Wróć do katalogu

Strzeż się karetki!

Gdy fikcja zmienia się w rzeczywistość...

maestrina, opublikowano , 24 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"Cieć Josef wyszedł z wizawi, O ścianę nim dupnęło I jęknął: - Mejbi mnie się śni? Mejbi dzys ys video? - Kakoj widejo? Paszoł won! Wtem z góry swoją fizys Ukazał stary Carrington Pytając: - Łot ys dzyzys?" A. Waligórski, „The Big Fight (bolszaja rozpierducha)”

– … I ten Rosjanin, czy też raczej Rosyjanin, sama rozumiesz, będzie tak naprawdę Polakiem – tłumaczyła energicznie Daria, wymachując górnymi kończynami na wszystkie strony. Wpadła właśnie w szał twórczy, a co za tym szło – musiała podzielić się z całym światem swoim genialnym pomysłem na powieść. Tym razem rzecz dotyczyła naszego rodaka w szeregach wschodniej mafii oraz paru jego zgoła absurdalnych przygód. – Nie jest Polakiem, ten Rusek nie jest Polakiem – zanuciła smętnie towarzyszka Darii o wdzięcznym imieniu Joanna, garbiąc się i kuląc na swoim dość niewygodnym krześle. – Ile my będziemy jeszcze czekać? – zainteresowała się nagle nie na temat, ujrzawszy przemykającą dyskretnie kelnerkę. Kobieta, rozumiejąc powagę sytuacji, momentalnie ulotniła się z ogródka przylegającego do jednej z toruńskich restauracji. Joanna westchnęła, tęsknym wzrokiem obdarzając naleśnik konsumowany właśnie przez siedzącego przy sąsiednim stoliku chłopaka. – Ty mnie w ogóle słuchasz? – zirytowała się tymczasem Daria, w głębi duszy przerażona, że cały jej wywód poszedł na marne. – Teraz już nie – przyznała szczerze przyjaciółka, kiwając się na krześle. – Głodna jestem. – Za pięć minut dostaną panie zamówione naleśniki! – oznajmił zza jej pleców radosny głos jednej z kelnerek. Joanna nieco się rozchmurzyła – wprawdzie jak Polak (tudzież Polka) głodny, to zły, jednak już sama świadomość, że upragniony obiad nadchodzi, działała leczniczo. Dziewczyna poprawiła się na siedzisku, po czym z błyskiem w oku zwróciła się do Darii: – Ostatnie, co pamiętam z twojej wypowiedzi, to coś o jakiejś mafii, ale nie mam pojęcia, z czym to połączyć. W myśl niepisanych praw przyjaźni, Daria z nieodgadnioną miną w wielkim skrócie opisała przyjaciółce zamysł swojej powieści. Opowiedziała o Rosjaninie, który był Polakiem, o Polaku, który okazał się Norwegiem i o dwóch konkurujących mafiach. W tym czasie od strony budynku zajmowanego przez przedsięwzięcie gastronomiczne o wdzięcznej nazwie „Manekin” zaczęły dobywać się smakowite zapachy. Pobudzona wonią naleśników Joanna wysłuchała, przemyślała, a nawet zrozumiała, zaś proces myślenia na czczo był u niej zgoła sensacją tudzież cudem. – Dobra, przyjmijmy, że załapałam twój pomysł – oznajmiła wreszcie, zakładając sobie za ucho jasne włosy. – Nie rozumiem tylko, jaka w nim moja rola. Piwne oczy Darii rozbłysły niczym gwiazdy. Dziewczyna niemal świeciła światłem własnym, gdy z radosnym uśmiechem na twarzy obwieszczała: – Ty? Ty to napiszesz ze mną! Wymówiła te słowa głosem tak triumfalnym, iż w tym momencie powinny były rozbrzmieć chóry anielskie, a siedzący w pobliżu kamienny Kopernik zejść z cokołu i pomknąć w stronę emitującej światłość niebiańskiej istoty, jaką z pewnością była Daria. Ona sama już słyszała bębny grzmiące na cześć przyszłych autorek bestselleru, widziała podrywające się do lotu białe ptactwo niesprecyzowanego gatunku, czuła nawet woń nagrody Nobla, choć oczywiście nie miała bladego pojęcia, czy to precjozum posiada w ogóle jakikolwiek zapach. Niebo w tamtej chwili posiadało barwę zwycięskiej purpury, a gwiazdy układały się w znak rychłej victorii. Jak przez grubą ścianę Daria słyszała głos przyjaciółki, oznajmiający z namaszczeniem… – Ty chyba zwariowałaś! Gwiazdy momentalnie zgasły, a chóry anielskie zostały brutalnie zastąpione przez muzykę prawie że elektroniczną, fundowaną im przez właściciela stojącego w pobliżu BMW. Jak to lubiło bywać, w kluczowym momencie całą wizję szlag trafił. – Nie ma mowy – kontynuowała Joanna, jakby zupełnie nie zauważyła drastycznej zmiany na twarzy Darii. – Pytasz, dlaczego? – dodała, widząc, że przyjaciółka już otwiera usta. – Ano, choćby dlatego, że wszystko, co napiszę, się spełnia. Daria już chciała zapytać, co takiego napisała Joanna, że jej słowo stało się ciałem, ale w porę zdołała ugryźć się w język. Z pewnością nie było to nic pozytywnego. Cóż bowiem może stworzyć osoba ubierająca się na czarno nawet w największe upały, hołubiąca swoje trampki w trupie czaszki i od dziecka obdarzona spojrzeniem szaleńca, który najchętniej ruszyłby z siekierą na miasto? Czasem lepiej tego nie wiedzieć. – I dobrze – zaopiniowała niezrażona Daria. – Przynajmniej będzie wesoło. Przyjaciółka roześmiała się, a był to śmiech mrożący krew w żyłach. Coś w rodzaju szatańskiego chichotu głównego czarnego charakteru pierwszej lepszej kreskówki. Kolczyki w uszach Joanny – też czaszki, nawiasem mówiąc – jeszcze dobrą chwilę fruwały na wszystkie strony. – Będziesz żałować – oznajmiła najbardziej mrocznym, głębokim i zachrypniętym głosem, na jaki było ją stać. Daria jakoś nie przeraziła się tej groźby. Mijały kolejne minuty, a zapowiedziany obiad wciąż nie nadchodził. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, tylko że należy znaleźć sobie jakieś zajęcie, by zapomnieć o głodzie. – Mam pomysł! – rozległ się triumfalny okrzyk, tak głośny, że Bogu ducha winne gołębie, skubiące dotąd ziarno na placu wokół ratusza, poderwały się do lotu. – Zacznijmy to pisać już teraz! Joanna z miną sceptyka wywinęła młynka palcem wskazującym tuż nad lewym uchem. – Na czym niby? – zainteresowała się uprzejmie, obrzucając podejrzliwym spojrzeniem zbyt dużą i zbyt żółtą torbę Darii, w której – na prywatne nieszczęście mniej uśmiechniętej z dwóch przyjaciółek – mogło się znajdować wszystko, także niezapisany notes, idealny do rozpoczęcia powieści. Jakby zauważając wzrok Joanny, Daria sięgnęła do torby i poczęła w niej szperać. W chwilę później na stoliku pojawiały się po kolei: breloczek do kluczy – bez kluczy – w kształcie świni, karta biblioteczna, dwie paczki chusteczek higienicznych, rozpadający się telefon komórkowy, legitymacja szkolna, sześć skasowanych biletów oraz długopis opatrzony reklamą jakiegoś piwa. Wyzbywszy się zawartości wora stworzonego z pozszywanych kawałków różnych materiałów, zlustrowała uważnie rozłożone przedmioty, poszukując materiału, na którym dałoby się pisać. W pierwszym momencie jej wzrok padł na chusteczki, zaraz jednak zreflektowała się, że nie daj Boże, wytarłaby we fragment powieści nos – w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy ujawni się młodzieńcza skleroza tudzież zwyczajne roztrzepanie. – Proponuję użyć biletów – podsunęła drwiąco Joanna, bujając się w najlepsze na krześle. – Bo i tak do czego innego już ci się nie przydadzą. Daria przez moment wyglądała, jakby nie do końca dotarły do niej słowa przyjaciółki. Dopiero po kilkunastu sekundach względnej ciszy powietrze rozdarł okrzyk: – Jesteś genialna!!! Jeśli ktoś nie wytrzymał w tym momencie napięcia, to było to krzesło. Z hukiem runęło do tyłu, wraz z nim zaś tymczasowa właścicielka w osobie Joanny.

*

Był upalny, letni wieczór. Rosyjanin siedział w knajpie i trzecią godzinę czekał na naleśniki. Obsłudze „Manekina” nie spieszyło się jednak do realizacji zamówienia. Z nudów młodzieniec począł wystukiwać na blacie rytm znanego ongiś przeboju… – Utknęłam – oznajmiła z żałością Joanna w przerwie między kęsami, odkładając na bok wściekle czerwony marker. Wiatr kołysał jej demonicznymi kolczykami. – Co on tam mógł wystukiwać? – zamyśliła się Daria, ścierając dłonią dżem morelowy z podbródka. Jej rozważaniom nie sprzyjał bynajmniej monotonny stukot dochodzący od strony jednego z sąsiednich stolików. Co najbardziej zdumiewające, brzmiał dziwnie znajomo. – Fy – odezwała się Joanna, przeżuwająca właśnie kawałek naleśnika – a fo nie jef fafem „Ły al we fempions”? Daria nadstawiła ucha. Faktycznie, przyjaciółka miała trochę racji – wystukiwany rytm przypominał nieco niezapomniany przebój grupy Queen. Oczywiście, skojarzenie to nie było natychmiastowe, jednak nachodziło człowieka po pewnym czasie. Następny związek pchał się nieuprzejmie i nachalnie. Dla pewności – w końcu Joanna w pewnych kręgach uchodziła za czarownicę – Daria w oka mgnieniu przechwyciła bilet i swoim, niebieskim markerem naskrobała tuż za fragmentem zdania autorstwa przyjaciółki: … „Do przodu, Polsko”. Albowiem Rosyjanin, wbrew nazwisku, był Polakiem. – Patrz! – oderwała ją od tworzenia towarzyszka, niegrzecznie pokazując widelcem na sprawcę hałasu. Oto przy sąsiednim stole siedziało jasnowłose chłopię i w najlepsze stukało knykciem o blat. Niestety, po „czarach” Darii rytm nie zmienił się ani o jotę. Rozważając, jak nakłonić rzeczywistość do poddania się wytworom niebieskiego pisadła, dziewczyna na chwilę powróciła do kontemplowania biletu, zapominając na śmierć o stygnącym naleśniku. Tymczasem do chłopięcia podeszła kelnerka o niezbyt zachęcającej fizjonomii – wyglądała bowiem jakby miała na twarzy bez mała pół sklepu z kosmetykami – i najwyraźniej coś mu tłumaczyła. On zaś zerkał na nią spode łba, ani na chwilę nie przestając postukiwać. Joanna przyglądała się nietypowej scence z nieskrywaną uciechą. – Skandal! – wykrztusił wreszcie chłopak, wstając i nieomal przewracając znajdujący się przed nim stół. Daria oderwała się od obmyślania treści kolejnego zdania, zaś jej przyjaciółka nie spuszczała wzroku z młodzieńca, jednocześnie cały czas wpychając sobie do ust kawałki naleśnika. – Tsi godzini ciekam na obiad! – darł się jasnowłosy klient, w jego głosie zaś dało się wyczuć wyraźny wschodni akcent. – A pani mi mówi, zie mam bić cierpliwi?! Przyjaciółki zamarły w malowniczych pozach – Joanna z widelcem w połowie drogi między rozdziawionymi ustami a talerzem, zaś Daria z długopisem uniesionym niczym gotowy do zadania ciosu nóż. Dopiero po chwili pierwsza z nich huknęła basowym śmiechem, druga zaś skryła twarz w dłoniach, z wyrzutem informując blat: – Przecież on miał być Polakiem!

*

Piwiarnia „U Szwejka” cieszyła się sporym zainteresowaniem zarówno ganiających po toruńskiej starówce turystów, jak i ludności miejscowej. Wszystko przez dogodne położenie tuż przy ratuszu oraz kryty „ogródek letni”, zaopatrzony w dwanaście telewizorów, transmitujących co tylko się gawiedzi podobało. W ostatnią sobotę czerwca, co powoli stawało się już tradycją, ów ogródek do ostatniego niemal stolika wypełniały rezerwacje, wszystkie na tę samą godzinę – punkt ósmą wieczorem. Powodem tego stanu rzeczy było nic innego jak żużlowa Grand Prix w Cardiff, którą transmitowała jedna z kodowanych stacji telewizyjnych, dostępnych tylko dla wybrańców losu. Kto nie mógł sobie pozwolić na dekoder wraz z ekskluzywnym pakietem kanałów, a chciał zobaczyć wielkie święto czarnego sportu, szukał miejsca, w którym w komfortowych warunkach można by pooglądać całe widowisko. W „Szwejku” było, co tu kryć, najlepiej – wygodne kanapy, przemiła obsługa i program zawodów za darmo. Na dodatek właściciel przybytku – zapalony żużlomaniak – doskonale rozumiał, że czasem zdarza się zasiedzieć z kumplami długo po transmisji, przy kielichu czegoś mocniejszego zastanawiając się nad przyczynami kolejnej porażki Polaków tudzież nad ślepotą sędziego – nie trzymał się zatem sztywno godzin zamknięcia, nierzadko pozwalając klienteli przesiadywać aż do świtu. Daria wywodziła się z kibicowskiej rodziny, od pokoleń zakochanej w żużlu. Zapewne to właśnie ten czynnik zadecydował o wieczornym spotkaniu właśnie w piwiarni. W zgromadzeniu ogólnym uczestniczyli rodzice, wujek z dwójką dzieci płci obojga oraz dziadek. W ramach integracji do radosnej gromady okupującej największy stół w ogródku dokooptowano łypiącego ponuro draba, który był podobno przyjacielem właściciela, na dodatek zaś postawił na jednego z żużlowców całkiem sporą sumkę. Dla Darii zaś, by nie nudziła się zbytnio, znaleziono towarzystwo w postaci Joanny. Wprawdzie fanka czaszek delikatnie rzecz ujmując nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych