na podłogę i usiadł w ławce tuż przed swoimi kolegami, tyłem do tablicy, przodem do znajomych - I jak? – zagadnął - Co tam smarujesz Czaki? Co to ma niby być, wojny planet? Buntownik przerwał rysowanie i odwrócił kartkę na drugą stronę. - Ledwo przychodzisz od razu wprowadzasz zamęt – odezwał się cicho - Zamęt, zamęt, zamęt! – trajkotał Konrad – O to właśnie chodzi. Beze mnie umarlibyście z nudów. Aramis wybuchnął śmiechem. To był taki zaraźliwy śmiech, że sam bezwiednie się uśmiechnąłem. Poczułem sympatię do tej trójki. - Jeszcze nie mogę w to uwierzyć – ciągnął Konrad – Jestem tu, w liceum, licealista, pierwszaczek, nowy etap, nowy rozdział w moim życiu… - Ja też nie mogę w to uwierzyć – chichotał Aramis – Ty w liceum, niesamowite! - A jak tam nasza klasa? Są jakieś fajne laski? – uniósł się z miejsca i z uwagą rozejrzał dookoła. – Szszsz… raj na ziemi, już sobie kilka upatrzyłem. – mruknął wywołując kolejną falę radości jasnowłosego chłopaka. - Konrad, jesteś żałosny – stwierdził Buntownik – Spójrz na siebie, kto przy zdrowych zmysłach chciałby się z tobą zadawać? - Aaach, więc wy nie jesteście najzdrowsi skoro ze mną przestajecie - Robimy to z litości. Konrad prychnął pogardliwie. - Potrzebujecie mnie, ja ożywiam waszą nudną i smutną egzystencję. - Kolejna teoria Konradusa – śmiał się blondynek - Widzisz Marti, przynajmniej ze mną dobrze się bawisz – skwitował Konrad – Ktoś mógłby powiedzieć, Konrad robisz z siebie błazna, po co ci to, ale ja twierdzę, że takie jest właśnie moje powołanie, rozbawiać ludzi, przywracać uśmiech na tych smętnych, zrezygnowanych twarzach… Jasnowłosy Marti zanosił się histerycznym śmiechem. Zerkałem na nich i słuchałem zafascynowany. Wydawali mi się niesamowicie szaleni, a jednocześnie… bardziej dorośli niż moi poprzedni koledzy. Zapragnąłem poznać ich bliżej, móc siedzieć tak koło tego zwariowanego Konrada i śmiać się z Martim. Jednak nie pasowałem do nich. Niestety. - Ooo patrzcie kto idzie! – wykrzyknął Konrad – To Robcio, cześć Robek i ty tu? Chłopak, który właśnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil neftyda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…