Wróć do katalogu

Syn Echnatona - rozdział I i II

Starożytny Egipt. Po śmierci faraona Echnatona na tronie zasiada młody Tutanchamon. Niestety, poglądy ojca-heretyka rzucają cień na przyszłość chłopca. Będę bardzo wdzięczna za wszelkie uwagi! :)

Beataopublikowano 21 czerwca 200442 min czytania 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział I

– Z drogi! Bo stratuję! Głośny krzyk mężczyzny dobiegł przez sen do świadomości faraona. W głosie był ton niepokorności, tak charakterystycznej dla młodego wieku. Echnaton mimo woli uśmiechnął się. Ten, kto wpadł na dziedziniec pałacu z taką furią i pewnością siebie, to mógł być tylko jeden człowiek – Smenchkare. Echnaton przetarł leniwie twarz dłonią. Nie miał już jakichkolwiek szans na sen, Smenchkare już o to zadba. Jasna smuga światła wpadła w brązowe oczy faraona. Witaj, Atonie – pomyślał. Usiadł na brzegu sporego łoża i cieszył się ciepłą bryzą płynącą od strony tarasu. Przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z pałacowego dziedzińca. Jakiś niespokojny koń bił kopytami o ziemię, znad zbiorników wodnych dolatywał śpiew ptaków. Achetaton, nowa stolica wielkiego Egiptu, była miastem spokoju i miłości, a liczne świątynie dowodziły ogromnej czci, jaką obdarzony został bóg Słońce. Na korytarzu rozległy się dudniące kroki. Zbliżały się bardzo szybko i nagle wrota komnaty otworzyły się z nieco większym rozmachem, niż było to konieczne. – Wzywałeś mnie, o panie. Echnaton nawet nie spojrzał na gościa. – Wzywałem. Wczoraj. Smenchkare stanął u nóg łoża, odgarnął niecierpliwie powiewający tuż przed twarzą baldachim. – Wybacz, lecz nie mogłem się stawić. Miałem inne, wcześniej zaplanowane, obowiązki. – Rozumiem. – mruknął Echnaton w odpowiedzi. Potrząsnął lekko ramię młodej kobiety śpiącej u jego boku. Bez słowa, o nic nie pytając, owinęła się lnianym prześcieradłem i szybko zniknęła w alabastrowym korytarzu. Mimo pośpiechu pozwoliła sobie na zalotne spojrzenie rzucone w stronę Smenchkare. Młody mężczyzna powiódł wzrokiem za filigranową postacią. – Widzę, że pocieszasz się po wyjeździe Nefertiti, o panie. – Moja żona sama tak zadecydowała. Ja jej nie odsyłałem. Smenchkare stracił z oczu powabną Egipcjankę. Teraz musiał zadowolić się widokiem zakładającego spódniczkę Echnatona. Dość długo obserwował go bez słowa. Nigdy nie mógł się nadziwić, jak wielką charyzmę ma w sobie ten rozmarzony, stosunkowo młody władca. O jego ogromnej potędze świadczyło już samo to, że zdołał zepchnąć w tło rządzących od niepamiętnych czasów egipskich bogów i zastąpił ich jednym, Atonem, czyli Tarczą Słoneczną. Wielką rzeczą było też przeniesienie stolicy z Teb do Achetaton, miasta zbudowanego na pustyni, gdzie nie panował wcześniej żaden bóg. Ludzie widzieli w Echnatonie heretyka, człowieka opętanego chorymi ambicjami, którego działania doprowadzają Egipt do upadku. Pozbawieni zaszczytów kapłani tebańscy już od jakiegoś czasu spiskowali w ukryciu, lecz nie przekraczali przyjętych granic. Ich ważność w państwie spadła, faraon zwalczał starodawne wierzenia, nie interesował się też wojennymi poczynaniami Hetytów. Prośby o pomoc, wysłane przez władców Kadesz i Amurru, Itakamę i Abdaszirtę, pozostały bez echa. Pochłonięty religijną rewolucją władca nie interweniował zbrojnie, doprowadzając do utraty panowania nad częścią Azji Zachodniej. Kapłani Amona widzieli, co dzieje się w państwie, lecz nie pozwolili sobie na jawny bunt. Także i w nich niepozornie wyglądający faraon budził lęk. To nie był władca jak każdy inny. Echnatona można było albo kochać, albo nienawidzić. Smenchkare zdecydowanie wybierał to pierwsze. – Jak się powodzi mojej córce? Młodzieniec ocknął się z zadumy, drgnął lekko. – Jest bardzo szczęśliwa, o panie. Zdrowa, silna, zdecydowana i piękna jak zawsze. Aton nas oboje obdarza hojnie swoją łaską. Niech mu będą za to dzięki. Echnaton nałożył na siebie lekki, przewiewny płaszcz. Skinął na gościa ręką i obaj przeszli do znajdującej się tuż przy sypialni małej kapliczki. Na jednej ze ścian widniał relief ogromnego słońca. Bóstwo wyciągało w stronę wyrzeźbionego faraona promienie zakończone dłońmi trzymającymi znak anch. Smenchkare tylko rzucił okiem na tę scenę zsyłania wieczności. W tej chwili jego głowę zaprzątały sprawy dalekie od religii. Mimo swego rozgorączkowania i palącej go ciekawości musiał wykazać się ogromną cierpliwością. Czekał, aż Echnaton skończy codzienną ceremonię czczenia boga Atona. – Wezwałeś mnie, o panie. W jakim celu? – zapytał, gdy rytuały dobiegły końca. Echnaton uniósł się na nogi, odstawił małe naczynie wypełnione wonnościami i stanął naprzeciw rosłego młodzieńca. Spojrzał wprost w jego śniadą twarz. – Lekceważenie mnie jest dla ciebie czymś naturalnym? Smenchkare rozbłysły oczy. Mimo narastającego gniewu pochylił głowę w geście uniżoności. – Faraon jest wcieleniem boga, dzięki niemu nasz świat nie pogrąża się w ciemności. Nikt nie odważyłby się sprzeciwiać naszemu panu. – A jednak ty robisz to bez przerwy. – Panie… – Czy sądzisz, że oddanie ci mojej córki stawia cię na równi ze mną? – O panie… nie przybyłem wczoraj, wybacz. To Meritaton… Echnaton uśmiechnął się ironicznie. – Czyżby twoja nowopoślubiona żona nie pozwalała ci odwiedzić jej ojca? Doprawdy, dziewczyna ma charakter, ale nie sądziłem, że aż do tego stopnia ubezwłasnowolni jednego z moich najlepszych żołnierzy! Smenchkare uniósł głowę. Widząc kpiące spojrzenie teścia poczuł, że policzki pokrywa mu żar wstydu. Nie chciał się przyznać, że tego wieczora, kiedy dostał wezwanie do pałacu, spędzał bardzo miłe chwile z Meritaton. Ani on, ani ona nie chcieli przerywać swej upojnej nocy. To, jak młody żołnierz wytłumaczy się przed faraonem, nie było wtedy ważne. Echnaton uśmiechnął się, widząc zmieszanie chłopaka. Poklepał go po ramieniu. – Mam nadzieję, że zechcesz towarzyszyć mi podczas posiłku? – Z przyjemnością, o faraonie. – Dobrze. Chodźmy do sali jadalnej, może nawet wyjdziemy na taras, nacieszymy się promieniami Atona. W ostatnim czasie narzekałeś na brak rozrywek… teraz zrekompensuję ci to z nawiązką. Mam dla ciebie i Meritaton bardzo ważne polityczne zadanie. Oboje pojedziecie do Teb, spotkacie się tam z klanem kapłanów Amona. – Z kapłanami Amona? – Smenchkare przystanął w miejscu – Panie… oni buntują się przeciwko tobie! Chcesz się układać z tymi szakalami? Przecież nawet małżonka królewska, Nefertiti, była przeciwna rozmowom z tymi heretykami. Czyż nie dlatego zabrała wasze córki i przeniosła się do północnego pałacu? Wiedziała, że faraon ma zamiar ulegać kapłanom? Echnaton obejrzał się za siebie z wyrzutem. – Kto rządzi Egiptem? Nefertiti? A może ty? – Wybacz, ale … – Żądam od ciebie, abyś spełnił moje polecenie. Ty i Meritaton wyruszycie jutro do Teb. Spotkacie się z kapłanami Amona. I zrobicie wszystko, aby moja małżonka o niczym się nie dowiedziała. Smenchkare patrzał na oddalającego się Echnatona. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł coś na kształt strachu. Nie bał się, gdy walczył z wrogiem, gdy gnał rydwanem po bezkresnej pustyni lub gdy stawał twarzą w twarz z potężnym bykiem, lecz na myśl o rozgniewanej Nefertiti serce podchodziło mu do gardła. Był pewien, że jego misja sprowadzi na niego ogromny gniew królewskiej małżonki. Nie wierzył, by rozmowa z kapłanami mogła zostać utrzymana w tajemnicy. Nie, Nefertiti panowała Egiptem niemal w tym samym stopniu co Echnaton i wiedziała o każdym posunięciu swego męża. Co robić? Zlekceważyć polecenie faraona? Tego Smenchkare nawet nie brał pod uwagę. Był lojalnym sługą swego władcy, miał swój honor. Wypełni powierzone mu zadanie, nawet jeśli ma to sprowadzić na niego złość Nefertiti. Smenchkare westchnął głęboko i ruszył zdecydowanym krokiem przez korytarz pałacu. Nienawidził politycznych gier, a teraz znalazł się w ich centrum.

* * *

Nefertiti cieszyła się pięknym popołudniem. Zasiadła na brzegu oczka wodnego w towarzystwie dwóch młodych muzykantek i z przyjemnością wsłuchiwała się w ich śpiew. Dziewczęta nuciły piękne pieśni, ich ton mieszał się z ptasim świergotem. Od strony Nilu niosła się łagodna bryza, przynosząca prawdziwą ulgę podczas gorącego dnia. – Anchesenpaaton, nie płosz ibisów. – Nefertiti uśmiechnęła się do swej córki. Mała dziewczynka pędząca z radosnym krzykiem w stronę wzbijających się do lotu ptaków na słowa matki przystanęła i odwróciła się w jej stronę. Miała zaledwie dziewięć lat, lecz już widać było, że w przyszłości stanie się pięknością dorównującą Nefertiti. Miała czarne, zaplecione w warkoczyki włosy, śniadą karnację i wielkie, ciemnobrązowe oczy. Smukła sylwetka poruszała się z wdziękiem, białe zęby błyskały w częstym uśmiechu. Nefertiti była dumna ze swej córki. Widziała w niej odbicie samej siebie z dziecięcych lat. – Dobrze, matko. Skoro tak każesz… – Anchesenpaaton przytruchtała do rodzicielki, usiadła obok niej na murku małego oczka wodnego i w ciszy zaczęła bawić się pływającym lotosem. Drobne dłonie dziewczynki przesuwały kwiat w tę i z powrotem. Nefertiti przysłuchiwała się śpiewowi młodych dziewcząt, a jednocześnie obserwowała córkę. Jej zachowanie wywoływało lekki uśmiech na twarzy małżonki królewskiej. Anchesenpaaton nudziła się, nie mając do towarzystwa swych sióstr i przyrodniego brata, którzy zostali w haremie, by podszkolić się w pisaniu hieroglifów. Poprzez mury pałacu, znad Nilu, doszedł do nich stłumiony krzyk mężczyzn. Rybacy postanowili skorzystać z chłodu dnia i nieco wcześniej niż zwykle wyruszali na połów. Muzykantki rozpoczęły kolejną pieśń. Nefertiti przytuliła córkę do swego boku i przymknęła oczy. Tutaj, w północnym pałacu Achetaton, pełnym roślinności, zwierząt i wszelkiego życia czuła się po prostu wybornie. Czy tęskniła za Echnatonem? Tak, czasami o nim myślała. Chętnie wróciłaby do głównego pałacu i tak jak dawniej stałaby u boku męża, popierałaby wszelkie wydawane decyzje. Niestety, już nie chciała go wspierać. Nie teraz, kiedy postanowił układać się z kapłanami Amona. Czy on ma zamiar porzucić ich wspólny czyn, jakim było wykorzenienie dawnych bożków i osadzenie na należnym miejscu Atona? Tego by mu nigdy nie darowała! – Witaj, pani. – tuż przy niej rozległ się męski głos. Nefertiti uchyliła powieki i spojrzała w twarz mężczyźnie w kwiecie wieku. Uśmiechnęła się. Jednym gestem dała śpiewaczkom znać, by odeszły i zabrały ze sobą Anchesenpaaton. Dziewczęta przywołały do siebie córkę królowej i bez protestu zniknęły za gęstą roślinnością okalającą ścieżkę prowadzącą do pałacu. – Witaj, Dżehutimesie. Wcześnie dziś przyszedłeś. Dżehutimes wykonał gest, jakby chciał odejść. – Nie, zostań. Nie przeszkadzasz mi. Nawet cieszę się, że pojawiłeś się tak niespodziewanie, skrócisz moje męki. Nawet nie wiesz, jak cierpię! Mężczyzna uśmiechnął się lekko. – Jakie to męki nie dają ci spokoju, o pani? – Nuda. – roześmiała się Nefertiti – Bardzo się nudzę. Ile czasu można śpiewać, malować się, przymierzać peruki czy kształcić umysł dzięki pięknym utworom? Dlatego nie czekajmy zbyt długo, zaczynajmy od razu. Czy masz wszystko, co potrzebne? – Tak, o pani. Czy zechcesz przejść do pałacu? – Nie, zostaniemy tutaj. Chyba, że twoje natchnienie płynie z alabastrowych sal? – Nefertiti zerknęła na Dżehutimesa z ironią. Mężczyzna skłonił się w odpowiedzi. – Pani, dla mnie jedynym natchnieniem jest twoje piękno. – odparł cicho, spoglądając królowej w oczy. Nefertiti odwzajemniła ciepłe spojrzenie Dżehutimesa. Bez słowa obserwowała, jak jego silne dłonie kładą na podeście niewielki pieniek drewna, jak zręczne palce ociosują nierówności, jak dłuto doskonałego rzeźbiarza zagłębia się w materiale i z czasem wydobywa z bryły jej własne rysy twarzy. Przez dość długi czas Nefertiti i Dżehutimes trwali w całkowitym milczeniu. On rzeźbił jej popiersie, ona pozowała mu z cierpliwością bogini. Była między nimi jakaś niewidzialna nić porozumienia. Nefertiti przyglądała się Dżehutimesowi. Przypominał jej jednego z kapłanów, których tak bardzo nienawidziła. Był to zaledwie jakiś szczegół. Być może sprawiał to jego dumny wzrok, być może wyprostowana postawa. Poza tym nie wyglądał jak jeden z tych szakali. W przeciwieństwie do kapłanów jego głowę porastała bujna, ciemnobrązowa czupryna, w brązowych oczach nie widać było zachłanności i wyrachowania. Nie był też otyły jak większość opływających w dostatek sług Amona. Nefertiti słyszała, że Dżehutimes w młodości planował otrzymać święcenia, lecz z czasem zrezygnował z kariery kapłana i poświęcił się prostemu zajęciu rzeźbiarza. Nie tylko Nefertiti uważała, że jest wspaniały w tym, co robi. – Byłeś ostatnio w Tebach? – Tak, pani. – Jak się wiedzie twojej rodzinie? Dżehutimes uśmiechnął się pod nosem. – Żona zdrowa, prawdopodobnie znów oczekuje dziecka. A synek kilka dni temu postawił swój pierwszy krok. – To wspaniale. Wyproszę Atona, by zesłał na całą twoją rodzinę swoje błogosławieństwo. W szczególności na to mające się narodzić dziecko. – Dziękuję, o pani. Mam nadzieję, że teraz, gdy żona spodziewa się dziecka, będę więcej czasu spędzał w Tebach. Rozejrzałem się nawet za pracą wśród tamtejszych świątyń, kapłani zawsze potrzebują rzeźbiarzy. – nagle Dżehutimes opuścił dłonie i spojrzał Nefertiti prosto w oczy. – Pani… wiem, że jesteś wierną wyznawczynią Atona, więc pewnie wiadomość ta cię nie zadowoli, ale uważam, że powinnaś o tym wiedzieć… Pani… widziałem twoją córkę Meritaton w świątyni Amona. Nefertiti wyprostowała się niczym struna. – Co takiego? – Meritaton rozmawiała z kapłanami Amona. Razem z nią był jej mąż, ten młody żołnierz. – Smenchkare. – Nefertiti niemal wypluła to imię. – Co za wąż! Pożałuje tego! I on, i moja córka… Echnaton też za to zapłaci! Nie zgodzę się, aby Aton znów został zepchnięty w tło! Królowa zerwała się ze swego miejsca tak gwałtownie, że spłoszyła kilka małych ptaków uwijających się w pobliskim krzewie. Szybko niczym tchnienie wiatru przemknęła obok Dżehutimesa i zniknęła w jednej ze swych komnat. Nefertiti działała błyskawicznie. Wypadła z pałacu niczym strzała, zasiadła w przygotowanej lektyce i jeszcze tego samego wieczora spotkała się z Echnatonem. Faraon nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego tak nagłą wizytą swojej małżonki. – Chcę wiedzieć, co takiego planujesz! – krzyknęła Nefertiti, gdy tylko dojrzała męża na tarasie głównego pałacu. Echnaton siedział spokojnie i zapisywał coś z uwagą na papirusie. Po jego obu bokach stali służący, wachlując go potężnymi strusimi piórami. Echnaton zerknął przez ramię na zbliżającą się ku niemu małżonkę. – Przed nią nic się nie ukryje… - mruknął pod nosem, wracając do notatek. Nefertiti stanęła naprzeciw Echnatona. Jednym szarpnięciem wyrwała mu spod dłoni papirus, zerknęła na hieroglify i rzuciła go z pogardą na podłogę. – Piszesz hymn na cześć Atona? Który z rzędu?! Naprawdę jesteś aż tak wielkim obłudnikiem?! Dwaj służący, widząc niepohamowaną wściekłość królowej, cofnęli się dyskretnie kilka kroków w tył, lecz gdy ich manewry nie spotkały się z reakcją, odwrócili się i zniknęli z oczu królewskiej parze. Echnaton pozostał niewzruszony. Z wysiłkiem schylił się, podniósł papirus i starając się ukryć grymas bólu znów zastygł w pozie pisarza. W ostatnim czasie nie czuł się najlepiej, plecy paliły go żywym ogniem, a w sercu przy najlżejszym wysiłku czuł ostre kłucie. – Nefertiti, dlaczego nazywasz mnie obłudnikiem? Czy te hymny są dowodami mojej zdrady? – Wiem o wizycie Meritaton i tego psa Smenchkare w świątyni Amona! – I co w tym dziwnego? – faraon spoglądał na rozzłoszczoną małżonkę z obojętnością. – Przecież wiesz równie dobrze jak i ja, że nie wyplewiliśmy do końca kultu Amona z naszych ziem. Kapłani nadal działają, ludzie wierzą w dawnych bogów. Mam ich całkowicie ignorować? – Oczywiście! – Nie, moja droga małżonko. Trzeba być ostrożnym. Czczenie bogów wymaga cierpliwości, jeszcze więcej czasu zajmuje wykorzenienie ich z naszego życia. Czy wyobrażasz sobie, co by się stało, gdybym zignorował kapłanów tebańskich? Oni wciąż mają władzę, Nefertiti. Nie zapominaj o tym! Są chciwi, pazerni, wciąż potężni i strasznie niebezpieczni! – Dlatego się z nimi układasz? Dlatego posyłasz swoich ludzi do tych pogańskich świątyń?! – Pomyśl, Nefertiti… pomyśl chwilę, nie oceniaj tak impulsywnie. Królowa patrzyła mężowi w oczy. Przez dość długą chwilę oboje trwali w bezruchu, mierzyli się wzrokiem, jakby rozgrywali pomiędzy sobą jakąś grę. Żadne nie chciało się poddać. – Nefertiti… - Echnaton uniósł się z trudem na nogi i nieco kulejąc podszedł do swej żony. Oparł dłonie na jej nagich ramionach. – Czy myślisz, że zdradzam Atona? Że moje zachowanie jest tylko jakimś wielkim pokazem? Czy po to budowałem to miasto pośrodku niczego? Nefertiti powiodła wzrokiem po białych budynkach, po alabastrowych ścianach, wydeptanych drogach i pełnych przepychu świątyniach. W dali widać było wzgórze, zza którego każdego ranka unosił się Aton, spacerował po niebie i ginął za horyzontem, by następnego dnia odrodzić się do ponownego życia. Achetaton każdą swą częścią czciło boskie słońce. – Dlaczego posłałeś Meritaton i Smenchkare do kapłanów? – Żeby uśpić ich czujność. Żeby poczuli się pewniej. Wtedy nie będą się spodziewali ciosu z zaskoczenia. Wkrótce Amon straci całą swoją moc. – Kapłani nie poddadzą się tak łatwo. – Wiem. Ale mam swój pan. Nefertiti przyglądała się mężowi ze sporą podejrzliwością. – Co to za plan? Nie zapominaj, że rządzę krajem w równym stopniu co ty, mam prawo wiedzieć! Niech Aton ma cię w opiece, jeśli knujesz coś przeciw niemu! Echnaton nie odpowiedział. Odsunął się od żony, z wysiłkiem pokuśtykał do stolika stojącego w pobliżu i nalał sobie kielich orzeźwiającego wina. Wypił zawartość jednym haustem i otarł usta dłonią. Nefertiti nie drążyła tematu. I tak dowie się, co za spisek knuje Echnaton. Bo że ma on jakieś ciemne plany, tego była pewna. Zamiast tego przyjrzała się uważniej swemu mężowi. Wyglądał dziś bardzo słabo, z trudem trzymał się na nogach. Zapewne jego choroba znów się odezwała i po raz kolejny męczyła jego delikatne ciało. Miał zaczerwienione oczy, jak zawsze, gdy nie przesypiał ani chwili w ciągu nocy. – Echnatonie… może powinieneś wezwać medyka? Źle wyglądasz. – Medyk nic na to nie pomoże, Nefertiti, wiesz przecież. Tylko wino na tyle otępia mi umysł, że mogę funkcjonować bez bezustannego cierpienia. Nefertiti podeszła do męża i uśmiechnęła się lekko. – A więc jesteś pijany? – Tak, Od trzech dni, bez przerwy. – Echnaton objął smukłe ciało małżonki. – Nie zechciałabyś zostać dziś ze mną? Potrzebuję cię. Nefertiti wysunęła się z jego uścisku. – Nie. Wracam do północnego pałacu, muszę się zająć dziećmi. – Kija zajmie się Tutanchatonem i dziewczynkami. Nie jesteś tam potrzebna. Twoje miejsce jest przy mnie, przy twoim mężu. We wzroku Nefertiti zapłonął ogień. – Nie mam zamiaru wspierać męża, który knuje niegodziwości za moimi plecami. Echnaton westchnął ciężko. Nie miał siły na dyskusje. Jedyne, na co się zdobył, to odprowadzenie wzrokiem swojej pięknej małżonki aż do pałacowego korytarza. Potem z cichym stęknięciem opadł na małą poduszkę, oparł się plecami o alabastrową ścianę tarasu i utkwił ciemne oczy w znikającej za horyzontem tarczy słonecznej. Niebo zaczerwieniło się, przybrało wszystkie możliwe barwy purpury. Ciepły wiatr owiewał udręczoną twarz faraona, gdy tak patrzał na zachodzący symbol swojej nowej wiary. On, którego imię oznaczało Światłość Atona, czuł, że gaśnie cicho i powoli, tak jak to słońce chowające się za wzgórzem.

– Nie, to niemożliwe! – Smenchkare, zawsze pewny siebie i buńczuczny, stał teraz przed Meritaton niczym zagubiony chłopiec. Jego szeroko otwarte oczy wyrażały panikę. – Nie! Ja się tego nie podejmę! Meritaton spoglądała na niego ze smutkiem. Żal nadał ściskał jej serce, śmierć ojca była tak niespodziewana… nie czuła dumy, że jej mąż został regentem. Może inna kobieta promieniałaby ze szczęścia, ale nie ona. Ona nadal opłakiwała ukochanego rodzica. – Ojciec wyznaczył cię na swego następcę. Nie protestuj, Smenchkare. Poddaj się jego woli, nie masz wyjścia. – Nie! – krzyknął młodzieniec po raz kolejny – Nie będę faraonem! Meritaton przeszła kilka kroków, odwróciła się do męża plecami i tylko wsłuchiwała się w jego przyspieszony oddech. Smenchkare odchodził od zmysłów. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Kręcił się po pokoju niczym wściekły pies, który nie może znaleźć sobie miejsca. W końcu walnął pięścią w ścianę. – Ja jestem żołnierzem, nie faraonem! Nie nadaję się do tej roli! Polityka, religia… to nie dla mnie! Dlaczego Echnaton wybrał właśnie mnie?! Dlaczego nie pozostawił władzy Nefertiti?! – Moja matka będzie cię wspierać. To ty masz dalej poprowadzić rewolucję religijną, Smenchkare. – Nie! – Smenchkare oparł się plecami o ścianę i zrezygnowany powoli osunął się na przykrytą matą podłogę. Zakrył twarz dłońmi i odetchnął głęboko, plecy mu zadrżały. Meritaton obserwowała go przez chwilę. Zrobiło jej się żal swego męża. Kucnęła obok niego i objęła ramieniem. Smenchkare wtulił się w nią, jakby w poszukiwaniu bezpieczeństwa. – Nie rozumiesz, że mój ojciec już od pewnego czasu przygotowywał cię do tej roli? Dlatego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych