Tam gdzie rodzą się demony...
Moja teoria na temat pochodzenia wampirów ;)w końcu to i tak fikcja :)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Śnieżyca od dłuższego czasu uniemożliwiała Adamowi dalszą podróż. Wycieraczki nie nadążały ze zgarnianiem śniegu z szyb, a koła z trudem torowały sobie przejazd. Adam mrużył oczy i wpatrywał się w drogę przed sobą, ale widział tylko wirujące płatki śniegu. Od dłuższego czasu przeklinał się sam w duchu. Co go podkusiło, żeby pchać się na to zadupie, gdzie rodzą się demony w ludzkich umysłach?! Tu nawet nikt nie usłyszy jak diabeł powie jakiejś duszy dobranoc! Ach, prawda! Miało być na skróty! Półtorej godziny krócej niż autostradą. Owszem, ale nie przy tej pogodzie! Bo na miejsce zajedzie chyba ze dwie godziny później niż miał w planach. Pierwsza Wigilia od wielu lat, spędzona z całą rodziną. Rodzicami, rodzeństwem i ich rodzinami. W nowym domu, który kupili rodzice... A on się spóźni! Na samą myśl o autostradzie Adam dociskał pedał gazu, ale koła tylko ślizgały się w śniegu. Za wszelką cenę chciał znaleźć się tam, gdzie było dużo samochodów, świateł, co kawałek stacja benzynowa i przydrożne bary. Był już głodny, zmęczony i zły. Samochód toczył się trzydzieści kilometrów na godzinę. Śnieg, równy i nienaruszony na całej szerokości trasy, wytłumiał większość dźwięków wydawanych przez samochód. Droga była nieoświetlona. Długie światła samochodu z trudem przebijały się przez śnieżycę, aby umożliwić Adamowi dalszą podróż. Irytacja Adama na własną bezsilność, rosła z każdym przejechanym kilometrem. Przeciwko niemu było też już radio w samochodzie. Trzeszczało, piszczało, chwilami wyło. Urywane słowa, albo fragmenty jakiejś muzyki pojawiały się rzadko i na krótko. Komunikacyjna pustynia! Adam sięgnął po telefon komórkowy i wybrał numer rodziców. Przynajmniej spróbuje ich powiadomić, że się spóźni na kolacje. Niestety! Brak zasięgu! Rzucił telefon na fotel obok i wyłączył stękające radio. Cisza panująca na zewnątrz przeciekała do środka samochodu i otulała Adama swoimi puszystymi mackami. Były miękkie, przyjazne i obezwładniające. Adamowi powieki same opadały, a stopa ześlizgiwała się z pedału gazu. Wirujące płatki śniegu przed samochodem hipnotyzowały. Adam zasypiał. Z odrętwienia wyrwało go krztuszenie się silnika. Samochód szarpnął kilka razy i zatrzymał się. Próbował ruszyć jeszcze kilkakrotnie, ale nic z tego. Wyglądało na to, że brakło paliwa. - Szlak by to...!!! - Adam zaklął i uderzył w deskę rozdzielczą. Samochód miał już swoje lata i wskaźniki zacinały się. Kilkakrotne uderzenie pomogło. Strzałka paliwa opadła na zero. Bak był pusty. Mocne walnięcie pięścią nie pomogło i tym razem strzałka ani drgnęła. Próby połączenia się ze światem nic nie dały. Telefon milczał. Adam utknął na tym pustkowiu. W trakcie śnieżycy i w nocy. Prawie się rozpłakał. - Wyjadę stąd! Chyba na wiosnę! - krzyknął sam do siebie. Musiał dać jakiś upust złości. Uderzył pięścią w kierownicę, nadepnął pedał gazu. Pomogło rozładować złość, ale samochód ani drgnął. Mógł tu czekać, aż pojawi się zasięg w jego komórce i pozwoli zadzwonić po pomoc lub przejedzie jakiś przypadkowy samochód, albo poprawi się pogoda na tyle, że śnieg stopnieje. Ostatni wariant realny, tylko że odległy w czasie. Mógł liczyć tylko na siebie. Miał w bagażniku kanister. Nie pozostało mu więc nic innego jak iść i poszukać dostępu do paliwa, stacji benzynowej lub jakiegoś zamieszkanego domostwa. Żeby choć znaleźć działający telefon... Nacisnął na uszy czapkę, postawił kołnierz kurtki i zasłonił nos i usta szalikiem. Musiał stawić czoła śnieżycy na tym wrogim pustkowiu. Nie wolno mu się ociągać z działaniem, bo w końcu złość opadnie, a on stchórzy. Śnieżyca wygra. Zerknął na mapę. Znalazł drogę na której się znajdował. Wyglądało na to, że do najbliższej stacji benzynowej trzeba iść przez las. Jakieś dwa kilometry, drogą na której się znajdował do najbliższej stacji było około 5 km, obojętnie w którą stronę by szedł. Wysiadł z samochodu. Śnieg sięgał mu do połowy łydek. Mróz szczypał w twarz, a wiatr utrudniał oddychanie. Wyjął z bagażnika pięciolitrowy kanister, zamknął samochód i wszedł w las. Między drzewami śnieżyca nie była taka dokuczliwa, jak na otwartej przestrzeni. Żałował tylko, że nie ma ze sobą latarki. Las gęstniał. Śnieg przykrywał wszelkie nierówności w ziemi. Adam w wyobraźni widział już siebie jak ze złamaną nogą leży w jakimś dole, którego nie zauważy pod grubą warstwą śniegu. O ile na drodze są szanse, że w końcu ktoś przejedzie, to w lesie miną miesiące zanim ktoś go znajdzie. Umrze z głodu i odniesionych obrażeń. Brnął przez śnieg i leśną głuszę. Dwa kilometry w tych warunkach wydłużały się w nieskończoność. Wysiłek robił swoje i Adam poczuł zmęczenie. Serce waliło, na plecach i czole czuł pot. Zatrzymał się na chwile, żeby złapać oddech. Tysiące wypalonych przez lata papierosów zrobiły swoje. Kondycja Adama pozostawiała wiele do życzenia. Zatrzymał się i usiłował dojrzeć jak daleko jeszcze do kresu lasu, za którym znajdowała się cywilizacja. Ciemności przeszył niespodziewany błysk światła. Ale zaskoczony Adam nie był w stanie zidentyfikować zjawiska, tym bardziej że po chwili zobaczył je powtórnie. Nie było to ostre światło. Ale niespodziewane w tych warunkach. Trzeci raz zobaczył je tuż koło siebie. Rozświetlona mgła, a raczej poświata, wypłynęła zza niego i była tylko otoczką dla zakapturzonej postaci. Poruszała się szybciej niż Adam, ale zdążył zauważyć, że unosi się nad śniegiem i jest od niego wyższa. Podążała w tym samym kierunku co dwie poprzednie jasne plamy chwile wcześniej. W kierunku środka lasu... Chwile czekał, ale zjawisko się więcej nie powtórzyło. Był gotów uznać to za przywidzenie. Nie mogło mu to przeszkodzić w wędrówce do celu. Jego determinacja osiągnęła szczyty. A to co widział to zapewne zwykłe zwidy wywołane zmęczeniem, ciemnością i stresem. Zadowolony z siebie znów ruszył do przodu, wpadając z każdym krokiem prawie po kolana w śnieg. Nie patrzał przed siebie, tylko pod nogi. Nie chciał widzieć już nic co zachwieje jego pewnością siebie i wolał nie wiedzieć ile jeszcze drogi przed nim. Nie zwrócił nawet uwagi kiedy pojawiła się przed nim... chałupa. Podniósł wzrok dopiero kiedy zobaczył że znikły drzewa. Był na polanie, na środku której stała stara, drewniana chata, a właściwie jej nędzne resztki. Ale nie to było najdziwniejsze, tylko to, że otaczała ją taka sama rozświetlona mgła jak postacie które wcześniej zauważył. Wypełniała całą polanę. Adam znalazł się też już w jej zasięgu... Poczuł rozluźniające i wszechogarniające ciepło. Ale postać która wcześniej go minęła budziła w nim strach i wrogie uczucia, więc mimo tej przyjaznej mgły musiał zachować czujność i nie zapominać o celu swej drogi. Ale nie mógł nie skorzystać z szansy i nie zajrzeć do środka chatki, która wiele lat wcześniej musiała pełnić rolę leśniczówki. Wątpił, że znajdzie tu jakąkolwiek pomoc, ale... Podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Otworzyły się bez oporu. Wszedł do środka. Całe wnętrze chaty wypełniała taka sama świecąca mgła, bijąca od zakapturzonych postaci stojących tyłem do wejścia. Podmuch wiatru zatrzasnął drzwi za Adamem. Okrycia obecnych w środku istot, zafalowały. Kilka z nich odwróciło się i Adam zobaczył co się kryło pod kapturem, a co musiało być twarzą tych... stworów. Szara połyskliwa maska i błękitne oczodoły, w których migotały srebrzyste iskrzenia. Mgła, która otaczała ich postacie, była przyjazna i ciepła, natomiast oni sami robili wrażenie szarej masy zrobionej z lodu. Adam cofnął się tyłem w kierunku drzwi. Ale nie zdążył już uciec. Szereg istot rozstąpił się i kilka z nich znalazło się tuż przy nim. Gotowe, aby w każdej chwili mu odciąć drogę ucieczki. Jednak przerwa utworzona w szeregu pozwoliła mu zobaczyć co się dzieje w głębi tej rozlatującej się chałupy. Na starym stole leżał mężczyzna, obok niego stał szary stwór. Poświata otaczała ich oboje. Stwór dotknął ręką klatki piersiowej mężczyzny na stole i podniósł głowę. Spojrzał wprost na Adama. Błękitne oczodoły zwęziły się w szparki. Ale tylko na chwile. Po czym kaptur i cały płaszcz zaczął robić się za duży na jego szare ciało. W końcu opadł całkiem na przegnitą drewnianą podłogę. A mgła otaczała już tylko mężczyznę leżącego na stole, jego ciało wyprężyło się i kilka razy przeszedł przez nie dreszcz. Potem znieruchomiał na chwile. W końcu usiadł na stole i rozejrzał się z uśmiechem po pomieszczeniu w którym się obudził. Zszedł ze stołu i podszedł do Adama. Górował nad nim wzrostem i wagą. Atrakcyjny facet - Adamowi przemknęła myśl całkiem nie na miejscu i w jego obecnej sytuacji absurdalna. Ale Adam zawsze chciał tak wyglądać, jak ten który stał przed nim. Wysoki brunet o szerokich ramionach i zielonych oczach. Różnił się od człowieka tylko tym, że w jego oczach połyskiwały te srebrzyste iskry. - Boisz się mnie? - czaszkę Adama przeszył nagły i ostry ból, po czym usłyszał głos człowieka stojącego przed nim, choć ten wcale nie otwierał ust. - Nie...Nie! Nie boję! - powiedział Adam chcąc dodać sobie otuchy. - Boisz! Twój strach śmierdzi w tym całym pomieszczeniu! - powiedział głos w głowie. - Jak ja Cię słyszę?! - spytał
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Cashmir
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…