Studia
Akcja rozgrywa się po powrocie bohatera z wojska w jego rodzinnym mieście. Bohater rozpoczyna studia. Powraca jednak myślą i czynem do dzieciństwa. Zwiedza tajemnicze kanały ściekowe i poznaje kobietę swego życia...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Studia
Wróciwszy z wojska właściwie od razu wylądowałem na wyższej uczelni, a dokładniej na Wydziale Ekonomii, a to wszystko za sprawą mojej mamy, która martwiąc się zawsze bardzo o mój los, załatwiła mi po znajomości miejsce. To, co wcześniej nie udało się na wydziale prawa, udało się teraz na Wydziale Ekonomii tego samego Uniwersytetu. Dopomógł tu w znakomitym stopniu pewien fakt, a mianowicie taki, iż siostra mojej mamy była lekarzem a dokładniej mówiąc specjalistą chorób nowotworowych i dzięki temu znała sporo osób z różnych środowisk, w tym również akademickich. Tak się złożyło, że leczyła akurat panią profesor z tegoż Wydziału Ekonomii a ta w ramach wdzięczności wpisała mnie na listę osób przyjętych na studia dzienne. Notabene, jak się później dowiedziałem leczenie się nie powiodło i chora pani profesor niebawem zmarła a ja nie ścigany żadną reklamacją niezmiennie próbowałem pierwszych kroków wśród braci studenckiej. Muszę przyznać, iż było mi właściwie obojętne, co będę studiował bo specjalnie się tym nie przejmowałem. Oczywiście odpadały uczelnie techniczne bo do tych spraw miałem wyjątkową awersję. Przypuszczam, że to za sprawą mego ojca, który był tak zwaną złotą rączką i nie dopuszczał mnie prawie nigdy do żadnych domowych napraw a zwłaszcza do swojego samochodu, kiedy coś tam trzeba było wymienić. Jedynie kilka razy na coś mi pozwolił ale tak mnie przy tym zawsze wyśmiewał i ustawiał, że szybko przeszła mi ochota na wszelkie prace techniczne. Zraziłem się na długo. Dopiero jak miałem własny dom, to krok po kroku zbudowałem własny warsztat i odkryłem, że mam nawet zmysł inżynierski. Ale wracając do spraw studenckich, to zaczepiwszy się na uczelni chciałem przynajmniej rok odpocząć po wojsku w domowych pieleszach, studiując choćby taką ekonomię a z czasem, może wybrać coś innego, ot choćby wychowanie fizyczne bo byłem w świetnej formie i zawsze lubiłem ruch. Rodzice rzecz jasna byliby niepocieszeni bo uważali, że ekonomia stwarza doskonałe możliwości na zdobycie dobrej posady. Ale to wszystko w tym momencie było jakby poza mną, nie interesowałem się tym i nie chciałem wybiegać aż tak w przyszłość jak oni, żyłem co najwyżej najbliższymi miesiącami a zwłaszcza wrześniem, ponieważ skoro byłem już studentem, to wrzesień był dla mnie wciąż miesiącem wakacji. Chciałem go wykorzystać do złagodzenia szoku, z racji tak radykalnej zmiany stylu życia i środowiska, jaki miał miejsce po tym, jak wróciłem z jednostki do rodzinnego miasta. Teraz wszystko zdawało się takie powolne, w odróżnieniu od dynamiki wojskowego dnia. Czułem się jak żeglarz miotający się jeszcze przed chwilą po wzburzonych wiatrem falach, którego niebo w jednej chwili się rozjaśnia a tafla wody staje się gładka niczym lustro i nie powiewa już nawet najmniejszy wietrzyk. Zupełna cisza. Trudno było mi się do niej przyzwyczaić. Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Przecież jeszcze do niedawna strzelałem z karabinu, biłem się na ringu i to nie na żarty, ustawiałem poborowych jak chciałem a teraz wróciłem do mojego starego pokoiku na czwartym piętrze w przyfabrycznej kamienicy z czerwonej cegły. To był mój dom ale jaki obcy mi się teraz zdawał a rodzice wyraźnie się postarzeli przez te dwa lata a przynajmniej takie miałem wrażenie. Pierwsze dni po powrocie spędzałem wylegując się w domu i łażąc z kolegami gdzieś po parkach i okolicznych knajpach popijając rożne alkohole i opowiadając o wojsku, bo kilku z nich też niedawno wróciło w rodzinne strony, już jako żołnierze rezerwy. Mama tymczasem kupiła mi jakąś książkę do ekonomii w nadziei, że się nią zainteresuję ale przekartkowałem ją tylko, no i rzecz jasna obwąchałem strony, co zazwyczaj robiłem z książkami, po czym odłożyłem na półkę. – Nie chce mi się czytać. – pomyślałem. Istotnie nie potrafiłem usiedzieć na miejscu dłużej niż piętnaście minut więc o czytaniu nie mogło być mowy. Wolałem gdzieś iść, choćby pobiegać, bo robiłem to codziennie starając się utrzymać kondycję z wojska. Nawet wolałem posprzątać w domu czy umyć ojcu samochód ale na pewno nie czytać książki siedząc godzinami w fotelu. Co innego kolorowe czasopisma, bo można było je szybko przejrzeć, przeczytać kilka zdań i odłożyć w kat. Uwielbiałem ilustrowane historyjki, komiksy i potrafiłem przesiedzieć przy nich nawet dobre trzy kwadranse aż nie dotarłem do ostatniej strony. Moja mama strasznie się denerwowała, kiedy je czytałem bo twierdziła, że jako student, powinienem czytać poważniejszą literaturę. Ja jednak całym duchem byłem gdzieś indziej i tak, jak na samym początku wojsko wydawało mi się czymś zupełnie abstrakcyjnym i śmiesznym, tak teraz jawiło mi się to całe studiowanie i czytanie, o co tak usilnie zabiegała moja mama. Nie wyobrażałem siebie, że sam mogę stać się taką śmieszną kreaturą jak student, bo studentów widywałem choćby na przystankach w powyciąganych swetrach albo długich płaszczach, że śmiesznymi teczkami na ramionach no i okularami na nosach. Aż sam się dziwiłem, że zdawałem dwa lata temu na uniwersytet i chciałem być taki jak oni. Jednak w wojsku nie chciałem zostawać także, mimo że dostałem taką propozycję. Odpowiedziałem wtedy, że potrzebuję trochę czasu do namysłu i im więcej go mijało, tym bardziej nie byłem pewien, czy z tej propozycji skorzystać i wolałem się nie opowiadać ani na tak, ani na nie. Być może, gdyby do mnie zadzwonił sam pułkownik, nie potrafiłbym mu odmówić bo raz, że on miał tak mocną siłę charakteru, a dwa, że ja miałem tak słabą silę charakteru, i jak sobie przypominam jeszcze z dawniejszej przeszłości, kiedy coś było mi czasem nie na rękę, zgadzałem się pod wpływem takich charakterów jak on, żałując rzecz jasna tak podjętych decyzji. Bo jeśli ktoś, miał wystarczająco dużo tupetu, mógł mną rozporządzać jak chciał. A najgorsze było to, że kiedy nie widziałem tej czy innej osoby, to byłem jak najbardziej przeciwny jej zamiarom ale w momencie, kiedy tylko stawałem przed nią twarzą w twarz, bardzo szybko przekonywała mnie do swoich racji i ulegałem namowom. Nie raz dałem sobie wcisnąć coś, co zupełnie nie było mi potrzebne i do tego cena za tę czy inną rzecz wcale nie była atrakcyjna, w porównaniu choćby z ceną w sklepie. Kupiłem już w ten sposób wiele rzeczy od cwanych kolegów, jak choćby na przykład strój sportowy podejrzanego pochodzenia, przykrótką skórzaną kurtkę, buty sportowe, podobno zloty łańcuszek, pompkę do roweru, która po tygodniu przestała pompować, całą paczkę kosmetyków i amerykańskich środków do mycia wszystkiego i wszystkich, które w większości już dawno się były przeterminowane. Oczywiście męczyło mnie to, że nie potrafiłem powiedzieć „nie” i za każdym razem obiecywałem sobie, że to już ostatni raz. Okazało się jednak, że pułkownik na szczęście nie zadzwonił do mnie i nie musiałem mu odmawiać i w związku z tym z początkiem października udałem się na uczelnię na pierwsze zajęcia. Było strasznie dziwnie ale nie aż tak źle, jak to sobie wyobrażałem. Poznałem kilku nawet fajnych kolegów i co więcej koleżanek, i zwłaszcza te drugie zrobiły na mnie duże wrażenie i powiem, że dzięki nim przestawałem pomału myśleć o przedwczesnym zakończeniu nauki na Wydziale Ekonomii. Zaczęło mi się dość szybko podobać i po kilku miesiącach nie wyobrażałem sobie abym chciał się teraz z kimś zamienić a tym bardziej wrócić do jednostki wojskowej, położonej gdzieś na północnych rubieżach kraju, gdzie jedynymi spotykanymi kobietami były bądź rozognione dziewczyny z wiejskiej dyskoteki, bądź znudzone prostytutki oddające swe ciała za żołnierski żołd, co notabene wówczas mi wcale nie przeszkadzało. Tu, na uczelni otworzył się przede mną zupełnie inny świat, i mimo ze kobiety nie oddawały się przy pierwszej lepszej okazji, chciałem się go dalej trzymać. Oczywiście nie zapomniałem o minionych latach i były chwilę, że ciągnęło mnie gdzieś indziej niczym wilka do lasu. Zwłaszcza nasilało się to podczas różnych pijatyk z kolegami, kiedy udowadnialiśmy sobie nawzajem naszą męskość, odwagę i tego typu sprawy. Podczas jednej z takich zabaw, zrodziła się u nas idea zwiedzenia kanałów ściekowych, które podobno, biegły pod całym naszym miastem gęstą siecią przecinających się odnóg. Dla ścisłości wspomnieć muszę, iż kanały fascynowały mnie od dziecka, bowiem nasza kamienica znajdowała się tuż obok jednego z nich i często przeskakiwałem śmierdzącą strużkę aby dotrzeć do domu. Była to odkryta cześć kanału, ale cała jego znakomita większość znajdowała się pod ziemią i prowadziły do niego różne owalne korytarze, mniej więcej na wysokość dorosłego człowieka, do których wejścia można było co jakiś czas spotkać w ścianach kanału. Trzeba tu powiedzieć, że kanały były także nieco niebezpieczne, ponieważ z reguły nikt nimi nie chodził no chyba, że musiał. Było to więc dość odludne miejsce, gdzie czasem działy się rożne złe rzeczy. Jedno takie dramatyczne wydarzenie z okresu mojego dzieciństwa zapadło mi głęboko w pamięci. Pewnego dnia wracałem do domu kanałem. W tym czasie kanału oczywiście się bałem, podobnie jak innych rzeczy wspomnianych na początku opowiadania, ale mimo to pozwalałem sobie czasem nim przejść, choć wcale nie skracało to w jakiś znaczący sposób mojej drogi. Otóż owego dnia zdarzyła się pewna tragedia. Schodząc zboczem kanału zauważyłem, że w oddali zebrało się kilka osób i przyglądali się czemuś zwisającemu z drzewa, dokładnie nad nitką śmierdzącego ścieku, wysoko nad ich głowami. Z początku myślałem, że to jakaś szmata, czy worek ale kiedy zbliżyłem się, to rozpoznałem z trwoga, że był to człowiek. Wisiał po prostu na sznurze zaciśniętym na szyi. Ludzie gorączkowo coś komentowali, po chwili żebrało ich się coraz więcej. Przycupnąłem gdzieś z boku ale jakiś facet mnie wygonił mówiąc, że to nie jest widok dla dzieci. Odszedłem więc dalej i schowałem się za drzewami, jak inne dzieci. W końcu przyjechała policja ale ich interwencja trwała bardzo długo bo nie wiedzieli jak wisielca zdjąć bo wisiał wysoko i nie było dobrego do niego dojścia. Gałąź na której wisiał nie była na tyle mocna aby ktoś mógł po niej jeszcze chodzić więc debatowano, jak go zdjąć. W końcu ją odcięto ręczną piłą zaczepioną na końcu długiego drąga i wisielec zwalił się jak długi prosto w śmierdzącą wodę rozbryzgując ją na boki. To był Diabeł – to znaczy chłopak z ostatniej klasy mojej podstawówki. Miał takie przezwisko bo był zły i każdy się go bał. Spotkałem się z nim kiedyś właśnie w kanale, jak szedłem do szkoły. Był z kolegami. Zatrzymał mnie i zapytał czy mam drugie śniadanie. Odparłem, że nie, choć miałem. Wtedy kazał mi otworzyć mój plecak. Ja jednak zacząłem uciekać lecz po chwili zostałem złapany. Zdjęli mi wtedy torbę z pleców, wyjęli śniadanie a całą zawartość plecaka wysypali do płynącego z wolna ścieku. Diabeł powiedział wtedy, żebym nic nie mówił nikomu bo jak to zrobię, to mnie tu utopią zamiast książek następnym razem. Kazali mi powiedzieć, że po prostu spadłem ze zbocza a plecak wpadł mi po prostu do kanału, i tak też później powiedziałem rodzicom bo wiedziałem, że Diabeł był szalony. Na obchodne każdy z chłopaków sprzedał mi solidnego kopniaka w tyłek tak, że ledwo mogłem dalej iść. W sumie traktowałem to jako moja winę, bowiem rodzice zabronili mi chodzić do kanału no i niestety w domu oberwało mi się po raz drugi. Kiedy więc dowiedziałem się, że to właśnie Diabeł tam wtedy wisiał, to nawet ucieszyłem się trochę choć uczucie przerażenia nie opuszczało mnie jeszcze przez parę kolejnych tygodni. Po tym wydarzeniu oczywiście sprawą numer jeden było szukanie sprawców bo, jak ustalono nie mogło być mowy o samobójstwie. Niebawem sprawców ujęto. Okazali się nimi okoliczni Cyganie, którzy kilkoma rodzinami mieszkali niedaleko kanału w parterowych barakach. Była to swoista społeczność, żyjąca z boku, samotnie nie asymilująca się z naszym narodem i zarówno oni, jak ich domostwa odróżniały się znacznie od otoczenia. Tworzyli swoją ściśle zamkniętą grupę. Znałem niektórych z nich ze szkoły ale stroniłem od nich bo napawali mnie lękiem. To podobno oni powiesili Diabła w kanale. Za co? Nie wiem ale utarło się wtedy w szkole powiedzenie, że nawet Diabeł ma swojego Cygana.
Kanały
Ale wróćmy do czasów znacznie późniejszych – do studenckiej wyprawy kanałami. Ale zanim zapuścimy się w głąb ziemi pozwolę sobie na kilka słów przybliżających czytelnikowi sam kanał. Składał się on z głębokiego na trzy, może cztery metry koryta, którego ściany boczne były pochylone pod kątem mniej więcej czterdziestu pięciu stopni, dalej płaskiego dna, w którego środkowej części było zagłębienie, szerokie na jakieś pół metra i tak samo głębokie. Tym zagłębieniem płynęła cała esencja kanału – ścieki. Całość była bądź wybetonowana bądź ułożona z kamiennych płyt i cegieł rożnej wielkości. W pewnym sensie kanał był swego rodzaju azylem bowiem nie jeździły tam ani samochody, ani nie było tam chodników, tylko sporadycznie ludzie przemykali przez niego aby sobie skrócić drogę. Zapuszczając się wzdłuż kanału docierało się w końcu do ciekawszych miejsc, to znaczy rozpościerających się nad nim mostów i rożnych odnóg, które wiły się już całkowicie pod ziemią. Najciekawsze miejsca były oczywiście zakryte przed oczami, gdzie dotarcie wymagało zorganizowania się najlepiej w kilka osób z odpowiednim sprzętem typu latarki, kalosze, nawet maski przeciwgazowe z racji trujących oparów czy prosty zestaw narzędzi, który nie wiadomo kiedy może się przydać. Samemu wszedłem jedynie do kilku odnóg ale nie dalej jak na kilkadziesiąt metrów, a kanały biegły przecież, jak się mówiło, pod całym miastem, gdzie oprócz samych korytarzy były też różne komnaty z basenami, bynajmniej nie kąpielowymi, tamy, jazy, często imponujących rozmiarów. I to wszystko kryło się gdzieś głęboko pod ziemia, schowane przed zwykłymi, poukładanymi ludźmi, którzy obcowanie z nieczystościami ograniczali jedynie do konieczności odwiedzania domowej ubikacji. Ja natomiast i paru moich kolegów chcieliśmy zwiedzić te miejsca, gdzie spływał cały śmierdzący bród naszego milionowego miasta. Ten zamiar stał się w którymś momencie nasza wspólną obsesja. Oczywiście nie wspominałem nawet rodzicom w domu, że miałem takie zainteresowania bo oni z pewnością, a zwłaszcza matka, nie mogłaby tego strawić. Tak więc w tajemnicy przed resztą świata, któregoś dnia zebraliśmy się we czwórkę w mieszkaniu jednego z nas z potrzebnym sprzętem i ubiorem i wyruszyliśmy odkrywać podziemne tajemnice. Smaczku naszej wyprawie dodawał fakt, że kanały te nie były w całości nowe ale raczej stare, i jak wyliczyliśmy ich najstarsza ale i najciekawsza cześć powinna liczyć ponad sto lat. W razie czego wzięliśmy noże, ja miałem nóż wojskowy, który, nazwijmy to odkupiłem od jednostki, w której służyłem. To samo chciałem zrobić z karabinem ale to już niestety nie przeszło i wciąż marzyłem o posiadaniu choćby własnego pistoletu. Zeszliśmy do kanału i szliśmy wzdłuż koryta aż dotarliśmy do tunelu, gdzie miał swoje ujście dobrze nam znany korytarz prowadzący już do podziemnej części systemu. Zagłębiliśmy się w jego owalny przekrój. Gdzie biegł? Nie mieliśmy pojęcia bo nikt z nas nie miał żadnych map kanałów. Szliśmy po prostu przed siebie, bardziej na wyczucie. Szło się o tyle niewygodnie, że korytarz był w przekroju elipsą, na którego spodzie rzecz jasna płynęła śmierdząca strużka, w której, mimo kaloszy nie chcieliśmy brodzić więc musieliśmy iść suchym ale i niewygodnie pochylonym brzegiem. Z czasem jednak przekonaliśmy się do chodzenia środkiem bo zaczęły bolec nas stopy. Echo naszych rozmów i kroków niosło się daleko przed i za nami. Na czele naszej wycieczki szedł Wódz, później ja, za mną Błażej a stawkę zamykał potężny Michał, który chwalił się, iż pracował kiedyś w kanałach za granicą, więc mógł być nieoceniony dla naszej paczki. Z Wodzem studiowałem razem ekonomię, Błażej był kolegą Wodza, też student ale informatyki a Michała znałem z liceum. Pracował jako ochroniarz na rożnych imprezach okolicznościowych i w różnych lokalach rozrywkowych. Był również w wojsku ale służył gdzieś za granicą. Stanowiliśmy więc silną ekipę z dwoma komandosami w jej składzie. Oczywiście nie baliśmy się przypadkowych ludzi, jakich mogliśmy tu spotkać ale raczej nagłego oberwania się chmury nad miastem, co mogłoby dla nas oznaczać poważne kłopoty bo w takich przypadkach, jak pamiętałem z powierzchni, z reguły studzienki kanalizacyjne momentalnie się zapychały, a my tym razem, te same studzienki oglądaliśmy, co jakiś czas z drugiej niż zwykle strony, zadzierając głowę do góry i patrząc na sączące się przez nie białe światło królestwa dnia. Szliśmy dalej aż dotarliśmy do pierwszego rozwidlenia, po małej naradzie skręciliśmy w lewo i kontynuowaliśmy nasz marsz podobnie jak poprzednio. W którymś momencie zauważyliśmy kilka szczurów, które mimo małych, w porównaniu z nami, rozmiarów wywoływały u mnie zawsze pewien niepokój ale jednocześnie zawsze mnie fascynowały, nigdy nie wiedziałem dlaczego. Wreszcie doszliśmy do malej salki, w której krzyżowało się kilka eliptycznych odnóg, identycznych do tej, która właśnie przyszliśmy. Z góry majaczyło skąpe światło wpadając przez kratkę ściekową ale resztę ciemności rozświetlaliśmy za pomocą naszych latarek, bez których nie bylibyśmy w stanie dotrzeć do tego miejsca tak szybko. Tu zrobiliśmy sobie małą przerwę. - To co panowie, parę łyków dla kurażu? – zaproponował Błażej. - Dobry pomysł bo może to nas trochę znieczuli na ten smród. – powiedziałem ponieważ istotnie nieziemsko tam śmierdziało. - Ja już się przyzwyczaiłem. Nie wiem czy wiecie ale, kiedy uciekłem z domu zaraz po maturze - zaczął Michał - to wylądowałem we za granicą i tam pracowałem, no wiecie, to tu, to tam i trafiłem też do kanałów. Dobrze płacili więc to mnie cieszyło najbardziej ale wiecie wszystko po jakimś czasie się nudzi, więc po paru latach tułaczki wróciłem do kraju. - Wszędzie dobrze ale najlepiej w domu! – powiedział Błażej. - A wiecie, że to prawda. Nawet te kanały jakoś tak swojsko pachną. – zaśmiał się tamten. Tu zaczął opowiadać coś o swojej emigracji i tak staliśmy rozmawiając jeszcze dobre dziesięć minut. Kiedy butelka była już pusta, cisnęliśmy ja o ścianę aż rozbiła się na drobne kawałeczki rozbrzmiewając jeszcze kilka sekund echem po ciemnych korytarzach. My tymczasem zapuściliśmy się w głąb jednego z sześciu korytarzy, bacząc przy tym aby nie był to ten sam, z którego przyszliśmy bo po tej krótkiej przerwie w koncentracji, zaczęło mi się wszystko mieszać. Tym razem ja otwierałem pochód, widać przybyło mi po wódce wyraźnie więcej odwagi i tak zresztą się czułem. I znów po kilkudziesięciu minutach doszliśmy do rozwidlenia tym razem kanał dzielił się tylko na dwie odnogi i teraz dla odmiany wybraliśmy prawą stronę. Szliśmy dalej. Niebawem zaczęliśmy słyszeć podejrzany szum. - Panowie, słyszycie to co ja? - Ooo, chyba się nam kanał kończy. – ktoś zauważył i istotnie z oddali widać już było w świetle latarek, że owalny kanał, którym szliśmy i szliśmy niknął gdzieś w jakiejś dużej komnacie, jak określaliśmy tego typu pomieszczenia w kanale. - To może być basenowa komnata. – zauważył Michał. Na co Wodzu zaśmiał się: - Basenowa? Chyba nie myślisz, że wziąłem kąpielówki? - To są specjalne baseny wyrównawcze i spiętrzające wodę, chciałem powiedzieć ścieki. – tłumaczył Michał. - No to dobrze, że sprostowałeś bo już chciałem skakać na główkę z trampoliny. – zażartowałem. I istotnie ku naszemu zdumieniu, sala a właściwie, jak trafnie określił to Michał – komnata, bo była olbrzymich rozmiarów, a do tego grozy dodawała ta cała ohyda tej sytuacji – smród, ciągły złowrogi szum ścieków, szara wilgoć na ścianach i jeszcze to echo, które zwłaszcza tu, w tej dużej przestrzeni, dudniło niczym wewnętrzny głos kanału, niejako podkreślając, że nie ma z nim żartów. Staliśmy w milczeniu i rozglądaliśmy się wokoło, próbując zrozumieć każdy kawałek tej kamiennej jaskini zrobionej ręką człowieka dwudziestego wieku. - To jest dopiero cos! – powiedziałem z nieukrywanym podziwem. – Ciekawe, kiedy ktoś tu był ostatnio? Ooo, patrzcie! Tam jest jakaś drabinka! – zauważyłem, świecąc na wyrastającą ze ściany metalową konstrukcję. Ciekawe, gdzie prowadzi? - Zaraz się dowiemy! – odparł Wodzu i zapaliwszy sobie czołową latarkę, zaczął wspinać się po szczeblach aż doszedł na samą górę. - Hej tam na dole! – zamachał nam latarką Wodzu. - Tu są jakieś drzwi i zaraz chyba je otworzę. Szlag by to trafił! Zamknięte! - Co mówisz bo cię nie słychać przez ten szum!? – zawołaliśmy z dołu to znaczy z dziesięciu metrów niżej. - Mówię, że drzwi są zamknięte! – krzyczał z góry Wodzu. - Dobra, to ja pójdę zobaczyć. – odparł Michał. – Drzwi to moja specjalność. – I już za chwilę sprawnie, jak na komandosa przystało, wdrapawszy się na górę, majstrował swoimi wytrychami w zamku i zamek się poddał. Drzwi zaskrzypiały i dwóch kolegów weszło do środka. - Widzisz cos? – zapytałem Błażeja. - Nie, już ich nie widać, chyba gdzieś weszli. - Idziemy? - Jasne! Co będziemy tu stać! – i za chwilę także i my staliśmy pod betonowym sklepieniem komnaty, widząc w dole baseny w całej okazałości, jak najpierw ściek dużym strumieniem wylewał się z potężnej dziury w ścianie, ze dwa razy większej od tej, z której tu przyszliśmy, do pierwszego basenu, potem do drugiego i w końcu do trzeciego, z którego już wartki strumień rozdzielał się do kilku otworów. Po chwili wszyscy razem staliśmy w małej, ciemnej sali, w której była jakaś stara szafa sterownicza i zaledwie kilka przycisków na jej metalowej obudowie. Po krótkiej dyskusji, nacisnęliśmy przycisk odpowiadający za oświetlenie pomieszczenia i nagle zrobiło się w miarę jasno za sprawą kilku lamp przymocowanych do sufitu. Inne przyciski odpowiadały za oświetlenie różnych części podziemnego królestwa smrodu i wilgoci. I za chwilę cała dolna komnata z basenami była już oświetlona skromnym światłem. Teraz było widać, jak naprawdę była duża. Na ścianie sterowni była również mocno przybrudzona mapa kanału, z której wyczytaliśmy, jak dotrzeć do jego samego serca czyli, jak mówił Michał, olbrzymiego basenu retencyjnego, który sądząc z proporcji mapy musiałby mieć około dwustu metrów…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil andriosz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…