Tate
Najpierwsiejsza poczytanka, jaką stworzyłem. Dziś wydaje mi się prosta i dziecinna, ale swego czasu...:P
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
TATE
Nazywam się Dick. Dick Manetti. Dokładniej, Dick Edward Manetti. Na co dzień Dick. Nie wiem co kierowało moimi rodzicami gdy wybierali dla mnie to imię. Może jakieś specyficzne poczucie humoru. Może chęć zemsty, pomszczenia faktu że w ogóle zostałem poczęty. I że się urodziłem. Jeśli to pierwsze, to wcale mnie to nie śmieszyło. Jeśli to drugie, to z czasem nawet zacząłem ich trochę rozumieć. Mieszkaliśmy w Heaven, na południu Tennessee. Często się zastanawiałem, czy w nadaniu miastu - miastu, ha! - tej nazwy również uczestniczyli moi starzy. Ma w sobie wszakże ten sytuacyjny humor, tak dla nich charakterystyczny. I życiowy dramatyzm. Heaven było bowiem piekłem na ziemi, piekłem nudy, beznadziei, braku celu, niechcenia, i z niebem nie miało nic wspólnego. Może tylko to że przez większą część roku niebo było tu bezchmurne i błękitne. A więc nazywam się Dick. Rodzice często mówili mi - to znaczy mówili prawie za każdym razem kiedy byli trzeźwi - że nie przypuszczali. Że nie podejrzewali. Że czasy i ludzie tak się zmienią, zchamią, a dzieci staną się płytkie i okrutne w swoich żartach. I że mnie to osobiście dotknie. Ale ja im nie wierzyłem, obstawiałem moją teorię. Fakt, dzieciaki z podwórka nie były znowu aż tak okrutne. Śmiały się, pewnie, nabijały, układały rymowanki. Ale w gruncie rzeczy były kumplami. Trudno żeby nie byli, skoro wszystkiego razem było nas w tej mieścinie nie więcej niż dwa tuziny. A jednak czułem się samotny, niechciany. Dlatego sprawiłem sobie psa. Znalazłem go na wysypisku. Pałętał się po nim jak by złota szukał. No i pewnie coś tam znalazł, ale przede wszystkim, to ja jego znalazłem. Szczeniaka z wielkimi łapami. Przez parę dni byliśmy na podwórku atrakcją. Nowością, kimś fajnym. Trochę mnie to raziło, takie nagłe zainteresowanie, ale też, trzeba przyznać, łechtało mile pyszną część mojej natury. Jeśli tylko się pojawiliśmy, nie odstępowano nas ani na chwilę. Głownie psiaka, ale ja jako jego pan też byłem ważny. Dzieciaki tak go głaskały i pieściły jakby każde z nich chciało go tylko dla siebie. Ale on już wybrał mnie. Widziałem to w jego oczach. Trochę było problemów z wymyśleniem mu imienia. Wszyscy chcieli żeby nazywał się Chester. Jak połowa psów w Stanach albo i na całym świecie. Boże, jak można nazwać psa Chester? Jak to w ogóle brzmi? Jak nazwa sera. Southern Chester wędzony. Intensywny, gorzkawy smak, barwa cytrynki. Tylko w Wallmart. Po paru dniach gorących dyskusji to w końcu ja postanowiłem nadać mu imię: Dogmund.* Po prostu. Rodzice nie mieli nic przeciwko. To byli równi goście, w porządku. Tylko że wiecznie naprani, albo ujarani. Wieczni hipisi. Zostaną nimi aż po grób. Pewnie się cieszyli że sobie takiego psiaka znalazłem i że mam zajęcie, kogoś bliskiego nawet. I że mogli więcej czasu poświęcić sobie i swoim rozrywkom. Po tym jak się urodziłem mama nie mogła już ponownie zajść w ciążę. Miało to jakiś związek z tym jej piciem. Tak więc mogli poświęcać sobie jeszcze więcej czasu, i to bez obaw o nowe kłopoty i przykre niespodzianki. Ale Dogmund mi to mi to wynagradza, był najlepszym kumplem. Całymi dniami włóczyliśmy się we dwóch po okolicy, potem razem jedliśmy kolację i razem spaliśmy. Do następnego ranka, a wtedy znów cały dzień należał do nas. Dbałem o niego jak o młodszego brata, którego z oczywistych względów nie mogłem mieć. A szkoda, ciekawe jak jego rodzice by nazwali. Dlatego bardzo przeżyłem stratę Dogmunda. Tak, niestety. To już był szósty, czy raczej siódmy rok jak byliśmy razem. Biedny stary Dogmund zapadł na jakieś nieuleczalne, piekielne choróbsko. Trzeba go było uśpić. Oszczędziło mu to cierpienia, ale czy mogło wtedy pocieszyć takiego dzieciaka jak ja? No, na pewno troszeczkę mogło, ale myślałem o tym zdarzeniu tak egoistycznie; chciałem jak najdłużej zatrzymać go przy sobie, mojego najlepszego przyjaciela, nie myśląc przy tym o cierpieniu i bólu, jakie niechybnie by go wtedy czekały. Na szczęście, jeśli można tak powiedzieć, dostał ten zastrzyk i usnął. Bez bólu. Na zawsze. Łzy płynęły mi z oczu odkąd w ogóle zbliżyliśmy się do gabinetu weterynarza. Niosłem Dogmunda na rękach, a matka trzymała mi dłoń na ramieniu. Byłem jej za to niepomiernie wdzięczny. Tak rzadko mnie dotykała. Tego dnia, ani poprzedniego, nie wypiła ani kropelki. Ani przez dobry tydzień potem. Potem znowu zaczęła, ale już z opamiętaniem. Przez długi czas nie widziałem jej choćby wstawionej. Wracając jednak do rzeczy. Łzy płynęły cały czas, coraz silniej, a kiedy wreszcie Dogmund zamknął oczy, a podpalane futerko znieruchomiało, rozryczałem się jak bóbr. Darłem się w wymachiwałem rękami. Musiałem wyglądać naprawdę tragicznie, bo weterynarz odmówił wzięcia należności za zabieg. Niech go pani zabierze na lody, powiedział, czy w jakieś takie miejsce. Ale ja nie chciałem iść na lody, ani na ciastka, nigdzie nie chciałem iść i nikogo oglądać. Poszliśmy do domu, a ojciec pomógł mi zakopać mojego przyjaciela w ogródku. Nawet on tego dnia nie pił. Nigdy mu tego nie zapomniałem. On i matka zachowywali się tego dnia wzorowo; już zresztą mówiłem, że to byli równi goście. Tylko że pili. A nawet mieli za co, bo tata, dość starszy od mamy, był na rencie. Pracował przy projektowaniu i budowie mostów i wysokich budynków, więc rentę miał niezłą. Przeszedł na nią po jakimś tam wypadku. Coś mu w krzyżu strzeliło i już nie mógł pracować. Przez następnie tygodnie płakałem. Trzy jak nic. I znowu poczułem się samotny, niechciany. Tym bardziej, że po tych kilku latach wyrośliśmy z dzieci, i nagle zaczęliśmy zwracać uwagę na rzeczy dotąd nieistotne. Zdarzały się jakieś dziwne konflikty, głupie, o to na przykład kto może stać na chodniku bliżej jakiejś dziewczyny. Czas kogucików. Wyrosły między nami jakieś dziwne mury. Patrzyliśmy teraz po sobie inaczej, z dziwną uwagą, a przynajmniej oni patrzyli. Mnie się to nie podobało, nie chciałem w to wchodzić. Pewnie to był kolejny powód, dla którego byłem odmieńcem. Nie zmieniłem się w kogucika. Tylko z Jam, niewysoką blondynką, można było porozmawiać bez stresu, taksujących spojrzeń i krytycznych uwag. Była jakby ponad to. Była Przyjaciółką, a reszta była ledwie Znajomymi, z którymi czasem można się było spotkać, nawet pośmiać, ale nigdy zaufać. Ale Jam nie była przecież moja. Nie była moja na własność, jak rzecz. Szanowałem to, nie chciałem się narzucać. Dni mijały. Przechodziły w tygodnie. Życie wlokło się po staremu, a ja czułem się coraz bardziej samotny i niechciany. Do czasu aż pojawił się Tate. * * *
Nie wiem skąd przyszedł. Nigdy o tym nie mówił, a ja odniosłem wrażenie, że sprawiło by mu to przykrość. Może miał jakąś niemiłą tajemnicę, złą przeszłość, dom gorszy niż mój. W każdym razie szybko okazało się, że mamy wiele wspólnego. Był bardzo podobny do mnie. Wnet się dogadaliśmy. Tate to nie było jego prawdziwe imię. Nazwał się tak po jakimś superbohaterze, twardzielu, czy też aktorze który go grał. Bo Tate był twardzielem. Nie wahał się i zawsze wiedział co zrobić czy powiedzieć. Nie przejmował się skrupułami, nie ustępował. Ale nigdy nie wyjawił mi swego prawdziwego imienia. Szybko staliśmy się przyjaciółmi. Ale tylko my dwaj: Tate nie pokazywał się nikomu innemu. Zabawne, ale nie mogę sobie przypomnieć, jak wyglądał. Przychodził zawsze kiedy byłem sam: na dworze, gdy nikt nas nie widział, potem zaczął też przychodzić do mojego pokoju, ale nigdy nie wchodził frontowymi drzwiami, tylko przez okno. Jeśli chciałem, wystarczyło bym schował się za jaki parkan czy między drzewa, i wiedziałem, że zaraz się zjawi. Przyjaciel. Dzięki niemu się zmieniłem. Zrozumiałem, że nie muszę być dziwakiem, z którego inni by się śmiali, żadnym chłopcem do bicia. Że nie muszę być zawsze z boku, odepchnięty. Uświadomił mi, że mam w sobie siłę i możliwości, których dotąd nie znałem, i że mogę, a nawet powinienem ich użyć. Mogę się bronić. Muszę, bo inaczej całe życie będę przegrywał, a inni będą mnie popychać. Ojciec często powtarzał, że mam słaby charakter. Ale teraz to się skończyło. Dużo myślałem i doszedłem do wniosku, że Tate miał rację. Nadszedł czas by narodzić się na nowo. Nadszedł czas, by skończyć z cichym, potulnym Dickiem, i zastąpić go kimś innym, kto będzie umiał walczyć o swoje. Wkrótce nadarzyła się ku temu pierwsza prawdziwa okazja.
* * *
Był słoneczny dzień, tuż przed południem. Ja i Tate siedzieliśmy w pobliskim lesie, w cieniu drzew; przed nami teren opadał w dół ku strumykowi i patrzyliśmy na płynącą wodę. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Wiatr szeleścił w koronach drzew i było upalnie. I wtedy pojawili się oni. Spokój zniknął, zrobiło się głośno i jakby duszno. Banda znajomych dzieciaków, głupków których nie lubiłem, a…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcinos83
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…