Wróć do katalogu

Szkatułka z Tollen - część V

Wątpliwości, walka o przetrwanie, strach i radość oraz tajemnicze wydarzenia - to wszystko dotyka na Południu Kelisę, Drakana i Arana. Ta część jest nieco krótsza od wcześniejszych - jednak mam nadzieję, że nie odbiega od nich poziomem ;) Pozdrawiam

Beataopublikowano 15 sierpnia 20051 godz. 1 min czytania 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Część V

Łopot pochodni rozjaśniał niewielką, kamienną celę. Płomienie pełzały po niedbale wyciosanych ścianach, tańczyły blaskiem na wilgotnych krawędziach i odbijały się w zielonych, szeroko otwartych oczach przerażonego więźnia. Aran stał bez ruchu. Widok wycieńczonego, wtulającego się w narożnik lochu półelfa, nie wywołał w nim żadnych szczególnych uczuć. Nie współczuł mu, nie odczuwał żalu. Patrzył bez emocji na łańcuchy owinięte wokół poranionych nadgarstków mężczyzny i na plamę krwi, rozlewającą się z przodu jego jasnej, przepoconej koszuli. Skazaniec nie spuszczał wzroku z płomieni, wpatrywał się w nie niczym zahipnotyzowany. Pulsujący blask oderwał go od rzeczywistości. Chłopak westchnął cicho. To jakiś wariat… Zatknął pochodnię w skalnej wyrwie i kucnął naprzeciw mieszańca, zasłaniając mu widok falujących ognistych jęzorów. – Ale ci się dostało… cud, że jeszcze żyjesz. Drakan drgnął, jakby obudzony ze snu. Jego szmaragdowe oczy spotkały się z piwnymi oczyma młodzieńca. W źrenicach obu tliło się napięcie, wyczekiwanie i niepewność. – Kim ty…? – nie dokończył pytania. Nowa fala krwi zalała mu gardło. Zakaszlał ochryple, wypluł gęstą maź. Czerwona strużka spłynęła po jego brodzie i zaczęła wsiąkać w materiał koszuli. Blondyn obserwował tę scenę z wyraźnym niesmakiem. – Jestem przyjacielem Kelisy. Mam na imię Aran. Do otumanionego umysłu więźnia napływało coraz więcej wydarzeń z przeszłości. Aran… Skądś znał to imię. Jednak siedzący naprzeciw dziewiętnastolatek był mu całkiem obcy. Aran… Włosy w kolorze dojrzałych łanów zboża, ciemne oczy… z pewnością pochodził z Zachodu. Dawne opowieści… karczma… zakład… jego dłonie krążące po ciele dziewczyny… jej opór i pogardliwe słowa… niepewny uśmiech… Drakan poczuł w skroniach gwałtowne pulsowanie. Wszystko sobie przypomniał. Przypomniał aż za dobrze! – Ty…! – poderwał się, jakby nagle wróciły mu siły. Aran, zdumiony nagłym atakiem, odskoczył pospiesznie i uderzył plecami o drzwi celi. Mimo, że serce biło mu w piersi przyspieszonym rytmem, za wszelką cenę starał się ukryć chwilowy lęk. Wstał, wyprostował się. Nie miał pojęcia, skąd ten mężczyzna znalazł w sobie tak ogromne pokłady energii. Na szczęście cały impet furii więźnia wyhamowały krótkie łańcuchy. – Widzę, że Kelisa ci o mnie opowiadała – burknął. Półelf dyszał ciężko i nie spuszczał z blondyna rozwścieczonego spojrzenia. Jego czoło perliło się od potu, czuł na języku słodki posmak krwi. Tym razem poważnie się przeforsował. Jednak w obliczu nagłego szału nie miało to żadnego znaczenia. – Gdybym tylko mógł… rozszarpałbym cię na strzępy, dzieciaku! Aran znów panował nad sytuacją. Uśmiechnął się, otrzepał niedbale ubranie. – To wcale nie ucieszyłoby Kelisy. Ona mi wybaczyła. – Nie wierzę… – Lepiej uwierz – zerknął na mężczyznę z wyższością. – Inaczej po co bym tu był? Kto gnałby za tobą aż do Tollen? Komu zależałoby na twoim życiu, tak jak jej? Drakan usiłował patrzyć wprost w oczy chłopaka, lecz ogarniające go cierpienie zwalczało złość. Jeden gwałtowny, nieostrożny ruch, kosztował go zbyt wiele. Nie chciał okazać słabości, a jednak, mimo rozpaczliwych wysiłków, głowa opadała mu na pierś. Przymknął powieki. Przenikliwy niczym wbijanie ostrzy w brzuch ból pozbawiał go świadomości. Już nie mógł udawać, że wszystko jest w porządku. Stęknął cicho, skulił się i przyłożył czoło do kamiennej podłogi. Aran obserwował mężczyznę. Ciało mieszańca dygotało w nierównym oddechu. Zbliżył się do więźnia i kilkoma szybkimi ruchami obmacał jego pas. Niestety, niczego nie znalazł. Złapał półelfa za brodę i uniósł ku sobie wymęczoną twarz. Wzdrygnął się, gdy poczuł na dłoni ciepłą, lepką krew. – Posłuchaj… Spotkałem Kelisę dziś w południe na placu. Widziała twoje męki. Błagała mnie, bym cię stąd wyciągnął – umilkł na chwilę. – Chciałem ci pomóc. Ale chyba doskonale zdajesz sobie sprawę ze swojego stanu. Jesteś zbyt słaby. Gdybyś jeszcze nie tracił przytomności… Przykro mi. Każdy oddech milczącego półelfa przesiąknięty był trawiącym go bólem. Na widok zielonych, gasnących oczu, coś ścisnęło Arana za serce. Dawne wspomnienie… Zaraz jednak zebrał się w sobie. – Kelisa strasznie się o ciebie martwi, ale chce też odzyskać szkatułkę. Mówiła mi, że ty ją masz. Daj mi ten przedmiot, oddam go jej. Drakan zacisnął zęby i upartym ruchem uwolnił się z rąk chłopaka. Ponownie przyłożył czoło do kamieni. – Nie mam szkatułki – szepnął. Aran zmarszczył brwi. Jak to: nie ma jej?! – Zaufaj mi – mruknął, siląc się na spokojny i przyjazny ton. – To jest skarb Kelisy. Nie bój się, nie wezmę go dla siebie. Nic mi po nim. Zależy ci na dziewczynie, prawda? Więc oddaj jej szkatułkę! Drakan zakaszlał. – Nie mam… jej – powtórzył z wysiłkiem. Aran odsunął się o krok. Ostatkiem rozsądku panował nad złością. To chyba jakiś żart! Stał na środku małego lochu, czuł ciepło płynące od pochodni i patrzył, jak oświetlony migotliwym blaskiem półelf przewraca się na bok i przyciąga kolana do piersi. Gdyby nie krępowały go okowy, z pewnością trzymałby się kurczowo za brzuch. W tej chwili najchętniej wbiłby mu nóż między żebra. Tak po prostu, aby odreagować wielkie rozczarowanie. Na szczęście dla tego słabeusza Kelisa zabrała mu broń. Mógłby go udusić. Skręcić kark. Jednak nie po to tu przyszedł. Przymknął oczy. Nasłuchiwał tajemniczego, doskonale znanego głosu. Głosu, który niegdyś go omotał i za którym tak bardzo tęsknił. I którego jednocześnie nienawidził, bo pozbawiał go trzeźwej oceny własnych zachowań, sprawiał, że tracił swoją osobowość i stawał się niezdolnym do racjonalnego myślenia niewolnikiem. Chciał wiedzieć, czy szkatułka znajduje się w posiadaniu półelfa. To niemożliwe, by jej tu nie było! Chociaż skupiony, nie odczuł ani śladu obecności zagadkowego przedmiotu. Nie docierał do niego dawny szept, podpowiadający, że tajemnicze puzderko należy wyłącznie do niego. Jego umysł był czysty niczym łza. A więc Kelisa mówiła prawdę. Ten mężczyzna nie miał jej skarbu. Wszystko na marne. Czas się stąd wynieść. Bez półelfa. Aran widział, że mieszaniec znajduje się na granicy śmierci. Nie miał zamiaru ciągać go podziemiami twierdzy. Niech sobie skona tu, gdzie leży. Tak będzie lepiej i dla niego, i dla Kelisy. Zdecydował, a jednak trwał w bezruchu. Zatrzymywało go coś niezrozumiałego. Zupełnie, jakby ten skatowany mężczyzna słał do jego umysłu niemą prośbę o pomoc… Obejrzał się z wahaniem. Półelf był na tyle przytomny, by rzucić Aranowi pełne pogardy i nieufności spojrzenie. Chłopak zaklął wściekle i wybiegł z celi. Miał tego dość! Przemknął kilkanaście kroków ciemnym korytarzem. Dość… Szedł coraz wolniej i wolniej. W końcu zatrzymał się. Dlaczego dopadły go tak wielkie wyrzuty sumienia? Przecież nie znał Drakana, nie był winien jego cierpieniu… to wszystko nie powinno go dotyczyć! Oparł się o połyskujący głaz i niechętnie zerknął za siebie. W głębi tunelu jaśniało wejście do lochu. Nie mógł tak po prostu odejść. Zaprzepaściłby swoją szansę. Szansę na lepsze życie… Odepchnął się od ściany i ruszył z powrotem, ku blaskowi pochodni. Opanowany, przekroczył próg celi. Przez chwilę przyglądał się półelfowi, po czym kucnął tuż obok i sięgnął do oplecionego łańcuchem nadgarstka. Zaczął poluźniać pokryte rdzą ogniwa. Drakan uniósł powieki. Przełknął ślinę. – Przecież mówiłem, że nie mam tego, na czym ci tak bardzo zależy. Aran zacisnął zęby. – Dotrzymuję obietnicy – szarpnął łańcuchem mocniej, niż było to konieczne i bez cienia delikatności uwolnił przegub więźnia. Natychmiast zabrał się za odplątywanie drugiego nadgarstka. Drakan poddawał się niezbyt subtelnemu traktowaniu. Gdy tylko poczuł, że żelazne więzy nie krępują jego ruchów, z największym wysiłkiem stanął na nogach. Wirowało mu w głowie, kolana trzęsły się pod nim, z trudem zachowywał równowagę. Skupił całą wolę, by zapanować nad rozszarpującymi go od środka falami cierpienia. Wśród bólu i osłabienia obudziła się w nim chęć do walki o własne życie. Coś, o czym prawie zapomniał. Musiał wykorzystać nadarzającą się okazję. Ostrożnie ruszył za Aranem. Chłopak ominął żelazną kratę i obejrzał się za siebie, jakby motywował towarzysza do wysiłku. Po chwili obaj zniknęli w ciemności. Szli powoli w niewielkiej odległości od siebie, przesuwali dłonie po wilgotnych blokach. Ciszę korytarzy rozpraszał ciężki oddech Drakana. Gdzieś w dali uderzały o skałę pojedyncze krople wody. Gdy tylko zbliżyli się do owalnej sali, Aran przesunął się w prawo i pociągnął półelfa za sobą. Osłabiony więzień potknął się o coś leżącego na ziemi. O coś bezwładnego, miękkiego. To był martwy wartownik. Postawny mężczyzna, którego widział dziś przez krótką chwilę. Gdy jeden z katów otwierał masywną bramę twierdzy, Południowiec zbliżył się do niego, spojrzał mu prosto w oczy, uśmiechnął się pogardliwie, a potem zszedł wraz z nim po krętych schodach prowadzących w ciemność, by stać na straży i by uzmysłowić mu, że nie ma szans na ucieczkę. Teraz ten człowiek leżał nieruchomo na pokrytej piaskiem posadzce. Zabity przez młodego chłopaka z Zachodu. Przez dziecko, które poznało już smak zabójstwa i może w równym stopniu zagrażać Kelisie oraz jemu samemu. Drakan otarł przedramieniem zalaną potem twarz. Krew dudniła mu w uszach. Aran wsłuchiwał się w chrapliwą pracę płuc półelfa. On długo nie pożyje… Powinni się spieszyć. Przesunęli się ostrożnie obok ciała strażnika i bez większych problemów zostawili za sobą centrum twierdzy. Zagłębili się w jednym z bocznych korytarzy. Ominęli obniżający się nagle sufit i przedostali się do dalszej części tunelu. Za ginącą w ciemności ślepą odnogą korytarza skręcili w lewo. Kilkanaście metrów dalej Aran przystanął i uśmiechnął się z zadowoleniem. Tuż u pułapu tliła się jasna smuga. Blask księżyca. Drakan przywarł ramieniem do zmurszałej ściany i także spojrzał na rozdzielającą czarne bloki wyrwę. Wydostanie się tędy na zewnątrz… Towarzyszący mu chłopak ustawił się tuż pod murem i uniósł głowę ku rozpraszającej mrok szarości. Nagle cofnął się gwałtownie, zniknął w cieniu. Półelf przysunął się ostrożnie do skalnego otworu. Dostrzegł ustawiony pionowo kij. – Co to znaczy? – Problemy. Kelisa nas ostrzega – uciął Aran szeptem. Nie miał zamiaru niczego wyjaśniać. Drakan długo patrzył w górę. Niezbyt okazała gałąź jawiła się mu jako ogromna przeszkoda, zapowiedź kłopotów i niebezpieczeństwa. Blokowała mu drogę do wolności. Odetchnął głęboko. Uwięziony w czarnej pustce, spoglądał przez niewielkie, niesymetryczne okienko na coś niebywale pięknego. Na nocne niebo. Na niebo, pod którym spędził mnóstwo wspaniałych chwil. Na gwiazdy, które liczył podczas wielu bezsennych godzin. Na księżyc, który rozjaśniał mu spowite ciemnością leśne dróżki. Przymknął oczy. Delikatny wiatr przedostał się w głąb tunelu i musnął chłodem rozpaloną twarz, pogłaskał opadające na czoło włosy. W tym pozornie zwyczajnym zdarzeniu było coś wspaniałego, kojącego. Nagle Drakan doznał wrażenia bezpieczeństwa. Aran skrzyżował ramiona na piersi. Obserwował półelfa z narastającą irytacją. Wpatrywał się w jego oświetlony poświatą profil, odczuwał pogardę do uśmiechu błąkającego się po wyrazistych ustach więźnia. Co to za mięczak? On ma w sobie krew odpornych, silnych elfów? Sterczy niczym słup i myśli nie wiadomo o czym. Wystarczy, że wiatr rozwieje mu te czarne kłaki, a już szczerzy zęby… I to dla niego Kelisa straciła głowę? Pozwoliła się mu dotykać? Ryzykowała dla niego własnym bezpieczeństwem? Gdyby tylko chciał, w ułamku sekundy ukatrupiłby tego mieszańca! Jednak nie miał zamiaru podnosić na niego ręki. Ten dziwak musi żyć. Jeszcze będzie potrzebny. A potem… – Nie wiem, czemu Kelisa dała znak… ja nie wyczuwam żadnego zagrożenia. Aran drgnął. Głos mężczyzny wyrwał go z zamyślenia. – A to ciekawe. Skąd możesz to wiedzieć? Widzisz tyle co i ja, czyli czarną ścianę i mały skrawek nieba – warknął. Drakan nie przejął się wyraźną nutą pogardy, zawartą w wypowiedzi chłopaka. – Jestem w połowie elfem. A elfy mają doskonały słuch. Tam na górze nikogo nie ma. – Wybacz, ale wolę zaufać Kelisie, niż twoim przytępionym przez pobicie zmysłom. Drakan zerknął ukradkiem na chłopaka. W tym dzieciaku było coś dziwnego. Coś niepokojącego. Wciąż używał jednego słowa. Zaufanie. Czy w ogóle wiedział, co ono oznacza? A może raczej interpretował je sobie na swój sposób? To bardziej prawdopodobne. Namawiał kogoś do działania, w wyniku którego odnosił własne korzyści, zdobywał to, na czym mu zależało, a potem zapominał o wszystkich i wszystkim. Jakimi słowami przekonał Kelisę, by znów mu uwierzyła? By mu zaufała? Co takiego jej wmówił? Przecież wyrządził jej tyle krzywdy… a wszystko to z winy szkatułki, która omotała go tajemniczą pajęczyną pięknych wizji. Ten niewielki przedmiot miał w sobie ogromną moc. Nie tylko chłopak dał się doprowadzić do granicy obłędu… Drakan spuścił wzrok. Po chwilowej poprawie samopoczucia, znów zaatakowało go osłabienie. Musiał to jakoś przetrzymać. Odszedł na bok i osunął się na klepisko. Podciągnął nogi, oparł łokcie o szeroko rozstawione kolana i przylgnął czołem do wierzchu dłoni. Zamknął oczy. Jego w miarę spokojny do tej pory oddech zmienił się w ciężkie dyszenie. Znów czuł w ustach smak przemieszanej ze śliną krwi. Z trudem przełknął gęstą maź. Aran także usiadł pod ścianą. Aby tylko zabić czas, zaczął przesuwać palcem po piasku. Czuł, jak delikatne ziarenka poddają się jego woli i tworzą wyjątkowe wzory. Zamyślony, podświadomie odtwarzał kilka symboli. Znaki te, wplecione w dłuższy napis, dekorowały szkatułkę Kelisy. Nieoczekiwanie ocknął się i stwierdził, że to, co robił, było nudne i głupie. Zagarnął z posadzki garść piachu, wilgotnej ziemi oraz kilka źdźbeł trawy i przesypał mieszankę z dłoni do dłoni. Raz, drugi, trzeci. Kolejne pasjonujące zajęcie… Nienawidził czekania! Wstał, poprawił koszulę i ponownie zerknął w górę. Niebo wciąż przecinał sterczący kij. Wytężył słuch. Półelf miał rację, na zewnątrz panował całkowity spokój. Żadnych kroków, żadnych szeptów. Jedynie szum pobliskiego lasu urozmaicał nocną ciszę. Co ta dziewczyna wymyśliła? – Kelisa! – syknął przez zęby. Nie otrzymał odpowiedzi. Odezwał się ponownie, tym razem nieco głośniej. I znów jego słowa pozostały bez odzewu. Nie zamierzał ślęczeć tu ani sekundy dłużej. Poza tym w każdej chwili mogła wyjść na jaw ucieczka półelfa. Wystarczy, że któryś ze strażników otrzyma rozkaz zmiany swojego kolegi. Swojego nieżyjącego kolegi. Podszedł do Drakana. – Wstawaj. Mężczyzna nawet nie drgnął. Zasnął, czy co? – No już! – szturchnął go. – Zbieramy się stąd. Półelf zdjął ręce z kolan i dźwignął się na nogi. Oparł się ciężko o mur. Nagle poczuł się niemal tak źle, jak podczas zranienia zatrutym nożem. Wiedział, że musi to przezwyciężyć. Tak niewiele brakuje… Wyprostował się, uniósł głowę ku otworowi. Nasłuchiwał. O jego chwilowej słabości świadczyło jedynie łapczywe, tłumione łapanie powietrza. Aran oderwał pogardliwe spojrzenie od towarzysza i za jego przykładem przypatrywał się widocznemu z dołu fragmentowi nieba. Ktoś pędził wzdłuż lasu. Szybkie kroki zbliżały się, już słychać je było na łące. Kierowały się wyraźnie w stronę muru. Uciekinierzy zareagowali instynktownie. Cofnęli się w głąb korytarza, gdzie nie dosięgała ich smuga księżycowego blasku. Zdyszany oddech. Czyjaś dłoń odrzuciła kij na bok i po sekundzie jasność zasłoniła doskonale im znana postać. Aran wyszedł z ukrycia. – Gdzieś ty biegała? – odezwał się ostro. Kelisa nie zwróciła na niego uwagi. Patrzyła w dal, na stojącego za plecami chłopaka półelfa. Poruszyła się, przysunęła bliżej kamieni. W jej oczach błysnęły łzy. Chciała coś powiedzieć, lecz ze ściśniętego wzruszeniem gardła nie wydobył się najcichszy nawet głos.

* * *

Kelisa zacisnęła dłoń na nadgarstku Arana i pomogła mu wydostać się na zewnątrz. Chłopak przecisnął się sprawnie przez kamienną wyrwę i przywarł brzuchem do ziemi. Odetchnął świeżym, leśnym powietrzem i już po chwili kucnął przy otworze tuż obok dziewczyny. Wspólnie wyciągnęli ręce ku więźniowi. Drakan uchwycił się ich kurczowo i z wysiłkiem wspiął się po stromej ścianie. Opadł na trawę. Czuł na policzku przyjemny chłód. Jego oddech poruszał delikatne źdźbła. Przymknął powieki. Był wolny. Kelisa objęła go za ramiona i przetoczyła na plecy. Otworzył oczy. Siedziała tuż nad nim. Po jej lewej stronie lśnił mleczny księżyc. Ciemny nieboskłon połyskiwał tysiącem gwiazd. Półelf uniósł dłoń i musnął pieszczotliwie policzek dziewczyny. – Dziękuję, że o mnie nie zapomniałaś. Kelisa przełknęła łzy i z całej siły wtuliła się w leżącego przyjaciela. Był obok, żył… co za szczęście! Uśmiechnął się lekko i głaskał kędzierzawe włosy dziewczyny. – Spokojnie, już po wszystkim – szepnął. Czuł, że ona potrzebuje takich słów. Starała się ukryć płacz, lecz słone, gorące krople moczyły jego szyję. – Musimy się stąd jak najszybciej wynieść – Aran przyjrzał się niebu. – Niedługo zacznie świtać. Te słowa otrzeźwiły Kelisę. Wstała, otarła policzki. Chwyciła Drakana za ramię i pociągnęła go w górę. Szczęśliwa, a jednocześnie pełna współczucia, nie mogła oderwać wzroku od przyjaciela. – Nie wiedziałam, że minęło aż tyle czasu – odezwała się niepewnie. – Konie czekają w lesie. Wsiądziemy na mojego kasztanka i jak najszybciej przekroczymy granicę. Będziesz bezpieczny. Drakan spoważniał. W jego odbijających światło nocy oczach zgasł jakiś radosny blask. Kelisa nie dostrzegła zmiany jego nastroju. Była zbyt przejęta. Ruszyli ku widocznemu w dali lasowi. Ostrożnie, cicho, niemal bezszelestnie. Na przedzie przemykał się Aran. Za nim Drakan, na samym końcu Kelisa. Dziewczyna dostosowała się do tempa półelfa i nie spuszczała wzroku z jego sylwetki. Był wyraźnie osłabiony, co kilka metrów wspierał się o ścianę i zapewne tylko cudem utrzymywał się na nogach. Aran zaczaił się przy zaułku. Zdecydowanym gestem nakazał pozostałej dwójce zostać nieco w tyle. Sam wysunął głowę za mur i rozejrzał się po przylegającej do twierdzy polanie. Los im sprzyjał, żaden Południowiec nie kręcił się w pobliżu. Chłopak uśmiechnął się do siebie z wyraźnym zadowoleniem. Odruchowo zerknął na basztę. Momentalnie odskoczył. Przywarł plecami do kamiennych bloków, omal nie przygniatając stojącej tuż za nim Kelisy. Przecież miała tu nie podchodzić! – Co takiego zobaczyłeś? Potrząsnął ostrzegawczo głową, przyłożył palec do ust. Po chwili ponownie wychylił się za róg. Tym razem wiedział, czego może się spodziewać, więc widok rozjaśnionej ogniem baszty nie zrobił na nim szczególnego wrażenia. Gorzej, że jakiś nadgorliwy strażnik opierał się biodrem o otaczający szczyt wieży murek i obserwował horyzont. Tuż za nim, przytwierdzona do słupa, migotała spora pochodnia. Aran przeklął mężczyznę. Czy ten człowiek nie ma nic lepszego do roboty? Powinien drzemać, jak pozostali wartownicy. A tego wzięło nagle na bezsenność? Czerniejący las kusił i zachęcał cichym szumem do zagłębienia się wśród pni. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej stały gotowe do drogi konie. Tak niewiele brakuje… Chłopak oderwał spojrzenie od sosen i zerknął ponownie na basztę. Południowiec przechadzał się leniwie wokół zwieńczenia wieży. Pomarańczowe światło muskało jego opadające na ramiona włosy. Raz za razem spoglądał wprost na zaułek, za którym chowali się uciekinierzy. Obserwował też rozciągające się w dali, dotykające nieboskłonu wydmy. Gwiazdy zgasły, na wschodzie pojawił się pierwszy promyk porannej łuny. Aran wiedział, że trzeba zaryzykować. Jeszcze kilka minut i będzie zbyt jasno. – Kelisa! – syknął pod nosem. Dziewczyna momentalnie stanęła u jego boku. – Tak? – Przyjrzyj się strażnikowi. Widzisz, ile czasu nie patrzy w naszą stronę? Kelisa skupiła uwagę na wartowniku. Krążył po baszcie z uporem godnym ważniejszej sprawy. Przypominał kołującego, drapieżnego ptaka. – Nie będziemy mieli zbyt wiele czasu na ucieczkę. Ale zdążymy dobiec do pierwszych drzew – zawyrokowała. – My tak. Ale Drakan? Oboje spojrzeli na siedzącego pod murem mężczyznę. Obawy o jego kondycję były w pełni uzasadnione. Dziewczyna podeszła do półelfa. – Drakan… – Dam radę. – uciął krótko i wstał z wysiłkiem. – Słyszałeś naszą rozmowę. Mimo, że szeptaliśmy niczym konspiratorzy – mruknął Aran. Półelf rozciągnął usta w ironicznym grymasie. – Mówiłem ci, że mam doskonały słuch – odwrócił się w stronę Kelisy. W jego wzroku czaił się upór. – I mam też sporo sił. Ona wpatrywała się w niego. Był wyraźnie zmęczony, jego twarz perliła się od potu, a ciężki oddech dowodził wyczerpania organizmu. Przeceniał swoje możliwości. On nie da rady biec. – Może jednak… – A co innego proponujesz? – Aran dał sobie spokój z obserwowaniem Południowca i stanął obok dziewczyny. Mówił do niej, lecz patrzył wprost w oczy półelfa. – On musi stąd jak najszybciej uciec. Teraz wszystko zależy od niego. Jeśli go złapią, koniec. Drakan miał dość zbędnego gadania. Przeszedł powoli obok towarzyszy i wyjrzał na basztę, podobnie, jak wcześniej robił to Aran. Odetchnął głęboko. Był gotowy do biegu. Chłopak pociągnął Kelisę za sobą. Odczekali chwilę. Gdy tylko strażnik zniknął za pochodnią, natychmiast wypadli na polanę. Na przedzie Aran, tuż za nim Drakan i Kelisa. Dziewczyna nie odstępowała półelfa na krok. Radził sobie całkiem nieźle, jednak z każdą sekundą tracił ogromne pokłady energii. Dotarli zaledwie do połowy łąki, a już dyszał ciężko, jakby miał wypluć płuca i coraz bardziej powłóczył nogami. Mimo osłabienia brnął uparcie w stronę granicy lasu. Nagle zaniósł się gwałtownym kaszlem. Osunął się na kolano, spuścił głowę i starał się stłumić mogący ich zdradzić hałas kurczowo przyciśniętą do ust dłonią. Przerażona Kelisa uklękła tuż przy nim. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Znajdowali się na otwartej przestrzeni niczym wystawione do odstrzału kaczki. Złapała przyjaciela za ramię i usiłowała wykrzesać z niego jeszcze odrobinę wysiłku. Musiał wstać, biec dalej. Jej serce waliło jak oszalałe. Szarpanie wcale nie pomagało półelfowi. Rozejrzała się gorączkowo za Aranem. Chłopak wbiegał między pierwsze drzewa. – Aran! – krzyknęła zduszonym głosem. – Aran! Usłyszał jej nawoływanie. Zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na pozostałą w tyle dwójkę. Od strony baszty rozległ się alarm. Zapewne strażnik usłyszał lub dojrzał zamieszanie na polanie i postanowił działać. Zniknął z wieży. Huknęły ciężkie, mosiężne drzwi. Aran oprzytomniał. Przełknął ślinę i dopadł do towarzyszy. Chwycił półelfa i z całej siły starał się postawić go na nogi. Mężczyzna robił, co mógł, był jednak zbyt wycieńczony. Tuż pod murem zamajaczyły cztery postaci. Zbliżające się odgłosy pościgu przerażały uciekinierów. – Kelisa, sprowadź konie – rzucił chłopak bez tchu. – Nie zosta… – Po konie! – wrzasnął i odepchnął ją od Drakana. – Leć! To brutalne doprowadzenie do porządku sprawiło, że zaczęła myśleć racjonalnie. Poderwała się i zniknęła w lesie niczym wystrzelona z procy. Aran wstał, przerzucił sobie ramię Drakana przez kark. Podtrzymując go, ruszył powoli w stronę drzew. Półelf był niesamowicie ciężki i dyszał mu wprost w policzek. Chłopak obejrzał się za siebie. Ścigający ich Południowcy deptali im po piętach. Biegli przez pokrytą mgłą łąkę niczym unoszące się w powietrzu zjawy. Pomiędzy sosnami rozległ się stukot końskich kopyt. Chłopak pomógł półelfowi wspiąć się na siodło tuż przed Kelisą i sam wskoczył na grzbiet siwka. Nie przejmowali się krzykami mężczyzn z twierdzy. Spięli konie i ruszyli galopem w las. – Zawracamy do wydm?! – dziewczyna z całej siły przyciskała do siebie Drakana. Pęd powietrza sprawiał, że jego czarne włosy muskały ją po twarzy. Jadący nieco z tyłu Aran zignorował pytanie. Pochylił się ku szyi siwka. Smagany wiatrem, zmrużył oczy i wpatrywał się w sosnową gęstwinę. Popędzany wierzchowiec niemal natychmiast wyprzedził kasztanka. Kelisa nie miała pojęcia, dlaczego nie kierują się ku granicy Południa. To ona popełniła błąd, ruszyła w głąb lasu, zamiast galopować ku wydmom. Zrobiła to całkiem podświadomie. Instynktownie. Byle dalej od pościgu. Ale w tej chwili mogliby zawrócić, wynieść się z tego przeklętego kraju. Dlaczego Aran gna dalej w złym kierunku? Zerknęła za siebie. Strażnicy twierdzy Tollen zostali daleko w tyle. Uśmiechnęła się szeroko. Udało im się! Nagle rozległo się złowróżbne wycie ogarów. Chyba jednak nie do końca… – Aran, psy! Chłopak pochylił się mocniej nad szyją ogiera i kilkoma sprawnymi ruchami zmusił go do większego wysiłku. Wierzchowce pokryły się potem, z ich pysków spadały pojedyncze płaty piany, lecz poganiane przez jeźdźców, nawet na ułamek sekundy nie zwolniły tempa. Omijały oświetlone promieniami poranka drzewa i przeskakiwały krzewy dzikich jagód. Las grzmiał energicznym tętentem. Spod podków rumaków wypryskiwały kępy trawy, ziemi i wysuszonych igieł. Oba konie wbiegły do wąskiego, przecinającego las strumyka. Aran szarpnął za wodze i skierował siwka w górę koryta. Koń pędził środkiem niewielkiego, poprzeplatanego gładkimi kamieniami zagłębienia. Wartka woda obmywała jego pęciny, uderzenia kopyt wzbijały w górę tysiące drobnych kropel. Kelisa nie musiała zmuszać kasztanka do podążenia tą sama drogą. Zmęczony rumak zanurzył się jednym skokiem w orzeźwiającym nurcie i gnał śladem wierzchowca Arana. Galopowali przez kilka dłużących się w nieskończoność minut. Kluczyli wśród śliskich, połyskujących wilgocią głazów. Poranny śpiew ptaków mieszał się z sapaniem pędzących koni. Ominęli najgorsze chaszcze, zostawili za sobą iglasty zagajnik. Ich oczom ukazała się niewielka polanka. Rozciągała się po lewej stronie, lśniła rosą i wprost zachęcała do wypoczynku. Aran wstrzymał swojego wierzchowca. Koń zwolnił i wyszedł na brzeg. Kelisa dołączyła do chłopaka i odgarnęła za ucho parę niesfornych loków. Siedzący przed nią Drakan rozejrzał się po okolicy. Wyczerpane rumaki szły z nisko pochylonymi łbami. Zgrzane, mokre, wprost zdawały się prosić o chwilę wytchnienia. Siwek zarżał cicho. Aran poklepał go po szyi. – Nadal znajdujemy się w lesie przylegającym do twierdzy, ale tu jesteśmy bezpieczni. Psy zgubią nasz trop przy strumyku. Drakan nie dał po sobie poznać, że galop był dla niego dość uciążliwy, chociaż jego zaciśnięte na siodle ręce drżały jak w febrze. – Strażnicy będą myśleli, że przekroczyliśmy potok i jesteśmy gdzieś dalej, w zachodniej części lasu. – Zgadza się – przytaknął Aran. – A ty w międzyczasie wykurujesz się w pewnym bezpiecznym miejscu. Kelisa zerknęła na chłopaka. – W jakim miejscu? – Wśród drzew znajduje się stara, opuszczona chata. Kilka lat temu skryłem się tam razem z Faelem. Odczekaliśmy parę godzin i ruszyliśmy ku granicy. Dziewczyna zmarszczyła brwi. – Moim zdaniem powinniśmy jak najszybciej opuścić Południe! Zawróćmy ku wydmom! Pościg depcze nam po piętach, a my oddalamy się od granicy, zamiast się do niej zbliżać. To chyba nie jest rozsądne? Poza tym Drakan… – Gwarantuję ci, że wiem, co robię – przerwał jej Aran. – A skoro już mowa o twoim przyjacielu, to chyba oczywiste, że on potrzebuje odpoczynku. Przyglądałaś się mu? Teraz jest jasno, więc spójrz na niego. On z trudem zachowuje przytomność. Kelisa zamilkła. To prawda, nie miała czasu zainteresować się stanem półelfa. Pod murem twierdzy zorientowała się, że jest strasznie słaby, lecz szczegóły jego wyglądu ukrywał mrok nocy. Teraz także nie mogła zobaczyć jego twarzy, lecz zdawała sobie sprawę z jego wyczerpania. Gdyby nie opierał się o nią plecami, z pewnością nie usiedziałby w siodle. Czuła, że jest wychudzony i zabiedzony. Jego ubranie lepiło się od potu, brudu i krwi. Ominęli polankę i weszli w gęstwinę mieszanych drzew. Gałęzie smagały ich po bokach, przesuwały się po twarzy. Cudowny, świeży zapach trawy i stłumiony szum wody pozwalał im chociaż w małym stopniu zapomnieć o strachu i prześladowaniach. Zaledwie kilkadziesiąt kroków od polany znajdowała się niewielka chata. Otoczona gęstymi krzewami, pod dachem z dębowych koron, ogrodzona wysoką, delikatną trawą, wyglądała niczym upragnione schronienie. I tym właśnie dla nich była. Azylem. Ucieczką od okrucieństwa południowej części Królestwa. Kelisa wprowadziła Drakana do budynku. Gdy tylko półelf zobaczył przytwierdzoną do ściany ławę, osunął się od dziewczyny i opadł na chropowate deski. Odetchnął urywanie i zakrył oczy przedramieniem. Jego oddech wypełniał niewielkie, zakurzone, rozjaśnione smugą słońca pomieszczenie. Dziewczyna przykucnęła tuż obok. – Jak się czujesz? – Bywało lepiej – szepnął, siląc się na humor. Przesunął rękę na zapadły brzuch. Jej serce ścisnęło się z żalu. Aran miał rację, do tej pory nie zdawała sobie sprawy, w jak poważnym stanie jest półelf. Dopiero teraz, gdy w świetle dnia zobaczyła jego wychudzone policzki, zapadnięte oczy, rysujące się pod brudną koszulą żebra i wszechobecną krew, uświadomiła sobie, że ten mężczyzna znajduje się na granicy śmierci. Natychmiastowa ucieczka z Południa z pewnością by go zabiła. – Dobrze, że Aran nas tu sprowadził. Odpoczniesz, dojdziesz do siebie. Drakan przymknął powieki. – Gdzie on jest? – Wziął konie i poszedł z nimi w dół zbocza. Tam jest niewielkie jezioro. Napoi je, umyje – uśmiechnęła się. – One także wykonały dziś kawał dobrej roboty. Drakan znów zaczynał mieć problemy z oddychaniem. Zakaszlał, przełknął ślinę. Otworzył oczy i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w stary, brązowy sufit. Belki pokryte były niezliczonymi korytarzami korników. – Aran… – zaczął cicho. – To on uwięził cię w zajeździe, prawda? – Tak. – A jednak… znów mu zaufałaś. Kelisa podniosła się nieco i usiadła na ławie. Spojrzała przez okno na rozciągające się w dali jezioro. Nie widziała młodego blondyna ani ogierów, jedynie lśniącą taflę wody i ocierające się o spróchniałą framugę gałązki dębu. Na parapecie leżał spłaszczony, zasuszony pęk stokrotek. Ciekawe, czy kilka lat temu przyniósł je tu Aran, czy może ktoś inny… na przykład dawny mieszkaniec tej chatynki. – Zaufałam mu, bo nie miałam wyjścia. Tylko on wiedział, gdzie jesteś uwięziony, on wykrzyczał tę formułkę o łasce. To on uratował ci życie. Nie ja. Gdyby nie ten chłopak, z pewnością byś zginął. W tej chwili naprawdę się cieszę, że spotkałam go w Tollen – zerknęła na przyjaciela i wykrzywiła usta w ironicznym grymasie. – Nakryłam go, jak zabawiał się w zajeździe z jakąś panienką. Drakan odwrócił się w stronę Kelisy i dość długo obserwował ją w milczeniu. Chciał powiedzieć coś ważnego, jednak zdawał…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych