Suma strachów i obłędów
Mieszanka muzyki Vangelisa, przemijania Auschwitz - Birkenau i własnej autorskiej fantazji
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Sylwia J. Grygorowicz
S U M A S T R A C H Ó W I O B Ł Ę D Ó W
„ Biorąc od drzwi swój początek, Droga bieży wciąż przed siebie Hen, rozwinął się jej wątek, Czas więc teraz i na ciebie”
J.R.R. Tolkien
Dom nasz stał na uboczu. Wokół wyrastały wielkie, spiczaste drzewa, a zza ich rachitycznych koron prześwitywały żleby górskie – góry pięły się wysoko ponad naszymi głowami. Tym, co pamiętam najlepiej, była wilgoć – mokre skały, mokre drzewa i podsycone wilgocią, wiecznie szare niebo. Szarość była wszędzie – wyzierała spomiędzy pozornie zielonych liści, rozsnuwała swoje sieci między górami a niebem; szarość i wilgoć. Dom nasz stał na skalnej półce – jeden jej koniec urywał się w przepaść, drugi opływał delikatnie wokół góry, aż przechodził w górską łąkę, przyczajoną w cieniu szczytów. Pasował on do krajobrazu: miał na wpół zmurszałe ściany i ciemnoszary, ostro ścięty dach. Przylegał do ściany skalnej; podwórze porastały drzewa, budując szumiące sklepienie. Czasami, kiedy przez szare chmury spoglądało słońce, korony pełne były ich światła; cieszyłem się wtedy. Rozległy widok mieliśmy z naszego domku – ogromne pole, ogromne niebo i daleki, mglisty horyzont – lubiłem patrzeć w ten obraz, obserwować, jak rankiem rozdziewa się z mgieł, a wieczorem ubiera w mrok. Wtedy, czyli kiedy byłem bardzo mały, nie obchodziła mnie pustka wkoło naszego domu. Nie widziałem nikogo poza ojcem, matką i młodszą siostrą. Nie dziwiło mnie to, że matka nie wypuszcza nas z domu po zmroku; przyjmowałem to po dziecięcemu – narzekałem chwilę, po czym wynajdowałem nowe zajęcie. Beztrosko mijały moje dni. Kiedy zobaczyłem pierwszego człowieka spoza rodziny? Pamiętam – takich rzeczy się nie zapomina. Gwoli ścisłości – słowo „człowiek” nie jest dobrym określeniem.
-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-
Nigdy nie widzieli tak dziwnego miasta. Wspinali się doń mozolnie, walczyli z wichrem i zniechęceniem, a gdy przybyli… Powitał ich wąwóz. Wilgotna, chłodna skała, porośnięta mchem i pocięta miniaturowymi, srebrzystymi strumykami wyrastała nad nimi z dwóch stron, niebo wisiało ciemnym, szarym paskiem, kosodrzewina porastająca stok pojawiała się czasami na krawędzi skał i nieba, potem zaś… Wydało się im, że zbłądzili – Ries zagryzł wargę, Ratter zaklął, a wiatr poniósł jego głos. Gdy tylko wyszli z wąwozu, uwieńczonego skalnymi schodkami, znaleźli się na ogromnej półce skalnej. Z jednej strony piętrzyły się skały należące do masywu górskiego, co majaczył gdzieś w ciemności, z drugiej kłębiły się skałki pomniejsze. Cisza i wicher, gdzieniegdzie zza rumowiska wyglądał siwy horyzont. Tak, zbłądzili. Znów nie znaleźli Miasta. Ostatnie gwiazdy już gasły; świat spoczywał zatopiony w przedporannej szarudze, a biała, coraz wyraźniejsza plama w stadzie obłoków, zwiastowała słońce. Ries i Ratter upadli na duchu. Byli tutaj sami, pośród nieprzyjaznych skał i przestrzeni, co napawała niepokojem. To nie był ich świat. Stanęli w bezruchu u wlotu wąwozu i czekali. Chłodny wzrok Riesa świdrował ziemię, wiatr targał włosy a ostre rysy twarzy zaostrzały się jeszcze bardziej. Nie był zadowolony, zastanawiał się nad przyczyną swojej pomyłki. Nie lubił się mylić, zresztą, istotom jego pokroju to nie wypadało. Szczególnie teraz, kiedy mają tak ważne zadanie, myślał, a twarz mu bladła. Dziwnym człowiekiem był Ries Awerpii. Wyniosły, chłodny, milkliwy, wydawał się gościem z innego, obcego świata. Był szczupły, sprawiał wrażenie chorowitego ze swoją ziemistą cerą – z wyglądu typowy słabeusz, ale przebijała przezeń ogromna siła ducha. Wynaturzony, żelazny intelektualista, odrzucający każdą niedoskonałość. Ratter Effort rozglądał się dookoła. Podziwiał ogrom gór, obserwował powolny ruch obłoków,, chłonął atmosferę poranka. Inny był niż Awerpii – miał duże, zielone oczy, pogodne wejrzenie i kręcone włosy; dobrze zbudowany i zawsze lekko uśmiechnięty, budził w ludziach zaufanie. Zapraszano go często do kompanii – Awerpiego za bardzo się bano, Ratter zaś sprawiał wrażenie sympatycznego, młodego człowieka. Jednego spośród wielu, znającego i rozumiejącego życie wielu. Stał więc Awerpii i przeklinał samego siebie, stał Effort i mimo niepowodzenia odczuwał radość z wędrówki, kiedy jedna ze skał rozbłysła rzędami świateł. A potem zapalały się następne skały, aż dwaj wędrowcy pojęli fenomen szukanego miasta. To przecież Wykute Miasto…
.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.
Kobieta owa nawiedziła nas wieczorem. Moja matka tuliła do siebie siostrę, ojciec przekładał drwa w palenisku a ja przewracałem klocki, kiedy w mroku okna zabłysła twarz. Ludzka twarz! Twarz kogoś obcego. Atmosfera prysła: ojciec porzucił drwa, ja klocki; siostra nie chciała już spać, a matka zaczęła się niepokoić. Zbladła, gdy kobieta weszła. Nie, żeby ktoś jej otwierał; ot, tak po prostu weszła do naszego domu. Nie dziwiło mnie to: skąd miałem wiedzieć, jak powinni zachowywać się goście, skoro nigdy ich nie mieliśmy? Kobieta była prawie taka sama jak matka, zdziwiłem się wtedy, jak to małe dziecko; inny miała tylko ubiór, bo czarną suknię, rozpuszczone, a nie upięte włosy i… Oczy jej były dziwne, płonące i żarzące się. Niewiele rozumiałem z tej sceny. Kobieta stała w drzwiach. Ojciec naprzeciw niej, ja po jego drugiej stronie, pod przeciwległą ścianą, a matka z siostrą pośrodku nas – rozsypani po całej izbie. Gość przez jakiś czas oglądał wszystko tym strasznym, ognistym wzrokiem – ojciec był spokojny, matka bladła coraz bardziej, siostrze kleiły się oczy, a ja chciałem do klocków. - A jednak? – zapytała matka. - A jednak – kobieta podeszła do niej. Przez chwilę mierzyły się wzrokiem – moja ciepła i przyjazna matka z tą mroczną panią. Jaki kontrast… - Jesteście ostatni – powiedziała ona. – Ręka. Matka spojrzała na ojca. Taką ją zapamiętałem, drobną, w aureoli kominka, z półśpiącą siostrą u piersi. Moja mama, moja kochana mama. - Sztylet – odparła matka, delikatnym ruchem dłoni obudziła siostrę i postawiła ją na ziemię; dziecko pobiegło do mnie, a ja objąłem je instynktownie. Mama spojrzała na nas przez ramię, potem rzuciła długie spojrzenie ojcu. Coś srebrnego zalśniło koło jej szyi i mama upadła. To naruszyło trochę bieg moich myśli; już nie martwiłem się o klocki. Czułem się coraz bardziej nieswojo, coraz mniej pojmowałem, a coraz bardziej się bałem. Kobieta podeszła do ojca i bezceremonialnie, prawie z marszu ugryzła go w szyję. Coś chrupnęło. - Eniel, gryzie – wymruczała mała zachwycona, ja jednak nie podzielałem jej entuzjazmu. Co to za człowiek, który gryzie w szyję i dlaczego on to robi? I czemu mama się nie rusza, zawyło coś we mnie. Zaraz potem kobieta stanęła przede mną – jej oczy zajrzały w moje. Straszne miała oczy. Bezgranicznie czarne, przyćmione fioletowymi refleksami, jakie przemykają zazwyczaj po powierzchni baniek wodnych, z krwistoczerwoną obwódką. Coś złego z nich promieniowało… A potem coś chłodnego przecięło moją szyję…
.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.
Światełka okazały się oknami, a skały domami. W takim domu, w kamienicy, siedzieli teraz Ries i Ratter. Dzień miał się ku końcowi, oni zaś zwiedzili już całe Wykute, przeszli wszystkie jego półki, porozmawiali z wysokimi i czarnowłosymi ludźmi – tak, dobrze trafili, tego szukali. Ludzie tutejsi byli dzicy i zamknięci w sobie, wnioskował Awerpii, obserwując postacie w grubych szatach koloru khaki, brodatych mężczyzn i dobrze zbudowane kobiety. Dużo tu było dzieci, ale nie przypominały one rozbrykanych rówieśników z innych miast – te z Wykutego były ciche, przesuwały się powoli na tle skał, bez okrzyków, śmiechów i gonitw; powiedzenie „dzieci i ryby głosu nie mają” pasowało do nich przerażająco. Ulice miasta nie były podobne do innych miejskich alei, z gwarem, hałasem, turkotem wozów, wrzaskami przekupek i wędrownych kuglarzy – wśród kamiennych domów i wyłaniających się z kamienia podwórzy panowała cisza, tylko ludzie snuli się powoli albo maszerowali szybko, nie rozglądając się dookoła. Twardy, posępny, prosty lud, myślał Awerpii i wiedział, że się nie mylił. Nie on. Dziwna dostali izbę, choć tutaj był to zapewne standard – cała wykuta w skale, miała owalny kształt, nierówne, chropowate, poryte ściany i pajęczyny w skalnych załomach; wyglądała bardziej na jaskinię, a małe światełko nie było w stanie pokonać wypełzającego zewsząd mroku. Unosiła się w niej woń zgnilizny i rozkładu, takie niezdrowe, zatęchłe powietrze. Nie przeszkadzało to jednak wędrowcom. Awerpii siedział zamyślony pod okienkiem, Ratter leżał w ściennym wgłębieniu spełniającym rolę łóżka. Milczeli; zerkali tylko czasem na siebie, jakby pytali się o coś bardzo istotnego.
.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-
Tak, jestem wąpierzem. Już wam tłumaczę: niegdyś wkoło naszego domu była wieś. Taka całkiem przyzwoita górska wioska z mieszkańcami. Któregoś dnia jednak w jej okolice zabłąkał się wąpierz. Nie wiem dlaczego, może jakiś zakład z koleżkami, albo klątwa, ale postanowił całą naszą wieś przemienić w istoty takie jak on. Stworzyć całą wieś wąpierzy. Ugryzł jednego i łańcuszek ruszył. My byliśmy ostatni – nasi sąsiedzi czyhali na nas, ale resztki człowieczeństwa ich wstrzymywały. Słabe były te resztki. Mi to się nie podobało od początku – jakoś tak nie mogłem rozsmakować się w podgryzaniu ludzkich szyi, nie sprawiało mi to radości czy podniety, wręcz przeciwnie: czułem się wtedy jak bezrozumne zwierzę, a więc nader podle. Dlatego z tym zerwałem. Tak zwyczajnie. Odszedłem od innych wąpierzy, to raz. Nie wiązało mnie z nimi nic, tatulo dawno opuścił wieś, szukając świeżej krwi, siostrzyczka rozsmakowała w rzemiośle, a resztę braci – wąpierzy miałem gdzieś. Odszedłem wysoko w góry. Tam, w samotności, zmagałem się z żądzą krwi. Długo to trwało. Żądza nie pochodzi od świata, a od wyższych sił zła, te zaś, gdy raz coś schwycą, to długo nie wypuszczą. Rzuciłem wyzwanie nie lada komu – walka wyniszczyła mnie, wykończyła prawie i przywiodła niemalże do obłędu, ale wytrzymałem. Jestem zwykłym człowiekiem. No, prawie – mam oczy z fioletowymi refleksami na tęczówce. Bo po tym tylko poznasz wąpierza; cienie, zęby, czosnki, wszystko to bujda. Ale gdy ktoś ci błyśnie fioletowym ślepiem, to się bój. A gdy ślepie owo ma czerwoną obwódkę, toś zginął. Co robię potem? Miasto. Gdy schodziłem ledwo żywy z gór, całkiem przypadkiem trafiłem do Wykutego. Zostałem. Pokochałem. Pokochałem stoki osnute mgłą, które idą hen, w dalekie kraje. Pokochałem ugwieżdżone niebo nad świecącymi światłem mieszkań skałami. Pokochałem mrukliwych ludzi i małe, wyrastające gdzieniegdzie sosenki. Pokochałem to zawieszenie miedzy niebem a ziemią, realnym a nierealnym, polami a gwiazdami. Znali mnie tutaj…trudno było nie znać! Wyróżniałem się: nosiłem się na czarno, miałem do ramion wprawdzie, ale proste włosy, no i te mimo wszystko dziwne, ogniem podsycone oczy. Ale zaakceptowano mnie. A ja nie miałem ciągot do gryzienia ludzi w szyję, co odnotowałem ze swoistym wzruszeniem. Snułem się gdzieś po obrzeżach, po dachach domów, o ile możemy mówić w tych kategoriach; najczęściej wyłaziłem na tą zewnętrzna część skalnego masywu, poza którą już tylko uskok w przepaść i patrzyłem na dalekie pola, daleki horyzont. Widziałem, jak obejmuje go jutrzenka, widziałem, jak pole nasyca się blaskiem, widziałem krew zachodu i gwiazdy nade mną. Czułem dal, czułem głębię i wicher w moich włosach, który przybiegał do mnie Stamtąd. Pokochałem przestrzeń, mogłem godzinami patrzeć w jej oblicze, podziwiać i ubóstwiać każdy szczegół, odcień czy kształt. Fascynowała mnie ogromem i rozległością, przy której nikło wszystko, wszystko stawało się niewiele znaczącym dodatkiem. Dlatego najbardziej w świecie chciałem zobaczyć morze. Morze o zachodzie, morze pod gwiazdami, morze w blasku dnia…nic innego nie było mi potrzebne, ja tylko chciałem morza. Taki zbzikowany wąpierz.
.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.
Ranek wstawał powoli nad Wykutym Miastem. Niebo spowijały skłębione, burzowe chmury – poszarpane szczyty gór ociekały nocnym deszczem a zapach wilgoci unosił się w szczypiąco chłodnym powietrzu. Kamienne domy zdawały się wymarłe – na ulicach zalegała jeszcze pustka nocna. Przypadek. Z ogromu skały, która przycupnęła przy górnym masywie, z ciemnej szczeliny wyszło dwóch ludzi. Jeden stąpnął w kałużę, zaklął; drugi zaśmiał się cicho. Na półce drugiej zaś, gdzie mieszkali wybitniejsi tego świata, a skały, poza szarością, błyskały niekiedy bielą marmuru, ciszę poranka zakłócił odgłos kroków. Kobieta. Śpieszyła się. Być może uciekała. Dwaj mężczyźni przechodzili powoli skalne zaułki, rozglądali się. Wchodzili w szczeliny między głazami, w cieniste przedsionki i dziedzińce kamiennych kamienic, gdzie niebo było małym prostokątem nad głowami. Poznawali miasto od środka. Kobieta popatrzyła nerwowo na niebo; chmury harcowały z wiatrem, zwiastując nowe ulewy. Dwaj mężczyźni ukrytymi korytarzami dziedzińców trafili na drugą półkę. Kobieta odwróciła się do nich. Pustka nocna została naruszona. Stali daleko od siebie. Nie widzieli dokładnie swoich kształtów – ona już schodziła z drugiej półki, stojąc na skalnych schodkach, oni wyszli w pobliże uskoku kończącego trzecią. Najpierw wydali się sobie marami z uśpionego miasta. Dopiero potem pojęli, kim dla siebie są. Myśliwi i ofiara.
.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-
Tego poranka siedziałem na skałach. Pode mną ziała przepaść, masyw schodził w tym miejscu prawie pionowo w dół, a w dali szarzały pola; taki zwilgotniały, wymiętoszony świat. Mokłem całą noc. Deszcz szalał, siekł, ciął, to znowu spływał leniwie; wystawiałem się na razy lodowatych biczyków kropli, patrzyłem w zadeszczony bezkres i było mi dobrze. Czarne obłoki burczały, przekręcały się jak potworne szczenięta, sina dal szarzała coraz bardziej od deszczowych smug, skały wisiały nad moja głową a ja mokłem. Tęskniłem do mojego wyśnionego morza. Wiedziałem, że nigdy doń nie trafię. Smutno. Powód? Banalny. Nie znałem drogi. Ludzi z miasta nie obchodzą takie rzeczy, im wystarczają ich góry. A wąpierze nie są wszechwiedzące. Siedziałem na takiej wąskiej półeczce – tam, gdzie się usadowiłem, starczało jej na tyle, by siąść z nogami zwieszonymi w przepaść, ale parę kroków dalej tworzyła nawet pokaźny cypelek. Jest cisza, tylko chmury pomrukują dziko, a wiatr zawodzi. Mokre ubranie mnie oblepia, woda ścieka mi po głowie, przez włosy, nos i osmagane wiatrem policzki, pobudza wszystkie komórki ciała. Czuję, że żyję, przyroda okazała na mnie swą siłę w wietrze i deszczu, które szarpały mnie przez całą noc i przyjęła w swoje szeregi; teraz byłem jednym z burzowych stworzeń, cząstką tego szaleństwa natury. I wtedy… Cóż, zdarza się – nie każdy ma wyczucie taktu, nie każdy wie, kiedy wejść. Wtedy bowiem na cypelek zeskakuje kobieta. Rozgląda się bacznie, trochę chwieje pod naporem wiatru i poczuciem wysokości; nagle widzi mnie. A ja widzę ją. Nieszczególna. Włos bezładny, twarz zniszczona, zmrużone oczy i jakaś taka sfatygowana kiecka. Spoglądam tęsknie na dalekie pola i klnę tych ludzi na czym świat stoi. Kobieta już chce do mnie zagadać, gdy z góry zeskakuje dwóch mężczyzn. Jeden ma gębę zimnego drania, drugi wiejskiego poczciwiny. Wiatr targa ich płaszcze; rozglądają się szybko dookoła, a ja, zanim ich wzrok padnie na mnie i włączą mnie w swoją historię, uciekam im. Jak? Ano, zwyczajnie, w przepaść. Nurkuję. Otchłań pode mną, w której pod mgłami – mam nadzieję – jest trawa. Szybkie odbicie nogami, smagnięcie wiatru, sprzężenie mięśni, taki oczywisty i naturalny ruch, taki skok… Nie. Uczepiłem się skalnego wyłomu, zawisłem. Ciekawość? Raczej przeczucie. Coś mi mówi, żebym został. Wiszę więc, wczepiony palcami w skałę; nie podołam zbyt długo, ale spróbować można. Wiatr smaga mnie równo, kołyszę się podług jego oddechu. Głowę opuszczam na plecy, czuje mokre włosy na skórze, widzę niebo do góry nogami. Nadchodzi jutrzenka. - Mamy cię – głos jednego przywraca mnie rzeczywistości. Ale się człowiek wysilił… - Kopnąć ci? – odpala dziewczyna. Ale się wysiliła… - Ratter, ona mi grozi – śmieje się tamten. No, teraz już zabłysnął. I już chcę puścić palce, zdjąć z nich ciężar własnej osoby, gdy… - Ugryźć?! – szybka myśl: albo desperat, albo wąpierz. Ja generalnie nie jestem ciekawski. Nie interesują mnie sprawy braci, a już zupełnie braci – wąpierzy. Ja powiedziałem, co ja o tym myślę, moja droga jest inna. Ale sytuacja, kiedy dwóch, wnioskując po wypowiedziach, półinteligentów grozi wąpierzowi, jest w stanie zaintrygować nawet mnie. Myśli moje biegną teraz dwutorowo: raz, że słyszę tamtych troje, dwa… Nade mną wyrasta ogromna, szara góra. I ja w oczy tej góry patrzę. Syk, prychnięcie. A jednak wąpierz, myślę, szykuje się do ataku. Pisk. Pełen bólu i krzywdy. Co oni jej zrobili? Albo ona udaje i jest tylko obłąkana, czy coś w tym stylu, czego nie wykluczam, albo oni są nadludźmi. Zwyczajni śmiertelnicy nie mogą tak traktować wąpierza a i mało który wąpierz zgodziłby się na takie traktowanie. Więc o co chodzi? - Będziesz gryźć? - Będę. Pisk. - Nie radzę. Jak cię zwą? Splunięcie. Pisk. Co tam się dzieje? Góra wisi wielka i dostojna, nie obchodzą jej walki na jej łonie. - Imię. - Mala – słaby to głos, zbolały. Mala…słyszałem to imię. - Ładnie. Pójdziesz z nami. Niezwykła scena. Właściwie mogło by jej nie być, taki taniec w sennej mgle. Ja mógłbym teraz zluźnić palce, poszybować w dół, upaść, dojść do siebie, wstać i toczyć dalsze życie, wyrzuciwszy z pamięci tych troje. Chciałbym,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ikebana
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…