Wróć do katalogu

tam, do nikąd

opowieść o szaleństwie

erjot, opublikowano , 45 min czytania, 3,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zatrzasnęła drzwi. Cisza. Przeogromna, niezmącona cisza. Taka, co bardziej przeraża, niż daje poczucie bezpieczeństwa. Taka, w której człowiek czuje się mały i bezbronny, ze świadomością, że coś nieprzyjemnego, nieprzewidywalnego może się wydarzyć… Ale dzisiaj się nic nie dzieje. Przynajmniej nie w tej chwili. Cisza pozostaje nie zmącona. Mimo to, dalej jest przytłaczająca. I dalej przeraża. Nie lubię jej… Nie wiem, czego się po niej mogę spodziewać. Bo ja już nie umiem o niczym nie myśleć. Albo inaczej. Nie umiem myśleć tak, by przestać myśleć o tym, co mnie gnębi od paru lat. Właściwie to ilu? Niewiele. Zaledwie dwa. Mam jednak wrażenie, jakby moje życie nigdy nie wyglądało inaczej. Weszła do kuchni, chwiejnym krokiem, dokładnie takim, jaki mają starzy marynarze, którzy pływają kilka lat po morzach i oceanach, i właśnie schodzą na ląd. Nie mogę określić, czy jest pijana, całkiem możliwe. Ale równie możliwe jest to, że po prostu jest zmęczona. Przysiada na brzegu krzesła. To jej ulubiona pozycja. Zawsze tak siada, gdy nie wie, co z sobą zrobić, albo gdy jest zmartwiona. Ciekawe, jak jest dzisiaj. Pewnie się nie dowiem. Nauczyłem się już, że nie mogę pytać. Pytania są zbędne i głupie, a przede wszystkim naruszają prywatność. A poza tym, to pytania zadają tylko wścibskie osoby. Nie chcę być wścibski. Nie chcę być głupi. Dlatego siedzę cicho i nigdzie nie podchodzę. Miło było jeszcze kilka lat temu podejść, chwycić Ją za rękę i mocno przytulić do policzka. Ona wtedy nachylała się do mojej twarzy i robiła takiego wielkiego, siarczystego buziaka. Nie lubiłem tego. Przecież byłem już dużym chłopcem, kto to widział, żeby Ona mnie jeszcze całowała. Teraz za taką chwilę dałbym wiele. Ale ona nie nastąpi. Ani teraz, ani później. Oswoiłem się już z tym. Człowiek ma niezwykłe umiejętności do godzenia się ze światem. Na początku być może czuje ból, przeciwko takiemu stanu rzeczy, ale potem, tak samo z siebie, przychodzi rozluźnienie, obojętność. To, co wydawało się ważne i niezaprzeczalnie konieczne, traci na wartości. Tak samo jest ze mną. Jej miłość już nie jest mi taka niezbędna. Gdzieś w środku pozostaje utajony żal, ale on nie wypłynie. Zastygł. Zaakceptowałem rzeczywistość. To nawet nie było takie ciężkie. Po prostu przyszło. Nie nagle. Stopniowo, powoli następowało, czaiło się tak, że niemal nie było szans się przygotować. Myślę jednak, że nawet jeśli bym miał czas się przygotować, to nie zrobił bym tego. Dlaczego? Bo do końca bym w taki obrót rzeczy nie uwierzył. Ale teraz wierze. -Adaś, zrób mi kawę. Taką mocną. –jej głos był wyjątkowo skrzeczący. -Tak… Z mlekiem? –nigdy nie wiedziałem, czy chce mleko czy nie. Codziennie miała inne życzenia. -Eh… Adamie, mógłbyś wreszcie się nauczyć, że pijam jedynie czarną kawę, bez cukru. To naprawdę nie jest takie trudne, zapamiętać, co twoja matka lubi i pija codziennie od kilku lat. Wcale nie. Ostatni raz piła czarną bez cukru ponad miesiąc temu. Wtedy, gdy postanowiła się odchudzać. A raczej wtedy, gdy miała depresję, że jest brzydka i gruba. Następnego dnia zjadła sama wielki tort czekoladowy i zapiła go coca-colą. Długo siedziała w łazience i wymiotowała. -Przepraszam. Następnym razem zapamiętam i nie będę pytał, mamo. Znowu kłamstwo, tym razem moje. Na pewno zapytam. Kiedyś nie zapytałem i mama rozbiła swoją ulubioną filiżankę. Naprawdę wielka szkoda. Filiżanka była prześliczna, cała czarna, z cieniutkiej porcelany, co prawda wyprodukowanej hurtowo w Chinach, ale i tak eleganckiej; wymalowane wzorki jaśniały złotą farbą. Przedstawiały długiego chińskiego smoka z groźną miną. Gdzieś w tle widać było złote pagórki, złotą rzekę i złote chmury płynące po czarnym, jak pita w owej filiżance kawa, niebo. Lubiłem tą filiżankę, przywodziła mi na myśl taki rodzinny spokój, przypominały mi się dawne rodzinne posiedzenia w salonie, czasem przy telewizorze, czasem przy jakiejś grze planszowej, a czasem przy układaniu puzzli. Puzzle były cudowne! Uwielbiałem łączyć kawałki, by utworzyć z nich jakiś obraz. Teraz to się zmieniło. Teraz już puzzle mnie nie interesują. Nie interesują mnie też gry planszowe, ani programy telewizyjne, ani rodzinne spotkania. Sam nie wiem, co mnie teraz interesuje. Na pewno nie jest tego wiele. Z pewnością ciekawi mnie, jaki nastrój będzie miała mama, co zrobi siostra, czy pies dziś będzie grzeczny, bo od tego zależy spokój naszej rodziny. Zrobiłem kawę. Mam nadzieje, że wyszła wyśmienita, taką, jaką lubi. Jeśli nie, nic tu po mnie, od razu wolę opuścić zagrożone miejsce. -To ja pójdę odrobić lekcje, jeśli pozwolisz. -Pozwolę, niby czemu miałabym nie pozwolić. Musisz się dobrze uczyć…-zaczęła swój monolog, obawiam się, że z tego może wyjść coś niedobrego- Musisz być wykształcony, znaleźć dobrą pracę, tak, żeby ludzie Cię szanowali. Nie bierz przykładu ze swoich rodziców. Widzisz, kim teraz jest twój ojciec? Zwykłym gońcem, chłopcem na posyłki. Zarabia grosze, a nawet te nędzne grosze zabiera dla siebie, nic nam nie oddając. Nic! –mama przesadza. Kiedyś jej wierzyłem i współczułem ojcu, że taki biedny, że pewnie nie ma co do ust włożyć. Chciałem mu nawet jakoś pomóc. Ale potem sprawdziłem. Nie jest z nim aż tak źle. Milionerem z pewnością nie jest, ale pracuje jako agent, albo ktoś w tym rodzaju, w jakimś banku. Chodzi na obiady do restauracji, kupuje gazetę i ją z wielkim skupieniem czyta popijając mocno parzoną herbatę z torebki. Wszędzie się spieszy. Często nie dojada. Tak nie robią biedni ludzie, nie gadają kilkanaście minut przez telefon, nie piszą na laptopie, nie chodzą w tak doskonale pasujących ubraniach, jakby szytych na miarę, nie noszą błyszczących butów, takich, że można w nich się przejrzeć. Nie, tata z pewnością nie jest biedny. W dodatku mieszka w hotelu. Na drugim końcu miasta, pewnie dlatego tak rzadko nas odwiedza. Właściwie to nie odwiedza nas w ogóle. Ostatni raz widziałem go w progach naszego domu jakieś dwa lata temu. Wpadł zabrać swoje ostanie rzeczy. Wcale nie mam do niego żalu. Sam bym poszedł w jego ślady, gdybym miał taką możliwość. Ale jestem za młody, za mały, choć podobno nad wyraz dojrzały jak na swój wiek. Tak mówiła pani psycholog w szkole, kiedy się mną zajmowała. -Tak synku. Masz beznadziejnego ojca. Ale wiesz co? Matki tez nie masz lepszej. Nie nadaję się do niczego, nie umiem nic, nie zarabiam, nie umiem wychować dzieci, nie umiem zrobić prania tak, żeby się każda plama doprała, jestem beznadziejna. Jeśli znajdziesz kiedyś w życiu bardziej beznadziejną osobę ode mnie, proszę, powiedz mi o tym, na pewno wyprowadzę Cię z błędu. –jej monolog zaczyna przeradzać się w tradycyjne wyrzuty wobec siebie.- Współczuję Ci, że urodziłeś się w tym domu. Kiedyś marzyłam, ba, wierzyłam, że będę idealną matką. Nigdy nie popełniaj tego samego błędu. Nie miej nadziei, bo ona i tak okaże się złudna, a przynajmniej nie zawiedziesz się tak, jak ja. Nic mi już na tym świecie nie pozostało. Sama szarość, zero radości z tego, co robię, nie cieszy mnie słońce, bo ono za bardzo świeci w oczy i oślepia, ale nie ma nic gorszego niż brzydka pogoda. Gdyby nie to, że jestem zmuszona się wami zajmować, chętnie skończyłabym z sobą. Miałabym święty spokój! A nawet jeśli nie ja, to ludzie, którzy kiedykolwiek mnie poznali. Naprawdę lepiej by było dla wielu, gdybym już nie żyła. Ale, widzisz synku, jestem porządną osobą, wiem, że mam obowiązki, wiem, że muszę być z wami, muszę prać wasze brudne ciuchy, sprzątać kibel, gotować żarcie dla waszych wygłodniałych gęb... Nienawidzę, gdy tak mówi. Doskonale wywołuje u mnie poczucie winy, miażdży mnie, zrównuje z robactwem, tak, iż odechciewa mi się, tak jak i jej samej, żyć. Ale nie dam jej tej satysfakcji. Nie dam jej spokoju od tych obowiązków. Będę dalej dzielnie wytrzymywał jej żałości, skargi i zachowam je dla siebie, bo nikogo to nie interesuje. -Synku mój! Nawet nie wiesz, jak bardzo chcę być wolna! Nigdy nie miej dzieci, radzę Ci z dobrego serca. Nie miej ich, bo one są pożeraczami czasu, wolności. Są bezwzględnymi pasożytami, które nic w zamian nie mogą dać… Gdybyś nie był taki mały, gdybyś urósł, jak przystało na prawdziwego trzynastolatka, a nie był takim mikrusem, karłem, z pewnością o wiele łatwiej by Ci się żyło. Znalazł byś jakąś pracę i miałbyś możliwość odwdzięczyć się choć trochę za dobro okazane wam przeze mnie! Ale nie, wszystko dzieje się na przekór. To zwykła złośliwość świata! – z jej oczu zaczęły płynąć łzy, makijaż się rozmazał, zacisnęła mocno pięści, zębami ugryzła wargi. Wyglądała żałośnie. Jak szczur, któremu obcięto ogon. Jej białe cienkie włosy, pokryte tłuszczem drgały tak, jak ona sama. Jakby wpadła w delirium. Znowu. Nie czekałem, aż zejdzie z krzesła i zacznie biegać po kuchni rwąc włosy z głowy, poszedłem do swojego pokoju. Zaczęły się wrzaski, krzyki, bieganie po kuchni. Codzienność. Za kilka minut jej przejdzie, padnie zemdlona na podłogę, cała spocona, załzawiona, umazana makijażem, skręcona w dziwacznej pozycji na płytkach, poleży tak przez dłuższą chwilę. Jeśli sama nie wstanie w ciągu pięciu minut, wtedy ja ją zawlekę do łóżka, ściągnę sweter, umyję wilgotną ściereczką twarz, przykryję kocem. Gdy się ocknie na kanapie, ze wstydu wyjdzie z domu i wróci pijana następnego dnia rano. Taki jest schemat, czasami są niewielkie odstępstwa, ale bardzo sporadycznie, niemalże wyjątkowo, przy podłych dniach spowodowanych pogodą, chorobą, innymi głupotami. Dziś nie mam ochoty jej podnosić, jestem zbytnio zmęczony, a ona, gdy tak leży zemdlona, wydaje się co najmniej dwa razy cięższa, trudno ją podnieść, a co dopiero przetaszczyć na kanapę, ułożyć ją na niej w takiej pozycji, by nie spadła przy najdrobniejszym ruchu. Moje zmęczenie wynika pewnie z kilku nieprzespanych ostatnio nocy, pracowitych popołudni, ciężkich poranków, może jeszcze z czegoś innego, sam już dokładnie nie wiem, a zresztą to nie wydaje się istotne. Oczywiście, nie pozwolę, żeby tak leżała. Wreszcie decyduję się na to, by ją przenieść. Nogi nie za bardzo chcą mnie prowadzić. Powoli, tak jakby na każdej stopie zawieszone były trzy cegły, idę w jej kierunku, by nieść jej tą głupią, bezsensowną pomoc. Idę, jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie, niewiarygodnie wolno i ociężale, bo tak naprawdę, wcale nie chcę tam podejść. Chce uciec, zaszyć się w swoim pokoju, zostawić swój obowiązek i zapomnieć o nim. Chce być zwykłym, nieposłusznym dzieckiem! -Mamo… mamo wstań, podnieś się. Mamo proszę!! –bezskutecznie próbuję pociągnąć ją za rękaw, żeby wstała. Wszystko na nic. Nawet szarpanie nie pomaga. Leży bez ruchu, jak zwalona przez wiatr kłoda, w tej samej pozycji, w której dotknęła ziemi przy upadku.

Cisza, przeogromna niezmącona cisza… Obezwładnia mnie. Czuję się okropnie, a przecież już powinnam się do tego przyzwyczajać. Boję się… Chcę krzyczeć „Mamo!”, ale cóż to da? Nie umiem już krzyczeć, nie umiem wołać, nie umiem prosić, dziękować, przepraszać, już w ogóle nie umiem nic powiedzieć. Zapomniałam. Zapomniałam jak to jest. A nawet gdybym umiała, to przecież jaki jest sens wzywania mamy, kiedy leży ona tam, w dole na podłodze i wydaje się, jakby życie z niej uszło. Adam jest przy niej, więc ta sytuacja w ogóle mnie nie interesuje. Już nie. Wracam do swego pustego pokoju. Niesamowicie przygnębiające miejsce. Pamiętam ten pokój sprzed lat, kiedy mnóstwo w nim było roślin, ściany błyszczały od świeżej, słonecznej farby i kwiatów wymalowanych tuż nad łóżkiem. Teraz wszystko wyblakło. Kolory zupełnie nie przypominają tych co kiedyś, są szare, brudne. W rogach ścian, tuż pod sufitem pleśń znalazła sobie lokum. Chciałam to kiedyś naprawić. Wzięłam kredki, te swoje, ostatnie, świecowe i namalowałam łączkę, słoneczko i kwiatuszki. Tak, żeby było ładnie i kolorowo, tak, żeby było wesoło. Nie, nie było wcale wesoło, było za to potwornie. Boleśnie, ponuro, strasznie. Wtedy to po raz pierwszy poczułam chęć odwetu. Za coś, na co nie zasłużyłam. Ten obraz uwił sobie w mojej głowie całkiem przytulne gniazdko. Zadomowił się tam i prześladuje mnie, kiedy tylko może. Wydaje się być fragmentem z jakiejś schematycznej, problemowej książki. „Szary pokój. Pewnie kiedyś nie był szary, ale teraz już jest. Kiedyś na pewno wyglądał dużo lepiej, teraz na pewno nie wybrano by go na pokój dla dziecka. Kilka charakterystycznych przedmiotów wskazuje jednak, że mieszka tu dziewczynka. Ma mało interesującą urodę, taką zwyczajną, gdyby ją ktoś spotkał na ulicy, na pewno nie zwróciłby na nią szczególnej uwagi, a jeśli nawet, to i tak po przejściu kilku kroków zapomniałby jak wyglądały rysy jej twarzy. Dziewczynka o typowej urodzie siedziała przy ścianie naprzeciw okna. Jej mocno zaciśnięte wargi świadczyły o tym, że praca, którą właśnie wykonywała, pochłaniała ją w pełni. To, w co się tak bardzo zaangażowała, to malowidła na ścianie, które tworzyła z największym skupieniem i zawzięciem. Miało się wrażenie, że poza tym skrawkiem tynku pokrytego łososiową farbą, nie widzi nic innego… Chyba właśnie tak było. Raz po raz sięgała do plastikowego pudełka oblepionego starymi, zniszczonymi naklejkami. W środku znajdowały się kolorowe drewniane kredki. Większość z nich była nie zastrugana, część połamana, ale były i takie w całości, nie zniszczone. Po nie właśnie sięgała dziewczynka. Obraz powstawał. Nie zapowiadał się na dzieło sztuki. Linie układały się krzywo, zauważalna stała się niewprawna ręka dziecka, która kierowała kredką. Kolorystyka też dobrana była bardzo marnie. Na pierwszy rzut oka zwyczajny obserwator wcale nie zauważyłby tam łąki z pięknymi żółtymi, różowymi, fioletowymi i niebieskimi kwiatami. Nie zauważył by także słońca, które nieporadnie wychyla się znad porośniętego trawą i krzewami pagórku. Ani przez myśl by mu nie przeszło, że tam, koło tego różowego kwiatka płynie najprawdziwszy górski strumyk, a w nim pływają złote rybki spełniające życzenia. Na pewno nie pomyślałby, że te niemal proste poziome czarne kreski to mewy lecące w stronę miejsca, gdzie będą czuć zupełną wolność i chęć życia, do miejsca, gdzie z pełną swobodą rozwiną swoje skrzydła. Nie domyśliłby się, że kolor tej ściany jest po prostu wyobrażeniem wspaniałego zachodu słońca nad ukwieconą łąką. Dopiero w chwili, gdy zatopiłby się w całości w świecie marzeń, snów i pragnień, odgadłby ukryty sens tych prostych, niepozornych linii, kresek, zawijasów oraz kropek. Zobaczyłby ile w nich miłości, pragnienia zmiany świata, ile zawziętości, ile pokory, pragnienia zrozumienia. Dziewczynka rysowała… rysowała już którąś godzinę z rzędu, choć nie zdawała sobie z tego zupełnie sprawy. Czas stał się rzeczą drugorzędną, nieistotną i bez znaczenia, tak, jakby w ogóle przestał istnieć. Teraz liczył się tylko cel: stworzenie obrazu, który wprowadził by w jej życie barwy który spodobałby się zarówno jej, jak i ludziom, do których był adresowany. Mamie, być może także tacie, o ile zechce wejść do domu i wspiąć się po schodach do jej małego pokoiku, a także bratu. Najchętniej dzieło skierowała by także do psa, Filemonka, gdyby mama dobitnie nie wyperswadowała jej fakt, że zwierzęta cokolwiek rozumieją i czują. Mimo to, dziewczynka nadal miała nadzieję, że jej ulubione zwierzątko ma zdolności rozumienia, że czuje radość, tęsknotę i bardzo ją kocha. Ale zwierzątko już nie mogło przyjść. Wreszcie dzieło zostało ukończone. Jeszcze tylko ostatnie poprawki konturów żółtego słoneczka i można było posprzątać kredki do pudełka i popodziwiać. Tak… to był obraz, który satysfakcjonował dziewczynę. Użyła chyba wszystkie kolory kredek, jakie miała, narysowała wszystko na łące, co ostatnio widziała w czasie wypadu poza miasto wraz z bratem. Czuła, że zrobiła co mogła, by pomóc odzyskać koloryt szczęścia w tym domu. -Mamo! Mamusiu, chodź tu do mnie szybko! Chce Ci coś pokazać… -wołała wychyliwszy głowę zza framugi swoich odrapanych drzwi. Nasłuchiwała kroków matki, albo przynajmniej jej odzewu. Nic takiego nie nastąpiło, a przecież wiedziała, że jest w domu. Jeszcze niedawno rozlegał się głos dochodzący z salonu, gdzie Ona oglądała telewizję. Wołała jeszcze kilka razy. Wreszcie usłyszała, że coś na dole drgnęło. Matka stanęła przy schodach na parterze. -Idź spać dziecko! Nie mam czasu! –to był krzyk, nie oświadczenie. Niemniej, cokolwiek to było, sprawiło, że całe powietrze uszło z dziewczynki, a szczęście odleciało, jak balonik napełniony helem. Samozadowolenie prysło, jak bańka mydlana, a poczucie spełnienia dobrego uczynku skurczyło się i zaczęło ciążyć jak drzazga w jej głowie. Tylko dwa krótkie stwierdzenia, a runęło wszystko w jej małym świecie. Jej plany i idee, drobne, ale jakże ważne. Przebrała się w pidżamkę i zapomniawszy nawet umyć zębów, poszła spać. Mimo wielkiego smutku, który ją ogarnął, zasnęła wyjątkowo szybko. Nie płakała, nie rozmyślała, jakże by to było wspaniale, gdyby mama przyszła i zachwyciła się jej dziełem. Przyszedł sen, który zabrał ze sobą wszystkie troski i zmartwienia. Nie przynosił jednak ukojenia, był przerywany, niespokojny, pełen nieokreślonych wizji. Obudziły ją kroki. Ktoś wchodził po schodach, wyjątkowo ociężale i z lekkim sapaniem. Nie było to jednak sapanie mężczyzny, stąd dziewczynka domyśliła się, że to matka zmierza do niej. Zacisnęła powieki z wielkiej radości, napięła wszystkie mięśnie i zwinęła się w kulkę, jak piesek, gdy układa się do spania na kocu. Trwała w oczekiwaniu na reakcję mamy. To było dla niej takie ważne. Kobieta uchyliła stare, skrzypiące drzwi, od lat nie naoliwione. Znowu odpadł mały kawałeczek złuszczającej się białej farby. Najpierw wychyliła tylko głowę, potem prawą dłoń. Wyglądała jak spłoszone zwierzątko: oczy nienaturalnie wyłupiaste, wargi ściśnięte, dłonie wilgotne od potu, sprawiała wrażenie przyłapanej na jakiejś psocie tresowanej myszce. „Nie… mamo, nie przychodź do mnie w tym stanie. Dzisiaj już nie chcę Cię oglądać”- szeptała w myślach. I gorączkowo próbowała się przebudzić, gdyż wrażenie, że to tylko koszmar nie dawało jej spokoju. -Przyszłam zobaczyć obrazek, dziewczynko. –zachichotała nerwowo, rozglądając się dokoła. Nie usłyszawszy jednak odpowiedzi śpiącej w łóżeczku postaci, weszła do pokoju. Stanęła akurat naprzeciwko jej dzieła. Przechyliła głowę, próbowała swoim świdrującym wzrokiem przebić ścianę, co jej się nie udało. Przykucnęła i swoimi szczupłymi, długimi palcami zaczęła delikatnie muskać pomalowaną powierzchnię ściany. Palce biegły wzdłuż konturów rzek, kwiatów, zatrzymywały się dłużej na kamyczkach i rybkach w strumyku, ale ciągle badały uwypuklenia, bruzdy, proste powierzchnie. Wstała, ale już nie miała wyłupiastych oczu. Były wąskie i spoglądające złowrogo, pełne ukrytej złości. Dziewczynka przeczuwała, że teraz nie może spodziewać się niczego dobrego. Bała się tej sytuacji, a nie miała nawet możliwości zwrócenia na siebie uwagi innych osób, gdyż brat tę noc spędzał u kolegi, a ojciec… ojca już dawno nie było. Czekała więc w pełnej mobilizacji do ucieczki, krzyku, może obrony, czekała, choć nie wiedziała na co i czy w ogóle powinna się czegokolwiek obawiać. Matka zdarła z niej kołdrę, sięgnęła i chwyciła przegub jej ręki żelaznym uściskiem. Jednym sprawnym, a przy tym jakże silnym ruchem, wyciągnęła dziewczynkę z łóżka. Zamachnęła się…” Od tej pory już nie usłyszałam śpiewu ptaków… Uderzenie było bolesne, ale upadek bolał jeszcze bardziej. Czas po wypadku był najtragiczniejszym okresem w moim życiu, jeszcze na samo wspomnienie tamtych chwil mam ochotę się rozpłakać. I tak strasznie chciałabym cofnąć czas! Chciałabym wtedy znaleźć się w innym miejscu, w innej sytuacji. Niczego tak bardzo nie żałowałam, jak tego, że namalowałam ten obraz. To przez niego! To przez moje niedorzeczne pomysły mama się zdenerwowała. Ale teraz juz pogodziłam się z tym, że jestem jaka jestem. Pogodziłam się z tym, że nie usłyszę głosu innych, ale nie pogodziłam się z faktem, że zrobiła mi to moja najdroższa mamusia. Najdroższa... Kiedyś taka była: kochana, jedyna, ulubiona, najlepsza na świecie. A teraz to już mi pozostał tylko nieutulony żal. Żal...

Spała całą noc, ani razu się nie zbudziła, nie zmieniła pozycji, nawet nie mówiła przez sen, za to jej oddech był taki niespokojny, płytki, przypominał łapanie powietrza przez rybkę, która znalazła się na powierzchni, bez dostępu do wody. Czuwałem. Nawet nie dlatego, że się o nią bałem, ale z poczucia obowiązku, świadomość, że w chwili, gdy ja będę spać, jej mogłoby się coś stać, nie pozwalała mi zmrużyć oka. Dlatego już po dwóch godzinach wiercenia się w swoim łóżku, przeniosłem się do kuchni i zrobiłem kakao. Siedzę więc w pustej, szaroburej kuchni w zupełnych ciemnościach, bo przecież nie ma sensu zapalać lampki, popijam kakao, które zdążyło już dawno wystygnąć. Łyżeczka, którą trzymam w ręce, wykonuje kółka na mleku, w środku kubeczka tworzy się mały wir, do którego wpływała biała pianka. Cała sytuacja jest tak monotonna, że mam ochotę zasnąć. Oczy mi się same zamykają, choć walczę, jak tylko potrafię, żeby zachować równowagę. Śmieszne, gdybym leżał teraz w swoim łóżku, z pewnością bym nie zasnął, a na pewno miałbym z tym spore problemy. W tym miejscu, w tej pochmurnej, pustej a przede wszystkim zaniedbanej kuchni, sen sam przychodził, pojawiało się znużenie i zniechęcenie do życia, jakiegokolwiek chęci znikały w oka mgnieniu i już nie chciały powrócić. Dlatego tak szybko ogarnęło mnie znużenie. Opadające powieki stały się coraz bardziej uciążliwe i już przestały pomagać szybkie ruchy głową, oklepywanie się po policzkach czy robienie dziwnego wytrzeszczu oczu, by ich nie zamknąć. Zaczynam przestawać sobie zdawać sprawę, kiedy głowa mi bezwładnie zaczyna opadać a ciało wiotczeć. Chwilę potem już nie śpię. Obudził mnie brzęk uderzającej o płytki łyżeczki, którą jeszcze przed momentem się bawiłem. Zaraz w jej ślady podąża kubek. Mnóstwo drobinek z rozbitego kubeczka zasypuje podłogę, a towarzyszy temu dźwięk mocno raniący uszy w tej nocnej ciszy. Kakao tworzy mleczno-czekoladową plamę na podłodze i rozlewa się jak przepełnione jezioro. Przydałby się piesek, żeby to posprzątał. On lubił jeść wszystko, co znalazło się na ziemi, na pewno by nie pogardził i tym. Słychać ruchy w sąsiednim pokoju, w tym, w którym śpi mama. Najwyraźniej przenikliwe odgłosy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych