Świat w Płomieniach, Rozdział I, wątek Ayre
Słowem wstępu: Nizarun to starożytne miasto, oparte na systemie przypominającym drabinę feudalną, pełną rozmaitych hrabiów, książąt i całej rzeszy innych szlachciców, utrzymywanych przez rolników, którzy też zresztą stanowią trzon jego sił wojskowych
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Coś zimnego spadło na moją twarz. Udało mi się otworzyć oczy i spojrzeć w górę. Chmury zasłoniły słońce. Ironia losu - po trwającej długo suszy deszcz spada na moje pola akurat wtedy kiedy leżę tu i umieram. Brzuch boli mnie jak cholera. Halabarda tego niebieskiego skurwysyna wypatroszyła mnie jak stary Hassan bydło. Właśnie, ciekawe czy jemu udało się przeżyć i dotrzeć do miasta zanim zamknęli bramy. Stawić opór, też coś... Ha, przetoczyli się po nas jak stado chartanów! Cholerny deszcz... Muszę jakoś osłonić oczy. Nie mogę podnieść ręki, chyba coś ją blokuje... Rana odzywa się nową falą bólu, gdy podnoszę głowę. Nie coś, tylko ktoś; młody Sam, chłopak od dekarzy przygniata moje ramię do ziemi i wlepia we mnie wytrzeszczone oczy. I pomyśleć, że wzdychały do niego wszystkie dziewczęta we wsi. Cóż... ta rozłupana czaszka zdecydowanie odebrała mu trochę uroku.
- No i co się tak gapisz? - zapytałem i zaśmiałem się. Nie najlepszy pomysł. Poczułem krew w gardle i zaniosłem się kaszlem.
Ha, nawet przed śmiercią prześladuje mnie monotonia. Nieciekawe stosy trupów po obu stronach nie pozwalają mi popatrzeć na inne, rozrzucone bezładnie stosy trupów. Te może byłyby ciekawsze. W niebo też nie za bardzo idzie patrzeć, cholerny deszcz... Nie, żeby było co oglądać, ot, zniżające lot ścierwojady.
Jest coś znajomego w tym stosie zwłok po prawej... Zaraz, zaraz... A tak, już widzę. Czyli Hassanowi nie udało się jednak dotrzeć do miasta. Głupi tłuścioch. Całe życie kroił bydło, a nie umiał pokroić paru Ayrańczyków. W gruncie rzeczy żaden z nas nie powinien nigdy się tu znaleźć. Wszyscy zginęli, bo dostaliśmy włócznie, ale nikt nie nauczył nas, jak się nimi posługiwać.
Odwróciłem głowę w drugą stronę i splunąłem na jakieś bezimienne zwłoki. Niech szlag trafi księcia i jego cholerne „męstwo”. Sam oczywiście przeżył, heroicznie prowadząc odwrót, otoczony bezpiecznie kordonem straży. Tylko że to my leżymy tutaj, pocięci, pokłuci, naszpikowani strzałami, setki chłopów, sług i innej hałastry, żeby on mógł czuć się bohaterem. Kolejny spazm bólu. To już niedługo się skończy. Jakoś nie czuję żalu. Nie wiem, czy dużo lepszy byłby dalszy żywot rolnika; wstawanie o świcie, praca, czasem obiad, jeśli czasy są lepsze, znów praca, bezsilne zaciskanie pięści, gdy książę zabiera moje plony... Och, ból odszedł. To dobrze. Nie czuję już ran. Nie mogę wstać... Co jest?! Nóg też nie czuję... Ale ja muszę wstać, spadł deszcz, czas siać!
Chyba poleżę tu trochę. Jestem taki zmęczony.
Coś zimnego spadło na moją twarz. Deszcz? Och, wspaniale! Tyle na to czekałem. Będę mógł obsiać pole, kiedy wrócę do domu.
.....
Żołnierze księcia przyszli po Eryka, kiedy orał pole.
Eryk otarł pot z czoła. Ziemia wysychała na wiór w palących promieniach słońca. Już miał wrócić do pługa, gdy jakiś ruch na odległym krańcu pola przykuł jego uwagę. Kilka postaci przedzierało się przez hałdy świeżo zaoranej gleby; ich sylwetki drżały w powietrzu najgorętszego lata w historii. Wyprostował plecy, kręgi z trzaskiem wskoczyły na swoje miejsce. Wytężył wzrok, usiłując dokładniej przyjrzeć się przybyszom. Na widok pancerzy książęcej straży poczuł niepokój. Jakie licho ich tu przyniosło? - pomyślał - Czyżbym zapomniał zapłacić daniny? A może to ten psi pomiot Randal nagadał na mnie u sołtysa?
Czterej żołnierze tymczasem podeszli bliżej. Jeden z nich, najpewniej dowódca, wyjął spod napierśnika zwój i pióro, rozwinął go i zapytał:
- Eryk, syn Makina?
- To ja - odparł zgodnie z prawdą wieśniak. Żołnierz z zadowoleniem skreślił coś na liście, schował pergamin i powiedział:
- Pójdziesz z nami.
Skinął na swoich ludzi. Ci otoczyli zdezorientowanego Eryka i powiedli z powrotem do wsi.
Na rynku panował chaos. Wzburzony tłum otaczał równy szereg pocących się w zbrojach żołnierzy. Za nimi, wokół podwyższenia, na którym stała szubienica, upchnięto chyba wszystkich mężczyzn z wioski.
- Zrobić przejście! - krzyknął do blokujących im drogę ludzi dowódca prowadzącego Eryka oddziału. Jego żołnierze drzewcami pik rozdzielali ciosy odsuwającym się zbyt wolno. Dostrzegłszy ich, szereg strażników rozstąpił się i Eryk został brutalnie popchnięty ku reszcie stłoczonych wieśniaków.
- Co się dzieje?
- Będą nas wieszać?
- O co im chodzi? Przecież płaciłem daninę...
Rozlegały się wystraszone głosy. Nagle na schodach prowadzących na szubienicę zadudniły kroki. Na podwyższeniu stanął otyły, odziany z przepychem mężczyzna. Obrzucił mieszkańców wsi pogardliwym spojrzeniem, wyjął zwój pergaminu i zaczął czytać:
- Rozkazem miłościwie panującego nam Anaryka, księcia Nizarunu, hrabiego Lommiru i Wzgórz Rost, ogłasza się, co następuje: wszyscy mężczyźni zdolni do trzymania broni mają obowiązek stawić się w najbliższych koszarach wojskowych w celu odbycia przeszkolenia. Każdy odmawiający wykonania tego rozkazu zgodnie z prawem wojennym zostanie oskarżony o dezercję i stracony na miejscu. Nasz kraj został zaatakowany i jesteście zobowiązani do jego obrony.
Herold zszedł z podwyższenia.
- Koniec przedstawienia, rozejść się! - krzyknął najstarszy stopniem strażnik. Jego ludzie utworzyli kordon wokół przestraszonych chłopów i wywiedli ich ze wsi, siłą torując sobie przejście wśród tłumu.
Żołnierze wyprowadzili ich na ubity trakt. Tam zwiększyli tempo. Szli szybkim marszem, a gdy któryś z chłopów odstawał, narażał się na ciosy drzewcami zamykających pochód. W pewnym momencie minęli się z nadchodzącym z naprzeciwka rolnikiem prowadzącym na postronku derbena. Wynędzniały starzec przystanął i odprowadzał oddalającą się grupę pełnym smutku spojrzeniem, jakby nie spodziewał się już więcej ich ujrzeć. Po zdawałoby się niekończącym się marszu w gorących promieniach letniego słońca dotarli do kręgu kilkunastu ustawionych bezładnie na rozstaju namiotów. Na pobliskiej połaci płaskiego terenu dziesiątki uzbrojonych we włócznie chłopów dźgały słomiane manekiny pod czujnym okiem wojskowego instruktora.
- Nie tak, żałosne kmioty! - darł się instruktor - Chcecie ich tymi włóczniami zabić czy połaskotać?! Hej, ty! Tak, ty, kretynie! Atakuje się OSTRYM końcem!
Dowódca eskorty walnął jednego z prowadzonych chłopów w potylicę.
- Na co się gapicie? - krzyknął - Do szeregu!
Eryk doszedł do wniosku, że w armii większość ludzi porozumiewa się, krzycząc. Ciekawe, po jakim czasie kompletnie głuchną - pomyślał. Drżący ze strachu wieśniacy ustawili się w nierówny, falujący nerwowo szereg.
- Słuchajcie mnie, bando żałosnych kretynów - warknął dowódca - Większość z was pewnie nadal nie ma pojęcia, czemu się tu znaleźliście. Być może nawet w tej swojej zapadłej dziurze słyszeliście o Ayrańczykach.
- Mój szwagier ponoć kiedyś jednego spotkał. Mówił, że to kupcy, i że skórę mają jak niebo podczas burzy - odezwał się ktoś z szeregu.
Dowódca skinął głową - Kupcy, prawda? Otóż już nie. Dwa dni temu wysadzili desant na wybrzeżu w pobliżu Nizarunu i zajęli wsie na wschód od stolicy. Teraz zbierają się do ataku na miasto. Dlatego też jego książęca mość wezwał was, byście pomogli w obronie naszego kraju.
- Skoro pokonali książęcą armię na wybrzeżu, co możemy zmienić my? - zapytał Wyl, uchodzący we wsi za myśliciela.
- Moim zdaniem banda takich bezwartościowych pomiotów może tylko obniżyć sprawność bojową naszej armii, ale cóż - wzruszył ramionami - książę rozkazał, a ja mam wcielić te rozkazy w życie.
- Od tej pory, zapomnijcie o pługu - kontynuował - Jesteście teraz nizariańskimi żołnierzami w służbie jego książęcej mości Anaryka i będziecie wypełniać jego polecenia nie zadając pytań, choćby kazał wam podetrzeć sobie dupę. Za dwa dni o świcie wyruszamy pod mury stolicy, by tam stawić czoła wrogiej armii. Do tej pory, choćby mnie piekła miały pochłonąć, wpoję wam trochę wojskowej dyscypliny, a zacznę od ustawienia was w szeregu jak należy!
.....
Eryk z zapałem wykonał pchnięcie włócznią. Z manekina posypała się słoma. Jeszcze wczoraj ubogi rolnik, a dziś żołnierz armii Nizarunu czuł wypełniającą go dumę. Nie mógł się doczekać, aż na miejscu manekina znajdą się Ayrańczycy z krwi i kości. Wyobraził sobie, jak przeszywa wroga włócznią, a ten pada na usłane trupami pole. Kolejnego powalił jednym celnym ciosem; nie uchroniła go jego kiepskiej jakości zbroja. Mimo wszystko, wrogowie wciąż napływali - nieprzeliczone hordy złaknionych krwi barbarzyńców, wsparte setkami chłopów, zagnanych batem na pole bitwy. W jego rozmyślania wdarł się ostry głos instruktora.
- Ej, ty tam, co ty sobie wyobrażasz, kmiocie?! Wracaj do ćwiczen!
- Oczywiście, panie - rzekł pokornie Eryk. Zobaczymy, jak zaśpiewasz, kiedy jego książęca mość podaruje mi szlachectwo za odwagę pomyślał z mściwą satysfakcją. Oczyma duszy widział już tą scenę - stos martwych wrogów u jego stóp, niedobitki pierzchające w popłochu przed zwycięskimi Nizariańczykami. Książę Anaryk podjechał na białym koniu, odziany w lśniącą zbroję, patrząc z dumą na swe tryumfujące oddziały. Jego wzrok padł na Eryka.
- Tyś jest Eryk, syn Makina? - zapytał - Powiadają, że to ty ocaliłeś sytuację.
- Panie - odparł Eryk, padając na kolana - Zrobiłem tylko to, co trzeba, by ratować nasz kraj.
Książę skinął głową z uznaniem.
- Skąd jesteś, Eryku, synu Makina?
- Ze Starego Mostu, wasza miłość.
Książę zsiadł z konia i podszedł do klęczącego bohatera. Dobył miecza.
- W uznaniu twych zasług dla tronu i dla kraju nadaję tobie i twym potomkom szlachectwo i Stary Most we władanie aż po wsze czasy. Rządź nim mądrze, Eryku ze Starego Mostu.
Eryk dźgał manekina raz za razem, pogrążony w świecie fantazji.
- Dobra, koniec na dziś! - krzyknął instruktor - Wracajcie do namiotów, wyruszamy o świcie!
Zmęczeni chłopi z ulgą powlekli się ku namiotom, zbyt wyczerpani, by zaprzątać sobie umysł nadchodzącą bitwą. Eryk zasnął kamiennym snem, kiedy tylko położył się na swoim kocu.
.....
- Wstawać, parszywe nieroby! - wydarł się żołnierz, który przyszedł ich obudzić, po czym kopnął Iana, który miał pecha dostać miejsce najbliżej wejścia. Chłopi z jękiem podnosili się z posłań. To już dziś pomyślał Eryk, wciągając przydziałowy skórzany pancerz. Poczuł podekscytowanie połączone z niepokojem. Poborowi opuszczali namiot, chwytając stojące pod ścianą włócznie.
- Szybciej, szybciej - poganiał ich żołnierz - Formować kolumnę marszową!
Na zewnątrz ponad setka zaspanych chłopów ustawiała się już w szeroką na pięciu mężczyzn kolumnę. Pomiędzy nimi uwijali się pomocnicy kwatermistrza, rozdzielając poranną rację żywności. Eryk wpatrzył się w otrzymany kawał chleba i pasek suszonego mięsa. Na samą myśl o jedzeniu jego żołądek ściskał się boleśnie. Rozejrzał się wokół. Wielu innych chłopów miało najwyraźniej ten sam problem; strach nie pozwalał im przełknąć choćby kęsa. W tym momencie kapitan dał rozkaz wymarszu. Dobosz zaczął wybijać mocny rytm i kolumna ruszyła naprzód. Idący na przedzie regularni żołnierze podnieśli śpiew. Stara nizariańska pieśń marszowa popłynęła nad szeregami wojska.
- Wszystek porzucim pozycje, zaszczyty,
Własnej wyrzekniem się też ojcowizny
Jeżeli święcić trza będzie profity
Na trupie ojczyzny.
Nieważne dla nas bogactwa i sława,
Nie posłuchamy obietnic tyrana
Byle z nizariańskiej ziemi nasza strawa
Była zebrana.
Nie posłuchamy szeptów dygnitarzy
Nie kupią dumy mdłe kosztowności,
Nie wejdziem na dwory obcych cesarzy
Za cenę wolności.
Maszerowali już wiele świec i słońce, wynurzywszy się zza horyzontu, grzało ich bezlitośnie. Wreszcie w oddali pojawiły się wysokie wieże Nizarunu i jego potężne mury obronne. Eryk patrzył zafascynowany i onieśmielony jak miasto rośnie w oczach w miarę, jak się do niego zbliżali. Zwieńczone eleganckimi kopułami, smukłe budowle z szarego kamienia przytłaczały swą wielkością. Eryk nigdy w życiu nie widział tak olbrzymiej osady ludzkiej. Z północy i północnego wschodu ciągnęły pod miasto nieprzerwane strumienie ludzi, zarówno szukający schronienia uchodźcy jak i kolumny pospolitego ruszenia. Na wschód od miasta oddziały regularnej armii i chłopskiego poboru gromadziły się w formacje. Centrum armii stanowiły oddziały zawodowych żołnierzy, chłopi - północną i południową flankę. Południowa, oparta o brzeg morza, była już w pełni sformowana, więc kapitan skierował kolumnę ku wciąż kotłującym się oddziałom na północy. Napływające grupy chłopów ustawiały się w kolejnych szeregach, przywoływane do porządku przez krzyki wojskowych oficerów. Ich kolumnie przypadło miejsce w szóstej linii. Oburzony Eryk zwrócił się do stojącego obok towarzysza:
- Dlaczego tak daleko? Jak mamy pokazać naszą odwagę, jeśli pewnie w ogóle nie zobaczymy wroga?
Kilku pobliskich starszych chłopów spojrzało nań z niedowierzaniem.
- Aż tak ci spieszno umierać? - zapytał jeden.
- Temu to już do końca zmysły odjęło - dodał kolejny.
- Ale przecież żołnierze księcia rozniosą ich na strzępy, a ja też chcę mieć swój udział w ratowaniu naszej ojczyzny! - uniósł się Eryk. Czy oni naprawdę nie wierzą w nasze zwycięstwo? Gdzieś głęboko w sercu zaczął czuć nieokreślony niepokój. Przecież nikt nigdy nie pokonał nizariańskiej armii w polu. Masy zbrojnego motłochu wciąż napływały - setki przestraszonych chłopów, kurczowo ściskających włócznie w drżących dłoniach, parobków i sług o oczach wypełnionych przerażeniem. W którąkolwiek stronę by nie spojrzał, Eryk widział tylko morze ludzkich postaci odzianych w nędzne pancerze albo parciane koszule i niewielu wyglądało, jakby podzielali jego zapał. Wreszcie strumień poborowych ustał i oficerowie przywołali szeregi do jako takiego porządku. Przestępujący nerwowo z nogi na nogę i wiercący się chłopi utworzyli nierówne linie. Włócznie jak las trzcin celowały w niebo, ich ostrza pobłyskiwały w słońcu. Nagle w tłumie wszczęło się poruszenie. Głowy odwracały się w stronę miasta. Eryk wspiął się na palce, żeby rzucić okiem ponad tłumem. Stalowe bramy Nizarunu, pokryte sławnymi na cały świat płaskorzeźbami, otworzyły się gładko i bezszelestnie. Eryk ujrzał kilkudziesięciu konnych, blask słońca tańczył na ich pysznych zbrojach.
- Wszyscy na twarz przed księciem Anarykiem! - rozległo się nad armią.
Chłopi padli na kolana i przytknęli czoła do ziemi. Niejeden, robiąc to, splunął z niechęcią. Jego książęca mość wraz z orszakiem zatrzymali się na tyłach armii, za regularnymi żołnierzami. Chłopi powoli podnosili się z kolan. Eryk z zachwytem obserwował lśniących rycerzy, kwiat nizariańskiej szlachty. Już niedługo to ja tam będę myślał Książę, który sam przyjechał wieść nas do bitwy musi przecież cenić odwagę. Cały niepokój minął jak ręką odjął i Eryk znów nie mógł doczekać się bitwy.
Słońce wyszło wysoko na nieboskłon, zalewając świat falą upału. Eryk zaczął się pocić. W tłumie chłopów panował ścisk, potęgujący gorąco. Smród potu niemal dusił. Jeszcze chwila i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Anaster
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…