Telenirwana
Bo dziś jest dzień maratonu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kreda poruszała się wolno w prawo i lewo, w górę i w dół. Bezustannie wędrowała z jednego końca tablicy na drugi, zostawiając po sobie długie, białe ślady. Koniuszki palców nauczyciela pobielały od mocnego uścisku. Cichy zgrzyt rozchodził się po klasie. Oczy Henry’ego uważnie śledziły monotonne ruchy błądzącej po tablicy ręki. Północ, południe, wschód, zachód, kreda ruchem jednostajnym przemieszczała się we wszystkich kierunkach świata. Kwantyfi. Henry odczekał, aż wyraz zostanie dokończony. Kacja. Chwycił za długopis i zapisał w bieli swojego zeszytu. Kwantyfikacja. Co to w ogóle jest? Od początku lekcji nie słuchał, co bredził ten facet w wykrochmalonej koszuli i śmiesznym niebieskim krawaciku. Kiedy usiadł w ławce wyłączył głos. Jak to dobrze, nie docierały do niego żadne dźwięki. Jego myśli krążyły teraz tylko wokół jednego tematu. Co puszczą na Discovery, kiedy wróci do domu? Chociaż, tym razem mógłby obejrzeć coś innego. BBC, albo przyjemniej, MTV, nie trzeba analizować tak wielu faktów. Postanowił, że zadośćuczyni sobie wszystkie stracone, bezsensowne minuty tego dnia. Każdy ruch kredy. Dziś jest dzień maratonu. Prawo, lewo, wschód, zachód, kreda płynęła po tablicy przy wyjątkowo korzystnym wietrze. Wzory i dziwne, nic nie znaczące znaczki pojawiały się w zastraszającym tempie, co chwila zastępowane przez nowe, jeszcze dziwniesze. „Śmieci”- myślał Henry, na przemian z „Nic nie trzeba analizować. Podają mi papkę. Jestem taki głodny”. Zgrzyt za zgrzytem, znaczek po znaczku, minuty znikały, by zastępowały je inne. Czterdzieści pięć minut. Tysiące znaczków. Zgrzyt za zgrzytem. Wykrochmalona koszula i krawiacik oderwały się od tablicy, kreda przestała poruszać się jednostajnie, znaczki stanęły. Wykrochmalone oczy spojrzały na tarczę zegara, wiszącego nad klasą, a oczy Henry’ego podążyły za nimi. Wskazówki krzyczały wyraźnie: piętnasta trzydzieści. Kreda wylądowała na swoim pierwotnym miejscu, nie poruszana żadnym wiatrem. Rozległ się ostry odgłos dzwonka i wszyscy zaczęli powoli wstawać ze swoich miejsc. Henry rozejrzał się nieprzytomnie dookoła, a potem włączył dźwięk i uśmiechnął się. Uśmiech ten towarzyszył mu, kiedy pakował zeszyty (śmieci) do plecaka, kiedy wychodził, kiedy zmieniał kanał(BBC czy Discovery?). Towarzyszył mu, kiedy przechodził przez szkolną bramę i kiedy wyczuł w prawej ręce lekkie swędzenie. Uśmiechał się, to piątek, to już. Bo dziś jest dzień maratonu.
