Wróć do katalogu

Szekspir w Londynie (cz. 2)

Mało prawdopodobna baja osadzona w świecie szekspirowskiej Anglii

Kisiel, opublikowano , 43 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Smutny rozdział opowiadający o śmierci Johna Szekspira

William Szekspir cieszył się coraz większą sławę. Niemal każdy Anglik znał jego nazwiska. W teatrze "The Globe" odbyła się premiera nowej sztuki jego autorstwa, "Feniks i gołąb". Wprawdzie nie odniosła ona tak ogromnego sukcesu, jak się spodziewano, jednak i tak Szekspir był z niej zadowolony.

Był ponury, wrześniowy dzień. Słońce nawet na moment nie wyjrzało spoza ciemnych, deszczowych chmur. Wiał chłodny wiatr, nic nie wróżyło poprawy pogody... - Wio! Wio! - poganiał konia Gilbert Szekspir. Wiedział, że jeszcze przed zmrokiem musi dotrzeć do swego brata, Williama, mieszkającego obecnie w Londynie. Wiózł dla niego list od matki. Wprawdzie nie czytał go, jednak bez trudu domyślał się jego treści. Stan zdrowia ojca, Johna Szekspira, w ostatnim czasie uległ znacznemu pogorszeniu. Publiczność szalała z zachwytu. Na deskach teatru "The Globe" po raz pierwszy od dłuższego czasy grano słynną tragedię "Romeo i Julia". William Szekspir dawał popis swych aktorskich umiejętności w roli Benvolia. Jak łatwo się domyśleć, Romea grał najlepszy aktor w Zespole Lorda Szambelana, Richard Burbadge. W tym dniu na widowni Szekspir dostrzegł nawet wysoko postawionego dworzanina królowej Elżbiety. Znał go już z widzenia, jednak w żaden sposób nie mógł przypomnieć sobie jego nazwiska. Przed teatr zajechał Gilbert Szekspir i czym prędzej wbiegł do środka. Wiedział, że odnajdzie tu swojego brata. Nie przejmując się trwającym przedstawieniem, podszedł do mężczyzny stojącego tuż przy wejściu. - Przepraszam. Nie wiecie, panie, gdzie mogę znaleźć Williama Szekspira? Zagadnięty spojrzał na niego podejrzliwie. - Bądź pan cicho! My tu nie na rozmowy przyszliśmy, tylko sztukę oglądać. Niewiele myśląc, Gilbert przepchnął się przez tłum widzów i dotarł za scenę. Zatrzymał go Thomas Pope. - Panie, na litość boską, co robisz?! To jest pomieszczenie tylko dla aktorów. Nikt poza nimi nie ma prawa tutaj wchodzić! - Jestem bratem Williama Szekspira! - oświadczył przybysz, dumnie unosząc podbródek. - Wiozę dla niego ważną wiadomość. Na widok brata na twarzy Williama odmalowały się jednocześnie zdziwienie i radość. - Gilbercie, to ty? - A któżby inny, Williamie? Bracia padli sobie w objęcia, ale po pierwszym powitaniu ich miny posmutniały. William domyślał się, jaki jest powód wizyty Gilberta. - Wiozę dla ciebie list od matki. Sam, niestety, nie mogę powiedzieć ci nic więcej, niż jest tu napisane - mówił brat słynnego dramaturga. William nerwowo złamał pieczęć.

Stratford, 2 września 1601 r. Drogi Williamie, Przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia. Z ogromną radością słucham o sukcesach, jakie odnosisz w Londynie. Piszę jednak, aby przekazać Ci bardzo smutną wiadomość. Twój ojciec, John Szekspir, jest ciężko chory. Sprowadziłam najlepszych lekarzy z okolicy, jednak wszystko na nic. Obawiam się, że wkrótce John umrze. Przyjeżdżaj do Stratfordu najszybciej jak tylko możesz. Mary Arden William Szekspir jeszcze raz przebiegł oczami treść listu. Rzucił się w ramiona brata i gorzko zapłakał. Ojciec, osoba którą kochał najbardziej na świecie ma teraz umrzeć! - Och, Will. Ciężko nam będzie pożegnać ojca. Taki wspaniały człowiek. - Tyle mu zawdzięczamy... My wszyscy... - Jutro z samego rana musimy ruszać do Stratfordu! - Gilbercie, nie jutro, ale natychmiast! Szkoda każdej chwili. - Will, nie mówisz chyba poważnie? Wiesz, jak niebezpiecznie jest na gościńcach po zmroku? Zbójcy grasują, krążą dzikie zwierza, no i łatwo zbłądzić. - Trudno. Musimy zaryzykować. Trzeba dotrzeć do Stratfordu jak najszybciej! - Ale twoje przedstawienie... - Moi koledzy poradzą sobie beze mnie. - Skoro tak mówisz... - Za moment ruszamy. Muszę jeszcze załatwić jedną sprawę. Szekspir podszedł do Philipsa, który także zakończył już swój dzisiejszy występ. - Augustine... Mam do ciebie ogromną prośbę... - Słucham, Will. - Mój ojciec umiera. Przyjedź do mnie za parę dni. Czuję, że będę potrzebował wsparcia kogoś z zespołu. - Możesz na mnie liczyć, Williamie. - Och, Augustine... Dziękuję! Dziękuję ci za wszystko co dla mnie uczyniłeś. Cóż to za szczęście mieć takiego przyjaciela jak ty! Pamiętaj o ostrożności. Podróżuj tylko w dzień, uważaj na zbójców. Na gościńcach ostatnio robi się coraz niebezpieczniej. - Dobrze. Będę uważał. William jeszcze raz uścisnął dłoń Philipsa. Następnie wraz z Gilbertem wymknął się tylnym wyjściem z "The Globe", dosiadł konia i pocwałował w kierunku Stratfordu.

William i Gilbert Szekspirowie jechali już bardzo długo. Wiedzieli, że jeśli utrzymają tempo, wkrótce uda im się dotrzeć do Stratfordu. Mimo ogromnego pośpiechu musieli jednak zrobić krótką przerwę. Trzeba było napoić zmęczone konie. Gdy usłyszeli charakterystyczny szum strumyka, zatrzymali się, chcąc zaspokoić także swoje pragnienie. - Will, a może tu przenocujemy. Jestem już bardzo zmęczony, nie powinno nam się stać nic złego. - Gilbercie, pamiętaj o naszym chorym ojcu. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, wkrótce dotrzemy do Stratfordu. John Huston był okrutnym zbójcą. Nie miał żadnych zasad, a odkąd w wieku piętnastu lat został wygnany z miasta, musiał ukrywać się po lasach. Mieszkał w jaskini i żył z rabowania bogatych podróżnych. Tej nocy ogarnęło go jednak zniechęcenie. Nie udało mu się upolować na gościńcu ani kupca, ani bogacza, ani żadnego innego podróżnego. Po prostu nikogo. Nagle, gdy chciał już wrócić do jaskini, usłyszał rżenie konia. Może szczęście wreszcie się uśmiechnęło do biednego Johna, pomyślał. Bezszelestnie zaczął skradać się wśród drzew i wkrótce dostrzegł w ciemnościach dwóch mężczyzn, pojących konie przy strumyku. Zwierzęta wyglądały dorodnie, aczkolwiek w nikłym świetle księżyca trudno było dobrze to ocenić. Mężczyźni stali odwróceni do niego tyłem, najwyraźniej nie przeczuwając żadnego niebezpieczeństwa. Teraz albo nigdy, pomyślał John Huston i rzucił się na nich. Gilbert, William i zbójca przez chwilę tarzali się po ziemi. Gilbert nie należał do osób gustujących w bijatykach i, prawdę mówiąc, o sztuce walki nie miał zielonego pojęcia, a co gorsza był wyjątkowo powolny i ślamazarny. Tak więc John Huston bez większych problemów ogłuszył go i wrzucił do pobliskiego rowu. Następnie zaatakował Williama, wymachując kijem na wszystkie strony, i przeraźliwie wrzeszcząc. Tu jednak czekało go trudniejsze zadanie. William radził sobie w walce znacznie lepiej niż brat. Wykonał unik i błyskawicznym ruchem chwycił z ziemi sękatą laskę. Rozpoczął się pojedynek... Walka była niezwykle zacięta, cios za cios, ale przewaga Szekspira wyraźnie rosła. Zbójca walczył chaotycznie, wymachiwał kijem na oślep, natomiast William mimo ciemności doskonale wyczuwał każdy ruch Hustona. Był bliski pokonania zbójcy, nie potrafił jednak zadać ostatecznego ciosu. Nagle rzezimieszek potknął się o korzeń wystający z ziemi i stracił równowagę. William tylko na to czekał. Potężne uderzenia kija spadły na czaszkę leżącego zbójcy. Nie przejmując się nim więcej, Szekspir podbiegł do Gilberta. Nie wyobrażał sobie, by w tak krótkim czasie mógł stracić zarówno ojca, jak i brata. - Gilbercie… Odezwij się! Powiedz, że nic ci się nie stało! - krzyczał, trzęsąc bezwładnym ciałem. - Błagam! Powiedz, że żyjesz! - Co… Co się dzieje - wymamrotał Gilbert, otwierając jedno oko. - Gilbercie! Żyjesz! Ty naprawdę żyjesz! - Niby czemu miałbym nie żyć? - zapytał niezbyt przytomnie młodszy brat. - Powiedz, nic ci się nie stało? - Chyba nie. Jestem tylko trochę podrapany. Myślę że wkrótce możemy jechać dalej. - Miałeś rację, bracie, nie powinniśmy byli ruszać nocą w tak niebezpieczną podróż. Niepotrzebnie ryzykowaliśmy życie. Przecież ojcu i tak już nie pomożemy! - Ale wcześniej będziemy w domu, Williamie. Gdyby nie twoje umiejętności, już bym nie żył. A teraz spieszmy się, może jeszcze zdążymy zastać ojca przy życiu. Obaj czuli, że ta przygoda umocniła ich braterską miłość.

