Wróć do katalogu

Tajemny Ogród

Opowieści Śmietnikowe - część I

RockHard, opublikowano , 31 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Facet był wielki. Wielki jak góra, wielki jak czterdziestotonowa ciężarówka, wielki jak mamut – po prostu wielki. Zapuchnięty i brzydki niczym noc ; bez wątpienia wczorajszej nocy nie spędził na modlitwie. Pompował gdzieś raczej w bramie gorzałę albo robił coś zbliżonego; nieważne zresztą co robił. Swoją ogromną, odrażającą i czerwoną gębą przypominał tylko jedno – dupsko dobrze utuczonego wieprza. Zresztą - wieprzem chyba się urodził. Mrużył te swoje maleńkie, zapuchnięte i przekrwione oczka, sapał jak lokomotywa i zaciskał bochniaste łapska – gotował się. Panie i Panowie - oto ogromny neandertal szykuje się do finalnego ataku na samicę ! Drżyj samico! W innej sytuacji pewnie wyglądałoby to nawet zabawnie – w innej, bo na pewno nie w tej. Kiedy stoi przed tobą sto parę kilo żywego mięsa, które za chwilę skoczy właśnie na ciebie – sto parę kilo mięsa roztaczającego powalający odór potu, gówna, alkoholu i strachu – nie będzie ci zapewne do śmiechu. Nie ma z czego się śmiać. Gówno zaraz rzuci się na ciebie ; popłynie szerokim strumieniem. Ha ha ha. Prawda , jakie śmieszne ? Zasady były proste tego wieczoru ; proste były zresztą każdego wieczoru. Gwizdy, podniecone wrzaski, uderzenie gorąca ... i już. I zaciśnięte zęby. A potem zadzwonił jak zawsze dzwonek i nie było już nic. Gówno polało się - szerokim strumieniem oczywiście. Pot uderzył do głowy jak ciepła wódka. Strach krzyknął, że wita wszystkich i przywitał wszystkich. I już. I tak to się zaczęło. A potem - na szczęście – nie było już nic.

Unikając wielkich ulic wlókł się do domu. Unikał tych ulic - bo i po co się tam pokazywać? Wielkimi ulicami chodzą wielcy ludzie ; mają wielkie serca, wielkie samochody, wielkie dupy i wielkie portfele. Robią rzeczy wielkie. Mają wielkie pomysły. I robią zakupy w wielkich sklepach, zlokalizowanych – o ironio – właśnie przy wielkich ulicach. Wielcy ludzie unikają rzeczy małych. Brudnych podkoszulków. Niewyrośniętych problemów. Wściekłych myśli. Podbitych oczu. Tępych spojrzeń. Po co drażnić wielkich ludzi małymi sprawami ?

A rozbity nos krwawił cały czas - ale nie było to już na szczęście to samo, co parę godzin temu : wtedy z nosa wylała się cała rzeka krwi. Wisła się wylała z tego rozwalonego nosa, Jangcy, Don, cichy Don - Amazonka krwi, nieważne zresztą - od cholery tego poleciało. Różowa mgiełka przed oczami przerzedziła się trochę i to był zdecydowany plus – kiedy wychodził, ta mgiełka była jak wata: oblepiała szczelnie wszystko dookoła. Teraz zrzedła odrobinę. Jak zwykle zresztą... Jak zwykle ? Nie. Nie jak zwykle. Niestety nie . Dzisiaj było chyba najgorzej, jak mogło być ; tak cienko i wstrętnie nie było jeszcze nigdy. Nigdy. Nigdy , kurwa , NIGDY ! Ten obleśny, cuchnący, zaróżowiony i zadowolony z siebie skurwysyn musiał po nim skakać. Bywało wprawdzie , że przez dwa dni PO nie potrafił odnaleźć własnej twarzy, teraz jednak twarzy nie było a reszta płonęła świętym ogniem. Twarz padła, umarła, ZDECHŁA, a jakaś dziwna łapa (potworna, oszalała, walnięta, zboczona!) robiła sobie wiejski festyn wewnątrz klatki piersiowej. Pam pararam pam pam. Tańczymy labada. Tańczymy nad płucami, tańczymy przy wątrobie, tańczymy z woreczkiem żółciowym, tańczymy do upadłego. Chwytamy się za rączki. To wiejski festyn czy przedszkole? Boli ... A ta łapa, z wiejskiej, roztańczonej dziewoi i niewinnego przedszkolaka przeistoczyła się w Złego z nocnego dworca – ściska płuca jak głupia i męczy zupełnie tak, jak on.. Raz dwa. Raz dwa, RAZ DWA !!!! RAZ !!!!!! DWAAAAA!!!!!!!! Boli !!! Boli ....

Kiedy stracił przytomność, ta kupa gówna chyba naprawdę wytrwale skakała po nim – ciekawe po co ? Przecież i tak leżał, i tak był mały ... Pamiętał to wszystko jak przez mgłę ; właściwie nic nie pamiętał. Nie były jaśniejsze te krótkie chwile, kiedy potraktowano go jak człowieka. Czytaj : kiedy go nie bito. Mokra szmata na łeb, cukierek w dziób i kopa w dupę – biegnij synu, walcz. To był kopniak na zachętę. Za którymś, trzecim, czwartym a może sto pięćdziesiątym siódmym razem nie trzeba go było zachęcać. Podniósł się chwiejnie sam, kiedy zaczął jako tako rozróżniać pojedyncze elementy otaczającej go groteski. Każda chwila, każda pieprzona sekunda, przybliżała koniec tego przedstawienia. Nie było sensu go przedłużać – nawet za cenę odpoczynku. Za żadną, kurwa, cenę ! Modlił się, żeby wytrzymać. Wytrzymać nie to bicie, nie to poniżenie, nie ten ból. Żeby wytrzymać – i nie wstać. I nie nakłaść po pysku temu ogromnemu wieprzowi, świniakowi, skurwysynowi złożonemu z czerwonego ryja i stu kilogramów cuchnącego sadła. Swoją drogą ciekawe, co by się wtedy stało. Co by się stało, gdyby sprowadził do parteru KLIENTA. Takiego klienta, który właśnie za tę chwilę płaci gruby szmal. Pajac pewnie miałby wówczas straszliwie głupią minę – o ile byłby w stanie zrobić jakąkolwiek minę. O ile nie wiozłaby go właśnie karetka na oddział intensywnej terapii. O ile nie wyniesiono by go do ogrodu ; sztywniejącego i zakłopotanego, nawet w takiej chwili zakłopotanego. Niestety. Tego nie było w scenariuszu. To nie było przewidziane. No więc wlókł się. Wlókł się i modlił. Modlił? To chyba nie była modlitwa; nie był to przynajmniej żaden ze znanych kanonów. Gadał sobie po prostu z bogiem ( bogiem – nie „Bogiem”) i tyle. Żadnych trąb, kadzideł i panów przebranych w śmieszne, pozłacane sukienki. Rozmawiał z bogiem – ze swoim starym znajomym, który nie potrzebuje pośredników ani przedstawicieli handlowych. Ten jego bóg to nie był ów żałosny, umęczony i wychudły facet, zwisający smętnie z dwóch skrzyżowanych ze sobą patyków. Bóg to nie był ten pedziowaty filozof, którego księża na katechezach zwykli nazywać Panem Bogiem, koniecznie używając Wielkich Liter do określenia każdej czynności, jaką Pan Bóg Wykonał. Pan Bóg się Zamyślił. Pan Bóg się Przewrócił. Pan Bóg Puścił Bąka. O nie. Bóg po prostu był. To takie określenie bez wielkich liter ale za to pochylone – nie po to, aby uwznioślić a po to, aby odróżnić. No więc bóg po prostu był. Jakiś tam. Nie potrzebujący wykrzykników ani dużych liter. Ani dużego Be. Dobry bóg wracających do domu ciemnymi uliczkami. Bóg rozmowy. Bóg przyjaciel. Bóg towarzysz. Bóg zawsze obok.

Nie skarżył się bynajmniej temu bogu. Nie lubił się skarżyć ; po co ? Szkoda czasu, szkoda złudzeń, szkoda wszystkiego...

- boże, widzisz mnie? - Widzę. - Widzisz, co robię ? - Widzę. - Nie odrzucasz mnie ? - Nie. - Czemu? - Bo cię kocham. - Kochasz? - Tak. - Co to znaczy? - To znaczy, że cię kocham. Nic więcej. - boże ? - Tak. - Widzisz mnie ? - Tak. - Chcę ci coś powiedzieć. - Słucham cię. - Ja też cię kocham. - Wiem.

To była cała jego rozmowa z bogiem . Bez wykrzykników.

Dotarł wreszcie na miejsce. Sklecony milion lat temu barak z dziurą w ziemi zamiast kibla i zardzewiałym, zagrzybiałym kranem tuż obok – to był cały dom. Mało i dużo. Dużo i mało. Nic i wszystko, w jednym, podłym miejscu. Czasem, tak naprawdę czasem myślał, że życie, tak samo jak ta nora, trwa za długo. O wiele za długo. Setki, tysiące razy wślizgiwał się przez okno (okno?) , zrzucał rozpadające się trampki i padał bez myśli na imitujący łóżko barłóg. Setki, a może tysiące razy słyszał zza tekturowej ściany kopulującą z kim popadnie Kobietę, słyszał wymiotującego Mężczyznę i rozkręcone do bólu radio. Mężczyzna i Kobieta, Matka i Ojciec. Wściekła Cipa i Marny Żołądek. I tysiące razy, przysięgając sobie, że puści z dymem tę cholerną budę, że wbije jej kij bejsbolowy aż po same uszy a jemu każe wypić perhydrol, aż skurwysyn wypluje podeszwy od butów – zasypiał. Zasypiał, łykając spływającą po twarzy wilgoć. Wilgoć - pewnie krew, a co to mogło być innego ? Przecież chłopaki nie płaczą. Nigdy nie płaczą.

Przetarł oczy.

Mała była wspaniała. Wspaniała ? Nie, to za mało. Mała była po prostu sensem, treścią i istnieniem .Takie duże słowa ? Dobrze, może i duże ale prawdziwe. Mała, tak samo jak bóg, po prostu była. Była z małej, pochylonej litery. Słońcem, deszczem, zmęczeniem i radością. Po prostu była . Może jednak nawet bardziej niż bóg – bo mała BYŁA. Cieszyła się wszystkim. Samochodem, koparką, trawą, szarym chodnikiem. Małym niezdarnym pieskiem. Jego mocną ręką. Ufność i bezpieczeństwo. Śmiała się – z radości, beztroski, uwagi czy nieuwagi – nieważne : śmiała się .Śmiała się do niego .Pomyślał wtedy, że każdy obdarowany uśmiechem dziecka może czuć się szczęśliwy. To tak, jakby pocałował go bóg. A ona szczebiotała i śmiała się.

Przetarł oczy. Zrobiło się zimno. Spał. Niestety.

Była młoda. Młoda i pełna ciepła. I zrozumienia. Ciepło, zrozumienie – to taka fraza w obcym i dalekim języku. Taka abstrakcja. Jak obraz Dalego , jak coś, co przyjmujemy bo jest, ale nie umiemy i nie musimy zrozumieć. Ładne ale dalekie. Niby nasze - ale nieprzystępne. Przynajmniej na razie nieprzystępne. Dla niego była kimś. Kimś .I znów – bóg i parę innych rzeczy pisane skośnie a nie z wielkiej litery. Kimś. Kimś, kto zaopiekował się małą i dał trochę nadziei. A mała przepadała za nią. I chyba właśnie dlatego ta kobieta została kimś . Jak zwykle kiedy przyszedł, zaprosiła go do pokoju. To stawało się już obłędem – ale tutaj także należał się skos – do pokoju. Szafa. Stolik. Telewizor. Jakiś odtwarzacz wielomedialnej przyjemności. I wszystko na swoim miejscu, tak, jak powinno być. I takie obce jednocześnie, jak ta abstrakcja albo obraz Dalego. Albo zrozumienie. Ale tutaj, wszystkie te rzeczy stawały się czymś zwykłym, najzwyklejszym w świecie i takim potrzebnym. I takim bliskim. Tak potrzebnym i bliskim, tak oczywistym, ze niewłaściwe byłoby tutaj zastosowanie zwykłej litery – nie skośnej. Regał z książkami. Kwiaty. Lubił tu przychodzić. Całe jego życie to były te skosy.

Jak zwykle zrobiła mu herbatę – gorące i cholernie słodkie coś w wielkim kubku z uśmiechniętą żyrafą. I postawiła przed nim całą górę jedzenia. Jak zwykle opędzał się przed tym żarciem jak przed zarazą – i jak zwykle zjadł więcej, niż normalny człowiek jest w stanie wepchnąć w siebie przez tydzień. I znowu zmusiła go do kąpieli. Zmusiła... Bzdura. To był kawałek rytuału – herbata, jedzenie, potem wanna. Siedział w tej wannie, namydlony i szczęśliwy i taki nieobecny, a cały smród jaki przyniósł ze sobą spływał bezszelestnie do rzeki, odległej o parę kilometrów zardzewiałych rur. Wszystko było daleko; teraz tylko on i wanna.

Kiedy wychodził, podał jej małą paczuszkę. Nie pytała , co jest w środku – bo i po co? Nie pyta się o rzeczy oczywiste ; to stwarza wrażenie, że chciałoby się przedłużyć rozmowę, mimo że nie ma się już więcej nic do powiedzenia. Ta paczuszka to tez był element rytuału, taki sam jak wanna i kotlet schabowy. I kubek z żyrafą. Wzięła zawiniątko i uśmiechnęła się do niego. - Dziękuję. Ona dziękuje. - Nie ma za co. – mruknął pod nosem i poszedł. Człap człap. Schody, klatka, brudna szyba w drzwiach. Rzeczywistość. W mydlanych opowieściach powinien był zniknąć w mroku za drzwiami ale to nie jest mydlana opowieść. To jest śmietnikowa opowieść. Przez brudną szybę prześwitywało popołudniowe słońce ; patrzyła za nim dopóki nie skręcił za drzewem na podwórku – taki dorosły, taki malutki. Zamknęła drzwi.

Robił tak od samego początku – przynosił pieniądze. Nie pytała go nigdy skąd je bierze, może więc dlatego któregoś dnia opowiedział jej o wszystkim. Była przerażona. Była chora i obolała – ale zniosła to. I dalej czekał na niego kubek z gorącą herbatą, wanna i ciepły kotlet. Oto kolejny przyczynek do bycia kimś – uszanuj. Nawet jeśli sam zrobiłbyś inaczej, może zupełnie inaczej – uszanuj. Uszanuj człowieka.

Miała na imię Anna. Imię jak imię – można je spotkać na każdej szerokości geograficznej. A Mała je bardzo lubiła. Mała ... I ... Mały ? Nie. Niestety nie. On był już bardzo dorosły. Tych dwoje – kilkuletni brzdąc i burkliwy dwudziestolatek o spojrzeniu starca ; brat i siostra. Pomimo, iż z racji piastowanego stanowiska wiedziała o nich wszystko, co można wiedzieć, wciąż stanowili dla niej zagadkę – fascynującą i wciągającą historię, na którą patrzysz trochę z boku, która w ogóle cię nie dotyczy – a jednak kibicujesz tym, którzy biorą w niej udział. Kibicujesz ... i sam też bierzesz w tym udział, prawda ? Zaczęło się parę lat temu, w zimną, styczniową noc. To właśnie tej nocy do drzwi Domu ktoś zapukał – pukał tak mocno i tak wytrwale, że pomimo obaw zdecydowała się wpuścić go do środka. Ten ktoś – jak okazało się później – wyglądał może na szesnaście, może siedemnaście lat ; położył na ziemi niewielki, dziwacznie zawinięty pakunek i ... I rozbeczał się jak dziecko. W radio kolejny nawiedzony prorok rocka roztaczał wizje kolorowych chmur, których nikt nigdy nie zobaczy, na zewnątrz zaś padał pierwszy w tym roku, spóźniony śnieg. A dziwacznym pakunkiem była właśnie Mała. Pomarszczony, brudny i zmarznięty stworek, bardziej podobny do gremlina niż człowieka ; stworek który pomimo mrozu – i, jak się później okazało, głodu - uśmiechał się rozbrajającym, bezzębnym i ufnym uśmiechem niemowlaka. - Oni ją zabili. – Tyle zdołał wykrztusić z siebie ten tajemniczy, nocny gość, po czym zwiał. Nie powiedział kto. Ani dlaczego. Ani kogo zabili ci „oni” – na pewno nie niemowlaka; dziecko żyło i miało się całkiem nieźle. Nie powiedział kim jest, czemu przyszedł właśnie tutaj ; nic nie powiedział. Zwiał. Przyszedł pół roku później – spokojny, opanowany i taki bardzo dorosły : w oczach siedemnastolatka schowała się mądrość kilku pokoleń – wtedy właśnie zwróciła uwagę na te jego oczy, oczy starca osadzone w chłopięcej twarzy. Przyniósł pluszowego , wytartego psa i całą torbę zabawek. I przyniósł pieniądze. – To dla Małej. – oznajmił. Zaopiekowała się więc Małą. Zaproponowała też pomoc i jemu. W Domu tego roku było wystarczająco dużo miejsca, by mogli zamieszkać tam we dwoje. Odmówił a ona nie nalegała – widziała przecież jego oczy; starcze oczy, dorosłe oczy. Wspomniała tylko, że jeśli chce, może czasem przychodzić do niej. Na herbatę. Zjeść coś. Wypłakać się albo tylko posiedzieć. Albo się wywrzeszczeć. Znów odmówił ale zdołała wcisnąć mu do ręki kartkę, na której pospiesznie nabazgrała swój adres. I wcale, wcale nie była zdziwiona, gdy któregoś wieczoru zadzwonił do jej drzwi. I tak powstał rytuał. Przychodził raz na jakiś czas, jadł, pił herbatę, rozmawiał i kąpał się. Za pierwszym razem wstydziła się okropnie zaproponować mu kąpiel ale śmierdział tak potwornie, że poskromiła swoje opory i zagnała go do łazienki – on zaś nadzwyczaj potulnie przyjął propozycję krótkiej rozmowy z prysznicem. A potem była rozmowa z nią. O sobie mówił niechętnie, kiedy jednak temat schodził na Małą – jego oczy, te stare, przerażające oczy młodniały. Znów stawały się tym, czym być powinny a nie tym, co zostało na nich wymuszone : drzwiami do duszy młodego chłopaka, nie starca. Nigdy mu w takiej chwili nie przerywała a on potrafił mówić do nocy. Z natury – a może z przyzwyczajenia – nieufny, otworzył się kiedyś i opowiedział wszystko. Wszystko, od początku do końca. Była przerażona i porażona i znów zaproponowała mu miejsce w Domu. I znowu odmówił. I znowu nie nalegała.

Powiedział skąd bierze pieniądze. I dlaczego je przynosi. Wszyscy wiemy z mądrych książek, że pieniądze…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych