Wróć do katalogu

THE INSTANTSTORY cz.1

Dlaczego papieros kończy się tak szybko? Sięgam po następnego. Zapalam. Wszystko zaczyna się od nowa. Zyskuję kolejne dwie minuty. Czasu coraz mniej.

irion, opublikowano , 29 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"To tylko kofeina."

Dwa przedsionki i dwie komory. Dzień i noc pompują tlen.

Moje serce zamknięte jest w delikatnej, stalowej karoserii. Ono bije do twych drzwi - - echo klatki schodowej - labiryntu coraz wyższych uczuć.

Szybko, wciąż szybciej. Przejeżdża na czerwonym świetle, wspina się coraz wyżej, ucieka coraz dalej.

Tracę przytomność. Mózg potrzebuje tlenu. Powiedz mi. Jak mam żyć bez serca?

I

"Uwaga, drzwi zamykają się!"

Długo zastanawiałeś się nad tym, czy to zrobić. Ulica rozświetlona była blaskiem latarń, ludzie szli gdzieś w pośpiechu. Było zimno, bo to przecież koniec listopada a wiatr był silny. Wszedłeś do tego domu jednym z wielu wejść. Szara, betonowa skała, taka jakich wiele wznosi się w tym mieście. Niezmienny, niezachwiany cud nowoczesności. Jesteśmy z niego dumni, doskonale funkcjonuje, ale pewnie już to wiesz. Precyzyjna maszyna do mieszkania. Nie ma już świata, który ją stworzył, a ludzie którzy ją zaprojektowali i zbudowali albo nie żyją, albo kłamią na swój temat przed kamerami w studiach telewizyjnych. Ale ten dom jest niczym niezniszczalny dowód, pomnik minionych lat. I kłuje w oczy wycieczki zagranicznych turystów. Nie wszystko jednak musi być piękne, prawda? Liczy się coś więcej. To takie proste powiedzieć – kocham. Jednej osobie mówi się to tak naprawdę tylko raz. Wszyscy na to czekamy. Co się dzieje później już nas nie obchodzi. A przecież jest jeszcze tyle do powiedzenia! No więc które to było piętro? Ostatnie? Zabrzęczał interkom. Ucichł zewnętrzny świat. Utopił się w echu kroków.

Winda zatrzymała się z gracją.

Zamknęły się drzwi. Jak wyobrażałeś sobie, że to będzie wyglądało? Bałeś się, wiem o tym. To nic złego, każdy by się bał. Niektórzy płaczą ale ty nie chciałeś płakać. Od takiej wysokości aż się kręci w głowie! Kawa rozpuszczalna w McDonaldzie jest bardzo dobra i niewiele kosztuje ale szybko stygnie w naszym zimnym klimacie. Wszystko tutaj szybko stygnie.

* * *

Palę papierosa, jednego za drugim, bo czuję w sobie jakieś niewytłumaczone ciśnienie. Ciśnienie przeznaczenia, które pcha mnie przed siebie, niszcząc to, co zostawiam za sobą. Wciąż uciekam. Ten tlący się płomień jest chwilą ciszy, wytchnienia. Spakowany w białą bibułkę chemiczny spokój, opatrzony ostrzeżeniem – śmierć w zasięgu ręki. Śmierć w promocji. Nieubłaganie kończy się, jak ulubiona piosenka w radiu. Cisza. Ostatni raz. Dlaczego papieros kończy się tak szybko? Sięgam po następnego. Zapalam. Wszystko zaczyna się od nowa. Zyskuję kolejne dwie minuty. Czasu coraz mniej.

Wciągnąłem w płuca głęboki haust suchego powietrza. To się działo naprawdę, czy może to tylko znów przewidzenia? Usłyszałem ponad sobą zgrzyt i oślepił mnie błysk jaskrawego światła. Przez chwilę mrużyłem oczy, próbując przyzwyczaić się do jego ostrości. Jarzeniówki, jedna po drugiej błyskały nad moją głową z charakterystycznym dźwiękiem, przypominającym szelest skrzydeł egzotycznego owada. Słyszałem swój niespokojny oddech, odbity echem od ścian i czułem jak serce wyrywa się z piersi. Wciąż nie mogłem dostrzec miejsca, w którym się znalazłem. „Wszystko będzie dobrze!” – powtarzałem w myślach bez przerwy. Pod lepkimi palcami dłoni, którą oparłem o ścianę, wyczułem śliską, zimną powierzchnię płytek ceramicznych. Co się stało? Korytarz, który ukazał się moim oczom, ciągnął się jeszcze kilkanaście metrów, po czym znikał za zakrętem, podświetlony białym blaskiem jarzeniówek, zainstalowanych w podwieszanym suficie. Ich dźwięk, to charakterystyczne owadzie buczenie, uspokoił mnie trochę. Zawsze tak na mnie działa. Może dlatego, że przyszedłem na świat nocą? Przywitał mnie na nim świetlówkowy śpiew, tak jak teraz tutaj. Podobno nie chciałem płakać. Jak byłem mały myślałem, że tam zamknięty jest robaczek świętojański, w tej rurze, wypełnionej gazem (co to jest za gaz?). Na posadzce przede mną tlił się jeszcze zgaszony przed chwilą papieros. Czułem jego smak w suchych ustach, ruszając przed siebie na chwiejnych, zmęczonych nogach. Pot spływał mi po twarzy. Wszystko, od podłogi aż po sufit zdawało się atakować mnie swoją przybrudzoną bielą. Ściany wyłożone tymi cholernymi kafelkami, podłoga z nieśmiertelnego lastrico uciekała spod nóg. Sufit rozpływał się, przecinany świetlistymi plamami lamp. Byłem zdenerwowany tym, że korytarz ciągnął się i ciągnął, zakręcając lub rozwidlając się. W nieskończoność. Myśli zagłuszało echo kroków i zmęczonego oddechu. Zdawało mi się wciąż, że ktoś mnie goni więc oglądałem się za siebie w strachu, ale słyszałem tylko siebie samego. Nikogo nie było wokół mnie na ty korytarzu. A może ktoś tam był, lecz ukrywał się za zakrętami? Przyglądał mi się z oddali? Szedłem więc coraz szybciej a serce biło coraz mocniej. Męczyła mnie suchość w gardle. Bałem się. Każdy by się bał.

W końcu utonąłem w bezkresie tego domu. Zgubiłem się w plątaninie schodów w górę i w dół. Gdy biegłem przed siebie, echo uderzało mi w głowie, niczym młot pneumatyczny. Odebrało mi zmysły. I tylko jedna jeszcze myśl, niczym deska ratunkowa, wciąż kołatała mi w głowie. Nieznośnie. Do przodu. Przed siebie, byle jak najdalej stąd! Tylko gdzie? Ten budynek połknął mnie przecież i teraz trawi w swoich betonowych jelitach. Nikt mnie tu nie znajdzie. Potykam się i upadam na zimną podłogę. To już koniec. Jak zamknę oczy, wszystko zniknie. Tak jak zawsze. To nie było dobre wejście. Zamknę oczy i jak je otworzę, zacznę od nowa... Tym razem pójdzie mi lepiej.

"Cisza nocna."

– Nic się panu nie stało? – zapiszczał tuż przy moim uchu wysoki głos. Obejrzałem się. Pochylała się nade mną szczupła, młoda kobieta w eleganckiej garsonce i spódniczce odsłaniającej zgrabne nogi. Na jej kościstej twarzy, otoczonej modnie podciętymi włosami w kolorze blond, malował się miły uśmiech. Nie była bardzo ładna ale miała duże, błękitne oczy i podkreślający je ostry makijaż. A także soczyste, krwistoczerwone, pełne wargi. Stała przez chwilę, wciąż uśmiechając się do mnie tymi wargami, podczas gdy ja siedziałem na posadzce, oparty o ścianę i patrzyłem na nią bez słowa. Wyciągnęła do mnie rękę, chcąc pomóc mi wstać i czekała aż ją chwycę, lecz ja nie poruszałem się. – Nie wygląda pan najlepiej. – odezwała się po chwili, wciąż się uśmiechając. Słowa wymawiała powoli i bardzo starannie. – Nazywam się Iwona Trybun, jestem pracownikiem administracji, może mogłabym w czymś pomóc? Przytaknąłem w milczeniu. – W czym mogę panu pomóc? – Powtórzyła po chwili, trzymając wciąż rękę wyciągniętą w moją stronę. – Jestem bardzo spragniony – odpowiedziałem ochrypniętym głosem – chciałbym napić się coli. Pomyślałem, że coś dziwnego jest w tym banalnym napoju, skoro przychodzi na myśl za każdym razem, gdy odczuwa się przemożne pragnienie. Coca-cola, to jest to! – Coli to dzisiaj pan nie kupi. – powiedziała. – Dlaczego? – zapytałem szybko. – Trochę za późno na zakupy, supermarket jest już zamknięty. Kiwnąłem głową, na znak, że rozumiem. – Czy jeszcze czymś mogę panu pomóc? – kobieta nie dawała za wygraną, wciąż uśmiechając się z wyciągniętą ręką w moim kierunku. – Chciałbym napić się czegokolwiek. Zwykłej wody. Jestem spragniony. – Jeśli potrzebuje pan wody, zaprowadzę pana do łazienki. – wesoło zaproponowała – To niedaleko. Pan tutaj mieszka? – Ja? – zapytałem głupio. Ona jednak nie czekała na moją odpowiedź. Niespodziewanie szybko rzuciła się w moją stronę. Pochyliła się nade mną, pokazując dekolt i zanurzyła swoje szczupłe dłonie w kieszeniach moich spodni. Pachniała tanimi perfumami. Poczułem jej zwinne palce, jak sprawnie obmacują mnie w okolicy krocza, ale zanim zdążyłem zareagować, wyciągnęła z mojej lewej kieszeni portfel i szybko przejrzała jego zawartość. Spojrzała na mnie ponownie, tym razem już bez cienia uśmiechu, jakby próbując odczytać coś z mojej twarzy i zimnym, służbowym tonem powiedziała: – Z przyjemnością pana zaprowadzę.

Chwyciła mnie bez uprzedzenia, równie niespodziewanie, jak przed chwilą, gdy nachyliła się, by wyjąć portfel i podniosła zdecydowanym szarpnięciem. Prawie wyrwała mi ramię. Miała w sobie niespodziewanie dużo siły i mocny, żelazny uścisk dłoni. Ruszyła szybkim krokiem, jej szpilki dudniły, uderzając o posadzkę i niemiłosiernie raniąc moje uszy. Starałem się utrzymać jej tempo, zmuszony tym, że przez cały czas trzymała moja dłoń. Próbowałem też zapamiętać drogę, jaką przemierzaliśmy, ale było to niemożliwe, gdyż przez większość tej trasy wszystkie korytarze były do siebie bliźniaczo podobne, wyłożone białymi kafelkami i oświetlone intensywnym światłem. Co kilkanaście metrów trafiały się drzwi, oznaczone niewyobrażalnie dużym numerem. Iwona rzucała co chwilę, nie patrząc na mnie, zdawkowe komentarze na temat domu. O jego powierzchni, ilości pięter i mieszkań, o centrum handlowym, mieszczącym się w środku, a także o stacji metra znajdującej się w części podziemnej. Znaleźliśmy się teraz pomiędzy przeszklonymi pawilonami, domyśliłem się, że była to właśnie część handlowa, o której wspominała, jednak wszystkie rzeczywiście były już zamknięte. Zrobiło się tutaj trochę bardziej elegancko, wypastowana podłoga lśniła w blasku sztucznego oświetlenia. – Musimy przejść przez centrum handlowe. Pański apartament znajduje się w zachodnim skrzydle. – wyjaśniła sucho – Jak to możliwe, że w takim stanie udało się panu zajść aż tak daleko? Nie wiedziałem, czy oczekuje odpowiedzi. Doszedłem do wniosku, że raczej była to głośno wypowiedziana myśl, gdyż nadal patrzyła przed siebie i tylko ciągnęła mnie za sobą sklepowymi alejkami, dlatego postanowiłem nie mówić nic. Minęliśmy jeszcze kilka sklepów, alejki co jakiś czas łączyły się w place, na jednym z nich szumiała leniwie brzydka fontanna a jej widok wzmógł tylko bardziej moje pragnienie. Czułem, że nie wytrzymuję tego biegu. Po raz kolejny znaleźliśmy się na białym korytarzu. Zrobiło mi się słabo. Dom był przerażająco duży. – Przepraszam bardzo – wydusiłem z siebie w końcu – ale ja już nie mogę dalej... Iwona, gdy to usłyszała, gwałtownie się zatrzymała i spojrzała pytającym wzrokiem. – Muszę się czegoś napić. – wyjaśniłem. – To ja przepraszam, – zreflektowała się – jest tak późno, zupełnie wyleciało mi z głowy. Wygląda pan strasznie! Zaczynam się bać. – Położyła szczupłą, zimną dłoń na moim czole. Swoim niespodziewanym wybuchem troski zaskoczyła mnie po raz kolejny. Było w tej nieprzewidywalności coś niepokojącego. – I do tego ma pan gorączkę. – dodała marszcząc czoło. – Muszę się tylko napić wody. – Oczywiście. – Iwona rozejrzała się szybko wokół siebie. – Pański apartament znajduje się niedaleko, ale tu, za rogiem jest toaleta. – Szarpnęła mnie i skręciła w lewo. Na końcu krótkiego korytarza znajdowały się dwie pary drzwi, odpowiednio z kółkiem i trójkątem, wymalowanymi czarną farbą. – Skąd pani to wszystko wie? – zapytałem zaskoczony – Ten dom to labirynt, nie ma żadnych oznaczeń, wszystkie korytarze są takie podobne. – Proszę się nie martwić – roześmiała się perliście – Nasz dom istotnie jest bardzo duży. Powiedziałabym świat w miniaturze, przyzwyczai się pan. To ma swój urok, wbrew pozorom wszystko jest w zasięgu ręki. Stanęliśmy naprzeciwko drzwi a kobieta puściła wreszcie moją dłoń. Zatoczyłem się lekko i oparłem o framugę, ledwo ustając na zmęczonych nogach. Natychmiast znów mnie złapała, otaczając ramieniem i zapytała z niepokojem w głosie: – Czy mam panu..? – Bardzo proszę. – odpowiedziałem szybko, nie dając jej skończyć. – Jeśli to nie sprawi pani kłopotu. – Proszę do mnie mówić po imieniu. – zaproponowała, otwierając drzwi, cały czas powstrzymując mnie przed upadkiem. Weszliśmy do środka.

Wnętrze łazienki było całkiem spore, a także wilgotne i zimne. Ściany, od podłogi prawie pod sam sufit pokryte starym brudem i szpetnym graffiti. Naprzeciwko wejścia, dosyć niefortunnie, wstawione zostały dwie kabiny prysznicowe. Po jednej stronie znajdowały się pisuary, nieco dalej drzwi toalet. Niepewnie wszedłem do środka i usłyszałem skrzypiący dźwięk klamki. To Iwona zamknęła za nami drzwi prowadzące na korytarz. Nie odważyłem się spojrzeć w ich stronę. Ona tam stała, trzymając mnie przy sobie żelaznym chwytem, bym się nie przewrócił. Gdy pędziliśmy razem po korytarzach centrum handlowego, wydawało mi się, że jedyną rzeczą, na której jej zależy, jest jak najszybsze doprowadzenie mnie pod właściwe drzwi i pozbycie się problemu. A jednak zmieniło się to nagle, gdy w pewnej chwili gwałtownie przystanęła, jakby właśnie przypomniała sobie coś bardzo ważnego, i odwróciła głowę za siebie. Spojrzała na mnie i powiedziała, znów starannie wymawiając każde słowo: – Jest pan tutaj nowy. – Nie było to pytanie, raczej stwierdzenie faktu, mimo to przytaknąłem zdyszany. Gdy to zrobiłem, wyraz jej twarzy jakby złagodniał. Mógłbym przysiąc, że dostrzegłem błysk w jej oku. Staliśmy wtedy przed rozległą halą supermarketu, pogrążoną w ciemnościach i oddzieloną od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy metalową, ażurową roletą. Można było dostrzec zza niej rzędy regałów, pomiędzy którymi pracownicy w milczeniu uwijali się, dekorując wnętrze serpentynami sztucznych, świerkowych gałązek i łańcuchami przewodów z kolorowymi lampkami. Naprzeciwko wejścia stała sporych rozmiarów stalowa konstrukcja, szkielet w kształcie stożka. – Świąteczna gorączka. – Iwona uśmiechnęła się bardzo szeroko, wskazując na nią wolną ręką. – To będzie przepiękna choinka, jak już ją skończą. Na tym piętrze supermarket ma znacznie wyżej położony sufit. To ogromna, prawie otwarta przestrzeń! – zapiała wysokim głosem, przeciągając ostatnie sylaby w teatralnym uniesieniu. – Choinka perfekcyjnie tu pasuje, prawda? – Gałązki będą prawdziwe? – zapytałem, udając zainteresowanie. – Zdaje się, że tak. Odpowiadamy na potrzeby mieszkańców! – powiedziała, wyraźnie zadowolona moją dociekliwością – Nie wiem, czy wytrzymają prawie dwa miesiące. W zeszłym roku opadały. To niedopuszczalny błąd. Pracownicy powinni wyeliminować ten błąd. – spojrzała w moje oczy – Troszczymy się o komfort naszych mieszkańców, będziemy się przyglądać uważnie pracownikom w tym wyjątkowym, świątecznym okresie. Wyeliminujemy ten błąd. – dobitnie podkreśliła. Patrzyła na mnie, jakby w oczekiwaniu na reakcję, więc uśmiechnąłem się, najszerzej jak mogłem i dodałem, że bardzo się cieszę. Wyraźnie uspokoiłem ją wtedy tym stwierdzeniem, gdyż znowu pociągnęła mnie za sobą, ponownie wywołując swoimi

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych