Tajemnica Fortu I
Akcja opowiadania zaczyna się w styczniu 2005 roku, kiedy to policja wypowiedziała wojnę toruńskiej mafii. W trosce o własne bezpieczeństwo szef mafii ucieka do Hiszpanii zostawiając w Toruniu swojego następcę Wiktora Zumara oraz "prawą rękę&quo
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 1 Nowy boss
Na tyłach hangarów PKP w Toruniu, przy starej lokomotywie spotkało się dwóch mężczyzn. Obaj byli bardzo elegancko ubrani jeden w czarną, a drugi w szarą jesionkę. W około unosiła się mgła, przy czym ich spotkanie nabierało jeszcze większej tajemniczości i ogólnego napięcia. Jest styczeń 2005 roku, ale śniegu w ten dzień nie było, mimo to ten poranek zaliczał się do mroźnych. Obaj panowie zacierali ręce i co chwilę wkładali je do kieszeń w celu ogrzania. - Nie mogę dłużej zostać w kraju. Robi się tu zbyt tłoczno. Dodatkowo jeszcze ten cały komisarz Borysiak… Dlatego Cię sprowadziłem. Jesteś nowy i nikt cię tu nie zna i tak niech zostanie. Będzie z tobą pracował Luciano, mój najlepszy człowiek – wyjaśnił „Boss”. - Będzie tak jak chcesz. Kiedy spotkam się z tym Luciano? – zapytał mężczyzna, w którego głosie można było dostrzec obcojęzyczny akcent. - On się z tobą skontaktuje. Pamiętaj, że to najlepszy nasz człowiek. Cokolwiek by się nie stało Gotti jest nietykalny. Pamiętaj o tym… No cóż, mam nadzieję, że kiedyś wrócę do Torunia. To wspaniałe miasto. - Wtedy moglibyśmy razem pracować, przyjacielu. - Do zobaczenia, Witek. „Boss” poszedł do stojącego niedaleko czarnego BMW, za którego kierownicą siedział Luciano. - Przyjrzałeś się temu, tam? – „Boss” wskazał na Witka, który wsiadał do swojego Forda. - Tak, zapamiętałem jego twarz – odparł Luciano. - To co ci powie ten człowiek, to tak, jakbym ja to powiedział. Rozumiesz mnie. - Oczywiście. - Jedziemy teraz do Gdyni, stamtąd promom dopłynę do Hiszpanii. Dobre miejsce wybrałem? - Lepiej pan nie mógł trafić. To bardzo dobry kraj. - Zaraz po powrocie z Gdyni skontaktujesz się z tym człowiekiem – „Boss” wskazał na Witka, który opuszczał tereny PKP. - Tak zrobię. - Słuchaj do końca… odnajdziecie to wejście – „Boss” pokazał na dziwnej mapie punkt. – Pozbądź się mieszkania, mojej willi i samochodów i wyrób sobie nowe papiery. Masz zniknąć. - O co chodzi z tą mapą, szefie? – zapytał Luciano. - Ten czarny punkt, to wejście do nowego „apartamentu” Witka i twojej, Lucjanie – oznajmił szef. - Gdzie to jest? - W „naszych lasach”. Jak znajdziesz to wejście, to się dowiesz co to za „apartament”. Jedź już, bo się spóźnię na prom. Lucjan wcisnął pedał gazu i w kilka godzin byli w Gdyni, gdzie w porcie czekał już prom „Bossa”. Szef ostatecznie pożegnał się z Lucjanem z nadzieją, że wróci kiedyś do Polski i do Toruniu, w którym spędził wszystkie lata swojego życia. - To koniec naszej wspólnej historii. Mam nadzieję, że razem z Witkiem napiszecie nową, która lepiej się skończy – powiedział „Boss”. - Też mam taką nadzieję. Do zobaczenia szefie. - Do zobaczenia, Luciano. Po tych słowach „Boss” wsiadł na prom i po kilku minutach odpłynął do Hiszpanii, gdzie miał gotową rezydencję. Luciano po powrocie z Gdyni do Torunia spotkał się ze swoim nowym szefem, Witkiem i wprowadził go w sprawy „firmy”, po czym obaj zaczęli szukać po lesie wejścia do „apartamentu” sprezentowanego przez „Bossa”. - Szef powiedział, że mamy się totalnie zakonspirować – oznajmił Lucjan. - Tak, ale szukać domu w lesie, to jakiś absurd – oburzył się Witek. - To chyba tu. - Nie widzisz, że to krzaki. - Nie sądzę – Luciano odgarnął zarośla i obaj zobaczyli właz.– A oto i klucze – przekręcił klucze w zamku i z wielkim trudem otworzył drzwi, których dawno nikt nie widział, a co to dopiero mówić o otwieraniu. Obaj mężczyźni weszli do środka, długim na sto metrów korytarzem zeszli do podziemi, gdzie znaleźli luksusowo wykończony apartament ze złotymi żyrandolami, eleganckimi, drewnianymi meblami oraz ze skórzanymi kanapami i zestawem foteli. Dodatkowo zestaw kina domowego, monitoring na okolice i najnowszej generacji dwa komputery. Apartament posiadał salon, łazienkę, toaletę, dwie sypialnie i tak zwany „pokój kinowy” gdzie znajdowało się wspomniane wcześniej kino domowe. Było też kilka wyjść, z których każde prowadziło gdzie indziej. Lucjan w najbliższym czasie planował zwiedzić całe podziemia, gdyż musiało tu być schronienie dla pojazdów. - Nieźle „Boss” to wykombinował. Dziwię się tylko, czemu nie pozostał w mieście – powiedział Witek. - Po co ma siedzieć tu jak więzień, jak może spokojnie chodzić po Madrycie, bez obaw, że zostanie aresztowany – odparł Luciano. - Masz rację… Co to za miejsce? - Według mnie to nic innego jak „Buchtafort”. - Co takiego? - „Buchtafort” czyli Fort I zbudowany pod koniec XIX wieku. Jeżeli to prawda, to stąd możemy dojść do głównej siedziby naszej firmy. Lucjan zaczął rozglądać się po apartamencie i chyba instynkt pokierował go do komody z szufladami, które, jak się później okazało, miały podwójne dna. W jednej z nich Lucjano znalazł dokładny plan Fortu I, z którego ewidentnie wynikało, że z apartamentu można dojść wszędzie. Boss powierzył swoim zaufanym ludziom centralną część „Buchtafortu”. Następnego dnia Lucjan podpalił willę „Bossa” w Kasztorku. Straż, która gasiła dom znalazła w jego zgliszczach dwa spalone ciała, a przed domem, w samochodzie znaleziono prawa jazdy Lucjana tajemniczego „Bossa”. Wiadomość o rzekomej śmierci szefa toruńskiej mafii i jego „prawej ręki” dotarła do komisarza Władysława Borysiaka, który natychmiast spotkał się ze swoim przyjacielem – prokuratorem Waldemarem Kuźniorem. - Ktoś wyczyścił miasto przed nami – stwierdził komisarz. - Jeżeli to prawda, to był jeszcze ktoś nad „naszym” bossem – powiedział prokurator. - Niekoniecznie. Równie dobrze może to być wojna gangów. Tak, czy inaczej, ktoś musiał przejąć władzę, bo jest za cicho. - Ja ci niestety nie pomogę, ale zaraz… jest jedna dziwna sprawa. Ktoś z prokuratury wynosi mi teczki niejakiego Lucjano Gottiego i jego szefa. - Domyślasz się, co to za szuja? - Niestety. Nie mam pojęcia. W tym samym czasie pod mostem kolejowym spotkali się Lucjano i prokurator Wartowicz, który wręczył gangsterowi tekturowe pudło. - To wszystko? – spytał Lucjan. - Nic więcej nie ma na pańskich przyjaciół. Można teraz powiedzieć, że nie było sprawy – powiedział Wartowicz. - Dziękuję. – Lucjano wyjął z kieszeni jesionki kopertę, wręczył ją prokuratorowi i powiedział – Oto pańskie honorarium, tyle na ile się umawialiśmy. Następnie Lucjan udał się do najbliższego lasku, gdzie spalił wszystkie dokumenty i akta związane z nim i jego bossem. Z kolei nowy szef – Witek nie próżnował. Zaczął odnawiać znajomości sprzed lat. Przypadkowo dowiedział się, że Wojciech Winklewicz, jego znajomy z czasów szkoły, jest teraz doradcą prezydenta miasta, postanowił to wykorzystać i spotkać się z kumplem. Gdy Wojciech wychodził z kancelarii prezydenta Torunia natknął się na Witka, którego poznał bez kłopotów. - Zumar? To ty? Kopę lat, myślałem, że wyjechałeś z miasta. - Tak było, ale wróciłem, bo chcę zarobić tu trochę forsy. - W Toruniu? Sory, ale to złe miejsce ta robienie pieniędzy – stwierdził Wojtek. - Wojtek, przejdę od razu do sedna. Potrzebna mi twoja pomoc. Wystarczy podsuwać prezydentowi pewne sugestie, którymi będzie się kierował, a będziesz bogatszy od głowy państwa – wyjaśniał Witek. - Co konkretnie miałbym robić? - To o co cię poproszę. No to jak umowa stoi. - Tak, ale chcę więcej informacji o mojej pracy dla ciebie. - Jutro o tej samej porze przyjedzie do ciebie Lucjano, mój człowiek i zabierze cię do mnie. - Zgoda. Gdy Witek korumpował doradcę prezydenta, Lucjano odkrywał zakamarki Fortu I, odnalazł przejście do głównej siedziby firmy i odkrył podziemny schron dla pojazdów, który oddalony był od apartamentu zaledwie o kilkadziesiąt metrów. Wiktor Zumar po spotkaniu ze „starym” znajomym pojechał do modnej knajpy w mieście, gdzie zamówił piwo i usiadł do stolika przy oknie. Patrząc na chodzących ludzi rozmyślał o władzy jaką chciał zdobyć. Ulica Szeroka w rękach jednego człowieka, to się równało nie tylko wielkim pieniądzom, ale też wielkiej władzy. Wiktor nawet nie zauważył jak obok niego zjawił się Lucjan. - Lucjano, a ty skąd się tu wziąłeś?! – przywitał z entuzjazmem swojego człowieka. - Panie Wiktorze, wolałbym „Lucjanie”. Lucjano nie żyje i tak niech zostanie – dyskretnie wyszeptał Lucjan. - Masz rację. Mogłem Cię zdekonspirować. - Właśnie. - Siadał i napij się czegoś – zaproponował Zumar. - Dziękuję, nie tym razem – odparł Lucjan. - Coś się stało? - Nie, ale zwiedzałem dziś podziemia naszego „domu”. Znalazłem kilka interesujących rzeczy. Jak pan skończy pić, to zapraszam na wycieczkę. Chwilę później samochód Lucjana jechał już w stronę lasu, a następnie zniknął za drzewami. Gangster stanął swoim autem przy niewielkim pagórku otoczonym drzewami. Dookoła słychać było szelest gałęzi. Lucjan wyszedł z samochodu i poprosił Wiktora, aby stanął koło niego. - Niech pan spojrzy. To wjazd do garażu – Lucjan wskazał na głęboką wnękę w pagórku. - Jak tu ktoś przyjdzie to się zdziwi, że po środku lasu stoi BMW warte pół bańki – stwierdził Zumar. - Wracajmy do wozu – zaproponował Lucjan Gangsterzy wsiedli do auta i wjechali do wnęki. Wtedy ziemia się zatrzęsła i mężczyźni zauważyli, że zjeżdżają w dół. Nie byli pewni dokąd zmierzają. Po kilkunastu sekundach dotarli na finisz. Ich oczy ujrzały oświetlony korytarz. Wysiedli z auta i zaczęli iść korytarzem, na którego końcu, były metalowe drzwi. Tymczasem komisarz Borysiak w swoim mieszkaniu spotkał się ze swoim przyjacielem, policjantem – Romanem Zatruskim. Chciał mu powiedzieć o swoich wątpliwościach związanych z domniemaną śmiercią Lucjano Gottiego. - Dzięki, że przyjechałeś – powiedział Borysiak. - Władek, ja dla ciebie wszystko – odparł Roman. - Poprosiłem Cię, bo ta sprawa też ciebie dotyczy. To ty prowadzisz śledztwo w sprawie tej spalonej willi? - Owszem. Najprawdopodobniej wybuch gazu. Szykuje nam się kolejne umorzone śledztwo. - Czy ty myślisz, że w takich domach gaz wybucha od tak sobie. Wiesz kim były ofiary? - Chyba dwóch biznesmenów. - Gówno! Dwóch groźnych gangsterów. Wymuszenia, porwania, produkcja i dystrybucja narkotyków na wielką skalę – tym zajmowali się ci „biznesmeni”. Na jakiej podstawie stwierdziliście, że to właśnie oni. - Znaleźliśmy przy spalonej willi jaguara z dwoma prawa jazdami. Ciała były doszczętnie zwęglone, a te dokumenty to jedyna podstawa. - Moim zdaniem ten makaroniarz i jego szef żyją. Pewnie uciekli za granicę, ale nie mogę rozgryźć kto jest nowym szefem. Musi ktoś kontrolować to wszystko, jest za cicho. Gdy Stefan z Markiem rozmawiali o miejscowych gangsterach, w podziemiach Fortu I Lucjan i Wiktor próbowali otworzyć drzwi, jednak bez skutecznie. Wrota były na szyfr, ale nikt go nie znał. Zrezygnowani, że kiedykolwiek wyjdą z podziemi wrócili do auta. Lucjan próbował znaleźć jakiś przycisk, albo dzwignię, która by podniosła auto z powrotem do góry, ale i te próby spełzły na niczym. - Zdechniemy tu! – krzyknął Wiktor. - Panie Zumar, proszę się uspokoić, nerwy nam nie pomogą. Lucjan zaczął szukać czegoś w samochodowym schowku. Wyciągnął z niego mapę i zaczął dokładnie ją oglądać. Odruchowo przewrócił ją na drugą stronę i zobaczył tam szeregi numerków, a przy każdym oznaczenie odpowiadającej punktom na mapie. Lucjano bez słowa pobiegł w kierunku drzwi i metalowymi pierścieniami ustawił numer „6926” i drzwi się otworzyły. Lucjan przekroczył próg i zauważył, że jest w „apartamencie”. Gdy doszedł do niego Wiktor, nie mogli uwierzyć w to, że im się udało. Lucjan doszedł do wniosku, że otwierał wcześniej te drzwi, tylko, że zamek szyfrowy był od strony garażu, a z apartamentu można było wejść normalnie.
Następnego dnia Lucjan stawił się pod gabinetem prezydenta miasta, by odebrać stamtąd Wojtka. Gdy ten wychodził, przy drzwiach czekał już Lucjano. - Witam panie Winklewicz, samochód czeka – przywitał się Lucjan. - Pan jest pewnie Lucjano – upewnił się Wojtek. - Nazywam się Lucjan Gottowski i mam pana zawieść do Wiktora Zumara – tłumaczył. - W takim razie jedźmy. BMW Lucjana przemknęło przez całe miasto. W lesie, niedaleko osiedla „Na Skarpie” znajdowała się cała masa bunkrów z czasów I i II wojny światowej. Niemieckie i polskie obiekty rozsiane były po całym terenie. Fort I, albo inaczej „Buchtafort” został zbudowany w latach 1888 – 1892. Pod powierzchnią ziemi rozciągała się cała sieć korytarzy i tuneli. Wejścia do ważnych pomieszczeń były ukryte i wejść mogą tam tylko Ci, co posiadają dokładny plan Fortu I. Mówi się, że istnieją tylko dwa dokładne plany fortu, jeden z nich ma Lucjan, drugi zniknął dawno temu. Gdy Wojtek i Lucjan dojechali do pagórka, gdzie znajdował się zjazd do podziemi, Winklewicz zaczął mieć wątpliwości, czy aby to nie jest jego ostatnia podróż samochodem. Lucjan wjechał do „windy” i zjechali w dół. - O to co do licha!? – zdenerwował się Wojtek. - Bez obaw. Jedziemy do pana Zumara. To jest nasz dom. Fort I, największa sieć bunkrów i podziemnych schronów pancernych. W 1971 został wpisany w rejestr zabytków, ale nikt tak dokładnie nie wie co kryją podziemia Fortu I. Nikt, poza mną i panem Wiktorem. Ile ja się namęczyłem wczoraj żeby znaleźć przycisk, która by podniósł samochód do góry. A wystarczyło się schylić… Jesteśmy na miejscu. Proszę za mną. Winklewicz w milczeniu szedł za Lucjanem. Oświetlony, wąski korytarz doprowadził ich do drzwi z czterema metalowymi pierścieniami (największy miał średnicę 10 cm). - Teraz proszę uważać – powiedział Lucjan i zaczął kręcić pierścieniami ustawiając numer „6926”, po czym dodał – Zapamięta pan? - Tak – odpowiedział niepewnym głosem Wojtek. Mężczyźni weszli do „apartamentu”, gdzie czekał już Zumar, który siedział na skórzanej sofie i trzymał w ręku kieliszek wytrawnego, czerwonego wina, spojrzał na Wojtka i skinął głową, aby usiadł na fotelu. Lucjan podszedł do barku wyjął dwa kieliszki i nalał koniaku sobie i gościowi, a następnie zwrócił się do szefa. - Przydało by się miejsce na więcej samochodów – stwierdził Lucjan. - Wyjmij mapę z szuflady i przyjrzyj jej się dokładnie – powiedział Wiktor wskazując głową na komodę. Lucjan wyciągnął mapę i zaczął dokładnie patrzeć na pomieszczenia zaznaczone na niej. Natomiast Zumar zaczął wyjaśniać Winklewiczowi jego rolę w „biznesie”. - Sprawa jest dość prosta. Chcę kupić ulicę Szeroką – zaczął Wiktor. - Tak, ale kamienice w większości nie należą do miasta – tłumaczył Wojtek. - Mi nie chodzi o kamienice, tylko o ziemie pod kamienicami. Jeżeli grunt też nie należy do miasta to trzeba zrobić żeby zaczął. - Ciekawe jak? - Dowalić takie podatki, żeby się nie pozbierali dupki z Szerokiej. - Witek, po jaką cholerę ci Szeroka. - Na ulicy Szerokiej jest wszystko co najlepsze w Toruniu. Knajpy, markowe butiki, salony komórkowe, dom towarowy. Mając główną ulicę Starego Miasta mamy jednocześnie wielkie pieniądze. Tych słabszych wykopujemy i tworzymy na ich miejscu swoje sklepy, kasyna i inne pierdoły. W sezonie letnim przechodzi Szeroką kilkaset tysięcy ludzi dziennie, 80% z ich odwiedza minimum jeden sklep, połowa coś kupuje. Goście z Europy, nawet z Ameryki chcą się wieczorem zabawić tworzymy więc kluby, dyskoteki, puby, burdele a w dawnej siedzibie Camerimage organizujemy centrum rozrywki. Po roku zwracają nam się zainwestowane środki i to z nawiązką. - Plan jest idealny, ale czy wypali. Tak czy inaczej, ile będę z tego miał? - Proponuję ci spółkę. Dostaniesz pakiet 15%. - Dwudziesto – powiedział stanowczo Wojtek. - Umiesz się targować, masz 20%. To by było na tyle. Lucjan odwiezie cię, gdzie będziesz chciał… A jeszcze jedno, jakby ktoś się pytał to nie znasz żadnego Wiktora Zumara, nie mów też nikomu gdzie byłeś. Taka konspiracja jest nam potrzebna. Nie chcemy dodatkowo „bawić” się z policją. Po wyjściu Winklewicza, Lucjano podszedł do bossa i powiedział: - Czas żeby pan zjawił się w firmie. Pracownicy muszą poznać nowego szefa. - Tak, Lucjano. Najwyższy czas – odparł Wiktor, po czym dodał. – Przyjrzałeś się mapie? - Tak. Jest tam coś dziwnego. - To idź, sprawdź.
* * *
Rozdział 2 Zumar przejmuje „Magmę”
Tego dnia było wyjątkowo zimno. Lucjan i Wiktor jadą wyasfaltowaną, leśną drogą, która doprowadziła ich do bramy firmy, którą Lucjano przejął razem ze swoim bossem w czasach świetności. W samochodzie grała spokojna, ale dość smutna muzyka fortepianowa, Zumar lubił taką, uspokajał się przy niej. W jego życiu było tyle napięcia, że jazda samochodem z ulubionymi utworami w tle sprawiała mu przyjemność i mógł się zrelaksować. Gdy portier otwierał bramę, Wiktor zwrócił się do Gottowskiego: - Znają Cię tu? - Nigdy tu nie byłem. Sprawy ze starym dyrektorem załatwiałem na mieście – odparł Lucjan. - A gdzie stary dyrektor? - Pewnie jeszcze w swoim gabinecie. Dziś już oficjalnie wyniesie się z firmy. - Jest tylko jedno „ale”, zna ciebie i może narobić nam poważnych kłopotów – Zumar zaparkował auto przed głównym wejściem do firmy, obaj panowie wysiedli z samochodu i szli w stronę wejścia, a Wiktor kontynuował – To firma remontowo-budowlana, więc w przyszłości posłuży nam w przebudowie Szerokiej, będzie taniej. - To tu – wskazał na drewniane drzwi Lucjan i dodał. – Ma pan rację. - Pewnie, że mam. Lucjan otworzył drzwi do gabinetu dyrektora Smotkowskiego, który aż się poderwał jak zobaczył Lucjana w progu. - Witam, panie Smotkowski. - Pan przecież nie żyje, czytałem w „Nowościach”. - Radzę odrzucić tę po PRL-owską gazetkę i przerzucić się na „Newsweek” – ironicznie skomentował Lucjan. - Kim jest ten tam, obok pana? – zapytał ze zdenerwowaniem Smotkowski. - To nowy dyrektor tego całego bałaganu, panie Zbyszku. - To znaczy… - zaczął Smotkowski. - To znaczy, że masz godzinę, aby stąd zniknąć! Teraz jedziemy na obiad, jak wrócimy ma cię tu nie być i nie próbuj żadnych sztuczek, bo i tak ci nie wyjdą… nie jesteś cyrkowcem – zaśmiał się Gottowski i razem z Zumarem pojechali do Starego Miasta, by zjeść obiad. Nad miastem zebrały się deszczowe chmury, a komisarz Borysiak znalazł drobnego złodziejaszka, który od czasu pierwszej „wpadki” jest informatorem Władysława. W ponurym zaułku między starymi kamienicami doszło do spotkania przestępcy z przedstawicielem prawa. - Boguś, długo się nie odzywałeś. Ładnie tak olewać starych przyjaciół? - Pan Władysław? Nie poznałem pana. Ja się wycofałem, jestem czysty – tłumaczył się mężczyzna. - Boguś, marnujesz sobie życie. Masz dopiero trzy dychy na karku, a w pierdlu przesiedziałeś 1/3. Nie wstyd ci, że twoi kumple z podstawówki ukończyli ją. - Też bym skończył, gdyby mnie pan wtedy nie przymknął, przy tym samochodzie. W poprawczaku nie było warunków do nauki. - Ach Boguś, Boguś… Powiedz mi, kto teraz rządzi w tym mieście? – zapytał Borysiak, klepiąc chłopaka po plecach. - Pan komisarz nie wie? Zawsze w Toruniu rządził prezydent i Rada Miasta. - Takie teksty to możesz mamusi opowiadać. Chcesz dostać dwa lata za utrudniania śledztwa? No więc… - Borysiak szarpnął chłopaka – Czekam… - Panie komisarzu ja nic nie wiem. - Czy Lucjano Gotti żyje? - Nie czyta pan gazet? Spalił się razem z „Bossem”. - Niech ci będzie. To kto jest nowym szefem? - Naprawdę nie wiem, ale na mieście mówi się o nim „Cień”. Nikt go nigdy nie widział, ale jest potężny. Trzyma w garści całe miasto. Ma wielką władzę i pieniądze. - I nikt go nigdy nie widział? – dopytywał się Borysiak. - No już panu mówiłem. Niewiadomo kto to. Jedno jest pewne – szykuje jakąś gigant przewałkę. Duże pieniądze – mówił wystraszonym głosem Boguś. - Dzięki, Boguś. Możesz iść. Komisarz Borysiak podparł rękoma boki jak do krakowiaka, ale nie miał zamiaru tańczyć. Zaczął się zastanawiać i analizować słowa Bogusia. Jeżeli to prawda co mówił, Toruń może czekać kolejna bitwa z mafią. Zaczął dochodzić do wniosku, że stary szef o pseudonimie „Boss” żyje, ale coś mu się nie zgadzało. Jeżeli żyje, to czemu nikt go nie potrafi rozpoznać? Operacja plastyczna?… Za mało czasu. Wyjazd z miasta? Za daleko od interesów. Władysław nie mógł wpaść na to, kto jest tajemniczym „Cieniem”. Zaczął padać deszcz. Wiktor z Lucjanem wrócili do firmy. Smotkowski akurat pakował swoje rzeczy do bagażnika samochodu. Gdy zobaczył Lucjana zamknął bagażnik i powiedział: - Jeszcze mi za to zapłacicie, bandyci. Tę firmę stworzył mój ojciec, a wy mi ją ukradliście. - Zamknij się psie! – krzyknął Lucjan. - Co ty kombinujesz bandyto?! - Wynoś się z naszego terenu śmieciu! - Jeszcze mnie popamiętacie! – wykrzyczał Smotkowski, po czym wsiadł do swojego AUDI i odjechał. Zumar wszedł do swojego nowego gabinetu. Usiadł w fotelu, wyjął z kieszeni cygaro, zapalił je, a następnie położył nogi na biurko. Był teraz dyrektorem najlepiej rozwijającej się firmy w Toruniu. Idealne miejsce na sprawowanie władzy w mieście. Wiktor poczuł, że jest coraz silniejszy… Po chwili do gabinetu wszedł Lucjan. - Usiądź, Lucjano – powiedział Zumar. - O co chodzi szefie – przeczuwał coś mężczyzna. - Trzeba będzie się pozbyć tego Smotkowskiego. - Czy to konieczne? – wahał się Gottowski. - Nie możemy ryzykować. Wie, że żyjesz. Jeżeli z żalu zacznie wypłakiwać się policji… diabli biorą nasz plan. To konieczność. W imię naszych idei. - Będzie jak pan chce. Zajmę się tym osobiści. Lucjan wyszedł z gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Nie chciał zabijać Smotkowskiego. Nie dość, że zabrał mu firmę, to jeszcze teraz to… Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że w tej sytuacji nie ma innego wyjścia. Lucjan opuścił teren firmy i udał się do podziemi Fortu I, gdzie otworzył pomieszczenie, które było za windą. Ogromny magazyn, który z powodzeniem by zmieścił dziesięć samochodów osobowych. Lucjan wjechał tam swoim BMW, a następnie poszedł do „apartamentu”. Włączył nastrojową muzykę i usiadł wygodnie w fotelu. Po raz pierwszy miał opory z wykonaniem wyroku. Może to były wyrzuty sumienia? Przez lata pracował dla „Bossa”, był nie tylko jego pracownikiem, ale też przyjacielem. Brakowało mu go, z nim zawsze mógł porozmawiać, w swoim szefie zawsze miał oparcie. Lucjano patrzył nieruchomym wzrokiem w ścianę, jakby widział w niej wszystkie swoje problemy, ale na ścianie nic nie było, a jego problemy tkwiły w umyśle. Nie wiedział co zrobić. Gdy nie zabije Smotkowskiego, to Zumar każe zabić jego. Ta sytuacja bez wyjścia sprawiła, że Gottowski wyjął z szuflady komody pistolet, dokręcił do niego tłumik, załadował nowy magazynek i pojechał pod dom Zbigniewa Smotkowskiego. Czekał kilka godzin, aż zjawił się przyszły denat. Zbigniew wjechał samochodem na podwórko swojego parterowego domku. Lucjano ostatni raz przeładował magazynek, po raz pierwszy gdy to robił zamknął oczy. Wysiadł z auta, przeszedł na drugą stronę ulicy w kierunku bramy domu Zbigniewa. Gdy Smotkowski odwrócił się zobaczył Lucjana, zaczął się domyślać po się zjawił. - Przecież bym nic nie pow… - Zbigniew nie dokończył, gdyż kula przyszyła jego serce. Mężczyzna upadł martwy na ziemię. - Nie chciałem tego, panie Zbyszku – powiedział do zwłok morderca, po czym schował broń, rozejrzał się we wszystkie strony, a gdy upewnił się, że nikogo w pobliżu nie ma, wrócił do swojego samochodu i odjechał. Chwilę później na miejscu zjawili się żołnierze Lucjana i posprzątali cały teren. Smotkowski został wywieziony do Włocławka, gdzie jego ciało zostało zrzucone z tamy. Ogromne wirniki wodne dokończyły „dzieła”. Dla mafijnych żołnierzy była to frajda, ale Lucjan bardzo to przeżywał. Brakowało mu przyjaciela, któremu mógł mówić o wszystkim – brakowało mu „Bossa”. Była słoneczna niedziela, ale mroźna. Zumar postanowił iść do kościoła na msze. Lucjano zawiózł go do Św. Jakuba. Tymczasem komisarz Borysiak dostał nową sprawę – zaginięcie biznesmena Zbigniewa Smotkowskiego. Swoje śledztwo rozpoczął od domu zaginionego. Spotkał się tam z żoną Zbigniewa – Marzeną. - Pani Smotkowska, czy mąż ostatnio zachowywał się dziwnie? Mówił coś niepokojącego, może miał kłopoty w pracy? – dopytywał się komisarz. - Owszem, miał kłopoty w pracy. Stracił firmę, która wcześniej należała do jego ojca – odpowiedziała Marzena. - Jak to się stało? - Mąż nie chciał powiedzieć, ale wydaje mi się, że zaciągnął kredyt, a potem nie mógł go spłacić. - W banku? - Raczej nie. Nigdy nie było żadnych ponagleń z banku. - To na razie wszystko. Popytam jeszcze sąsiadów, może coś widzieli. I pojadę do firmy pani męża. Dowiem się kto jest nowym właścicielem „Magmy”. - Znajdzie go pan? – zapytała załamana kobieta. - Zrobię wszystko co w mojej mocy – odparł komisarz i wyszedł z domu Smotkowskich. A w kościele Św. Jakuba właśnie kończyła się msza. Zumar wyszedł z kościoła, przed którym czekał Lucjan przy swoim BMW. Gdy zobaczył szefa otworzył mu drzwi samochodu. Gdy obaj usiedli wygodnie w aucie, Wiktor powiedział: - Prawie dwadzieścia lat nie odwiedzałem tego kościoła. Wiesz, że byłem tu chrzczony? Wróciły wspomnienia. – gdy Wiktor zaczął mówić, Lucjan zapalił silnik i ruszył – Raz ukradliśmy księdzu wino, miał do nas takie zaufanie. Mówił: „Wiktorku, ty i ten twój przyjaciel Krzysiu jesteście najlepszymi ministrantami w całym Toruniu”, a my przed samą mszą całe wino dla siebie. Gdy dowiedział się, że to my mu ten numer wywinęliśmy z miejsca dostaliśmy kopa. I tak zakończyła się nasza kariera ministrantów. - Jak to się stało, że opuścił pan miasto? – zapytał dyskretnie Lucjan. - W połowie lat 80’ zrobiło się tu strasznie podle. Komuchy zaczęły dobierać się do Solidarności, która dopiero rosła w siłę. Mój ojciec był wyjątkowo aktywnym działaczem i sam Lech Wałęsa zaprosił go, aby razem z nim bronił kraju w Gdańsku, a potem w Warszawie. Po upadku komunizmu mój ojciec został w stolicy, gdzie załatwił sobie ciepłą posadkę sekretarza prezydenta. Miał dla nas mało czasu. Matce trudno było z małą córeczką i dwudziestolatkiem w domu, ale gdy ojciec umarł było jeszcze gorzej… - Wiktor nie dokończył co miał powiedzieć, gdyż Lucjano mu się wtrącił. - Panie Wiktorze, dojechaliśmy. - Wróciłem do domu – Wiktor miał oczy szeroko otwarte, nie mógł uwierzyć w to, że wrócił do miejsca, w którym się wychował. - To pana dom z dzieciństwa? - Tak, tu się urodziłem i mieszkałem. Najlepsze lata mojego dzieciństwa związane są z tym miejscem. Zumar dokładnie obejrzał budynek. Był to parterowy dom z czerwonej cegły. Trochę zniszczony, ale nic dziwnego, minęło tyle lat. Wiktor odetchnął ciężko, gdyż w obrazach z przeszłości przypomniał sobie jak bawił się z przyjaciółmi na podwórku. - Tu była stara szopa, w której podpaliłem siano kiedy chciałem wypalić swojego pierwszego papierosa. Ojciec nieźle się na mnie zdenerwował. Ale nigdy mnie nie uderzył. To był „złoty” człowiek. - Musimy jechać, jest pan umówiony z Winklewiczem – wtrącił się Lucjan. - Tak wiem. Jeszcze chwilę. Tylko zob... Jest! Stoi! – ucieszył się szef na widok starej szopy – Tyle lat – dodał. - Naprawdę musimy już jechać – ponaglał Gottowski. - A więc jedźmy… Jak ja bym chciał odzyskać ten dom. - To nie będzie takie trudne. Zająć się tym? - Nie! Tam mieszka jakaś rodzina z małymi dziećmi. - Jak pan chce. Kilka minut później w podziemiach Fortu I spotkała się cała trójka, aby omówić szczegóły związane z przejęciem ulicy Szerokiej. Rozsiedli się na skórzanych fotelach i zaczęli rozmowę: - Mamy szczęście, że prezydent nie liczy się ze zdaniem Rady Miasta – zaczął Wojtek. - To nasz atut. Dowiedziałeś się czy grunty należą do miasta? – zapytał Wiktor. - Większość ulicy należy, ale dwie kamienice zostały już wykupione razem z gruntami. - Twoje pierwsze zadanie to przekonać prezydenta żeby podniósł podatki na te tereny. - To da się zrobić. - No to do roboty! Lucjano tylko się przysłuchiwał, a gdy wyszedł Wojtek, przemówił: - Czy to konieczne? - Co? - Wyrzucanie drobnych sprzedawców na bruk. - Tak, to konieczne. Coś cię niepokoi? - Owszem. Jednym z drobnych sklepikarzy jest mój przyjaciel. Uczciwy, pracowity człowiek. - W takim razie skoro to twój przyjaciel, to go nie ruszymy. Będzie płacił tyle ile teraz. Przyjaciele są ważni. A co do Smotkowskiego, chyba rozumiesz, że musieliśmy to zrobić? - Tak, panie Zumar, rozumiem. - Późno się zrobiło. Idźmy spać – zaproponował Wiktor. - Ja nie zostaję tu na noc. Pojadę do rodziców. - To zbyt niebezpieczne. Nie zapominaj, że ty nie żyjesz. Jak zobaczy cię ktoś kto nie powinien, cały plan diabli biorą. - Nie widzieli mnie od czasu wyjazdu „Bossa”. - Lucjano, jeszcze trochę. Wytrzymaj kilka tygodni, może miesięcy. Gdy Szeroka będzie nasza będziemy mogli sprowadzić „Bossa” z powrotem do miasta i ty będziesz mógł odwiedzać rodziców nawet dziesięć razy dziennie. Ale teraz to niemożliwe. - Rozumiem, proszę pana. Idę spać – powiedział Lucjan stojąc nad Zumarem, który siedział na fotelu. - Lucjano! – krzyknął do odchodzącego mężczyzny Wiktor – Śpij spokojnie. - Nawzajem, szefie – odparł tyłem odwrócony Gottowski. Następnego dnia, czyli w poniedziałek Zumar jechał leśną drogą do swojej firmy. „Magma” była jego. Teraz Zumar posiadał cały Fort I, gdyż siedziba firmy mieściła się w centralnym bunkrze „Buchtafortu”. Kilka minut po dziesiątej w „Magmie” zjawił się komisarz Borysiak i zaczął wypytywać Zumara o Smotkowskiego oraz o to jak przejął jego firmę: - Zapalę sobie papieroska, co? – komisarz zaczął wyjmować z kieszeni paczkę papierosów. - Raczej nie. Schowaj to pan, skąd żeś wyjął. Potem wszystko śmierdzi tym gównem, a ja tu siedzę zbyt długo, żeby to potem wąchać – powiedział Zumar - Przepraszam. - Powiedzmy, że panu wybaczyłem. Co pan tu robi? Urząd Skarbowy pana przysłał, czy jak? - Nie. Jestem tu w związku z zaginięciem Zbigniewa Smotkowskiego. Znał go pan? - Tak. To od niego dostałem ten cały bałagan. - A dokładnie? – dociekał Borysiak. - Nie dawał rady problemom jakie tu były więc kupiłem tę budę. - Mogę zobaczyć dokumenty? - Raczej nie, a tak w ogóle nie mam więcej czasu dla pana. Do widzenia panu mówię – arogancko powiedział Wiktor. - Tak... – komisarz jeszcze chwilę siedział, aż wreszcie wstał i powiedział – My się jeszcze spotkamy. - Nie sądzę – odparł Zumar. - To się jeszcze okaże – powiedział Borysiak i wyszedł. Zumar po wizycie komisarza policji opuścił teren „Magmy” i pojechał do salonu Mercedesa, by kupić sobie samochód. Wybrał najdroższy model i zapłacił gotówką, a następnie swój stary samochód oddał do komisu. Tymczasem Gottowski jadł obiad w swojej ulubionej knajpie. Gdy skończył posiłek założył marynarkę, która wcześniej wisiała na krześle. Wychodząc z lokalu zagapił się i niechcący potrącił młodą kobietę. Uderzenie było tak silne, że dziewczyna upadła na ziemię. Lucjan gdy się zorientował co zrobił, natychmiast ukucnął i zaczął podnosić owoce, które wypadły kobiecie ze siatki. Gdy podnosił ostatnie jabłko oboje zetknęli się wzrokiem, po chwili zaczęli wstawać z ziemi. Lucjan niepewnym głosem powiedział: - Przepraszam, panią. - Nic się nie stało. Dziękuję za pomoc – odparła kobieta. - Zraniła się pani! – Lucjano zauważył podarte rajstopy i zadrapanie na kolanie. - To nic. - Może wdać się zakażenie – Lucjan otworzył swój samochód, który był zaparkowany przed restauracją, w której jadł, po czym powiedział – Proszę poczekać w wozie, pójdę do apteki kupić opatrunek. - Proszę nie robić sobie kłopotu. - To żaden kłopot. Nalegam. Kobieta zgodziła się. Usiadła w luksusowym BMW Lucjana, a on pobiegł do pobliskiej apteki. Młoda kobieta o delikatnych rysach twarzy zrobiła na nim ogromne wrażenie. Dziewczyna też była zauroczona Lucjanem. Młody, dobrze zbudowany mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze i eleganckich okularach (leczniczych) na nosie i delikatnym zaroście miał prawo podobać się kobietom. Po chwili Lucjan wrócił. Profesjonalnie zrobił kobiecie opatrunek. W niecałą minutę było po wszystkim. - Gotowe. - Dziękuję bardzo – powiedziała kobieta. - Gdzie panią zawieść? - Już dość pan dla mnie zrobił. Naprawdę dziękuję. - Nalegam. - Pokaże panu. Mężczyzna zadowolony wsiadł za kierownicę i powoli zaczął jechać. Kobieta mówiła mu którędy. - Mam na imię Lucjan – przedstawił się mężczyzna. - Magda – odparła kobieta. - Ładnie. - To tutaj – powiedziała kobieta wskazując na dwupiętrową kamienicę. Lucjan zatrzymał samochód. Gdy Magda wysiadła, mężczyzna otworzył szybę i zawołał: - Pani Magdo! Ma pani jutrzejszy wieczór wolny?! - Tak, a czemu pan pyta? - Zapraszam panią jutro o osiemnastej na kolację. Będę tu o siedemnastej trzydzieści. - ………… - kobieta milczała uśmiechając się delikatnie. Jej uśmiech mówił „zgadzam się”. Lucjan z piskiem opon wycofał auto spod kamienicy i odjechał, a Magda resztę dnia myślała o mężczyźnie, którego dziś poznała.
* * *
Rozdział 3 Magdalena i Lucjan
Lucjan swoim czarnym BMW wyjechał wieczorem z lasu i równo o 17:30 był pod kamienicą Magdy. Zaparkował przed domem, wysiadł z auta i szedł w kierunku drzwi. Był ubrany w czarną jesionkę i półbuty tego samego koloru. Pod jesionką miał ciemny garnitur. Gdy doszedł na miejsce z niepewnością nacisnął na przycisk domofonu. Po chwili odezwał się kobiecy głos, po chwili wpuszczono Lucjana do kamienicy zapraszając jednocześnie na drugie piętro do mieszkania numer 24. Lucjana wszedł na klatkę, ale po chwili wybiegł z niej. Przystawił kosz do drzwi, żeby się nie zamknęły i pobiegł do auta. Otworzył bagażnik i wyjął z niego bukiet czerwonych róż, a po chwili drugi tylko, że mniejszy, a następnie butelkę dobrego pół wytrawnego czerwonego wina. Zamknął bagażnik i wrócił do kamienicy. Wszedł po schodach na drugie piętro i zapukał do drzwi numer 24 – po chwili otworzyła mu kobieta w średnim wieku z lekką nadwagą. Lucjan się przywitał, a kobieta zaprosiła go do środka. Lucjan wszedł do dużego pokoju gdzie przy stole stał jakiś starszy mężczyzna, a z pokoju obok wyszła Magda ubrana w skromną, ale ładną bordową suknię wieczorową. - Witaj Lucjanie. Pozwól, że ci przedstawię. To moja mama – Grażyna – Magda wskazała na kobietę, która otworzyła Lucjanowi drzwi. – A to mój tata – Karol – i pokazała na mężczyznę, który stał przy stole. - Bardzo mi miło – Lucjan pocałował matkę Magdy w rękę i wręczył jej mniejszy bukiet czerwonych róż, a następnie podszedł do ojca dziewczyny i powiedział – Witam, panie Karolu, to dla pana – i dał mężczyźnie butelkę wina wartą 2000 złotych. - Dziękuję panu, ale nie trzeba było – odparł pan Karol. - Trzeba było – odpowiedział Lucjan i zwrócił się do Magdy. – Magdo, a te kwiaty są dla Ciebie – i wręczył kobiecie róże. - Dziękuję – odpowiedziała kobieta i zaraz wstawiła kwiaty do wazonu. Lucjan wziął Magdę pod rękę i wyszli z mieszkania. Lucjano wbrew pozorom był dżentelmenem i wiedział, że trzeba kobiecie otworzyć drzwi od samochodu. W końcu gdy oboje wsiedli do auta, Lucjan delikatnie wycofał samochód i pojechali do restauracji, w której Lucjan zawsze jadał. Usiedli przy stoliku, przy, którym zawsze siadał Lucjano i czekali na kelnera, który po chwili się zjawił. - Witam, panie Gottowski. Co państwo zamawiacie? – zapytał kelner. - Magdo, co zamawiasz? – zwrócił się Lucjan do kobiety. - Może pieczonego kurczaka – powiedziała kobieta. - Dobry wybór. To specjalność zakładu – odparł kelner i zwrócił się do Lucjana – A pan, panie Gottowski na co ma ochotę? - To samo. - Zaraz przyniosę – kelner odszedł od stolika, by zrealizować zamówienie. - Znają Cię tu – stwierdziła Magda. - Czasami tu wpadam – odparł Lucjano. - Odniosłam wrażenie, że jesteś tu częstym gościem. - Przyznaję się, nie umiem gotować, nie mam kucharki, ani żony, która by to robiła. Wyszedłem spod skrzydeł rodziców pięć lat temu, więc na kuchnię mojej mamy też nie mam co liczyć. Ciężkie życie samotnego kawalera. - Czym się zajmujesz? Musisz być kimś ważnym, skoro jeździsz takim samochodem i jadasz w takim lokalu. - Jestem w-ce dyrektorem firmy budowlano-remontowej. A ty czym się zajmujesz? - Pracuję w sklepie mojego dziadka na Szerokiej. Sprzedajemy antyki. Mały interes, bo mało kogo stać na stare meble. - Tak, to prawda. W rozmowie przeszkodził im kelner, który przyniósł zamówione dania. - Mama nie pracuje, a tata zatrudniony jest w firmie przewozowej jako kierowca. - Jedz, bo ci wystygnie – zatroszczył się Lucjan, po chwili dodał. – Jak ty masz właściwie na nazwisko? - Świerska. Magdalena Świerska. - Ładnie – odparł Lucjan. Magda i Lucjan dużo jeszcze rozmawiali tego wieczora. Tak się zagadali, że nawet nie zauważyli jak Ratuszowy zegar wybił godzinę jedenastą. - Strasznie późno się zrobiło – stwierdziła Magda. - Chcesz wracać do domu? - Tak. Rodzice się zamartwiają. - No to idziemy – Lucjan położył na stoliku trzy banknoty, każdy o nominale 200 złotowych. Zdjął marynarkę z siebie i założył ją na plecy Magdy – Zimno jest – powiedział przewieszając jesionkę przez rękę. Czarnym BMW pojechali pod kamienicę Magdy, gdzie się pożegnali. Dziewczyna dała mu swój numer telefonu i poszła do domu. Lucjan był szczęśliwy. Po powrocie do „apartamentu” w podziemiach Fortu I zastał Zumara siedzącego na skórzanej sofie ze szklanką whiskey. - Dobry wieczór, szefie. - Gdzie byłeś! – krzyknął Wiktor. - Na kolacji. - Z kim! - To jest moja sprawa – odparł Lucjan. - Lucjano, jak się dowiem, że byłeś u starych, to koniec z tobą! – podchmielonych głosem wykrzyczał Zumar. - Ja mam rodziców. - Zejdź mi z oczu! Następnego dnia, rano, gdy Zumar wstał Gottowskiego już nie było w „apartamencie”. Samochód Lucjana stał w cichym miejscu nad Wisłą, a on sam spacerował brzegiem rzeki zastanawiając się jednocześnie o przyszłości i sensem pracy dla Wiktora. Przy Zumarze trzymała go jedynie nadzieja, że kiedyś „Boss” wróci do miasta. Tymczasem komisarz Borysiak poszedł do prokuratury, by tam spotkać się ze swoim przyjacielem Waldemarem Kuźniorem. Władysław był trochę gruby, więc z trudem udało mu się wejść na drugie piętro prokuratury. - Cześć, Waldek – przywitał się komisarz. - Witaj, siadaj – prokurator wskazał na krzesło – Mów co cię do mnie sprowadza. - Wiem, kto przejął władzę w mieście. - Mów, co to za skurwiel. - Na mieście mówią o nim „Cień”. Nikt go nigdy nie widział. Pytałem się mojego informatora i kilku chłopaków, którzy kręcą się w tym „interesie” i wszyscy zgodnie potwierdzali, że miastem rządzi „Cień”, który ma wielką władzę i kasę… a jeszcze jedno i planuje coś wielkiego. Jeden koleś powiedział, że niejaki „Mały” zna człowieka, który z kolei zna „Cienia” – wyjaśniał Władek. - Więc w mieście rządzi zakonspirowany gangster. Na razie nie szukaj tego „Małego”. Jeżeli się dowiedzą, że węszymy to odetną wszystkie nici, które prowadzą do tych najważniejszych. Zbierz dowody i wtedy uderzymy. - Masz rację, przycisnę trochę mojego informatora, niech węszy. A w tym samym czasie Lucjan w domu handlowym spotkał się ze swoim człowiekiem Przemysławem Rysiem, który bardziej znany był jako „Mały”. Pseudonim ten związany był z jego budową zewnętrzną. - Cześć, „Mały”. - Witaj, „Cezarze”. - Masz coś dla mnie? – zapytał retorycznym tonem Lucjan. - Forsę za ostatni transport anfy do Niemiec – odparł Przemek, wręczając „Cezarowi” blaszane pudełko po ciastkach. - Dobre te ciastka? - Smakują jak sto tysięcy polskich złotych. - Tak… To musi być wyjątkowy smak. - Sprawdzi pan w domu. - Nie będę próbował przy ludziach. O następnym spotkaniu poinformuje cię mailem. - Jasne. Jak zawsze. Lucjan prosto z domu handlowego pojechał do sklepy z antykami, gdzie pracowała Magda. Wysiadł z samochodu i po chwili zjawiła się granatowa furgonetka z trzema mężczyznami w uniformach tego samego koloru co ich samochód. - Jesteście punktualnie, panowie. Poczekajcie tu chwilę, zaraz powiem co macie zabrać. - Jasna sprawa, szefie – odparł jeden z mężczyzn. Lucjan wszedł do antykwariatu i zaczął się rozglądać. Podszedł do niego starszy pan, Gottowski jak go zobaczył powiedział: - Podoba mi się ten stolik, ile kosztuje? - Pięćset złotych – odparł mężczyzna. - A ten fotel – wskazał na pięknie rzeźbiony fotel z ciemnozielonymi obiciami. - Półtora tysiąca. - Piękna lampa – zauważył Lucjan – To prawdziwe złoto? - To lekko pozłacana lampka na biurko. Nic nadzwyczajnego. - Ile? - Dwieście złotych. Lucjano rozejrzał się dokoła i zobaczył jak na jednej ze ścian stoi piękna drewniana szafa, cała rzeźbiona, idealnie pasująca do fotela. - A za tego kolosa ile pan chce? - Pięć tysięcy. Gottowski chodził bardzo wolno po sklepie, aż w pewnym momencie zobaczył na podłodze obraz w złotej ramie, przedstawiający domek nad rzeczką i ludzi, którzy siedzieli na ławce przed domkiem. W tle były góry i zachód słońca. Lucjan wziął obraz w obie ręce i zaczął mu się przyglądać. Był, ewidentnie, pod wrażeniem dzieła, bo ledwie wyszeptał: - Ile? - Dwa tysiące. Lucjan odłożył obraz, wyszedł bez słowa ze sklepu, wsiadł do samochodu i wyjął spod siedzenia puszkę po ciasteczkach, w której było 100 tysięcy złotych. Odliczył z tych pieniędzy równo 9200 złotych, zamknął pudełko i wrócił do sklepu zabierając ze sobą gotówkę i trzech mężczyzn z granatowej furgonetki. Lucjano pokazał im co mają zabrać, a on rozliczył się ze sprzedawcą. Zrobił się mały hałas w sklepie i z zaplecza wyszła Magda. - Co tu się dzieje dziad... – nie dokończyła, gdyż zobaczyła Lucjana. - Ten pan kupił od nas rzeczy za prawie dziesięć tysięcy – powiedział sprzedawca. - Czemu to zrobiłeś? – zapytała Magda. - Bo mi się te rzeczy podobają – odparł Lucjan, po czym zwrócił się do mężczyzn przenoszących antyki – Pospieszcie się panowie! Nie mamy całego dnia! A jak któryś choćby zadrapie jakąś rzecz to zapłaci za nią z własnej pensji! – ostrzegał stanowczo Gottowski. - To wy się znacie? – zdziwił się dziadek Magdy. - Tak dziadku, to jest Lucjan Gottowski, mój… znajomy. - Lucjanie, to mój dziadek Zygmunt. - Miło pana poznać – powiedział Zygmunt podając Lucjanowi rękę. - Mnie również – odparł Lucjan, a następnie zwrócił się do Magdy – Zapraszam Cię na obiad. - Teraz? – zdziwiła się dziewczyna. - Tak, teraz. - Ale nie jestem odpowiednio ubrana – Magda spojrzała na swoje dżinsowe spodnie i bluzeczkę w paski. - Wyglądasz ślicznie, jedziemy. - Nie chcę zrobić Ci wstydu. - Ty? Nie ma takiej możliwości. Lucjan wziął dziewczynę za rękę i wyprowadził ją przed sklep, gdzie czekali już mężczyźni z pełną furgonetką. - Gdzie z tym, szefie. - Jedźcie do „Magmy” i zostawcie samochód na moim miejscu. - Sie robi. A Lucjan z Magdą pojechali do restauracji na obiad. Usiedli przy tym stoliku co zawsze i zamówili dwie porcje spaghetti. - Po co to zrobiłeś? – zapytała Magda. - Co znowu? - Dobrze wiesz. Kupiłeś od mojego dziadka klamoty za dziesięć tysięcy. - Po pierwsze, moja droga, to nie są klamoty tylko wartościowe przedmioty, po drugie - kupiłem je dlatego, że mi się podobały, a po trzecie nie wydałem dziesięciu tysięcy, tylko dziewięć dwieście. Skończmy już ten temat. Powinnaś się cieszyć, że zarobiłaś. - Cieszę się, ale myślałam, że zrobiłeś to dlatego, bo Ci powiedziałam wczoraj o kłopotach w sklepie. Zrobiło mi się głupio. - Dzięki tobie dowiedziałem, się że taki sklep, jak twojego dziadka, w ogóle istnieje. - Mimo wszystko dziękuję. Jesteś dobrym człowiekiem. - Nie znasz mnie. - Wydaje mi się, że znam Cię całe życie. Tymczasem Zumar zobaczył jak przed „Magmą” na miejscu dla Lucjana parkuje firmowa furgonetka. Wyszedł przed firmę i zwrócił się do robotników: - To chyba nie jest miejsce dla was!? - Pan Gottowski kazał postawić tu furgon – wyjaśnił jeden z robotników. - Po co?! - Nakupował w antykwariacie jakiś klamotów, a sam pojechał z jakąś panią na obiadek. Pewnie jak wróci to zabierze cały sprzęt do siebie. - Ja mu dam sprzęt – powiedział pod nosem Zumar. - Co jest? – niedosłyszał robotnik. - Nic. Wracaj do pracy! Jakiś czas później pod „Magmą” zjawił się Lucjan. Już chciał odjeżdżać furgonetką, kiedy z bunkra wyszedł Wiktor. - Zgaś silnik! – krzyknął. - O co chodzi, panie Zumar. - O gówno! Co to za szmelc kupiłeś?! - To mój szmelc i moje pieniądze, za który go kupiłem, więc nie widzę powodu dla, którego miał bym się tłumaczyć – odpowiedział arogancko Lucjan. - Jak ty do mnie się odzywasz, szczeniaku! - Szanuję pana, ale chciałbym tego samego z pańskiej strony. - Co to za dupa, z którą Rysiek cię widział? - To moja prywatna sprawa. - Jesteś moim człowiekiem! - Jestem człowiekiem „Bossa”, a nie pana… Będę w „apartamencie”. Lucjan pojechał furgonem
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil STING K.
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…