Syn Lucyfera rozdział pierwszy
Nataniel kończy osiemnaście lat, a w jego codziennym życiu zaczynają dziać się różne dziwne rzeczy...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Prolog
Ciemność… Wszechogarniająca ciemność… Nicość… Wybijanie się… Światło prowadzące cię… Poczucie latania… Dziwne… Muszę się obudzić… Nigdy coś takiego mi się nie śniło. Najbardziej męczące jest to, że nie możesz się obudzić. Znowu ciemność… Tylko mniej przytłaczająca… Jakaś sala… Donośny głos: Od dzisiaj się wszystko zmieni.
1. Obudź się, obudź się. Przecież to tylko sen – powtarzałem sobie w myślach. Co ja słyszę? Ktoś idzie do mojego pokoju, udaje, że śpię, nie ma bata. I wtedy wparowali z radosnym „Sto lat” do mojego pokoju. No tak zapomniałem dzisiaj kończę osiemnaście lat. Nachylili się nade mną. Najpierw moja mama wysoka, zgrabna, niebieskooka brunetka o imieniu Emma, a później ojciec – Ewaryst – szczupły blondyn o czekoladowych oczach. Kochali mnie ponad wszystko – byłem w końcu ich jedynym dzieckiem. -Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! – Wykrzyknęła mama. Och, jak zwykle ta przesadza, ale mimo wszystko miło. -Wszystkiego najlepszego synu – dopowiedział ojciec i zaczęli mnie ściskać. Kiedy skończyli mnie przytulać, podali mi małą paczuszkę, jakby zapomnieli, że nie lubię prezentów, ale dobra, niech im będzie. W końcu ją otworzyłem, a w jej wnętrzu ukazały się kluczyki. Spojrzałem się na rodziców. Samochód na urodziny?! -Naprawdę, nie trzeba było, ale dziękuje. – Zdołałem tylko to wykrztusić. -No, co ty?! – Obruszył się Ewaryst (czasami w myślach rodziców nazywam po imieniu) – Przecież tylko raz w życiu kończy się osiemnaście lat. - Ale, to musiało kosztować majątek, a my… My nie mamy za dużo pieniędzy na ten samochód poszło pewnie półtora waszej pensji – dokończyłem w myślach. Kochanie, daj spokój. Masz się cieszyć – odparła mama. Taa, łatwo ci powiedzieć. -Tak, jeszcze raz dziękuje. – Podziękowałem ponownie. A teraz moglibyście wyjść bo bym chciał się ubrać, pomyślałem. -To my już idziemy. Miłego dnia – powiedziała Emma i pocałowała mnie w czoło, zawsze tak robiła kiedy się ze mną żegnała. Kiedy rodzice wyszli z pokoju, wstałem z łóżka i wtedy moją głowę przeszył ból. Był tak cholerny, że zacząłem krzyczeć i upadłem na podłogę, bo prawdopodobnie zemdlałem. Kiedy otworzyłem oczy wszystko było normalne, a rodzice stali nade mną. -Kotku nic ci nie jest? – Zapytała zaniepokojona mama. -Nie, wszystko dobrze, a co się stało? – Spytałem, żeby dowiedzieć się co się ze mną działo i w razie czegoś zweryfikować fakty. -Kiedy wyszliśmy zacząłeś tak przeraźliwie krzyczeć, więc przybiegliśmy do ciebie, a ty już leżałeś na ziemi – opowiadał tata. Czyli wszystko, co pamiętam, to ok. -Może zostaniesz w domu – ciągnęła mama. -No, co ty. Nic mi nie jest. A teraz chciałbym się ubrać, bo nie chcę się spóźnić do szkoły – zaczynałem się denerwować. -Jak chcesz, ale jakby się co dzia… -Emmo, da sobie radę. Nataniel nie jest dzieckiem, da sobie radę – „ratował” mnie tata – My już się zbieramy. Na razie. -Na razie – pomachałem im, kiedy wychodzili z pokoju. Na reszcie. Spokój. Mogę się szykować. Poszedłem do łazienki, nachyliłem się nad umywalką i ochlapałem twarz w celu lekkiego otrzeźwienia, później ułożyłem moje niesforne, czarne włosy w jeszcze bardziej artystyczny nieład, niż w którym były wcześniej i ubrałem ciemne dżinsy i jakiś T-shirt. Mogłem zejść na dół. Gdy zeszłem na dół okazało się, że mam sporo czasu, więc postanowiłem powtórzyć lekcje, szczególnie ten kureski hiszpański, z którym miałem najwięcej kłopotów. Nie umiem powiedzieć Dzień dobry, czy Do widzenia, a oni każą mi się uczyć tego pieprzonego użycia. A najgorsze na tej lekcji jest to, że chodzi na nią Stella – dziewczyna moich marzeń – i zawszę muszę się ośmieszać przed nią. Cholera!!! Zbliżał się czas, kiedy musiałem wyjść. Dopiero wtedy zobaczyłem mój samochód. Był to stary, granatowy Ford Mondeo. No nieźle, rodzice się rzucili. Mam lepszy samochód od nich. Nieźle. Tak więc wsiadłem i popędziłem do szkoły na ten cholerny hiszpański. *** - Kocham cię… - szepnął mi cicho do ucha. -Ja ciebie też Natanielu – schyliłam się żeby go pocałować, ale w tym momencie zadzwonił mi telefon – poczekaj – szepnęłam. I się obudziłam. To nie telefon, tylko ten cholerny budzik nie pozwala mi go pocałować. Go to znaczy, tego boskiego bladego czarnowłosego chłopakach o szarych oczach – Nataniela Montmorency. Śni mi się noc w noc od dwóch miesięcy, czyli od kiedy się tu przeprowadziłam z mamą. Nataniel to chłopak moich marzeń, nie ma dnia, żebym o nim nie myślała – o najprzystojniejszym chłopaku w szkole, ba nawet na całym świecie on nie ma sobie równych. Nie ma żadnych wad, no może, ma problemy z językiem hiszpańskim. Och, gdyby chociaż mogłabym go dotknąć przez chwilę… -Stello! Bo się spóźnisz do szkoły – to mama wołała mnie na śniadanie i to ona przerwała moje rozmyślania o moim Idealnym Ideale. -Chwilę, tylko się ubiorę – odkrzyknęłam. Wygramoliłam się z łóżka i poszłam do łazienki, ale przed tym poszłam do szafy wybrać jakieś ubrania. Ciekawe, jaki on lubi kolor – podpowiadał jakiś wewnętrzny głosik. Będziesz stosowała jakieś głupie zagrywki? Szanuj się – podpowiadał mi drugi. Przecież nie robisz nic złego – nęcił pierwszy. Stop! Przede wszystkim będę sobą. Czyli wzięłam zwykłe dżinsy-rurki i czarny T-shirt z jakimś rysunkiem. Późnej podeszłam do lusterka, uczesałam włosy, odwróciłam się w stronę drzwi i miałam iść, ale jednak spojrzałam w lusterko jeszcze raz. Dobrze wyglądam? Mam nadzieję, że dobrze. Może zagada do mnie? Nie ma co dziewczyno, masz bujną wyobraźnie. Stello opanuj się!!! – dzień, w dzień ta sama gadka, przecież i tak wiem, że Nataniel mnie nie zauważa i muszę się z tym pogodzić. Pieprzyć to. Trzy wdechy powinny wystarczyć. Jeden, drugi, a przy trzecim byłam przy drzwiach. W końcu zeszłam na dół. Mama już jadła. Moja mama od osiemnastu lat wygląda niemal tak samo, tylko, że po rozwodzie pogłębiły jej się zmarszczki i posiadała blond włosy, zielone oczy, szczupłą figura. No i każe mi do siebie mówić po imieniu i nie zachowuje się tak jak powinna w swoim wieku zachowywać. -Cześć Luiza – zawołałam z niby to entuzjazmem, choć wcale nie chciałam tak na nią mówić, ale obrażona Luiza jest nie do wytrzymania. -O, hej. Nareszcie przyszłaś. Co tak długo? -Komplikacje? – szepnęłam cicho. -Jakie znowu komplikacje? Co ty znowu wymyślasz? -I tak nie zrozumiesz. -Okres? Rozumiem. Potrzebujesz rady? -Nie! Nie – nienawidziłam, kiedy rozmawiała ze mną na te tematy. – To nie to. -To, nie wiem… Problemy w szkole, potrzebujesz pieniędzy? I co jeszcze wymyślisz? Tylko nie najważniejsze. Nie nadajesz się na matkę i tyle. Nie wiem gdzie cię tata znalazł, ale to był jego błąd. Chciałabym być teraz z nim – chciałam jej to wykrzyczeć w twarz, ale nie mogłam, nie mogłam jej zranić… -Mnie możesz powiedzieć o wszystkim – ciągnęła dalej. Nie odzywałam się przez chwilę, albo po prostu nie chciałam nic powiedzieć, ale ona się pierwsza odezwała. -Widocznie nie możesz – było słychać smutek w jej głosie. I co ja jej miałam powiedzieć? Że nie, kiedy to była prawda? Zanim tu przyjechałyśmy to powiedziała, żebyśmy mówiły sobie zawszę prawdę. I co ja miałam łamać jej zasadę? -Ja już idę do szkoły. Do zobaczenia – po raz pierwszy, kiedy wychodziłam nie pocałowałam jej w policzek. Jaa, ona zawsze umie poprawić humor, jak jasna cholera. Gdy podeszłam do mojego czerwonego smarta upadła mi torba i wysypały się z niej wszystkie ksiązki. Jasny…by cię trafił – pomyślałam. Zebrałam książki, wsiadłam i pojechałam na hiszpański – jedyną lekcję z moim Idealnym Ideałem. *** Dotarłem do szkoły prawie jako ostatni, teraz przynajmniej mogłem sobie na to pozwolić. Wysiadłem z samochodu, a przed moim nosem śmignął czerwony smart, a w nim owa Stella – czekoladowowłosa piękność o wielkich również czekoladowych oczach. Kiedy mnie mijała uśmiechnąłem się do niej, a ona odpowiedziała mi szerokim uśmiechem. Noo, a teraz myśli, że jestem totalnym debilem. Ale mimo wszystko się do mnie uśmiechnęła. Nie mogłem cały czas tu stać, więc poszedłem na lekcje. W klasie byli już prawie wszyscy, a ja usiadłem obok mojego przyjaciela „Wielkiego Joe’ego”, który był naprawdę ogromny. -Siema Natt! – Ryknął, a ja podałem mu rękę. -Hej! I jak wyrwałeś wczoraj jakieś laski? – Zapytałem, chociaż wcale mnie to nie interesowało, a on dobrze o tym wiedział. Zapytałem, bo jest moim przyjacielem. -Były dwie, ale nie w moim typie tobie by się spodobały – taa zapewne żadna oprócz Stelli – Jakie miały… Ale w tej chwili do klasy weszła Stella i nic się dla mnie nie liczyło, tylko ona. Uśmiechnąłem się szeroko do niej, a ona znowu odpowiedziałam mi tym samym, ale co to? Czy ona wygląda na smutną? Co się stało? …-takie cycki blondynki… Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Przerwał mi Joe. -Staram się… Więc na czym skończyłeś? I dopóki nie przyszła pani Santroso „Wielki Joe” kończył swój wywód, a ja więcej nie spojrzałem się na Czekoladowowłosą Piękność. Kiedy zaczęła się lekcja jak zwykle mnie zamurowało, taka wewnętrzna blokada, która nie pozwala się nauczyć mniej niż mało. - Buenos dias, Nataniel – powiedziała pani Santroso. -Yyy… - udało mi się tylko tyle wykrztusić, co wkurzyło Santroso. Nataniel, proszę zostań po lekcji chwilę u mnie – i po chwili dodała – i ciebie Stello jakbyś mogła też. O co tu chodzi? Przecież ona jest najlepsza. Nie wiem, ale ważne że Santroso mnie do końca lekcji o nic nie pytała. Gdy zadzwonił dzwonek na przerwę, wszyscy wyszli, a my ze Stellą podeszliśmy do biurka. -Natanielu, zauważyłam, że masz problemy z językami obcymi – zaczęła pani Santroso – i pomyślałam, że może Stella by ci pomogła. Ona wcześniej uczęszczała na poziom zaawansowany, więc na pewno by ci pomogła. Najpierw spojrzałem się na nauczycielkę, później na Stellę. Tego się nie spodziewałem. - Jeśli ci to nie sprawni problemu to bardzo chętnie – odpowiedziałem, a Stella kiwnęła głową, poczym ją spuściła i się uśmiechnęła? Czy ja dobrze widziałem? -To wszystko, co miałam do powiedzenia. Do widzenia. – Oboje wyszliśmy z klasy. Przez chwilę szliśmy obok siebie, bardzo blisko, a ja nie widziałem co mam powiedzieć. -Może byś chciała zjeść ze mną dzisiaj lunch? – Wypaliłem z grubej rury. Debilu co zrobiłeś!! -Tak, naprawdę? Bardzo chętnie – odpowiedziała, a w jej głosie dało się wyczuć nutkę zadowolenia. Plus dla mnie. -To do zobaczenia? -Oczywiście. I oto po raz pierwszy rozmawiałem z moją Czekoladowowłosą Pięknością. *** Kiedy skończy się ta pieprzona historia, chyba z pięćdziesiąt razy powtarzałam to w ciągu ostatnich dwudziestu minut. Już nie mogłam się doczekać lunchu, który będę jadła z moim Idealnym Ideałem. Spojrzałam na zegarek jeszcze tylko cztery, trzy, dwa, jeden…i dzwonek zadzwonił jak zwykle punktualnie, wybiegłam z klasy jako pierwsza. Gdy doszłam do stołówki nigdzie go nie widziałam, rozglądałam się i rozglądałam, a go nie widać i wtedy usłyszałam za moimi plecami głos. -Czyżbyś mnie szukała? – zapytał słodko Nataniel. -Tak, tylko się rozglądam. Szukam wolnego miejsca. – Odpowiedziałam, żeby nie wyjść na jaką Wielką Panikarę, Bo Nie Widzę Nataniela, choć ogólnie nią jestem. -Więc jak co bierzesz? – Zapytał znowu tym swoim głosem. -Jabłko, sałatkę owocową – odparłam automatycznie. -Odchudzasz się? – Spytał nieco zdezorientowany. -Nie po prostu jestem wegetarianką. -A ja wezmę zapiekankę. Poczekałam na niego i razem szukaliśmy jakiegoś wolnego stołu. Kiedy przechodziliśmy przez stołówkę wszyscy się na nas patrzyli. Było to dość dziwne. Było to gorsze niż wtedy kiedy byłam tu pierwszy raz. Ale w gruncie rzeczy dobrze, a niech się patrzą. Gdy w końcu znaleźliśmy najbardziej schowamy stolik usiedliśmy przy nim. Kiedy zaczęliśmy jeść, zapanowała taka niezręczna cisza, a ja szybko się odezwałam. -To kiedy chciałbyś zacząć „lekcje”? -Najlepiej jak najszybciej. Możesz dzisiaj?– Spojrzał wymownie na mnie, a ja zatopiłam się w jego szarych oczach. – Więc jak? – Spytał po chwili uśmiechając się. Dzisiaj, dałabym się pociąć za dzisiaj, ale muszę wynagrodzić Luizie dzisiejszy poranek. -Bardzo bym chciała – nawet nie zauważyłam co powiedziałam, a uśmiech Nataniela się powiększył. – Ale muszę załatwić pewną sprawę… -Byłaś rano smutna? – Spytał grzebiąc widelcem w zapiekance. -Sprawy rodzinne. Nie chcę cię… -Ale ja chce wiedzieć – i wtedy spojrzał na mnie. – Naprawdę. Tego się nie spodziewałam. Zauważył, że byłam smutna, a teraz chce wiedzieć dlaczego. -No, więc – zaczęłam. – Moi rodzice się rozwiedli, a teraz mieszkam z mamą. -Ale co jest w tym złego? Ma nowego faceta? -Nie i w tym problem. Dobrze by było gdyby w końcu jakiegoś sobie znalazła. Jest po prostu dziwna, wiesz jak ona się zachowuje? W ciągu dwóch miesięcy miała czterech facetów choć przespała się z pięcioma. O tym raczej nie powinnam mówić, przesadziłam, ale muszę o tym komuś powiedzieć, muszę się wyżalić. Przykro mi… -Nie traktuje mnie jak córki, tylko jak młodszą siostrę. Wyobrażasz sobie, że ona każe mi mówić do siebie po imieniu? A według niej najważniejszym problemem dla mnie jest brak kasy? Myślałam, że się popłaczę, ale nie mogłam tego więcej tłumić w sobie. A jaki jest twój największy problem? – Zapytał ot tak. Nie wiedziałam, co miałam mu odpowiedzieć. Co, miałam mu powiedzieć: Ty! Ty śnisz mi się po nocach. Ty siedzisz prawie cały czas w mojej głowie! Już miałam mu powiedzieć, ale do naszego stolika podszedł jakiś duży, masywny koleś. No teraz go poznałam. On siedział z Natanielem na hiszpańskim. -Natt! Brachu tu jesteś. A ja cię szukam po całej szkole – zaczął mówić, podszedł bliżej i zobaczył mnie. – Przeszkadzam? -Nie, no skąd – odpowiedziałam. -Może byś nas sobie przedstawił – zaproponował Joe. -Joe to jest Stella, Stella to jest Joe. -Miło mi – uścisnęłam mu rękę. -Chciałeś czegoś, że mnie szukałeś? – Zapytał widocznie nieco zirytowany Nataniel. -Mam tu dla ciebie jakieś papiery, żebyś je wypełnił. -Pokaż je – zarządził Nataniel. Przejrzał je. – Nie ma tylko adresu? -Najwidoczniej – odpowiedział Joe. -To nie mogłeś sam go wpisać. Znasz chyba? Motepassio 13 47412-87 AC. Muszę to zapamiętać Montepassio13 47412-87 AC. Pamiętaj!!! Kiedy odchodził Joe, zadzwonił dzwonek na lekcję. -Miło się siedziało – powiedziałam. – Dzięki. -Nie to ja dziękuje. Czyli, jutro też siedzisz ze mną? Zawsze, kiedy tylko chcesz. -Okej, Hasta mańana. -A jakbyś mogła po normalnemu? -Do jutra carińo. Kochanie, przynajmniej na to sobie mogłam pozwolić. *** Nie wierzę, siedziałem z moją Czekoladowowłosą Pięknością. Wyżaliła mi się. Pierwszy raz ze mną siedziała i rozmawiała i opowiedziała mi o sobie, ale przez tego pieprzonego Joe’ego nie powiedziała mi o swoim najważniejszym problemie. Zabije cię Joe. Wyjście na parking trochę się przedłużyło, bo ten wac Joe, musiał iść jeszcze do kibla, a bardzo chciał, żebym go podwiózł moim samochodem. W dupie. Poczekam na niego w samochodzie. Gdy byłem bliżej mojego samochodu poczułem, że ktoś za mną idzie. Odwróciłem się. Oczywiście była to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Zuzanka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…