Szklanka admirała (fragment)
Opowieść o księgowej żyjącej w dużym mieście na początku XXI wieku.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Cień stanął na środku skrzyżowania. Stanął i zastygł. Nieruchomy, duży, milczący, zupełnie obojętny na wysoki standard życia Bereniki. ― W Norwegii ― czytała Berenika ― na jednego mieszkańca przypada 1/68 Płetwala Błękitnego, 25.680 uncji złota, 150 ha lodowca, 1/16 cudzoziemca, 6 grubych swetrów i 4 finki. Norwegia jest krajem wysoko rozwiniętym a Norwegowie żyją długo i szczęśliwie. Szczęśliwie, pomyślała Berenika. Szczęśliwie, powtórzyło Berenikowe echo. ― Szczęśliwie ― powtórzyła na głos Berenika Słania. Mówiła w zamyśleniu, wolno, jakby ciągnęła słowo przez grubą warstwę kurzu, a ono sunąc bezszelestnie żłobiło niewidzialny kurzowy parów o dość wysokich, łagodnie zakończonych krawędziach. Szczęśliwie, to tylko 11 liter. Słowo przypominające zaokrągloną, wygrzaną w słońcu cegłę. Taką ciepłą i gładką. Pamiętasz może? A jeśli nie pamiętasz to sobie wyobraź. A jeżeli nie umiesz, to może napij się wody albo pogłaszcz kota ewentualnie zrób coś z papieru. Zawsze pod ręką jest jakiś papier, gazeta, stary rachunek, ulotka, dwutygodnik rowerowy, fotografia z urlopu w górach, paragon, metka od koszulki, pudełko po chusteczkach, skserowany przepis na tanią i dobrą zapiekankę, a nawet napisany odręcznie list – oprócz miłości i wojen najprawdopodobniej najbardziej niedorzeczna rzecz na świecie. Listów pisanych odręcznie jest bardzo mało. To unikaty. Ludzie już tak nie piszą. To zbyt powolne, zbyt męczące i do tego czarno-białe! I do tego niepokojąco zmysłowe pocieranie dłoni o papier! Niepokojąco prawdziwy, tłusty długopisowy smar ciągnący za sobą czarny sznur pełen pętelek, zygzaków, nagłych pionów i skosów. Wzmagający ciszę i nagłe niejasne przypływy ciąg liter. Papierowy artefakt nasycony uczuciami jak bibuła, przez co śmieszny i nie na czasie ulotny wrak. Dlatego, jeżeli zabierzesz się za klejenie papierowego modelu, dostosuj papier do formy. Zastanów się zanim wykonasz i zrób: wóz pancerny z kartonu po sandałach, latarnię morską z Głosu Katolickiego, różę z wakacyjnego zdjęcia przedstawiającego zachód słońca nad Stambułem a sowę śnieżną… np. z papierowego ręcznika. Ręcznikowe sowy są bardzo wdzięczne, dobrze wyglądają stojące na szczycie szafy, patrzące z wysokości dużymi, papierowymi oczami. Poza tym przemawia za nimi jeszcze jeden fakt - to ptaki. Ptaki w odróżnieniu od martwej maszyny czy budowli to stworzenia żywe, wniosą, więc do twego domu ruch i śpiew. W tym wypadku będzie to, co prawda nie świergot a głuche sowie pohukiwanie dość przerażający odgłos zwłaszcza nocą, ale i tak jest to dobra opcja, ponieważ i tak nic nie usłyszysz. Nic prócz tego, co zwykle zakłóca noc. Nic prócz bulgotania ścieków w rurach, nic prócz dalekiej monotonii szumiących aut, nic prócz wzdychania twego śpiącego kota. Nic prócz łagodnej, swojskiej kakofonii zakłócanej czasami wściekłym rykiem pijanego wyrostka lub wyrostki albo syreną wozu strażackiego. Nic nadzwyczajnego. To i tak przecież ciebie nie dotyczy. Obok ciebie będzie ciemno i cicho. Fajerwerki nie rozjarzą nocy. Piękny pożar ucieszy gapiów 14 ulic dalej. Bo to twoja noc. Taka, jaką lubisz. Noc jak noc. Spokojna, znana, bez niespodzianek. Porządnie zrolowane papierowe ręczniki czekają na świt. Czekają na aromatyczne kałuże rozlanej kawy i inne ludzkie brudy. Spokojnie. Jaka cicha ta noc… Sowy są przecież z papieru, nieme, zupełnie puste, wypełnione powietrzem. Wypełnia ich wątroby, serca i dzioby, to samo, którym oddycham, to samo stojące na klatce schodowej, w korytarzach Luwru, w świńskim chlewie, w maszynowni wahadłowca „Orion”, w oddechu podstarzałej duńskiej królowej, w kiosku na rogu, w końskiej rzeźni… Wszędzie, wszędzie jedno i to samo powietrze. Aż strach pomyśleć. Jedno, jedyne powietrze pod gwiazdami. Wiem jak to brzmi, dlatego gorąco polecam sowy wykonane z papierowego ręcznika. Sama mam takie i bardzo sobie chwalę ich towarzystwo. Ale jeśli poczujesz, jeśli pewnego dnia poczujesz, że o zgrozo nudzą cię nawet sztuczne ptaki, to znaczy, że z tobą naprawdę źle. Twoja radość cierpi na chroniczny smutek, a ciekawość najprawdopodobniej zwiędła. Dziecko w tobie potrzebuje specjalnej troski, a ty w tobie maksymalnej beztroski. Trudna sprawa, właściwie beznadziejna. Dlatego zalecam natychmiastową kurację polegającą na nieustannym zażywaniu antydepresantów oraz systematycznym uprawianiu łatwego seksu i trudnego, wymyślnego sportu. Początki mogą być trudne, ale gdy już wpadniesz w kuracyjny szał bez wątpienia szybko zapomnisz o swym małym życiu, średniej urodzie i wielkim świecie. Wkrótce zapomnisz o wszystkich tych pierdołach. Wyprą je szybsze i fajniejsze. Wierz mi, systematyczność przyniesie ci ulgę. Ważna jest ciągłość kuracji. Bądź, więc wytrwały i pamiętaj! Jeżeli pozwolisz sobie na oddech niechybnie się udusisz. Zalecona kuracja należy do znanych, wręcz pospolitych metod. Podobno całkiem dobrze działa z tym, że należy pamiętać o systematycznym zwiększaniu dawek leku. Ale jeśli i to nie zda egzaminu… to musimy dokonać radykalnego zwrotu. Zapraszam na nieznane terytoria. Będzie ci tu dobrze. Trafiają tu wszyscy ci, których nie cieszą wspaniałości tego świata. Trafiają tu wszyscy ci, których cieszy zupełnie nic. Ci, znieczuleni na amen. Nieszczęśniku! Jesteś jak gwoźdź do trumny zagubiony w krainie tysiąca krematoriów! Nigdzie nie pasujesz. To już nawet nie jest smutne. Gorzej, to już nawet nie jest straszne, dlatego, mam dla ciebie coś naprawdę extra - Ostatnią Deskę Ratunku! Mam 5 takich desek. Proponuję deskę wierzbową o falbaniastych krawędziach. Model nr.2. Wieloletnie doświadczenie mówi mi, że właśnie ona pasuje najlepiej do człowieka o wrażliwości – Szeroko Pojętej Broszki, czyli niestety do ciebie. Człowiekbroszka, pobłyskujący, grymaśny i niestabilny poszukiwacz niczego w odróżnieniu od innych ludzi ma tylko jedną twarz, przez co trudno go przejrzeć. Niby przed tobą stoi a nie wiesz gdzie go szukać. Szukasz, patrzysz i tylko ci głupio, bo ciągle widzisz tę samą twarz. Sytuacja jest zbyt jasna. Nie wiesz, co powiedzieć. Człowiekbroszka mąci twój osąd. Człowiekbroszka otumania, oszałamia. Dymi jak weneckie szkło w popołudniowym słońcu. Irytująco nierealny. Nierzeczywisty. Nieosiągalny, choć na wyciągnięcie ręki. Kruchy jak szklanka sławnego admirała, dumnego wodza o pięknym nazwisku żyjącego w malowniczych, zmysłowych czasach mameluków, galeonów, kosztownych kurtyzan, monumentalnego iluzyjnego malarstwa, zbytku i chwały na łonie i wodach Najjaśniejszej Wenecji. Szklanka przetrwała do dnia dzisiejszego. Z takiej szklanki się nie napijesz. Za wysokie progi na twe pospolite wargi. Szklanka jest historyczną pamiątką, symbolem chwały, bezcennym duperelkiem wielkiego Wenecjanina. Można ją zobaczyć w Wenecji, w Palazzo Sklanezi gdzie od 458 lat mieni się subtelnie w przyćmionym świetle Sali Pokruszonych Muszel, na parapecie jej centralnego, gotyckiego okna skąd ma wspaniały widok na zatokę, a dalej na szmaragdową lagunę. Komu, jak komu ale szklance admirała należy się piękny widok i porządny marmurowy parapet. Zasłużyła na luksus. W służbie admirała przeżyła niejedno, otarła się o niejeden trunek, odbijała niejedną twarz. Słyszała wiele w niezliczonych językach, wyszukane strofy, pijacki wrzask, milczenie swego pana. Wszystko w służbie najjaśniejszej Wenecji. Owa szklanka to cenny eksponat, należała do słynnego XV - wiecznego admirała Andrea Lorii. Pijał w niej genueńską lemoniadę. Słabość wodza do lemoniad znana była szeroko. Jako wytrawny koneser i marynarz, znał wszystkie jej gatunki serwowane w niezliczonych szynkach, tawernach, spelunach i mordowniach usadowionych wokół Morza Śródziemnego jak kleszcze wokół talerza pełnego zupy. Admirał szczególnie lubił lemoniadę genueńską. Za jej osobliwy landrynkowy smak oddałby nawet swój paradny, admiralski beret. Zawsze miał przy sobie kilka flaszek LANDRYNKOWEJ GENUEŃSKIEJ. Brał je na wszystkie wojny i wyprawy dyplomatyczne. Tak bardzo umiłował sobie lepki napój, że dorobił się z jego powodu wielu przezwisk. I tak, w mieście aż huczało od plotek, szeptów, chichów śmichów, wulgarnych wierszyków, porozumiewawczych mrugnięć, nieznacznych skinięć, machnięć, tupnięć, mlaśnięć, beknięć i kichnięć, od szemraniny wszelakiej jakości i gęstości która niosła się po placach, kanałach, burdelach, szynkach, pałacach, gondolach, gołębiach, po weneckiej flocie, błękitnej lagunie, wraz z wiatrem, daleko, za horyzont… Oto kilka wybranych przezwisk nadanych admirałowi przez obywateli Wenecji - Słodki Andrea, Lemoniadowy admirał, Lepkie łapy, Landrynkowa fujara, Lukrowany cap… Ludzie, jak ludzie, wszędzie tacy sami. Córka admirała Konstancja, myślała o ojcu bardziej swojsko, normalnie, rodzinnie, z pełną zrozumienia czułością. Nazywała go po prostu – starym gamoniem. Wszystko, co piękne ma jednak swój kres, lemoniadowa rozpusta też. Bo pewnej nocy… LANDRYNKOWA GENUEŃSKA zniknęła. Pewnej zimowej, mroźnej nocy 1500 roku, fabryka lemoniady po prostu wyparowała. Zostało tylko wielkie, czarne wgłębienie w czerwonej, zimnej ziemi. To Emir Mini Kulas Al Szahraj, podstępny i chciwy jak każdy szanujący się władca, ukradł Genueńczykom fabrykę lemoniady wraz z piwnicami i drucianym ogrodzeniem. 12 Grudnia, o godzinie 22: 30 lekka jazda emira – Akindżi - wspaniale wyszkoleni saperzy, złodzieje i zabójcy wpłynęli 5 statkami do genueńskiego portu. Bezszelestnie opuścili galery i weszli do miasta. Nikt ich nie zatrzymał. Miasto spało zimnym snem. W 35 minut Akindżi zdemontowali budynki fabryczne z urządzeniami, załogą, głównym szyldem, głównym księgowym, psem łańcuchowym i błotnistym dziedzińcem. Nie odpuścili nawet stojącemu w odległości 20 metrów od fabryki, przystankowi przyśpieszonej linii karet podmiejskich (nr.118 i 78) Wyrwali wszystko. Sterczący z ziemi drąg, 6m² trawy i mizerny krzaczek perzu. Akindżi zabrali nawet skrawek kory przybity gwoździem do drąga! Po co potomkom Tuaregów rozkład jazdy po genueńsku? Zachłanność doprawdy zaślepia! Całą bezcenną jak i nic nie wartą zdobycz, niezrównani Akindżi sprawnie załadowali na okręty, po czym migiem odpłynęli ku brzegom Afryki. Ponieważ emir nie toleruje innej władzy niż jego własna, dyrektora fabryki Akindżi utopili w wiadrze lemoniady, a do niezliczonych tytułów emira dodano następny – Najsłodszy Władca Niegdysiejszej Landrynkowej Genueńskiej. Śmiały atak na obiekt przemysłowy udał się z dwóch powodów. Pomogły, zaskoczenie i ostra zima. W Genui, owej pamiętnej nocy było tylko 16ºC powyżej zera. Takiego spadku temperatury nie notowano tu od 300 lat. Zaskoczeni, nieprzygotowani genueńczycy szybko kostnieli z zimna. Z godziny na godzinę uchodziło z nich ciepło i życie. Jeden po drugim zapadali w letarg. Zamierali, twardnieli, sztywnieli jak wykrochmalone obrusy. Od sztywnych jak patyki palców odpadały monety, sztylety, małżonki, kochankowie i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hrabina
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…