Syreni lament
Kinu, młody sensei z japońskiej wioski, opowiada o swoim życiu. Jak to mówi: "Nie jest to wesoła historia". Poniżenie, odrzucenie oraz miłość.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Yoko-sensei! Yoko-sensei! Wesołe krzyki wyrwały mnie z zamyślenia. Gdy otworzyłem oczy, ujrzałem chłopca o słomianych włosach i roziskrzonych oczach. Nie powiem, tak błękitnych tęczówek nigdy jeszcze nie widziałem. - Shiro-chan - odrzekłem, sadzając sobie chłopca na kolanach. - Nie powinieneś być teraz w szkole? Malec wydął zabawnie wargi, a w jego oczach pojawił się bunt, tak znany wszystkim rodzicom. - Szkoła jest głupia. - Ale nauczy cię, jak... - Jak być prawdziwym shinobi - dokończył za mnie. - Wiem, Yoko-sensei. Ale wolałbym posłuchać twoich opowieści. One są zawsze takie ciekawe! Radość Shiro zawsze wywoływała uśmiech na mojej twarzy. Był taki bezpośredni. Jako jedyny z wioski, nie bał się mnie. Założyłem mu na głowę swój słomkowy kapelusz. - A o czym chciałbyś dzisiaj posłuchać? - O twoim wcześniejszym życiu... Yoko-sensei - dodał pospiesznie. Gdy byliśmy sami, nie dbaliśmy o te grzecznościowe formułki. Shiro miał osiem lat, ja - dwadzieścia pięć. Jednak rozumieliśmy się naprawdę znakomicie. Zupełnie, jakbym miał młodszego braciszka. Jednak jego prośba trochę mnie zaskoczyła. Jeszcze nikomu na lądzie nie opowiadałem o moim "wcześniejszym życiu". Za dużo było w nim bolesnych momentów, a rany po tych wesołych nie zdążyły się jeszcze zagoić, choć minęły już dwa lata od moich narodzin jako człowieka. Ale postanowiłem podzielić się nimi z małym. Dlaczego? Do tej pory zadaję sobie to pytanie. Chyba Niji miał rację - jest we mnie coś z masochisty. - Na pewno chcesz posłuchać? To nie jest wesoła historia... - Sensei, gdybym nie chciał, nie prosiłbym o to - odpowiedział bystro. Ech, te dzieciaki. Nawet nie zauważysz, kiedy przyprą cię do muru. Westchnąłem. Miałem jeszcze trochę wątpliwości. Jednak jakaś część mnie, ta przeważająca, chciała wrócić do tamtych chwil. Do bycia syreną.
- Usiadłeś wygodnie? - Pokiwał głową, wiercąc się jeszcze chwilę na moich kolanach, po czym znieruchomiał i utkwił we mnie te swoje błękitne oczy. - Ostrzegam: opowieść nie jest może zbyt długa, a na pewno nie ma happy endu.
Jak już ci kiedyś wspominałem, dopiero od niedawna jestem człowiekiem. A dokładnie, od dwóch lat. Wcześniej byłem syreną. Mieszkałem w okolicach wyspy Rishiri, w Morzu Japońskim. Moje dzieciństwo nie było zbyt wesołe. Zresztą, co ja tu będę barwił - było tragiczne. Byłem sierotą, jeśli można nazwać tak dziecko porzucone przez matkę i ojca. Moja matka pochodziła z rodu Hydr. Jak wiesz, w mitologii hydra była potworem, któremu w miejscu każdej uciętej głowy, wyrastały dwie kolejne. U syren było trochę inaczej. Hydry są krwiożerczym rodem. To już nie syreny - to bestie. To one rozpętują sztormy, wywołują wiry, zatapiają statki i mordują żeglarzy. Są jak rekiny - gdy poczują krew, już nie popuszczą. Ich wygląd zwodził marynarzy. Hydry słyną ze swojej urody. Ich ogony pokryte są wspaniała łuską, skrzącą niczym tęcza, a ich głosy hipnotyzują marynarzy. W dodatku posiadają zdolności, odziedziczone po przodkach-wiedźmach - potrafią manipulować pogodą zgodnie ze swoimi kaprysami. Jednak moja matka miała przebłyski świadomości. Na tyle długie, że dała się porwać mojemu ojcu - dowódcy oddziału Trytonów. Wynikiem tego "związku" byłem ja. Jednak uczuć macierzyńskich starczyło jej na tyle, by mnie urodzić i wrócić do siebie, zostawiając mnie na pastwę losu. Ojciec, gdy tylko dały o sobie znać rodzicielskie obowiązki, zostawił mnie samego i dał drapaka na jakąś małą wojenkę. Z tego, co wiem, zginął w czasie walk. Mając mniej niż trzy lata, zostałem sam. Musisz wiedzieć, że dzieci syren od najmłodszych lat uczone są samodzielności. Gdy ludzkie dzieci jeszcze pełzają w powijakach, młodzi ogoniaści umieją już się całkiem nieźle komunikować z otoczeniem, a także wypełniać większość domowych obowiązków. Te trzy lata z ojcem-żołnierzem również dały mi niezłą szkołę. Musiałem zastępować mu kuchtę i służbę. Wierz mi, mały, to nie było łatwe dla kogoś kto ma trzy lata i dopiero niedawno nauczył się pływać na tyle sprawnie, by na nikogo nie wpadać. Gdy odszedł, jakoś udawało mi się o siebie zatroszczyć. Jadałem podle, tylko tyle, by nie myśleć o burczącym brzuchu. Poszedłem do szkoły. Jednak tam byłem odtrącany na każdym kroku. Byłem w końcu potomkiem Hydry. Kochana mamusia zostawiła mi po sobie kilka barwnych łusek i płetwy tuż za uszami. Nawet jeśli z pozoru wyglądałem jak zwyczajna syrena, te dwa atrybuty zdradzały innym wszystko o moim pochodzeniu. Społeczeństwo mnie odrzuciło, nawet nie dając mi szansy. Postanowiłem odpłacić się mu tą samą monetą. Stałem się zamknięty w sobie, samodzielny nawet jak na standardy syren. Nikogo nigdy o nic nie prosiłem. Każde przyjazne słowo dzieciaków w szkole zbywałem nieprzyjemnym warknięciem. Do nauczycieli też nie byłem zbyt entuzjastycznie nastawiony. Każdą próbę zbliżenia się do mnie odtrącałem ostrzej, niż miałem zamiar. Wkrótce nikt nawet nie próbował mnie zaczepiać, a jeśli już, to po to, by mi wypomnieć moje geny. I tak mijały mi moje młodzieńcze lata. W samotności. Czas, który normalne syreny spędzały na randkach czy imprezach, ja przeznaczałem na naukę lub gapienie się w toń morza. Miałem takie swoje miejsce. Nikt się tam nie zapuszczał. Kilka kilometrów za miastem znajdował się ustęp skalny, gdzie swoja kolonię miały delfiny. Kochałem te stworzenia. Potrafiłem godzinami patrzeć na ich amory. Czasami do mnie podpływały. Trącały mnie zabawnie swoimi nosami i zapraszały do zabawy. Porzucałem wtedy moje schronienie i pływałem z nimi. To były jedyne chwile, gdy nie czułem się przez wszystkich zaszczuty. Gdy czułem się w pełni akceptowany. Jednak co dobre, omija mnie szerokim łukiem. Przypłynęli kłusownicy. Pod osłoną nocy wytłukli pół kolonii moich ukochanych delfinów. Gdy przybyłem na miejsce, przywitał mnie obraz nędzy i rozpaczy. Woda była karminowa od krwi. Wszędzie pływały wnętrzności i resztki moich przyjaciół. Kilka ocalałych kręciło się na tym pobojowisku, zawodząc smutno. Wtedy po raz pierwszy odezwały się we mnie mordercze instynkty Hydr. Dopadłem ludzi odpowiedzialnych za tę tragedię. Wykorzystując siły, o których nie miałem praktycznie pojęcia, rozpętałem istne piekło. Wszystkie wcześniejsze sztormy przy moim były niczym deszczyk w porównaniu z tsunami. Wszyscy ludzie zginęli. Tych, którzy przeżyli burzę, zabiłem własnoręcznie. Za każdym razem, gdy wbijałem w ich ciała włócznię, miałem przed oczami tańce delfinów, a ich śpiew przebrzmiewał mi w uszach, gdy kłusownicy próbowali krzyczeć. Ten atak furii widzieli przywódcy miasta. Postanowili mnie odizolować, bym „nie stanowił zagrożenia dla praworządnych obywateli”. W celi spędziłem pół roku. Zachowywałem się jak roślina. Jadłem i spałem, gapiłem się w ścianę, jednak kontaktu ze mną nie było. W końcu władze mnie wypuściły, jednak dostałem dozór. Gdybym znów stracił nad sobą kontrolę, czekałoby mnie dożywocie w zakładzie zamkniętym. Od tamtej pory trzymałem nerwy na wodzy. Nie wchodziłem nikomu w drogę, trzymałem się jeszcze bardziej na uboczu. I pewnie siedziałbym tak dalej, egzystując zamiast żyć, gdyby nie Niji. Przybył do naszego miasta z pewnej rafy koralowej na obrzeżach Australii. Całkowite przeciwieństwo mnie: wesoły, spontaniczny, choć trochę leniwy. Uwielbiał wstawać późno, dlatego zawsze się spóźniał. Oczywiście, nasłuchał się plotek o mojej tak zwanej niepoczytalności i pochodzeniu. Jednak to go nie zraziło. Wiesz, zawsze powtarzał mi jedną rzecz. "Nie ważne, kim się urodziłeś, Kinu. Ważne, co z tym życiem zrobisz i kim się staniesz". Właśnie te słowa usłyszałem jako pierwsze. Można powiedzieć, że władował się w moje życie z butami. Ignorował moją ironię i cynizm, których nauczyłem się jeszcze w dzieciństwie. Gdy nie reagowałem na jego wesołe gadanie, po prostu siadał obok mnie i milczał. Niji był ulubieńcem dziewcząt. Wysoki, o pięknym ciemno seledynowym ogonie i soczyście zielonych oczach. Przykuwał uwagę każdego, kto znajdował się z nim w jednym pomieszczeniu. W dodatku potrafił trafić do każdej dziewczyny. Tu powiedział komplement o kolorze oczu, gdzie indziej pochwalił nową fryzurę. Istne bożyszcze tłumów. Jednak, zamiast stać się idolem, postanowił mnie oswoić. Spędzał ze mną jak najwięcej czasu, nawet gdy był zmęczony. Jeśli nie zwracałew na niego uwagi, płynął za mną, dopóki nie wyładowałem na nim swojej agresji. Po kilku miesiącach zacząłem się przyzwyczajać do jego ciągłej obecności. Szczerze mówiąc, bez niego u boku czułem się jak bez ogona. Ze wstydem myślałem o tym, jak bardzo się od niego uzależniłem. W końcu jako jedyny dostrzegł we mnie syrenę, nie potwora. Dzięki niemu zmieniłem się z zamkniętego w sobie odmieńca w tryskającego energią chłopaka. Coraz częściej się uśmiechałem. Widok błękitu morza odstawiłem dla wycieczek z Nijim. Gdybyś widział tę przemianę, nie uwierzyłbyś, że dawny i nowy Kinu to ta sama osoba. W końcu zaproponował, byśmy zamieszkali razem. Jego rodzice wrócili w okolice Australii, zostawiając mu całkiem spory apartament. Popatrzyłem wtedy na niego, jakby był jakimś kosmitą, a nie moim przyjacielem. Bo kto to widział, by dwóch chłopaków mieszkało ze sobą?
- Niji! Ciebie do końca powaliło? - Krzyknąłem roztrzęsiony, choć w środku cały skakałem z radości. - Nie powaliło - odpowiedział, uśmiechając się lekko. - Starzy wyjechali. Zostawili mi dom. Taniej wyjdzie, jak zamieszkamy razem, a i na pewno weselej. Spojrzałem na niego, jak na gadającego walenia. Czy on mówił poważnie? - Niji… Ty się aby na pewno dobrze czujesz? Wziąłeś lekarstwa? - Zapytałem, przykładając mu rękę do czoła, jednak on odtrącił ją z cichym prychnięciem. Opuścił fotel, który zajmował od kilku godzin i podpłynął do okna. - Czy to takie dziwne, że chcę zamieszkać z przyjacielem? - Spytał, wciąż się nie odwracając. - Czy trudno zrozumieć, że… Że ja też nie cierpię samotności? - Więc mam być tylko czymś, co tą samotność odpycha? - Mimowolnie zacisnął zęby i przeszedłem na ton przeznaczony dla wrogów. - Nie. Chcę, żebyś był kimś, kto mi pomoże ją znieść. Gdy się odwrócił, wiedziałem, że postawi na swoim. Tym zielonym oczom nie byłem w stanie się oprzeć i on o tym doskonale wiedział, manipulant. Do tej pory nie wiem, jak to się stało. W jednym momencie siedziałem na kanapie i wpatrywałem się w niego z wściekłością, marząc by zacisnąć ręce na jego szyi, a w drugiej… W drugiej byłem przy nim, obejmowałem go i całowałem, jakby świat miał się zaraz skończyć. Przez cały czas nie odrywałem wzroku od jego oczu. Miałem wrażenie, że nawet gdybym chciał, nie mógłbym tego zrobić. Jakby łączyła nas niewidzialna więź. - To jak? - Zapytał lekko drżącym szeptem. Jego oddech delikatnie łaskotał płatek mojego ucha. Przyznam, że w tym momencie zgodziłbym się na wszystko, czego by zażądał. Byleby tylko nie odchodził. Nie zostawiał tego tak… po prostu. Moje myśli musiały się odbić na twarzy, bo on, nie czekając na odpowiedź, jeszcze raz wpił się w moje usta, jakby chciał pozbawić mnie tchu, życia, duszy. Jeszcze tego samego dnia wprowadziłem się do niego. Skłamałbym mówiąc, że był mi obojętny. Był pierwszą osobą, którą obdarzyłem uczuciem. Pierwszą i ostatnią, jak miało się później okazać. W szkole nikt nie zauważył zmian. Trzymaliśmy się tak samo blisko, jak wcześniej. Może częściej na siebie zerkaliśmy i posyłaliśmy sobie znaczące uśmiechy. Dziewczęta w dalszym ciągu napastowały Nijiego, a on odpłacał im się pięknymi komplementami. To, że nigdy się z żadną nie umówił, przypisywano jego wstydliwości i skromności. A ja uśmiechałem się krzywo, słysząc te domysły. Wieczory należały do nas. Poznawaliśmy siebie nawzajem, swoje nawyki, upodobania i wady. I swoje ciała. Niji był strasznie ciekawy. Jego palce błądziły po mojej twarzy, klatce piersiowej, po plecach. Gładził moje kolorowe łuski, bawił się płetwami. Zwłaszcza tymi nad skrzelami, pozostałości po mojej kochanej mamusi. Często go pytałem, dlaczego go tak interesują. Wzruszał wtedy ramionami, przysuwał usta do moich ust i szeptał: - Bo należą do ciebie. Wystarczało mi to. Oddawałem mu się każdą cząsteczką mojego istnienia. To było dziwne… Hybryda syreny i Hydry, krwiożercza bestia, zaprogramowana przez naturę na zabijanie, poskromiona przez chłopaka o pięknych, zielonych oczach. To zakrawało na cud. Jeszcze większym cudem było, że we wszystkim mu się podporządkowywałem. No, prawie we wszystkim. Nigdy nie zgodziłem się, by komuś o nas powiedział. A miał na to ochotę kilka razy. Zwłaszcza, gdy miał dość narzucających mu się dziewczyn. - Zrozum - perorował. - Jak im powiem, to się w końcu ode mnie odczepią i będę miał święty spokój. - A ludzie będą wytykać cię palcami. Nie ma mowy. Po pewnym czasie przestał mnie prosić. Zachowywał się z rezerwą, a ja czułem, że nasza bajka się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil wampisia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…