Strofy z przeszłości - cz. 1 (epizod 6)
Wycieczka miała zintegrować klasę, tym czasem zacieśniłą więzi między przyjaciółmi
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pociąg monotonnie toczył się po torach. Za oknem była ciemność, tylko od czasu do czasu rozbłysło jakieś światło. Siedziałem nakryty własną kurtką z czołem opartym o szybę. Z sąsiedniego przedziału dobiegały stłumione głosy. Jechaliśmy na naszą pierwszą, wspólną wycieczkę. Początek października, ciepły i kolorowy. Na przeciw mnie siedział Czaki i czytał książkę. Obok niego spał Marti. Głowę oparł na ramieniu kolegi, nogi wyciągnął na siedzeniu tuż koło mnie. Robi też pochrapywał. Jurek i Maciek, jadący z nami w przedziale, cicho rozmawiali między sobą. Konrad zapodział się już na początku podróży. Pewnie spędzał czas tam, gdzie była najlepsza zabawa. Czułem, że opadły już ze mnie pierwsze emocje – to podniecenie i nerwowe oczekiwanie. Wycieczka miała zintegrować naszą klasę. To taka licealna tradycja, pierwsze i ostatnie klasy zazwyczaj wyjeżdżają we wrześniu albo na początku października. Planowaliśmy spędzać jak najwięcej czasu razem – wspólne przygotowywanie posiłków, wieczorne spotkania i pogadanki. Jeszcze dzisiejszego ranka mocno wierzyłem, że będzie super. Teraz nie byłem już tego taki pewien. Już na dworcu ludzie uformowali małe grupki, w tych grupach pozajmowali przedziały, a teraz spędzali czas we własnych kręgach. Trochę było mi wstyd, że rodzice odprowadzili mnie na dworzec, jak małe dziecko. Wyskoczyłem z samochodu, złapałem bagaże i pobiegłem kilka metrów przed nimi. Myślę, że mamie było trochę przykro. Na dworcu było jednak sporo rodziców. Robi przyszedł nawet w asyście całej rodziny, włącznie z młodszą siostrą. Marti, Czaki i Konrad należeli do tych nielicznych, którzy z nikim się nie żegnali. Pomyślałem wtedy, że w zasadzie niewiele o nich wiem. Czerwieniłem się ze wstydu, kiedy mama po raz piąty przypominała mi, żebym ciepło się ubierał, że w górach może leżeć już śnieg i żebym zadzwonił jak dojadę. Kątem oka widziałem kpiący uśmieszek Czakiego i miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Wsiadanie do pociągu zupełnie mnie przygnębiło. Zapominając o integrującym charakterze wycieczki, jedni przez drugich przepychali się do środka, żeby zająć lepsze miejsca. Zostałem w tyle zaskoczony tym prymitywnym zachowaniem. Potem ogarnęła mnie złość na samego siebie, że jestem taką ofiarą losu i nie potrafię walczyć o swoje. Wszystkie dobre miejsca zostaną zajęte, a ja wyląduje w jednym przedziale z Robciem, wychowawczynią i opiekującymi się nami rodzicami. Już miałem spróbować przypuścić atak na wejście, kiedy usłyszałem tuż obok siebie głos Martiego - Co za dzicz! - W takich właśnie momentach ujawniają się zwierzęce pierwiastki w naturze człowieka – dodał Czaki. Stali tuż za mną z dezaprobatą obserwując tłoczących się kolegów. - My wejdziemy jak kulturalni ludzie – stwierdził Marti - W końcu od czego mamy Konrada! – zaśmiał się Czaki Tak, zwierzęce pierwiastki odezwały się w duszy Kondiego. Wcisnął się do środka przed wszystkimi i zajął dla nas cały przedział. Byłem mile zaskoczony. Szkoda tylko, że prawie natychmiast się zmył. Od pamiętnych otrzęsin, czułem coraz więcej sympatii do Konrada. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym co stało się wtedy na zabawie, ale ja dużo nad tym myślałem. Robi stracił humor. Na szczęście tylko na kilka dni. Potem znów był sobą. Kilka razy przyłapałem go jednak na tym, jak tęsknym wzrokiem ogląda się za Dorotą. Ona oczywiście nie zwracała na niego żadnej uwagi, za to razem ze swoimi koleżankami mówiła „cześć” Martiemu za każdym razem, gdy mijała go na korytarzu. Zastanawiałem się nad tym, co na koniec powiedział Czaki. Czy fakt, że Marti był taki przystojny, naprawdę zmniejszał jego szansę na znalezienie dziewczyny, której będzie zależało na nim, a nie na pokazaniu się w jego towarzystwie koleżankom? Nie byłem pewien. Wzbudzając zainteresowanie płci przeciwnej, mógł poznać więcej dziewczyn i wreszcie znaleźć tę jedną, jedyną. W przeciwieństwie do niego Robi musiałby włożyć sporo wysiłku by przekonać do siebie współczesną nastolatkę. Zachowywał się trochę jak facet z innej epoki. Akurat nie panowała moda na dżentelmenów. Ale w gruncie rzeczy, co ja mogłem o tym wiedzieć? W tej materii byłem zielony jak młoda trawka na wiosnę. Za oknami zaczynało świtać. Ktoś cicho zapukał do drzwi, a po chwili wsunęła się przez nie głowa Moniki - Zaraz dojeżdżamy – wyszeptała dziewczyna - O.K. – odszepnąłem. Czaki odłożył na bok książkę. Marti głęboko westchnął przez sen i mocniej wtulił się w ramię przyjaciela. Czaki tylko wzniósł oczy do nieba, po czym obaj cicho zachichotaliśmy. Tym razem drzwi otworzyły się z hukiem a Konrad wpadł do przedziału niczym huragan - Wstawać śpiochy! – wrzasnął - Dojeżdżamy! Robi poderwał się wystraszony i kompletnie zdezorientowany. Marti przeciągnął się leniwie, powiódł zaspanym wzrokiem po naszych twarzach, po czym zatrzymał spojrzenie na Czakim i posłał mu ten swój niesamowity uśmiech. - Czemu masz takie chude, kościste ramiona? – zapytał - Niezbyt wygodnie mi się spało. Policzki Czaka zaróżowiły się delikatnie. Odwrócił wzrok. Pomyślałem sobie, że chyba jest trochę podobny do mnie. Jego też zawstydzały takie naturalne odruchy. Wydając serię nieprzyjemnych zgrzytów pociąg wtoczył się na stację i zatrzymał. Wysypaliśmy się z wagonów taszcząc nasze bagaże. Do schroniska, w którym mieliśmy nocować był jeszcze kawałek drogi. Szliśmy powoli, niewyspani, rozmasowując zastałe mięśnie i uginając się pod ciężarem plecaków. Czekała nas jeszcze wycieczka w góry a potem wspólne ognisko. - Masz, posil się – Robi wcisnął mi do ręki czekoladowego batona Wyglądał jak ktoś, kto przeszedł już wszystkie turystyczne szlaki – porządne traperki, grube skarpety, drelichowe spodnie i kurtka „kangurka” ozdobiona najrozmaitszymi plakietkami i znaczkami. Podejrzewałem, że to wyposażenie po kimś odziedziczył. Nie myliłem się. Po drodze zaczął mi opowiadać o wypadach w góry i na kajaki, organizowanych przez jego rodziców. Kiwałem z uznaniem głową, jednocześnie zastanawiając się, ileż potrzebnych, niezwykłych rzeczy może kryć plecak Robiego. Gdy dotarliśmy do schroniska, na moment zapanował chaos. Wychowawczyni przydzielała pokoje i kolejny raz przekonałem się, że nie ma co marzyć o skonsolidowaniu klasy. Ludzie już chyba w pociągu umówili się z kim będą dzielić kwaterę. Teraz zgłaszali się do nauczycielki grupami, ustalając dodatkowo kto koło kogo będzie mieszkał. Trochę to smutne, ale w końcu ja też miałem swoją paczkę. Przypadł nam w udziale pokój sześcioosobowy. Szczęśliwie się złożyło, że nikogo nie musiano dokwaterować do naszej piątki. Piętrowe łóżka, mały stolik, w rogu umywalka. - Ja zajmuję górkę! – od progu oznajmił Konrad - Chcesz być niżej czy wyżej? – zapytał Robi - Obojętne – wzruszyłem ramionami - Skoro tak, ja zajmę górę. Nigdy na takim czymś nie spałem Ja też nie, ale niech mu będzie. Z głośnym westchnieniem klapnąłem na swojej pryczy. - A gdzie łazienka? – zapytał Marti - Na korytarzu, synku – wyjaśnił Konrad – Koedukacyjna jak przypuszczam, wspólne prysznice, problemy z ciepłą wodą, te sprawy - Jak to? – Marti wyglądał dość żałośnie - Przyzwyczajaj się chłopcze – zachichotał Kondi – Zanim pójdziesz do woja! Robi zaczął rozpakowywać swój plecak. Nie mogłem się pohamować i zafascynowany gapiłem się na to, co robił. Ciepły sweter, rękawiczki, czapka i płaszcz przeciwdeszczowy, mimo ładnej pogody, nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Co innego wielofunkcyjny przybornik turystyczny, kompas i lornetka. - Zawsze można zaobserwować jakieś ciekawe okazy przyrody – wyjaśnił Robi Konrad pochwycił lornetkę i podbiegł z nią do okna - Jej, ja chyba już widzę ciekawy okaz przyrody! – oznajmił po chwili – Ale noooogi! Robi był naprawdę świetnie wyposażony. Oczywiście miał przy sobie mapę okolicy, jakiś podręczny atlasik z opisem fauny i flory, a nawet budzik i krem na zmęczone stopy. Z sąsiedniego pokoju doleciała do nas głośna muzyka i brzęk szkła. Pomyślałem, że nasi koledzy zabrali na wycieczkę zupełnie inne rzeczy. Odpoczęliśmy chwilę po podróży a potem udaliśmy się na spacer po górach. Kolorowe liście na drzewach i pod naszymi nogami, zapach mokrej ziemi i igliwia… Nasza piątka wlokła się na samym końcu grupy. Robi próbował po drodze korzystać z atlasu, ale niezbyt mu to szło. Żadna z mijanych roślin nie pasowała do obrazków w książce. - Ty, może to encyklopedia roślinności tropikalnej? – zasugerował w pewnym momencie Konrad Robi tylko wzdychał. Czaki zbierał liście i splatał je razem z kłosami traw w jakaś fantazyjną kompozycję. Był bardzo pochłonięty tym zajęciem. Marti pogwizdywał idąc obok. Przez moment poczułem się jakbyśmy wędrowali przez krainę z baśni lub opowieści fantasy. Grupka ludzi przedzierająca się przez las, tajemnicza światłocienie, korony drzew ozłocone promieniami słońca. Niczym opowieści Tolkiena albo Usuli Le Guin. Zapragnąłem, żeby ta chwila trwała wiecznie, iść tak przed siebie, bez końca, niczym się nie przejmować… Jednak wkrótce dotarliśmy na szczyt wzniesienia, gdzie wszyscy porozkładali się na trawie. Część osób wyjęła z plecaków kanapki i butelki z napojami. Dziewczyny wystawiły twarze do słońca. Robi rozścielił na ziemi swój żółty sztormiak, który miał oczywiście zwinięty w plecaku. Rozsiedliśmy się na nim, a Robi zaczął wypakowywać prowiant – mały termosik z herbatą, ciastka, jabłka i kanapki. Wszystko miał opakowane w eleganckie, kolorowe serwetki. Nie wiem czemu tak fascynowało mnie obserwowanie Robiego. Kiedy wyjął swój uniwersalny scyzoryk i zaczął kroić jabłka na cząstki usłyszałem z boku niezbyt miłe parsknięcie śmiechu. Jeż wraz z kolegami oddalał się w stronę gęstych zarośli. Raz po raz oglądali się w naszą stronę wskazując palcem Robiego i wymieniając między sobą jakieś uwagi. Ogarnęła mnie złość. Czemu się cały czas z niego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil neftyda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…