Stratford w niczym nie przypominał miasteczka, w którym William spędził dzieciństwo. Pamiętał ładne i przytulne miejsce, tymczasem ujrzał nędzne lepianki oraz tonące w błocie ulice, na których aż się roiło od żebraków. Wraz z Gilbertem pośpiesznie zmierzali w kierunku domu matki, gdzie leżał schorowany ojciec. Wkrótce ujrzeli zapłakaną Mary Arden oraz żonę Willa, Annę Hathaway. - Matko, pozdrawiam cię, czy żyje jeszcze? - wykrzyknął William. - Kona, właśnie kona. Bracia rzucili się w stronę łóżka, w którym spoczywał John Szekspir. - Ojcze, czy mnie słyszysz?! To ja, William! - krzyczał zrozpaczony syn. Starzec z trudem położył swoją dłoń na jego ręce. - Williamie, jestem z ciebie dumny. Zna cię cała Anglia. Wspaniale reprezentujesz ród Szekspirów. Staniesz się teraz jego głową, sumiennie wypełniaj swe obowiązki. Następnie zwrócił się do Gilberta: - Gilbercie, pomagaj bratu w sprawach finansowych. Opiekujcie się sobą nawzajem. Williamie, mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Przyjmij swego najmłodszego brata, Edmunda, do Zespołu Lorda Szambelana. - Dobrze, ojcze. - I jeszcze jedno. Zachowuj się jak na męża przystało i zabierz Annę Hathaway oraz swoje córki do Londynu. Kto to widział, żeby rodzina żyła osobno? - Dobrze, ojcze. John Szekspir uśmiechnął się i zamknął oczy. - Ojcze! Odezwij się! Błagam cię! - powtarzał bezradnie Will. Gilbert przyłożył rękę do serca ojca. Nie wyczuł życia. Do oczu napłynęły mu łzy. - Umarł - oznajmił cicho. William schował twarz w dłoniach. Nie mógł pogodzić się z tą śmiercią. Czuł, że ciężko będzie mu powrócić do normalnego życia po tak ogromnej stracie. Następnego dnia do Stratfordu przybył Augustine Philips, a dwa dni później odbyły się uroczystości pogrzebowe. John Szekspir spoczął obok jedynego męskiego potomka Williama, Hamneta. Po pogrzebie zapłakany dramaturg odciągnął na stronę Philipsa. - Augustine, rzucam teatr. Nie postanowiłem jeszcze, co zrobię, ale może wstąpię do klasztoru. Zapewne nie wiesz, że w drodze do Stratfordu zabiłem człowieka, powinienem teraz odbyć pokutę. Przejmij moje obowiązki, godnie prowadź Zespół Lorda Szambelana. - Uspokój się, Will. Rozumiem, że jesteś pogrążony w żałobie, ale czas goi rany. Zespół cię potrzebuje. Bez twoich sztuk zginiemy. Wszyscy skończymy na ulicy jak marni żebracy. Zaś co do tego wypadku… Gilbert opowiedział mi o wszystkim. Po pierwsze nie możesz być pewien, że ten zbój nie żyje, a poza tym to on na was napadł. Ty działałeś tylko w obronie własnej i brata. - Naprawdę tak myślisz? - wahał się Will. - Jestem o tym święcie przekonany. - Augustine, dziękuję ci za dobre słowo i wszystko... Po pogrzebie odbyła się stypa, podczas której ustalono wszelkie sprawy majątkowe. Mary Arden przeżyła miłe zaskoczenie, gdyż William mimo zdobytej sławy nie zapominał o rodzinie. Jako syn pierworodny przyjął tytuł szlachecki gentlemana. Następnie wyznaczył Gilberta do władania posiadłością w Stratfordzie, a także do opieki nad matką. Obiecał, że teraz częściej postara się odwiedzać miejsce, gdzie spędził najmłodsze lata. Następnego dnia wraz z Philipsem, dziećmi, bratem Edmundem oraz żoną udał się w drogę powrotną do Londynu. Zuzanna i Judyta bardzo się cieszyły, że wreszcie będą mogły zamieszkać z tatą.

O słynnym wystawieniu "Wieczoru Trzech Króli" w Middle Temple

William Szekspir powoli odzyskiwał równowagę po utracie ojca. Początkowo nosił się z zamiarem napisania sztuki na cześć zmarłego, wkrótce jednak porzucił ten zamiar. Miał coraz więcej powodów do zadowolenia. Niedawno Zespół Lorda Szambelana otrzymał zaproszenie od samej królowej Elżbiety. Jej Królewska Mość pragnęła obejrzeć "Wieczór Trzech Króli". Dla aktorów występ przed królową był nie lada zaszczytem.

Szekspir jeszcze nigdy nie widział tak wspaniałego pomieszczenia, jakim było Middle Temple Hall. Na honorowym miejscu pośrodku sali zasiadła królowa Elżbieta. Oprócz Elżbiety na sali znajdowało się wielu znamienitych gości. Wokół bogato zastawionego stołu kręciła się służba, wnosząca wciąż nowe mięsa, ryby, sery i puddingi. Will, choć był niezwykle podekscytowany, trochę się jednak denerwował. Co będzie, jeśli ich przedstawienie nie przypadnie do gustu Elżbiecie? Autor popadnie w niełaskę? "The Globe" zostanie zamknięty? Ale dlaczego miałoby się tak stać? Przecież sztuka jest szczegółowo dopracowana, a William Kempe w roli błazna doprowadza wszystkich widzów do płaczu z radości. On sam lubił karnawałową atmosferę "Wieczoru Trzech Króli" i uważał go za jedną ze swoich najlepszych komedii.

Przedstawienie rozpoczęło się. William Sly w roli księcia Orsino radził sobie doskonale. Jego wspaniała dykcja, a także kunszt aktorski sprawiły, że Elżbieta słuchała kwestii księcia z widocznym przejęciem. Cała sala trzęsła się od śmiechu podczas jego dialogu z Oliwią, graną przez Johna Hemingsa. Najbardziej gromkie salwy śmiechu towarzyszyły jednak popisom Williama Kempe'a. Obsadzenie go w roli Błazna okazało się doskonałą decyzją. Wszyscy widzowie po cichu chwalili Szekspira za talent pisarski. Trzeba przyznać, że Williamowi kamień spadł z serca, gdy po ostatnich słowach błazna: "Cóż stąd? Kończymy rzecz zabawną, Lecz pragniemy was bawić co dnia" , na sali rozległy się rzęsiste oklaski. Wszyscy dostojnicy powstali z miejsc, widać też było, że sztuka wywarła duże wrażenie na samej Elżbiecie. Królowa podeszła i osobiście pogratulowała Szekspirowi niespotykanego talentu. Elżbieta hojnie obdarowała Zespół Lorda Szambelana. Aktorzy byli szczęśliwi. Dzięki temu występowi zyskali jeszcze większą sławę.

Dwa dni później William Szekspir zakończył pracę nad tragedią, noszącą tytuł "Hamlet, książę Danii". Wkrótce okazało się, że bije ona wszelkie rekordy popularności. Nie było chyba osoby w Anglii, która nie słyszałaby o nowej tragedii granej w londyńskim "The Globe". W rolę Hamleta wcielił się słynny Richard Burbadge, a prawdziwe tłumy pragnęły podziwiać Williama Szekspira, grającego Ducha. Niektórzy widzowie przychodzili na spektakl właśnie dla tej jednej sceny,

Benjamin Jonson razem z Edwardem Cookiem i Williamem Szekspirem siedzieli w tawernie "Pod Syreną". Było to ich ulubione miejsce i chętnie spotykali się w nim, gdy tylko mieli trochę czasu. Przy kuflu pysznego, angielskiego piwa rozegrali tu już niejedną partię szachów. - Szach mat! - obwieścił tryumfalnie Ben Jonson przesuwając hetmana. Znowu przegrałeś, Will. Musisz się jeszcze wiele nauczyć. - Masz rację. Ale ćwiczenie czyni mistrza - zaśmiał się. - Wiesz, Will. Wczoraj poszedłem na "Hamleta". To wielkie przeżycie. Skąd wziąłeś pomysł do napisania tej sztuki? - włączył się do rozmowy Edward Cook. - Nie powiem tego, zwłaszcza przy Benie. W końcu konkurujemy ze sobą - roześmiał się William. - Will, nie przesadzaj! Przecież wiesz, że moje sztuki w żadnej mierze nie mogą równać się z twoimi. Nie wiem, na czym polega siła tych przedstawień, ale tylko w "The Globe" publiczność bywa tak skupiona i przejęta. - Przesadzasz Benjaminie, naprawdę przesadzasz. - Więc niby czemu królowa Elżbieta życzy sobie oglądać sztuki twojego autorstwa? Edward Cook wybuchnął serdecznym śmiechem. Uwielbiał słuchać sporów Szekspira z Jonsonem.

O wielkiej zarazie w Londynie, a także dalszych losach Zespołu Lorda Szambelana

W roku 1603 Londyn nawiedziła zaraza. W wyniku epidemii zmarło ponad trzydzieści tysięcy mieszkańców. Na ten czas Elżbieta wyjechała ze stolicy Anglii, a wcześniej poleciła zamknąć wszystkie teatry. Zespół Lorda Szambelana został zmuszony do opuszczenia miasta.

Och, Eve! Czy na pewno musisz jechać do Oksfordu - Michael był niepocieszony. - Co ja bez ciebie zrobię? - Niestety, Michael. Rodzice dowiedzieli się o naszej przyjaźni i nie chcą, abyśmy się spotykali. Wysyłają mnie do krewnej w Oksfordzie. Wierzę w ciebie. Jesteś już prawie dorosły. Z pewnością doskonale dasz sobie radę. Wrócę, jak tylko będę mogła. Uważaj na siebie. I nie bywaj teraz w Londynie. Panuje tam straszliwa zaraza. Musisz ją przeczekać. - Łatwo ci mówić. - Wiem, Michael. Ale nie masz innego wyjścia. - Eve… - Chłopiec wybuchnął płaczem. - Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci, że wkrótce znowu tutaj przyjadę, a wtedy na pewno uda nam się spotkać. - Obiecujesz? - Tak. Daję słowo. - Eve, jesteś dla mnie jak matka! - Michael przytulił się do dziewczyny. - Do zobaczenia, Michael. Bądź ostrożny. Będę o tobie pamiętać. Gdy wrócił do domu, rodzice jak zwykle się kłócili. Zrezygnowany położył się na posłaniu. - Idę do miasta! - usłyszał głos matki. - Muszę zarobić jakieś pieniądze, bo przez twoje lenistwo nie ma w domu ani pensa. - Matko, nie! Błagam cię! - krzyknął Michael, rzucając się do drzwi. - Londyn opanowała zaraza. Jeżeli nie będziemy ostrożni, zginiemy! Przez chwilę zdawało mu się, że widzi u matki oznaki wahania. Zaraz jednak powiedziała stanowczo: - Nie wrzeszcz tak! Niedługo wrócę. Wyszła, trzaskając drzwiami. Michael nie wiedział, co ze sobą zrobić. Eve wyjechała, matka poszła do Londynu. Jak mógł jej na to pozwolić?! Niepokój Michaela wzrósł, gdy matka nie wróciła na noc. Ojciec donośnie chrapał i nic go nie obchodziło. Również zmęczony chłopiec w końcu zasnął. Jakże ogromne było jego przerażenie, gdy rankiem okazało się, że matki nadal nie ma w domu. Na śpiącego ojca nie mógł liczyć. Wybiegł na dwór. Do diabła z zarazą, musi odnaleźć matkę!

Londyn wyglądał okropnie. Na ulicach poniewierały się zwłoki, wszystko śmierdziało, wokoło kłębiło się od szczurów. Michael Smith obawiał się najgorszego. Do oczu napłynęły mu łzy. Nie! To nie mogło się zdarzyć! Może coś ważnego przeszkodziło matce w powrocie do domu? Płonęła w nim jeszcze iskierka nadziei. Uparcie krążył po mieście. W jednym z zaułków nagle się zatrzymał. Coś zwróciło jego uwagę. Podszedł bliżej i zamarł. To niemożliwe! Ujrzał martwe ciało matki. Obok połyskiwała w błocie dwupensowa moneta. Michael Smith ukląkł przy zwłokach. Co teraz będzie? Matka poświęcała mu mało czasu, ale przecież była jego matką. A on nie mógł nawet jej pochować. Nie potrafił jednak zmusić się do odejścia. Czy to, że mógł się zarazić, miało teraz jakiekolwiek znaczenie? Wrócił do domu dopiero następnego dnia. Ledwie jednak otworzył drzwi, usłyszał krzyk: - Michael, uważaj! Nie wchodź tutaj! Jestem chory! Wiem, że zmarnowałem ci życie, ale nie chcę ci go zabrać. Michael podszedł do posłania ojca. Po raz pierwszy w życiu popatrzył z żalem na twarz wyglądającą znacznie starzej, niż wskazywałby na to wiek, na długie posiwiałe włosy. Poczuł, że to co się dzieje wokoło, zaczyna go przerastać. - Ojcze… - Uciekaj stąd! Szybko! Żebyś nie skończył tak samo jak ja! Pieniędzy nie mam, bo wszystko przepiłem. Radź sobie jak umiesz! - Ale, ojcze… - Idź już, proszę cię! Michael Smith posłusznie wybiegł z domu. Nie miał przy sobie ani pensa. Nie wiedział, gdzie się schronić. Nikt nie przejmował się jego losem, ale musiał przetrwać.

Aktorzy Zespołu Lorda Szambelana, zmuszeni do opuszczenia Londynu, podążali powoli gościńcem. Zabrali ze sobą tylko najważniejsze rekwizyty i stroje. Ich życie nie wyglądało teraz różowo. Obawiali się zbójców czatujących na podróżnych, dostawali marne pensy za występy w oberżach, a najgorsze, że musieli bardzo uważać podczas przedstawień. Zdarzało się przecież, że ktoś spośród znudzonej publiczności rzucał w aktora nożem. Will też oberwał kiedyś po głowie, na szczęście tylko zgniłym jabłkiem. Sztuki Szekspira nie budziły już takiego entuzjajmu, jak w teatrze "The Globe". Ich treść była zbyt trudna dla zwykłego pospólstwa. Stałym bywalcom przydrożnych karczm znacznie bardziej przypadały do gustu łatwe i wulgarne przedstawienia amatorskich trup. Wielkie było więc zdziwienie aktorów Zespołu Lorda Szambelana, gdy pewnego razu w oberży spotkali człowieka, którego zafascynował "Hamlet". Przedstawił się jako Gamaliel Ratseis. Po wieczornym przedstawieniu zaprosił wszystkich aktorów do swego pokoju. Wyraził tam entuzjazm i podziw dla oglądanej sztuki, a także słowa uznania dla autora. William Szekspir był szczerze zdziwiony zachowaniem tego mężczyzny. Tydzień później w oberży przy gościńcu łączącym Notthingam z Cambridge znów spotkali tego samego człowieka. Ten, uradowany, zwrócił się z prośbą do Williama Szekspira, by jeszcze raz odegrali "Hamleta", tym razem tylko dla niego, i zaoferował zespołowi czterdzieści szylingów. Po krótkiej naradzie aktorzy wyrazili zgodę. Od pewnego czasu mieli kłopoty finansowe, więc pokaźna kwota stanowiła nie lada zachętę. Ich występ był brawurowy. Sprawili nim ogromną radość Gamalielowi Ratseisowi, a następnego dnia z samego rana ruszyli w dalszą drogę, kierując się w stronę Cambridge. - Nie jest źle, panowie. Wczoraj niemało zarobiliśmy - cieszył się William Szekspir. - Chciałbym już wrócić do Londynu - odezwał się jego brat, Edmund. Jako aktor okazał się zupełnym beztalenciem, jednak William, posłuszny życzeniom ojca, pilnował, by nie zabrakło dla Edmunda niewielkich ról. - Zatrzymajmy się na chwilę - zaproponował Thomas Pope. Mam złe przeczucia. Istotnie, intuicja nie omyliła Pope'a. Gdy urządzili postój, z zarośli wypadł dobrze im znany Gamaliel Ratseis z dziesięcioma zbójcami uzbrojonymi w kije i topory. - Witajcie, drodzy przyjaciele. Znów przyszło nam się spotkać. Tym razem jednak okoliczności mogą wam się mniej spodobać - przemówił do nich mężczyzna, który jeszcze wczoraj

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych