Targ - Dzień III - Rozdział XII
Zielonka miał już serdecznie dosyć Mokradeł. Teraz po kilku godzinach nie wydawały mu się już tak straszne nawet pomimo wszechobecnej ciemności i niepokojących odgłosów.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zielonka miał już serdecznie dosyć Mokradeł. Teraz po kilku godzinach nie wydawały mu się już tak straszne nawet pomimo wszechobecnej ciemności i niepokojących odgłosów. Jak się okazało najgorsze było w nich nie to, co mogło się tam znajdować, ale to co znajdowało się głównie w jego głowie, przeszłość zawsze wracała do niego wtedy, gdy najmniej sobie tego życzył. Choć obecnie nie skupiał się już na przeżyciach w przybytku Matki. Brnął po kostki w gęstej mazi, a gęsty żółtawy opar mgły przylgnął do niego tak ściśle, że ledwie widział idącego tuż przed nim Zimę. Jedyną pociechę znajdował w rozmyślaniach o napotkanym ogniku. Wiele się mówiło o tym, że po Skażeniu Orezja została ciśnięta między wymiary demonów, ale w trakcie swojego krótkiego życia szczurołap nie spotkał nikogo, kto by w to naprawdę wierzył. Słyszało się nieraz o takich, którzy twierdzili, że wybrali się nad granice, a nawet je przekroczyli – jak tamten kupiec w Ściętej – i opowiadali o śluzowcach, cieniach czy ognikach, ale większość ludzi zbyt była zajęta próbą dotrwania do kolejnego dnia, aby przejmować się podobnymi historiami. Sam Zielonka nigdy w nie nie wierzył, choć w chwilach głodu lubił uciekać do nich myślami, aby mieć jakieś zajęcie. A teraz spotkał ognika! Czy to oznaczało, że cały kraj jest rzeczywiście uwięziony pomiędzy krainami obcych potworów? Że innego świata już nie ma? Był jeszcze ten artefakt cieni, o którym Zima rozmawiał z Odwróconym Uśmiechem. Obaj byli wówczas przekonani o istnieniu owych istot. Zielonka wprawdzie nigdy nie spróbował wybrać się nad granicę, ale zawsze znajdował pewne pocieszenie w myśli, że czeka tam na niego lepszy świat. Że gdyby tylko zechciał, mógłby udać się do innych ludzkich krain, takich, których nie dotknęło Skażenie. Jednak skoro nie było dokąd pójść, jego marzenia w jednej chwili obróciły się wniwecz. Teraz już wiedział, że nie ma dokąd uciec, nawet we wnętrzu własnej głowy. Trapiony tymi ponurymi rozmyślaniami nawet nie spostrzegł, że grunt pod ich stopami stawał się na powrót solidny. Dotarli do miejsca, w którym drzewa rosły jakby rzadziej, a tłusty opar mgły począł się z wolna rozwiewać. Ich oczom ukazała się polana gęsto porośnięta wysoką trawą. Mniej więcej pośrodku tego miejsca stało kilka długich budynków. Jeden z nich, stojący najbliżej miejsca, z którego nadeszli, nie stanowił już właściwie budowli, a jedynie jej smętne pozostałości. Zwalone ściany mierzyły w niebo kikutami okaleczonych murów, dookoła których walały się spore drewniane beczki, a gdzieniegdzie widoczne były plamy owej zielonkawej substancji, której tropem podążali. Przed budynkiem dostrzegli zacieniony zarys czyjejś sylwetki, wokół której co chwila unosiły się jakieś niewyraźne przedmioty i wirowały w nieregularnych kręgach. Zima spojrzał na Zielonkę i przyłożył do ust swej maski wyprostowany palec. Szczurołap skinął głową i obaj ruszyli ostrożnie w stronę budynku. W miarę jak się zbliżali, Zielonka dostrzegał więcej szczegółów. Był już pewien, że tajemnicza postać to mężczyzna. Stał do nich tyłem, obnażony do pasa, a na jego plecach – pozbawionych śladów skażenia - grały węzły mięśni. Nie był osiłkiem, raczej atletą. Stał w rozkroku z rękoma uniesionymi po bokach, a jego bicepsy mocno się napinały. U stóp mężczyzny walały się fragmenty murów, które z wolna unosiły się w powietrze i spajały ze sobą. Jednocześnie w górę wędrowały również beczki unoszone tą samą siłą co fragmenty ścian. Powoli i ociężale przepływały w powietrzu ponad kikutami budowli i z wolna opadały na swoje miejsca w środku, po czym mury zamykały się za nimi. -To mag –Zielonka syknął do Zimy z pogardą. –Zabijmy go. Wszelkie oznaki zmęczenia czy przestrachu zniknęły, gdy w jego głowie rozbrzmiała nagle echem opowieść Chabra. Patrząc jak mag unosi kolejne fragmenty zniszczonych ścian poczuł tę samą wściekłość, która narastała w nim, gdy stał na Kwadracie słuchając ostrych dźwięków dobywanych z lutni barda oraz jego przepełnionych goryczą słów. -Nie bądź niemądry –skarcił go łagodnie Zima. –Podziwiaj raczej jego skupienie. Każdej beczce i każdemu kamieniowi, które unosi, poświęca osobną myśl. Osiągnięcie takiego poziomu koncentracji to prawdziwa sztuka, wielu innych musiałoby składać te ruiny pojedynczo kawałek po kawałku, a on w jednej chwili potrafi złożyć całą ścianę. Nie mówiąc już o tym, że narzuca kamieniom swoją wolę w taki sposób, że te na powrót łączą się ze sobą w solidny mur. Jest niesamowity. -Gdyby był skażonym, już byś go atakował –rzucił oskarżycielsko szczurołap. Zima zignorował go. Poszedł dalej w stronę maga, jednak nie stąpał już tak ostrożnie jak wcześniej. -Niewierny! –wykrzyknął. –Jak zawsze spóźniony. Tamten w żaden sposób nie okazał, że go usłyszał. Nadal wpatrywał się wprost przed siebie kreśląc w powietrzu koliste ruchy wyprostowanymi rękoma. Spokojnie umieszczał w pękniętej ścianie podniesione wcześniej fragmenty muru uważnie spasowując je ze sobą. Dopiero gdy ostatnie uniesione kamienie znalazły się na swoich miejscach, odwrócił się w ich stronę. -Powiało chłodem –stwierdził. Nie nosił maski. Był stary. Na jego twarzy wyraźnie rysowały się zmarszczki, jednak stał prosto, a tors miał równie umięśniony jak plecy – również z tej strony nie nosił na ciele żadnych oznak skażenia. Zmierzwione siwe włosy okalały jego szczupłą twarz a długa broda została związaną w dwa warkocze. -Nie licz na nic innego –odparł Zima. –Brakowało tylko ciebie. -Masz już dwa pozostałe? –mag jakby się zdziwił. -Jak zawsze –Zima był już tak blisko Niewiernego, że niemal stykali się twarzami. I wówczas padli sobie w objęcia serdecznie się przy tym śmiejąc. Ściskali się dość długo tuląc twarze do siebie, nie przeszkadzała im przy tym nawet biała maska Zimy. Wreszcie oderwali się od siebie, jednak Niewierny wciąż trzymał dłonie na ramionach Zimy. -Wybacz –powiedział. –Nie mogłem się powstrzymać, gdy znalazłem to miejsce. Zima skinął głową. -Nie było ciebie tak długo, że zacząłem szukać w okolicy jakichś przyczyn takiego opóźnienia. Pamiętałem, z której strony nadejdziesz i dziś wpadła mi w ręce pewna księga. Autor opisywał w niej jak w dawnych czasach właśnie w tej okolicy znajdowało się składowisko odpadów perinu. Ponadto będąc już w drodze do tego miejsca napotkaliśmy ognika, który potwierdził, że ciebie tutaj zastaniemy. Widzę, że nie skończyłeś jeszcze pracy, ale będzie ona musiała poczekać parę dni –Zima zatoczył wokół prawą ręką. –Teraz czas się brać do innej roboty. Mag skinął głową i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej niewielki okrągły przedmiot, jednak Zielonka był zbyt daleko aby w półmroku zobaczyć co to jest. Zima wziął go i bez oglądania wsunął w zanadrze. Gdy tylko to zrobił szczurołap poczuł jakby pchnięcie na całym ciele, delikatne, ale wyraźnie odczuwalne. -Naprawdę masz już wszystkie –stwierdził Niewierny. -Tak, dlatego musimy się spieszyć. –Zima odwrócił się w stronę Zielonki i wskazał go ręką. -Poznaj mojego przewodnika, to Zielonka, uważa, że powinniśmy cię zabić. Szczurołap nieufnie się do nich zbliżał, jednak po tych słowach stanął jak wryty, nie wiedząc jak ma się zachować. Natomiast Niewierny wybuchnął szczerym śmiechem. -Zawsze musisz wybierać takich, którym bardowie kładą bzdury do głów. Ech, gdybym tak dorwał takiego Chabra. -Jest tutaj –stwierdził Zima. –Przyznam, że słyszałem już lepsze wersje jego opowieści. Ale nie traćmy czasu. -Zima otaksował maga krytycznym spojrzeniem. -Przyodziej się jakoś, bo na pierwszy rzut oka widać, że coś jest z tobą nie w porządku. Mag nie skomentował. Wrócił pod budynek i podniósł z ziemi jakieś zawiniątko. Okazało się, że były w nim czerwona koszula z czarnymi przeszyciami, czarna przepaska na twarz, która zasłaniała jej górną połowę oraz miecz. Ten ostatni przytroczył do pasa po prawej stronie. -Zatem chodźmy –powiedział. Nie poszli tą samą drogą, którą przybyli. Zima poprowadził ich teraz inaczej, jak twierdził wybrał szybsze rozwiązanie. Nie minęło wiele czasu, gdy pogrążyli się z powrotem w żółtawym oparze mgły i musieli wyszukiwać drogi wśród podmokłych, grząskich pułapek. Zielonka miał już tego dość, a na domiar złego musiał teraz znosić towarzystwo parszywego maga. Niewierny szedł pewnie obok Zimy, z łatwością wybierał właściwe miejsca, na których stawiał nogi i ani razu nie stracił równowagi. Szczurołap zastanawiał się kim on jest i kim tak naprawdę był Zima. Nie mógł pojąć dlaczego przybysz nienawidził skażonych, a jednocześnie przyjaźnił się z magiem. Przypomniał też sobie, jak Zima stanął w obronie magów w rozmowie z Mak. Nie miało to dla niego większego sensu.
Poirytowany rozwojem wypadków nawet nie spostrzegł jak znów wrócił myślami do dawnych dni, do zdarzenia, które odmieniło całe jego życie. Nie wydarzyło się to zbyt dawno temu, trzy może cztery lata wstecz od tej chwili, nie był do końca pewien. W tamtym czasie był już ponurym młodzieńcem. Przybytek Matki nie miał dla niego żadnych tajemnic. Właściwie sam się sobie dziwił, że tak długo zajęło mu dojście do prawdy, miał bowiem wrażenie, że inne dzieci o wiele szybciej dowiadywały się jaka jest cena matczynej opieki. Zupełnie jakby z jakiegoś powodu Matka broniła go przed tą wiedzą. Jednak im więcej się dowiadywał i domyślał, tym bardziej się od niej odsuwał, z czasem zaczął jej wręcz unikać, co spowodowało, że jeszcze bardziej zżył się z Fiołek. Dziewczyna im była starsza, tym stawała się bardziej otwarta, zaczęła dogadywać się z innymi dziećmi, także tymi starszymi. Próbowała również zainteresować Zielonkę towarzystwem innych, jednak bezskutecznie. Chłopak nie lubił innych, wolał spędzać czas tylko z nią albo sam. Z czasem ze smutkiem zauważył, że również z nią różnią się coraz bardziej. Nie było między nimi tego porozumienia co kiedyś. -Rozmawiałam z Matką –powiedziała mu któregoś razu, gdy siedzieli sami. Tylko wzruszył ramionami. Od dawna już okazywał jawne lekceważenie ich dobrodziejce. -O mojej masce –dodała ciszej. To wyrwało go z odrętwienia. Gwałtownie podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy. -Jak mogła to zrobić tak szybko? -w każdym wypowiadanym słowie wyrażała się jego wściekłość. -Niczego nie zrobiła –odparła łagodnie dziewczyna. -Sama do niej poszłam. -Ty? -zapytał z niedowierzaniem. -Przecież to za wcześnie. -Na co? -spytała podnosząc głos. -Żeby samodzielnie o sobie decydować? Poza tym wiesz dobrze, że żadne z dzieci nie dostaje nowej maski przed ukończeniem szesnastu lat, więc mam jeszcze czas. Chciałam jednak, żeby już wiedziała. -Myślisz, że to twoja decyzja? -on również zaczął mówić głośniej. -To ona nami manipuluje. Jej opieka to kłamstwo, potrzebuje nas tylko do jednego. Poza tym powinnaś skonsultować ze mną tę decyzję. -Dlaczego miałabym to robić? Kim dla mnie jesteś? -Myślałem, że... -Nie wiem, co myślałeś. Nikt tego nie wie. Twoje myśli należą wyłącznie do ciebie, nie dzielisz się nimi ze mną, nie mówisz mi o tym, co czujesz. Poza tym co innego proponujesz? -Ja... -zaczął. -... nie wiem. -Ja również nie wiem. Nigdy o tym ze mną nie rozmawiałeś. Nie próbujesz niczego wymyślić. Snujesz się jedynie z kąta w kąt coraz bardziej ponury, ale nic nie robisz. Nie zamierzam czekać, aż się wreszcie obudzisz... -Odejdźmy –przerwał jej. -Po prostu stąd odejdźmy. -I co dalej? Potrafisz cokolwiek? Jesteśmy w ogóle w stanie zarobić na pozostanie na Targu? Czy może zamierzasz uciec w las do którejś z osad? Albo mieszkać samotnie? A może chcesz od razu udać się do Osady Wyrzutków? Brud pewnie przyjąłby nas z otwartymi ramionami –Zielonka uniósł wzrok i zorientował się, że Fiołek cały czas na niego patrzy. -Gdziekolwiek nie pójdziesz, czeka cię los gorszy niż tutaj. -Ale pozostać tutaj, przyjąć te reguły –Zielonka nie patrzył na nią, zabolała go prawda o nim, ale również o ich relacji, nie zdawał sobie sprawy z faktu, że tak wiele ich dzieli. -To nie jest samodzielność. To oddanie siebie w niewolę. -Więc będę niewolnicą! -wykrzyknęła i wybiegła z pokoju. Wtedy rozmawiali ze sobą ostatni raz. Kilka dni później zobaczył ją na korytarzu w nowej białej masce jeszcze bez czerwonego pocałunku na lewym policzku, ten miał się pojawić dopiero za parę lat, gdy dziewczyna osiągnie już odpowiedni wiek, ale samo wybranie koloru maski w tym domu stanowiło już przypieczętowanie jej decyzji. Długo potem płakał nie wiedząc, czy bardziej żałuje jej decyzji czy swojej bezsilności, a gdy nastała noc najciszej jak potrafił wymknął się z przybytku z postanowieniem, że cokolwiek by się nie działo, już tam więcej nie powróci.
Podczas marszu natknęli się niespodziewanie na zatopione do połowy w bagnie zwłoki w brązowej szacie. Zielonka, który został brutalnie wyrwany z własnych myśli, nie był w stanie patrzeć na nie dłużej niż kilka sekund. Zima również nie poświęcił im wiele uwagi, sięgnął jednak po miecz. Długie ostrze rozszczepione na końcu wyglądało wspaniałe wyrastając ponad jego głowę, gdy trzymał je pewnie przed sobą. Nie minęło też wiele czasu, zanim mógł z niego zrobić użytek. Najpierw usłyszeli cichy warkot, początkowo rozlegał się jedynie przed nimi, jednak szybko odkryli, że są otoczeni. Zielonka sięgnął po swój nóż, nie był jednak pewien, czy jest w stanie zrobić z niego jakikolwiek użytek. Pierwsza bestia rzuciła się na nich od frontu. Miała z półtora metra wysokości i była co najmniej równie długa. Czworonożna z długim pyskiem zastawionym kłami. Jej futro połyskiwało zielonkawo, gdy skoczyła na Zimę. Ten tylko raz machnął potężnym mieczem, a stwór zwalił się na ziemię przecięty na pół. Było ich jednak więcej. Pięć kolejnych wyłoniło się z mgły i zaczęło ostrożnie krążyć wokół nich. Zielonka instynktownie zbliżył się do Zimy i Niewiernego, którzy wzięli go w środek i czekali. Gdy kolejna bestia zdecydowała się na atak, mag wskazał leżący nieopodal głaz, który uniósł się ze świstem i pomknął w jej stronę. Bestia w pół kroku instynktownie przysiadła na łapach unikając uderzenia. Wówczas cztery kolejne zaatakowały równocześnie. Dwie pomknęły w stronę Zimy, a dwie natarły na maga. Niewierny poradził sobie dość łatwo. Zielonka patrzył zafascynowany jak unosi ten sam głaz co wcześniej a wraz z nim pięć innych i rozkazuje im
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Falvari
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…