***
Henry szedł ulicą, stawiając ostrożnie kroki. Kołysał się w prawo i w lewo, jak kreda poruszana przy tablicy wiatrem intelektu. Jego napędzało co innego, był jak osioł, idący za marchewką. Oni mają papkę. Papka jest pożywna. Ja jestem głodny. Skręcił w jakąś uliczkę, kierowany raczej instynktem, niż wiedzą. Nikomu nie potrafiłby wyłożyć jasno drogi do swojego domu. Nie lubił tak skomplikowanych rzeczy. Tylko to, co podają prosto, na tacy. A jeśli ci się nie podoba, przycisz, zmień kanał, albo po prostu wyłącz ten cholerny telewizor! Idealna prostota. Poczuł znowu swędzenie w prawej dłoni. Zacisnął ją, rozluźnił, i tak kilka razy. To zawsze pomagało mu ukoić nerwy, uspokoić się, dopóki nie stanie w obliczu najpiękniejszego, najlepszego, najnajnajskuteczniejszego środka przeciwbólowego. Na jego twarzy rozlał się błogi uśmiech. Piątek. Długi weekend. Tyle wspaniałych godzin, kiedy ukoi swędzenie ręki, tyle zadośćuczynionych minut, minuta za minutą, za każdy zgrzyt, za każdy wzór. Miejsce śmieci nie jest w jego głowie, tam jest jedynie rozkosz. Szedł jeszcze kilka minut, potem instynkt kazał mu skręcić w lewo. Znalazł się na małym, dusznym podwórku. Był już blisko, był u kresu wędrówki. Nie zakłóci tego żaden zgrzyt, żaden wzór, krochmal i krawat. Już za chwilę, za chwilkę, już niedaleko. Henry zaczął przyspieszać. Jego stopy wykonywały coraz bardziej zamaszyste ruchy, aż w końcu zaczął biec. Swędzenie nasiliło się. Jeszcze moment... Dopadł odrapanych z zielonej farby drzwi i nerwowo zaczął szukać kluczy. Jego palce drżały z niecierpliwości. Jedna, druga kieszeń. No dalej, szybciej. W końcu natrafił na pęk metalowych drobiazgów. Wyciągnął je przed siebie i z niemałą satysfakcją przekręcił jeden z nich w zamku. Coś kliknęło, zapadka odskoczyła, mechanizmy poruszyły się. Drzwi były otwarte. Droga do wolności stała przed nim otworem. Jego prywatny Olimp, jego niebo, jego Eldorado. Pchnął lekko odrapane drewno, zrobił parę niepewnych kroków i już był na miejscu.
***
Dom był pusty- jak zwykle nie było w nim nikogo. Pustka patrzyła na Henry’ego z każdego pokoju, z kuchni, łazienki, małego balkoniku, z każdego mebla, była w każdym najmniejszym przedmiocie, śmiała się i wyła. Nie było jej tylko w jednym miejscu. Henry myślał o nim i od razu zrobiło mu się cieplej(prawa ręka i prawe swędzenie). Rozebrał się, zdjął ciężki plecak i odrzucił go w kąt. Na stole w salonie leżała wygnieciona kartka.
Henry
Jak mówiłam, jesteśmy w Utah. Wrócimy w środę. Masz wszystko w lodówce, gdyby nie starczyło, wiesz, gdzie są pieniądze. Nie oglądaj za dużo telewizji.
Rodzice
Henry zaśmiał się cicho, czytając ostatnie zdanie. Cóż obchodziły go nakazy z wygniecionego kawałka papieru. Kilka kroków i był w swoim pokoju. Zatrzymał się na chwilę w progu, by podziwiać jasność, okazałość, szlachetność, które promieniowały z wnętrza. Był już u kresu wędrówki. Tu kończyła się rzeczywistość, a zaczynał się jego prywatny raj. Tu kończył się krochmal, krawiacik i wzory, a zaczynało się niebo. Tu kończyła się ziemia, tu zaczynał się kosmos. „Kosmos, kosmos, tu jest tak ciepło i dobrze”- myślał Henry, zamykając drzwi. Teraz już tylko kilka prostych czynności. Zmiótł wszystkie śmieci sprzed swojego ołtarza, umył biurko, strzepnął wszelkie kurze w pobliżu. Zupełne oczyszczenie duszy i ciała. Chwycił w jedną rękę specjalnie przygotowane wcześniej krzesło, w drugą kątomierz. A potem wymierzył dokładnie- linia pomiędzy przednimi drewnianymi nóżkami krzesła prostopadła do ołtarza, krawędzie oparcia w położeniu dziewięćdziesiąt stopni do jego boków. Perfekcyjna precyzja. Wszystko było gotowe. Znów poczuł swędzenie w prawej dłoni, ale teraz miał już swój najnajnajskuteczniejszy środek przeciwbólowy. Odetchnął głęboko i z wielkim namaszczeniem chwycił do ręki pilota. Poczuł błogie ciepło, rozchodzące się po ciele, od nadgarstków, przez łokcie i ramiona, pomiędzy brzuchem a nogami, na końcu zaś na policzkach. Szczęście łaskotało go łagodnie, najnajnajłagodniej. Po chwili radosnego odrętwienia, postąpił krok do przodu, zgiął lekko kolana- i oto był już na miejscu. Siedział z pilotem w ręku naprzeciwko Tworu Doskonałego, Bytu Wyższego, naprzeciwko kosmosu, drogi mlecznej i nieba. Spoglądał zuchwale w twarz perfekcji, najwspanialszemu ze wszystkich bogów, Telebogowi, Telemiłości, Teleideałowi, Teleczystości. To było tak kojące, tak spokojne i tak kosmiczne. W powietrzu unosił się zapach, ten piękny zapach, nie do określenia(ale Henry wiedział, tak wonie doskonałość). Już tylko jedno do uczynienia. Ręka Henry’ego wolno zaczęła unosić się do góry. Palce niecierpliwie gładziły czarny plastik pilota (rękojeść tego miecza). Palec wskazujący drżał lekko, gdy przesuwał się w upragnionym kierunku, ku nieodgadnionej światłości. W końcu natrafił na okrągły, czerwony guzik. Zatrzymał się nad nim chwilę, która zdawała się być całą wiecznością, a potem zdecydowanie, z niebywałą precyzją zanurkował w dół i włączył Teleboga. Oto przed Henrym otwierało się niebo.
***
Oczy Henry’ego były zafascynowane. Wspaniałości na ekranie nie miały końca. Kolorowe obrazki zmieniały się, jak w kalejdoskopie, jak w szalonym, promienistym tańcu. Postacie wirowały. Bezkres barw, nieskończenie wiele ruchomych elementów, oślepiająca jasność- wszystko to sprawiało, że oczy Henry’ego nie pozwalały opaść powiekom. Zaczynały już odczuwać zmęczenie, przywdziały małe czerwone żyłki, wypuściły kilka niechcianych, koniecznych łez. Nie potrafiły jednak przestać. Zaprzestanie oglądania oznaczałoby zaprzestanie istnienia. Uszy Henry’ego uważnie wsłuchiwały się w każde słowo, wypowiadane przez Teleboga. Jego głos był delikatny, łagodny, kojący, uśmierzał ból, niszczył cierpienie i dawał życie. Jakże wspaniałe były dźwięki, wydobywające się z samego środka doskonałości! Żadnego zgrzytu, ani wędrującej po tablicy kredy- tylko rozkosz i uwielbienie. Głośniki obok ekranu emanowały miłością. Uszy Henry’ego czuły tę miłość i przyjmowały ją z pokorą. Telebóg przemawiał- on nakazywał. Jego nakazy były świętością. Uszy wiedziały, że według nich należy regulować życie. Usta Henry’ego czuły na sobie prawdę. Dotykała je, głaskała i pieściła. Zostawiała po sobie ślady- pyszne, pachnące ślady Telełaski. Usta oblizywały się, aby poczuć językiem wszystkie te wspaniałości(ich smak, ambrozja, nektar). Palce prawej ręki Henry’ego ściskały gorączkowo pilota. Palce lewej ręki Henry’ego zupełnie zesztywniały. Nos Henry’ego wdychał Teledoskonałość. Zegar na biurku wskazywał północ.
***
Henry przełknął ślinę, a jego oczy zboczyły z kursu perfekcji i trafiły na jasną tarczę zegara w kształcie słońca(ciocia, uśmiech, ósme urodziny). Wskazówki mówiły wyraźnie. Szósta rano. Henry’emu właściwie nie chciało się spać, mimo, że przez jego uszy przepływały ciche, monotonne dźwięki, wydobywające się z głośników telewizora, a w pokoju panował półmrok. Za to jego gardło domagało się płynu. Stanowczo domagało się płynu. Przełknął ślinę po raz drugi. Sucho, tak strasznie sucho. Chciał wstać, tylko na chwilkę, na jedną, malutką, chwilkę, nalać sobie wody i szybko wrócić na miejsce. Po prostu. Ale Telebóg nie pozwalał. Stanowczym głosem nakazywał zostać. W jego tonie pobrzmiewały pretensje- jak Henry mógł choćby pomyśleć o takiej rzeczy? Czyż piksele, tańczące na ekranie, kąt między krzesłem a ołtarzem i dotyk prawdy nie są jedynym, czego potrzeba do szczęścia? Henry zrozumiał to już dawno- nie ma jedzenia, picia, nie ma potrzeb i uczuć, bo wszystko poza Teleświatem to tylko iluzja. Zero kredy, krochmalu i tych głupich stworzonek, tych robotów w szkolnych ławkach. Oni nic nie rozumieją, on osiąga doskonałość i zbliża się do Boga. Jedynego, szłusznego, mieszkającego w eterze. Tańczącego z pikselami. Wykrzykującego prawdę i wirującego. Poza nim nie istnieje nic. Przełknął ślinę po raz trzeci, a jego palec zgrabnie powędrował nad przycisk „next”. Pstryk. „Jak to jest robione?”. Henry ożywił się nieco i skupił całą uwagę na programie, lecącym na Discovery. W tym odcinku pokazywali skrzypce. Jakie to wspaniałe, od początku, do końca, to gładkie drewno, idealnie rzeźbione otwory, naciągnięte do granic wytrzymałości struny, harmonia dźwięku. Uszy Henry’ego wyłapywały każdy szczegół. Wsłuchiwały się w proroczy głos lektora, był tak przejrzysty, tak klarowny, bez skazy, czystość, czystość, ta czystość. Najpierw lutnik wycina klonową deseczkę, którą rozszczepia na pół, aby ukazać słoje w lustrzanym odbiciu. Po stopieniu płatków kleju, otrzymanego ze zwierzęcej skóry, dwie części zostają sklejone( Lutnicy używają wyłącznie kleju, nigdy gwoździ, czy wkrętów). Te dwa kawałki utworzą spodnią płytę pudła rezonansowego. Po czterech godzinach klej trzyma na tyle dobrze, że można już zdjąć zaciski. Zdjąć zaciski. Zaciski. Zaciski. Mózg Henry’ego powoli analizował słowa, które przekazywały mu Uszy. To tak wspaniałe, tak harmonijne. Oczy Henry’ego wędrowały po ekranie, uważnie obserwując, jak sprawne ręce lutnika z niczego tworzą skrzypce, wspaniałość, doskonałość, zjednoczenie. Minuty mijały. Za pomocą specjalnego rozwiertaka lutnik dopasowuje otwory do palizandrowych kołków, na które zostaną nawinięte struny. Henry skrzywił się. Palizandrowe kołki. To brzmi zbyt zawile. Zbyt wiele do analizowania. A przecież to prostota jest harmonią i szczęściem. Palce natychmiast odszukały właściwy przycisk. Pstryk. Moja słodka szestnastka. Kuszący, kolorowy napis, ociekający różem i fioletem zatańczył wesoło na ekranie. Korona i cekiny. Wspaniała, kiczowata melodyjka, pieszcząca uszy. Łagodne fale, łagodny ruch kamery, łagodne, jasne, roześmiane twarze. Wszystko łagodne. Podane na tacy, podano do stołu. Henry był taki głodny. Kilkanaście minut bez mrugnięcia okiem. Potem program się skończył. Palce znów nie szukały długo. Pstryk. BBC. Uśmiechnięty facet w okularach mówiący, brzęczący, rzęszący, opowiadający o rzeczach dalekich, odległych, spoza teleświata. Choć rzęszenie mile łaskotało Uszy, rzeczy te były złe i dalekie od ideału. Henry nie potrafił tego znieść. Pstryk. Fox. Hell’s Kitchen. Jakiś wariat w białym fartuchu, znęcający się nad ludźmi, wszystko w oparach kuchennych, w rybach, mięsach i czerwonym winie. Pysznie. Usta Henry’ego wykrzywiły się w uśmiechu. To takie piękne, brutalne. Przemoc, przemoc, więcej przemocy. Jeszcze przez chwilę Usta trwały w błogości, a Uszy wsłuchiwały się w obelgi białego fartucha. Przeklinać, gnoić, niszczyć. To takie doskonałe. Potem zniecierpliwione palce zaczęły szukać bardziej brutalnych scen. Pstryk. HBO. Tu Henry zawsze znajdował coś…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Nightwishka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…