Tajemnica Loch Dee
Pierwsze opowiadanko o Maxwellu Girdwoodzie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tajemnica Loch Dee.
Żywot potrafi nas zaskoczyć. Tak najdrożsi. Nikt z nas nie zna nawprzód wyroków boskich, a i kiedy je poznamy, nie raz trudno je wytłumaczyć. Niestety niegodni jesteśmy pojmowania zamysłów niebiańskich. Może to i dobrze? Lepiej, że nie dane jest nam wykroczyć poza mizerne, ludzkie pojmowanie tego padołu łez, na którym przyszło nam w pocie czoła, chłodzie i biedzie uniżenie wyczekiwać ponownego nadejścia Pana. On to wtedy oddzieli ziarna od plew wynagradzając godnych za ich pokorę. Święta to prawda. Za wysokie dla naszych ubłoconych nóg to progi by rozpoznać zamysły boskie. Ja, skromny kupiec Maxwell Girdwood, jednak wciąż w głowę zachodzę jak to się stać mogło, iż w tak niewygodną pozycję popadłem. Oczywiście, to że teraz siedzę na koźle maleńkiego, jednokonnego wozu i przemieżam zakazane bezdroża szkockich pustkowi, na przekór zimnu i deszczom brnąc na północ, można by złożyć na karby grzesznego upodobania waszego uniżonego sługi do plugastwa hazardu. Bez wątpienia, iż silna zwykle ma wola pierwej zmiękczona została przednim winem, a przez co i na szatańskie podszeptywania podatna się stała. Któren jednak mógł przypuścić, iż cały kredyt za zakup towarów od wenecjańskich kupców, przez diabelskim pchnieńciem toczone kości utracę? Tak więc nic innego mi nie pozostało jak podjąć się dotarcia z wozem wypchanym podżędnymi suknami i zawilgoconymi przyprawami do miasta Glasgow czy też Glaschu jak miejscowy lud go zwie w swej szatańskiej mowie, by spłacić przeklętą lichwę. Pozbawiony wszelakich wygód, zziębnięty i przemokły do ostatniej nici, przeprawiam się przez te przeklęte pustkowia, pokładając swój nędzny żywot w boskie ręce. Godzina za godziną. Dzień za dniem wytężam wzrok szukając śladów ludzkiej bytności na pełnym wyrw z rządka uczęszczanym szlaku, który za czasów bezbożnego Imperium Romanum musiał być szeroki i dobrze utrzymany, teraz jest ino smutną pamiątką swej dawnej świetności. Od ostatniej niedzieli jednakowoż nie napotakłem żadnych śladów obecności człowieczej na mej drodze. Wcale mnie to nie smuci, a wręcz przeciwnie znając opowieści o zbójcach i wiedźmach nawiedzajacych szkockie pustkowia, wcale jestem kontent z samotności mej podróży. Koła wozu skrzypią miarowo, przemierzając zabłocony trakt. Ciągle pada. Godzina za godziną.
Ostatnie dni otaczający mnie dotąd las bukowy zrzedł prawie zupełnie. Dookoła same skały i rozsiane pomiędzy nimi wrzosowiska osnute zimną, mokrą mgłą. Wytargałem z wozu cieplejsze odzienie i postanowiłem pospieszyć. Zima za pasem, jeśli śmierci w wilczej paszczy lub z chłodu chcę uniknąć gnać mi trzeba najszybciej jak się da. Kolejnego ranka uszu mych dobiegł przedziwny dźwięk niesiony wiatrem z zachodu. Coś jakby płacz we mgle, ciche jęczenie może. Krótkie to było i niewyraźne więc przyżegnałem się jeno i dalej ruszyłem pewnien niebędąc czy umęczony samotnością i znojami podróży umysł figli mi nie płata.
Minęło kilka kolejnych dni i tajemnica odgłosów rozwiązała się sama. Na niebie dostrzegłem kilka wyraźnych ptasich kształtów. Mewy! Znaczyć to mogło jeno tyle, że zapędziłem się za bardzo na zachód i niedaleko od morskich brzegów dotarłem. Zawróciłem więc ku wschodowi i po przejechaniu kilku mil, w oddali dojżałem niewyraźne, pojedyńcze punkty ciepłego światła. Oczom własnym nie dowieżając sciągnęłem lejce i pognałem szybciej konia. Po prawej stronie traktu z ciemności wyłoniła się niewielka osada. Sioło liczące kilka pokrytych mchem chałup. Jednakowoż mnie po dwunastu dniach niewygód i samotności jawiły się one najmniej jak londyńskie kamienice. Wieś nosiła miano Baile na Tràghad co w tutejszym języku miało znaczyć Osada na Morskich Piaskach. Liczyła niewiele ponad trzydzieści dusz. Myśliwi, drwale, pasterze ale ponad wszystko rybacy i ich familie. U jednej z nich za parę ostatnich szylingów znalazłem schronienie. Posłanie ułożono mi w najcieplejszym kącie chałupy, tuż przy legowisku owiec. Jednak nawet trudny do opisania smród nie przeszkodził mi zasnąć spokojnie pierwszy raz od prawie dwóch tygodni. Na dworze wciąż padało.
Następnego ranka tuż po świtaniu zjadłem skromne śniadanie i ruszyłem w dalszą drogę na północ. W obliczu nadchodzącej zimy nie mogłem pozwolić sobie na jakąkolwiek zwłokę zwłaszcza, iż i tak nadłożyłem już drogi.
W Baile na Tràghad dobrze mi opisano okoliczne tereny i spodziewałem się, że kolejnym przystankiem na mej drodze będzie nieco większa od obecnej mieścina Inbhir Gharbhain. Powinienem ją ujżeć jakieś piętnaście mil po tym jak minę niewielkie jezioro Loch Dee. W sumie jakieś czterdzieści mil drogi. Ucieszyłem się niezmiernie na myśl iż i w dzisiejszy wieczór wieczerzać będę pod dachem. Mieszkańcy Baile na Tràghad ostrzegli mnie jednak bym okolice samego jeziora przebył najprędzej jak to możliwe i zbędnych hałasów bym tedy nie czynił. Ten i ówdy napomknął coś o utopcach i mamunach. Wiele dowiedzieć się jednak nie dało.
Deszcz ustał i dzień zapowiadał się wyjątkowo ładnie. Mimo, iż zachodni wiatr mroził powietrze niosąc morską wilgoć, to ciepłe, jesienne promyki dodawały nieco otuchy i radości w mej samotnej drodze. Nawet mój kasztan ruszył raźniej przed siebie, jakby ktoś nagle ubrał ciężaru, który przyszło mu ciągnąć. Gościniec na odcinku między siołami był lepiej utrzymany. Widać, iż mieszkańcy mieli w zwyczaju często odwiedzać swych sąsiadów. Późnym popołudniem słońce na nowo skryło się za chmurami, wiatr ustał a na okoliczne wzgórza wypełzła mgła. Z oddali dało się słyszeć stłumione beczenie owiec wypasanych na pobliskich łąkach. Zrobiło się zimno. Maleńkie krople mroźnego deszczu zawirowały w powietrzu. Koń zarżał z cicha i począł nerwowo rzucać łbem na boki. Z mgły zaczęły wyłaniać się osnute oparami zarysy potężnych skał i wzgórków. Zrobiło się jeszcze chłodniej. Zapadła cisza przerywana jedynie skrzypieniem wozu i cichutkim pluskaniem. Musiałem właśnie mijać tak złowrogie dla miejscowych jezioro Loch Dee. Mgła zgęstniała.
Nagle dookoła wozu zatańcowało kilkoro niewyraźnych cieni. Kasztan zarżał histerycznie i ruszył kusem wprost przed siebie. Zaskoczony puściłem lejce. Koła wozu skręciły w prawo i cały zaprzęg z impetem uderzył w wystający ponad trakt parów. Spadajac z kozła pacłem wprost w zimne błoto. Poczółem smród nigdy nieobmywanych ciał. Nagły ból w czaszce pozbawił mnie świadomości. Zapadła chłodna noc.
- Panie! Panie! - Wrzaskliwy głos łomotał mi w głowie niczym kowalski młot. - Panie! - Nie drzyj się tak Vigfúss! - Inny, spokojniejszy głos zrugał pierwszy. - Tak Panie! Ale Panie! On się przebudza! - Młot uderzył ponownie. - Ciszej na Miłość Pana Boga! Otworzyłem oczy. Otoczyła mnie niebiańska jasność. Wolno z poświaty poczęły wyłaniać się dwa ciemniejsze kształty. Jeden niski, jakby przygarbiony. Drugi wysoki i postawny. Cieniste kształty po chwili wypełniły się szczegółami i przybrały ludzkie cechy. Niski cień stał się lekko krzywym, niewysokim zakapturzonym człowieczkiem o kaprawych oczach. Szybko domyśliłem się, iż to on jest panem hałaśliwego głosu i nosi miano Vigfúss. Drugi z cieni przybrał postać wysokiego, jasnowłosego młodzieńca w bogatym, lecz nieco podniszczonym kaftanie z wyhaftowanym na piersi złotym gryfem. - Sir Nicholas Caldwell. - Młodzieniec przemówił i skinął w mym kierunku. - Do usług panie. Czy mnie słyszycie?- Lekko uniosłem głowę. Obaczyłem, iż leże na łożu przykryty futrami. Miła woń dziczyzny dobiegała znad paleniska. Wsparłem się na łokciach. Poczółem piekielne pieczenie z tyłu głowy . Przymknąłem oczy i ból lekko zelżał. Spojżałem na młodzieńca. - Zwą mnie Maxwell Girdwood, pochodzę z Birmingham Panie. Jestem kupcem. Mój ród nie może poszczycić się herbem. - Skłoniłem głowę starajac się okazać należyty rycerzowi szacunek. - A to ci dopiero… Coś w twych rysach mnie zwiodło Maxwellu z Birmingham. - Uśmiechnął się szczerze Sir Nicholas.- No nic szlachcic nie szlachcic ważne żeśmy zdołali ci skórę ocalić. O twym majątku jednak rzec tego nie można .- Nagły przypływ bólu powalił mnie na łoże. Więc straciłem wszystko! Teraz me dni są policzone. Niech no tylko zbiry Bazylego mnie odnajdą, a że odnajdą pewien byłem. Kwestią było tylko jak długo im to zajmie. Odruchowo sięgnąłem do szyji i zupełnie opadłem z sił. Ostatnia i jedyna pamątka po moich rodzicach przepadła. Mały, kuty ze srebra krzyżyk równych ramionach, z którym na szyji znaleźli mnie franciszkanie na stopniach swego opactwa w Birmingham. Widzicie więc, iż wasz uniżony sługa niezbyt akuratnie odpowiedział Sir Nicholasowi o stanie, do którego przynależy, gdyż jest sierotą usynowioną przez zakonników. Jednakowoż nie przypuszczam, iż jako niemowlęcy syn rycerza miałbym szanse trafić pod klasztorną bramę z jakichkolwiek powodów, więc z prawdą za daleko rozminąć się nie mogłem. Zapadłem w sen. Koszmar raczej, w którym szedłem po omacku we mgle mamiony śmiechem dobiegającym raz z prawa to raz z lewa. Z oddali słyszałem jak brudna woda uderza o zimne, łyse skały. Mgła nagle zgęstniała mieniąc się bardziej mlekiem niźli mgłą. Otoczyła mnie i ścisnęła. Powoli napełniła usta, gardło i płuca. Tonęłem czując tylko chłód.
Ocknęłem się mokry od zimnego potu. Vigfúss od razu podniósł larum. Tym razem zniosłem jego wrzaski dużo lepiej. Wciąż padało.
Po południu podniosłem się z łoża i poprosiłem o odrobinę strawy. Pojęcia nie miałem jak długo tu byłem i gdzie właściwie to tu jest. Poczęłem też zastanawiać się jak uda mi się spłacić gościnę dobrym ludziom, którzy mnie przygarnęli. Rozmyślania me przerwał Nicholas, który wszedł do izby. Odziany był w ten sam kaftan, w którym widziałem go poprzednio, jednak tym razem nawierzch narzuconą miał lekką kolczą koszulę, a u szerokiego pasa zwisał pięknie zdobiony jaszczur, kryjący w sobie długi miecz o pięknej, wysadzanej drogimi kamieniami rękojeści.
Sir Caldwell opowiedział mi co zaszło tego feralnego popołudnia u brzegów jeziora Loch Dee. Mówił jak uniesiono mnie bez świadomości z pośród szczątków rozbitego i rozgrabionego wozu. Jak bez zwłoki powieziono mnie do Inbhir Gharbhain, gdzie po dwóch dniach się ocknęłem. - Zawdzięczam wam życie, panie. - Wstałem od stołu i pokłoniłem się przed nim. - Życie zawdzięczasz Panu Bogu Maxwellu, który to mnie i mych ludzi natchnął i posłał w to nieszczęsne miejsce. - Odparł, a ja nie majac odwagi oponować skinąłem jeno głową i wróciłem do stołu.
Nicholas objaśnił mi także, iż jest lennikiem Sir Gilberta Kennedy jednego z celtyckich lordów Galloway, pana okolicznych ziem, który za swą siedzibę ma zamek Dunure. Otóż Nicholas został wysłany przez swego seniora do Inbhir Gharbhain właśnie po to by wyjaśnić tajemnicę utopców znad Loch Dee. W ciągu ostatnich pięciu lat, jak się okazało, byłem trzydziestą szóstą odnotowaną ofiarą. Pierwszą,, którą wolą boską ocałała. Dziś wieczór miała odbyć się narada, na którą Nicholas zawezwał co znamienitszych mieszkańców okolic by rozwiązać przerażający problem.
Na miejsce obrad obrano jedyną karczmę w Inbhir Gharbhain. Znalazło się w niej miejsce dla waszego uniżonego sługi jako jedynego naocznego światka ataku utopców. Oprócz mnie i Nicholasa na naradę stawiło się kilku bogatszych chłopów, ksiądz Martin tamtejszy duspasterz i dwóch rycerzy. Jednym z nich był rosły niczym tur, rudowłosy
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Stan21
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…