Wróć do katalogu

Synowie Boży

znowu porcja skonwertowanych sennych marzeń moich i kolegi, wzbogacona nutką (pseudo??)filozoficznych przemyśleń. krytykować (ino konstruktywnie), oceniać, doceniać;)

pieczyl, opublikowano , 40 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

'Zatem zasiądźmy w skupieniu i przyjrzyjmy się historii Ojca, który był zszedł do piekieł i narodził się w chwale dla własnego zbawienia. Przywołajmy szalone moce martwych bogów, otoczmy się koroną ognia i ścianą błyskawic, zasiądźmy na krze z zimna absolutnego, zabezpieczmy się tysiącem sposobów i ufajmy w siłę naszych umysłów, albowiem straszne są historie bogów opowiadane ludziom przez ludzi i wiele zła z nich może wyniknąć.'

I. Przywołanie szkieletu

Na początku był chaos. A potem Bóg powiedział - Niech się stanie światłość. I być może się stała, lecz światłość bez człowieka, bez jego oczu, jego mózgu i świadomości jest niczym niewyróżniającym się pasmem widma elektromagnetycznego. I tym wtedy pozostała, kiedy soki wpływały w jego zimne, suche ciało wynurzone z mroków chaosu, probabilistycznie ukształtowane z gliny, zgnilizny i chemicznie przyprawianej zupy z aminokwasów. Kiedy spadał bez końca ku tej otchłani zwanej bytem przez czeluście jego nieuświadomionych lęków, odcięty od siebie, który był i od świata, ku któremu spadał. Miotając się w obrębie tego, co mu zostało, w obrębie tego, co dawna teologia zwała była duszą. Spadał wtedy długo, a nie miał sekund, minut i lat by odmierzyć czas swojego spadania, zatem tym tylko ten czas różnił się od wieczności, że nagle się skończył, dając początek nowemu okresowi trosk i zmartwień.

*

Zeloci z zakonu Spirytualistów, w goglach na oczach i z czarnymi od sadzy kevlarowymi płaszczami z kapturami naciągniętymi na oczy uważnie kontrolowali przepływ energii przez cewki. Nieustannie bombardowały czarną, atramentową zupę z białek i aminokwasów, jaka pulsowała rozciągnięta po ścianach w części kościoła najbardziej odległej od tej, w której ksiądz Kertyta pławił się w witalizującym żelu z komórek macierzystych tych wszystkich, którzy nie dostąpili łaski odrodzenia się w chwale Pana gdy nadeszła apokalipsa. Mała kamera na matrycy z komórek światłoczułych kota pozwalała mu obserwować to, co się dookoła działo, zastępując jego własne oczy, które wciąż jeszcze dojrzewały pod osłoną zrośniętych powiek. Wprawdzie kocie oko, którym patrzył pozwalało mu widzieć wyraźnie tylko na dosyć krótkie dystanse i tylko monochromatycznie, ale przynajmniej nie miał problemu w nocy, która zapadała szybko, nieregularnie i często, w zależności od kaprysów przelatujących w pobliżu Aniołów Pańskich. Pulsująca, czarna masa, która raz na jakiś czas wypluwała na brzeg kłaczkowate, splątane nici kwasu deoksyrybonukleinowego gięła się i bulgotała, chłostana wyładowaniami o napięciu półtora miliona woltów. Czasem z tych nici wyrastało życie, czasem nie wyrastało nic. Czasami nici rodziły tylko krótkotrwałe cierpienie kiedy okazywało się, że próbowała w nie wtargnąć jakaś potępiona dusza, która nigdy nie powinna opuszczać Otchłani. Wszystko to stało zapisane w Księdze Życia i gdy bramy niebytu próbowała przekraczać dusza, której imię nie było tam uwiecznione, siły potężniejsze niż Zakony brały sprawy w swoje ręce i bluźnierca taki traktowany był z iście boską mściwością. Dusza jest nieśmiertelna, nie można jej zniszczyć. Ale można ją przekonać, by już nigdy nie próbowała, niegodna, uczestniczyć w spektaklu zmartwychwstania ciała, można sprawić, że ciało będzie jedynym i najgorszym koszmarem, o jakim będzie śniła w otchłaniach niebytu.

*

- Skąd wiecie, że jestem księdzem i skąd znacie moje imię? - W Księgach stoją zapisane wszystkie imiona. Żywe.. - I martwe – ciągnął drugi brat – martwymi nie zaprzątamy sobie głowy. A żywe… żywe Księga podaje Aniołom, oni podają je nam. Jesteście księdzem, Jakubie Kertyto. Byliście księdzem w tym poprzednim, ulotnym życiu, które dzisiaj jeno snem rannym się wydaje. Bracia byli eteryczni jak duchy, jak zjawy roznoszące dobrą nowinę wśród zmartwychwstających, rozlokowanych w inkubatorach schowanych we wnękach w ścianach zrujnowanej nawy głównej. Widać było jak każda żyłka w ich dłoniach i twarzach pulsuje czerwono i błękitno (Kertyta ciągle widział kocim okiem, dla niego wszystkie kolory były tylko mniej lub bardziej szare), jak chrząstki pełzają w górę i w dół ich grdyk gdy braciszkowie przełykali ślinę. Aureole nad ich głowami wyglądały tak, jakby ich świetliste dusze były dosłownie o krok od przekroczenia wiążącej je granicy ciała i tylko czekały na ostateczną jego dezintegrację, transcendencję ku prawdziwemu Królestwu Bożemu, na razie tylko dumnie, choć nieśmiało oświecając swoją chwałą wiążące je powłoki. Kertyta nie pamiętał niczego. Znał wszystkie modlitwy, znał algorytm według którego odprawiano msze, wiedział jak zmienia się ich formuła w zależności od roku kościelnego i okresu roku, który aktualnie obowiązywał. Wiedział, że w adwencie musi nosić fioletowy ornat, a w Boże Narodzenie biały, pamiętał słowa modlitwy odmawianej nad hostią. Zatem musiał być księdzem, kto inny mógłby wiedzieć to wszystko? Ale nie pamiętał, by kiedykolwiek się modlił, udzielał chrztu, ostatniego namaszczenia, by kiedykolwiek ogłosił kogokolwiek mężem i żoną. Nie pamiętał, by chociaż raz upadł do nóg krzyża, by rozmawiał z Bogiem, a jednak widocznie tak było, skoro Bóg spojrzał na jego proch i wyniósł go ponad inne. Może było to ważne tam i wtedy, gdy ważyły się losy jego nieśmiertelnej duszy, gdy jego czyny kształtowały jej charakter, gdy uczyły go mówić ‘nie’ i mówić ‘tak’ bez zastanowienia w sytuacjach, w których kiedyś się zastanawiał, gdy nauczył się wybierać odpowiedzi miłe Bogu. Nie pamiętał tego, ale tak musiało być, bo skąd inaczej by się tutaj wziął? Widocznie wtedy nie każda odpowiedź i nie każdy czyn z osobna były ważne, lecz liczył się ślad, jaki pozostawiły w jego nieśmiertelnej, podobnej Bogu duszy. Bogu spodobał się kształt, jaki Jakub Kertyta nadał temu darowi, tej glinie jaką został obdarowany. I teraz mu to obwieszczał. Słowami półprzezroczystych, półtranscendentalnych braciaszków. - Raduj się, Jakubie – śpiewali Spirytualiści swoimi wysokimi, łagodnymi głosami, a membrany na ślimakach wyhodowanych z potępionych wyławiały ich słowa – oto są ostatnie twoje zmartwienia. Już niewiele uderzeń serca dzieli cię od opuszczenia tego świętego zbiornika, w którym formuje się twoje prawdziwe ciało, nie to, które dostałeś od matki, lecz to, które będzie właściwą szatą dla twojej kryształowej duszy. Jeszcze trochę i nie będziesz patrzył oczami kota ani mówił na migi. Raduj się, Jakubie, albowiem Królestwo jest bliskie.

*

Kiedy odżywczy śluz spłynął z wnętrza szklanej butli, w której Jakub spędził swoje pierwsze dni wieczności, pomocni braciszkowie mokrymi i suchymi ręcznikami starli z niego resztki nieczystości Tamtego świata. Nagi i drżący, nie z zimna, ale z niepewności stanął tam, wysoki, kruczowłosy, oddychając pełną piersią czystym, chłodnym powietrzem pachnącym burzą i jaśminem. Posadzka starej katedry, na której stanął kłuła go w nagie stopy resztkami tynku, który opadł ze ścian tak dawno temu, że nie było nikogo, kto by wspomniał. Być może strąciły go te same Trąby, które obwieściły zmierzch wszystkiego. A może też były to fale uderzeniowe po spadających bombach. Tego, czy chmura, na której Syn zstąpił po raz wtóry w chwale była radioaktywna, czy nie też nikt nie pamiętał. Bracia z zakonu Spirytualistów opiekujący się kryptami przybyli tłumnie powitać nową duszyczkę, która była zagubiona w zupie wieczności, a się odnalazła. Pogodnie uśmiechali się z głębi swoich czarnych kapturów, choć niektórzy byli już tak ulotni w swojej cielesności, że ich uśmiechy były tylko bladymi poziomymi kreskami pośród błękitnych i czerwonych linii krętych, przecinających ich przezroczyste twarze. Nawet oni, choć na poły duchy, uznali za ważne zobaczyć nowego u progu Królestwa. Skrzydlaty anioł, o świetlistej skórze i zgrzebnej szacie przytulił go wtedy jak brata, zalewając falą jaśminu. Wykreślił krzyż na jego czole, który przez chwilę palił żywym ogniem, a potem wypełnił ogniem jego całego, jak pocałunek pierwszej miłości albo szał słusznego gniewu i pozostawił rozgorączkowanego, z rumieńcami na białym obliczu. Tonącego w radości, wciągającego w płuca jej karmazynowe fale, zapadającego się w nią coraz głębiej i głębiej, ku samemu dnu. Nie wierzył, że istnieje dno. Nie istniało. Za oknami trzepotały skrzydłami Zastępy. Blask ich skóry i szat rzucał kolaże cieni na posadzkę szarą od starego tynku. Podłużne, skupione cienie braci zakonnych krzyżowały się, bladły i gubiły, osaczane przez chwałę Jedynego. Prawda stała w Piśmie. W Królestwie nie potrzeba słońca, ni gwiazd, ni księżyca, chwała boska zewsząd je oświeca. Poklepując przyjaźnie po ramionach odziali go w płaszcz taki jak ich, czarny, szorstki, sztywny, układający się w romby i trójkąty na zmyślnie zaprojektowanych liniach szwów, nadając mu postać surowego, lecz dobrze się trzymającego, barczystego mnicha. Odkrył głowę gdy mu ją zasłonili, śmiejąc się w duchu z siły ich ziemskich przyzwyczajeń. Nagi, czy odziany – jaką to stanowiło tutaj różnicę? Po raz ostatni rzucił okiem na połyskującą, pełzającą, czarną, prawie-organiczną masę, z której go wydobyli. Poruszała się tak, jakby była wyżej niż trójwymiarowa, jakby za progiem nawy głównej, tam, gdzie dawniej był ołtarz, teraz była grawitacyjna burza, siekająca przestrzeń na kliny i plastry, pozwalająca cieczy płynąć do góry i tryskać, zdawałoby się, z powietrza. Odwrócił się i ruszył ku światłości. Minął przedsionek, otworzył gargantuiczne wrota, sięgające, zdawałoby się, samego Nieba na górze. Otworzyły się zaskakująco lekko. Schodami wzwyż, cienie pełzają po stopniach i po brunatno – czerwonych ścianach, co kilka kroków okno po lewej i okno po prawej, za oknami widać tylko kłębiące się fale białych i błękitnych chmur. Granatowe błyskawice bez grzmotów strzelały pomiędzy szczytami cumulusów, białe postaci Aniołów unosiły się w tym bezmiarze pod czarnym niebem, kreśląc skomplikowane krzywe. Gwiazd, ani księżyca nie było. Gwiazdy spadły, księżyc dawno temu zakryto. Kertyta szedł wytrwale do przodu, nie patrząc w górę ani za siebie. Tylko przez okna podziwiał fraktalne cuda, które kwitły tam pod postacią chmur i piorunów. Lecz kiedy w końcu spojrzał, za siebie, i przed siebie i ujrzał tylko zbiegające się w oddali linie krawędzi tunelu, którym wchodził, jak porozumiewawcze mrugnięcie nieskończoności, serce zadrżało w nim. Zimny pot oblał go w tej przelotnej chwili trwogi. Przez myśl przeleciał mu być może cień dawnej nauki, a może jakaś świeża refleksja – że Niebo od Piekła różni tylko obecność nadziei. I przez chwilę czuł jak ta nadzieja drży w nim jak pierwszy przebiśnieg wyrosły spod śniegu, nie wiedział czy za chwilę nie zemrze z wiatru, czy zimna. Stanął u progu okna, pozbawionego szyb i dwa razy wyższego od niego, z palonej czerwonej cegły, z wystającym obramowaniem z tej strony, z której straszyła Przestrzeń. Oko bez powiek, oko wielkie na kilometry, samotne, potężne, skupione spojrzało nań prosto z niebios. Pałające kosmiczną czernią źrenicy, okolonej tęczówką w kolorze mgławic, z refleksami jak dżety i fale uderzeniowe umarłych supernowych, jasne jak powierzchnia Słońca kiedyś była. Bliskie, zdawałoby się, na wyciągnięcie ręki, a zarazem odległe jak inna planeta, jak oglądane przez czyste powietrze wysoko w górach. Oko nieuwięzione w oczodole, obramowane trójkątem wyciętym w granacie i prawie-czerni nieba, samotne i wolne, spokojne jak spokojnie mijają stulecia na pustyni, skupione i PEŁNE, tak kompletne jak kompletny bywa mężczyzna gdy u jego boku jest Kobieta – ta, jedna, kochana i kochająca, jak kobieta gdy jest przy niej Mężczyzna. Kompletne jak kompletny jest człowiek konający z pogodą ducha, kompletne jak płacz noworodka, kompletne jak wszechświat obserwowany rozumiejącym spojrzeniem. Kompletne jak kompletny jest Bóg. Gwiazdy pospadały, mgławice rozwiały się w nicość, księżyc zasłonięto i zasłonięto Słońce. Zasłonięto i zniszczono wszelkie rzeczy, które były jak Absolut, lecz nie były Absolutem, bo po co komu atrapy kiedy ten, który był dla nich wzorem ostatecznie nadszedł i ukazał się światu w pełni swojej kosmicznej chwały. - W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen – zakończył w myślach, wyskakując z okna prosto w kłębiącą się, białą masę ciętą granatowymi wyładowaniami. I leciał długo, przez powietrze i przez chmury i przez mgłę, pewny w swojej wierze, zostawiając Piekło za sobą, rozlazłe w nieskończoności schodów, zagadki i niepewności, która tam mieszkała. A zanim doleciał do ziemi porwali go Aniołowie i unieśli i na ich ramionach bezpiecznie dotarł do bram Jeruzalem, miasta trupów ogrodzonego przez mury z siedmiu warstw kamieni szlachetnych, gdzie każdy sprawiedliwy ma dla siebie dom i gdzie troska nie ma wstępu.

II. Życzenie

Wibrują mury Jeruzalem gdy Kertyta powolnym krokiem się do nich zbliża. Niskim, basowym pomrukiem śpiewają pieśni i psalmy dziękczynne, mienią się wszystkimi kolorami tęczy, z bramami zapraszająco otwartymi, lecz nikt do nich nie zmierza oprócz Jakuba, nikt też nie wychodzi. Ścieżka, po której idzie ksiądz pulsuje i gra barwami jak zorza polarna. Kertyta zauważa, że cała zbudowana jest z ciekłych kryształów, przez które widocznie falami przechodzą elektryczne spazmy, przywołujące kalejdoskopowe, rorschachowe kleksy we wszystkich możliwych barwach. Kroki Jakuba zostawiają owalne, tęczowe ślady na miękkiej ścieżce w miejscach gdzie jego buty wyciskają płyn spomiędzy plastikowych warstw, które go okrywają. Na początku Kertyta dziwi się, co robi twór człowieczy w mieście boskim, lecz po chwili oczywistość aż uderza go – nie ma tworów człowieczych przecież, nie ma, bo człowiek nigdy niczego nie stworzył, a w miejscu, gdzie Bóg jest wszędzie musi być też we wszystkich postaciach, i wszystkie dzieła Jego, obojętnie czy objawione światu bezpośrednio przez Jego moc, czy też przez dzieła rąk ludzkich będą tutaj po wieki sławić Jego imię. Nekropolia otwiera się przed Kertytą. … Potem długo spowiadał się z tego, co tam zobaczył.

III. Przemiana w wilka

Później Kertyta pisał, nie w dzienniku, ale na neuronach w swoim mózgu:

'Jestem sam w środku najciemniejszej nocy jaką potrafię sobie przypomnieć z tych szczątków poprzedniego życia jakie jestem w stanie wyłuskać. Bycie martwym skutecznie przetrzebiło mi pamięć, jakby w tym, co nazywają moją duszą nie zapisało się wprost to wszystko, co wprost kształtowało mnie, moją osobowość i to, co tu nazywają ‘fasetką’ duszy. Jakby pozostał tylko odcisk. Bez śladów tego, co go zostawiło. Jestem tylko odlewem samego siebie lub czymś w tym rodzaju. Nazywają to Rajem. Jestem sam. Za moimi plecami bije w niebo porażający nawet z tak dużej odległości słup płomieni w centrum Jeruzalem. Chmury kłębią się wokół niego, czasami nawet przysłaniając Spojrzenie. Teraz już nie jest skierowane na mnie. On wciąż spogląda w te płomienie i w tych, co w nich tańczą. Ja też próbowałem. Spałem dzisiaj na wielkim poroście. Chyba jakimś wątrobowcu albo czymś takim. W kształcie talerza o poszarpanych brzegach, zielony, bardzo ciemny. Miękki. Poduszkę zrobiłem, zawinąwszy brzeg do środka. Wokół prawie cicho, tylko wiatr wieje w kanionach, wyjąc niemiłosiernie. W mieście nazywają go Potępieńcem. Niby celnie, ale dziwi podobna beztroska u ludzi, dla których słowo ‘potępiony’ straciło znaczenie w przenośni. Mało w tym miłosierdzia jak na raj. Gwiazdy też chyba się pojawiły. To znaczy nie gwiazdy, bo gwiazd nie ma. Naprawdę. Ani jednej. Być może to Cherubini, którzy teraz na dobre przyjęli rolę gwiazd stałych, może to sentyment. Ale są, niezmienne, mogę przynajmniej spróbować się nimi kierować. Tutaj ponoć łatwo zabłądzić. I trudniej wyjść, niż ze Schodów do Nieba. Idę dalej, a może bliżej, zależy jak na to spojrzeć. Zależy, czy ta droga ma jakiś cel, który osiągnę. Krawędzie kanionu są niemożliwie wysoko nad moją głową, jakby skały głaskały niebo po czarnym brzuchu. Tylko małe obłoczki snują się teraz po nim. Gdybym mógł wrócić do początku, pewnie widziałbym z góry wszystko, nieprzesłonięte grubą warstwą chmur. Skały są niesamowite. Majestatycznie wznoszą się nad moją głową, ostrymi krawędziami poszczególne bloki granitu odcinają się od siebie nawzajem i od świata. Czuję się jak na samym dnie dołu z węglem, czarny kamień, czarne niebo. Tylko rzadka trawa, zioła i porosty znaczące podłoże i czasami wznoszące się nawet na bardzo duże wysokości po ścianach kanionu przekonują mnie, że jednak to jest coś prawdziwego, a nie żadna abstrakcja wyhalucynowana przez mój mózg. Ogromny spokój bije z tego matecznika ziemi. Ciemnozielone i brunatne rośliny, niewiarygodna twardość skał, monotonia wycia wiatru – wszystko tu mówi o stałości, nie zahaczając w tym o metafizyczne jej wymiary – określenie ‘wieczność’ nie jest tu na miejscu. To miejsce jest tu i teraz i zdaje się zapewniać, że tak będzie zawsze, obojętnie co nieznane siły, które je ukształtowały mają zamiar dalej czynić. Gdybym mógł, chyba bym tu zamieszkał. Gdybym znalazł kogoś, kto chciałby być tu ze mną, kto by docenił tę opowieść zieleni, skał i wiatru. Moja dusza płacze w rozterce. Kiedy odchodziłem, widziałem płacz i zgrzytanie zębów tych, o których nikt nie zadbał, by odesłać z powrotem w otchłań. Miasto patrzy do wewnątrz siebie, nie obchodzi go, co za murami. Za murami jest sadzawka, pływa w niej ta sama czarna ciecz, z której mnie wyrwali i do której odesłali tak wielu. Łamie się tam grawitacja. Włożyłem rękę. Obcięło mi palec. Widziałem jak spadał dziesięć metrów dalej. Leciał w prawo i do góry, pod kątem. Potem znikł, nie wiem, gdzie wypadł. Taplają się tam w sobie nawzajem. Zlewają i rozrywają zębami, kolanami, paznokciami. Głowy z okiem, oczami, bez oczu, za mało rąk, za dużo, ciał setki, tysiące, a jak jedno. Spojrzenia oszalałe, beznadziejne. I ryk wielogłosowy, jęk rwany, czkanie spazmatyczne. W tym tworze amebalnym umarła moja wiara, utopiona nie w widoku tego nieludzkiego koszmaru, lecz w jego przypadkowości i niekonieczności. Tam nie było Boga. Chyba, że podyktował Pismo wprost, bez przenośni.'

Później Kertyta myślał tak:

'Przede mną Wieża. Podobno święta, mam nadzieję, że przydatna. Jak dla mnie na pewno majestatyczna. Ma chyba z kilometr. Lita skała, otoczona skałami. Przepaść oddzielająca ją od nich wydaje się nie mieć dna, ale to może być złudzenie, jest przecież ciemno. Grunt, że wygląda jak wyrastająca znikąd i sięgająca niebios. Oglądam się za siebie, wspominając z niedowierzaniem zwierzę, które widziałem na niższym poziomie kanionu, w głębi rozpadliny tak głębokiej, że skóra mi cierpła gdy podchodziłem do krawędzi. Podobna do człowieka, podobna do słonia, podobna do zwierzęcej karykatury tego, co mam w głowie gdy myślę o tytanach. Stała bez ruchu jakby kontemplując mały strumień, który tryskał ze źródełka pomiędzy jej stopami. Potem zatruchtała w miejscu. Drżenie gruntu poczułem nawet tam, gdzie stałem, pięćdziesiąt metrów ponad nią. Sama miała chyba ze dwadzieścia. Behemot. Zadziwiające jak bardzo wszystko tu jest tak, jak powinno… albo jak mi się wydaje, że powinno… Powiedzieli – idź najpierw stąd, gdzie ci źle, dopiero potem szukaj gdzie ci jest dobrze. Przez trzydziestometrowej szerokości rozpadlinę prowadzi most z drewna, zwykła kładka zawieszona na mocnych sznurach. Gdy kładę na niej spojrzenie automatycznie ześlizguje się ono i leci dziesiątki metrów w dół, gdzie gdzieś daleko widać lekki czerwonawy poblask, jakby fundamenty wieży wzniesiono na podziemnym jeziorze lawy, wybiwszy wcześniej szyb odpowiednio głęboki. Iście boska robota. Jej blanki są z ciosanego bloku granitu, topornego i kanciastego w swojej niedościgłej strzelistości. Jest architektonicznym odpowiednikiem ostrza z obsydianu, które kiedyś cięło mięso tak jak ona sieka nieboskłon nad moją głową na dwie części. Gdzieś na wyższych poziomach widać migotliwe, czerwonawe światło, rzucające się na ciosane nieznaną siłą ściany, rozlane w mniej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych