Wróć do katalogu

This Riddle (5 rozdzialow)

Po raz kolejny fan fiction, tym razem z Tomem Riddlem, młodym Lordem Voldemortem. Nieukończone, piec rozdziałów. Dawno temu pisane.

haina, opublikowano , 42 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

PROLOG

Śpij moje dzieciąteczko, i niech Ci się śni, Świat wolny, świat dobry, a nie ponury i zły.

Pani Cole, jedna z przełożonych okolicznego sierocińca, mogła z czystym sumieniem stwierdzić, iż ze swoich obowiązków wywiązuje się znakomicie. Ba, znakomicie, to chyba zbyt łagodne określenie, gdyż ta kobieta miała w sobie więcej werwy, niż cały sierociniec razem wzięty. Być może krył się za tym fakt świeżo zaklepanej posady, a może doświadczenie życiowe podpowiadało jej, że pierwsze wrażenie może zdziałać cuda. I takież właśnie cuda zdziałało, bo pani Cole, mimo iż pracowała w sierocińcu niecałe dziesięć dni, to już zdołała go sobie całkowicie podporządkować. Do tego i nader szybko się w nim zadomowiła, tak że inne przełożone nawet nie zdążyły zareagować, gdy ni z gruszki, ni z pietruszki, ‘’ta nowa’’ objęła stanowisko Głównej Przełożonej, pozbawiając owego zaszczytnego tytułu Sushidę Brawn.

Na dodatek, za sprawą pani Cole, sierociniec otrzymał możliwość podpisania umowy z pewnym wpływowym sponsorem, oferującą samotnym dzieciakom i ich opiekunom coroczne wakacje nad morzem lub na wsi. Nie będę ukrywać tu - jako narrator wszechwiedzący - faktu, iż panią Cole kosztowało to całkiem sporo nerwów (‘’nadęte patafiany z tłustymi, nie mieszczącymi się w ubikacjach tyłkami, w które są wpatrzeni, jak kura w swe złote jaja’’), jednak jej nadzwyczaj cięty język przynajmniej w urzędach odniósł jakiś sukces. A to już coś.

Sam sierociniec mieścił się przy Vauxhall Road, sąsiadując z małym sklepikiem sprzedającym wszystkie rodzaje piśmideł i z zaniedbanym parkiem, który w nocy zamieniał się w twierdzę okolicznych chuliganów. Naprzeciwko niego zbudowana została wielka restauracja ‘’Peace & Harmony" , do której przełożone dość często [a nawet za często] wymykały się na szklankę czegoś mocniejszego niż długo parzona herbata.

No cóż, może po przybliżeniu wam co ważniejszych faktów, na których będzie się opierała się owa historia, nadszedł czas, by opisać panującą podczas rozpoczęcia tej opowieści pogodę? Niby nic znaczącego, a jednak klimat panujący wówczas w Londynie odegra w tej powieści pewną istotną rolę…

Bo wtedy do sierocińca zawitała pewna zbłąkana kobieta.

Pani Cole, jak zwykle po godzinie dziesiątej wieczorem, siedziała w swym gabinecie na pierwszym piętrze, siorbiąc powoli filiżankę gorącej, aromatycznej herbaty i starając się zrelaksować po kolejnym ciężkim dniu pracy. Jedną ręką przytrzymywała porcelanowe ucho niebieskiej filiżanki, a drugą bezwładnie przewracała kolejne strony dzisiejszej gazety. - Same nic nie znaczące głupoty… - mruknęła do siebie, natrafiając na jeden z dłuższych artykułów, opatrzony wielkim, tłustym nagłówkiem: „Scysje trwają – niemiecki minister odmówił współpracy z Aleksandrem Foughem’’. Pani Cole westchnęła głośno. Ach, gdyby te piśmidła zaczęły opisywać to, co dzieje się w szarej rzeczywistości pozbawionej luksusów, ciepłej wody i konta w banku! Żeby zauważyli coś innego, niż swoje ekskluzywne tyłki i równo przystrzyżone wąsiki, coś ważniejszego! Głód, ludzkie cierpienie…

Ponownie westchnęła, chowając gazetę do drewnianej szuflady i spoglądając za okno, gdzie w najlepsze hulała śnieżna zamieć porównywalna gęstością do nieodtłuszczonej śmietany. Wskaźnik rtęci na termometrze spadł do minus dwudziestu trzech stopni, przez co wszystkie kaloryfery w sierocińcu musiały być odkręcone. Znów kolejne koszty…

Jej wzrok uchwycił datę w kalendarzu [31.12.1927], po czym zahaczył o mały stos rachunków na krańcu biurka, których kwota niebezpiecznie rosła z każdą kolejną kopertą. Na nic te wszystkie liche dofinansowania i tak ledwo wiązali koniec z końcem, z trudem starczało im na miskę ciepłej zupy dla podopiecznych… Wtem rozległo się ciche pukanie do drzwi. - Proszę – powiedziała pani Cole zmęczonym głosem, z trudem opanowując ziewnięcie.

Do gabinetu weszła drobna blondynka z wydatnymi kośćmi policzkowymi i nader wysokim czołem, nadającym jej wyraz wiecznie zdziwionej ryby. Odziana była w biały fartuch i czarne pantofle, a na ramiona zarzucone miała pocerowane palto. - Felindo, chodź, zejdź na dół, w końcu dziś koniec roku… - szepnęła, spoglądając na strapioną twarz pani Cole, naznaczoną nielicznymi zmarszczkami, pomimo jej dość młodego wieku – w końcu trzydzieści lat to nie tak dużo.

Pani Cole przez dłuższą chwilę milczała, ukrywając twarz w dłoniach, po czym odezwała się suchym i opanowanym głosem, niewyrażającym żadnych emocji: - Mam robotę, nie widać? Nie w moim zwyczaju jest odkładanie pracy na później – zresztą obowiązki mają nawet ustalony harmonogram ich wykonywania – pierw robota, następnie przyjemności. Przełożona westchnęła ze zrezygnowaniem – w głębi ducha wiedziała, że pani Cole nie pozwoli się przekonać do wspólnego obchodzenia Nowego Roku, sylwestrowej zabawy i bezalkoholowego szampana [w końcu w pracy nie wolno…], jednak ta głupia Nadzieja podpowiadała jej, że a nuż… może… Rzucając pani Cole jeszcze jedno spojrzenie [- A może się rozmyśli?], które zostało przez obdarzoną zignorowane, wyszła z gabinetu, starając się jak najciszej zamknąć skrzypiące drzwi – trzaskanie nimi doprowadzało kierowniczkę do białej gorączki.

Felinda Cole – jak bynajmniej się na pierwszy rzut oka zdawało – nie miała najmniejszej ochoty [ani nawet chęci] na świętowanie kolejnego, upływającego już roku – w końcu będzie ich jeszcze z tuzin i trochę, więc o co tyle krzyku? Odsapnęła, biorąc ze skraju kolejną teczkę z papierami domagającymi się wypełnienia.

Litery rozmazywały się, układając w coraz to dziwniejsze słowa, powieki stawały się coraz cięższe, a z ust coraz częściej wydobywało się donośne ziewnięcie, jednak mimo tego pani Cole nie przerwała pracy. Nie wiedziała, co ją do tego skłania; chęć rzucenia tego wszystkiego i zejścia na dół, gdzie niektóre z przełożonych [inne musiały pilnować podopiecznych] bawiły się w najlepsze przy akompaniamencie starego gramofonu oraz owego nieszczęsnego bezalkoholowego szampana mieszanego na zmianę z mniej dozwolonym i bardziej alkoholowego dżinem, kusiła ją coraz bardziej.

Sprzeczała się tak ze sobą jeszcze dłuższą chwilę i gdy już podjęła decyzję o udaniu się na dół po ówczesnym wykonaniu całej papierkowej roboty, drzwi otworzyły się, a wraz z nimi możliwe stało się dojrzenie poznanej już przez nas przełożonej – z tą różnicą, że teraz miała nieprzytomny wzrok. I czkawkę. - Pani Cole… hik! nagły wypadek… hik! kobieta w hik! dziewiątym miesiącu ciąży… hik! – zakomunikowała, starając się utrzymać pion w postawie, co jednak nie za bardzo jej się udawało, gdyż raz po raz machała w rozpaczliwym geście rękoma, próbując utrzymać równowagę. - To nie możecie się tym zająć? Przecież potraficie odebrać poród. - Ale… hik! my wszystkie po szampanie… - Przełożona zachwiała się, w ostatniej chwili chwytając blatu biurka. Pani Cole zacmokała niecierpliwie wnosząc oczy ku sufitowi (z którego coraz mocniej zdawał się odpadać tynk) i już kompletnie wyczerpana podniosła się ciężko z fotela nie zaszczycając przełożonej nawet jednym spojrzeniem, po czym udała się na dół.

Hol cały ustrojony był w różnokolorowych, rażących i odblaskowych serpentynach, u sufitu przywieszonych zostało kilkadziesiąt barwnych baloników, a stół uginał się od wszelakich ciastek, cukierków… W kącie sali porozwalane były puste butelki po szampanie, zaś pod kilkoma krzesłami pani Cole dojrzała flaszki po wypitym już dżinie. Widoczne były też resztki porozlewanego soku pomarańczowego – odznaki skończonej już godzinę temu zabawy dzieci.

Pani Cole skręciła w prawe skrzydło korytarza i weszła do schludnego pokoiku z zielonym łóżkiem przy ścianie, lampą i trzema krzesłami dla odwiedzających. - Proszę mi pomóc… - Usłyszała słaby głos dochodzący spod ściany. Pani Cole podeszła do łóżka, gdzie jej oczom ukazała się młoda kobieta w obszarpanych szatach i grymasem bólu na brzydkiej, oszpeconej bliznami twarzy. Tłuste włosy okalające twarz domagały się natychmiastowej kąpieli i szorowania, jednak kobieta w najmniejszym stopniu zdawała się nie przejmować swoim wyglądem. Kurczowo trzymała się żelaznej poręczy łóżka, a z jej ust co jakiś czas wydobywał się jęk bólu.

Pani Cole wyszperała z szafki jakiś flakonik z domniemanym środkiem przeciwbólowym i pobiegła po gumowe rękawice. Po pięciu godzinach bólu kobieta powiła syna. - Synek? Cudownie… Mam nadzieję, że podobny do ojca… że przystojny… - wykrztusiła ostatkiem sił. – Bardzo proszę… to moja ostatnia prośba… Nazwijcie go Tom… po jego ojcu… I Marvolo… po dziadku… - A nazwisko? – Pani Cole ścisnęła mocniej rękę kobiety, wycierając jej spocone czoło. Oczy miała pełne łez. - Riddle.

W tej samej chwili wiatr ustał. Śnieg ustąpił miejsca deszczu. Niebo przecięła złocista błyskawica. Ręka kobiety bezwładnie opadła na poduszkę. Chłopczyk poruszył się niespokojnie.

Ten, który w stanie będzie zniszczyć świat, zgładzić rodzaj ludzki i otworzyć ponownie Puszkę Pandory narodzi się, gdy rok dobiegać będzie końca, ostatniego miesiąca i ostatniego dnia, w godzinę śmierci kończącej noc, a zaczynającej dzień. Nieśmiertelny, poczęty z potomków Salazara Slytherina, siać będzie grozę, aż do dnia Sądu Ostatecznego, póki nie napotka równego sobie…

PIERWSZY ROZDZIAŁ - PLANY NIELUBIENIA.

Krzykiem, strącam muchy na białym suficie Rozżalone, uciekają z brzękiem przez okno.

Siedział tam. Znowu. W tym samym miejscu, co zawsze. On – dziesięcioletni chłopiec, sam pośród otaczających go sił przyrody, wiatru, deszczu. Małych mrówek uciekających przed wielkimi kroplami zbliżającej się ulewy. On. I oni. Obok niego. Tu i tu. Wszędzie.

Przychylił swą bladą, szczupłą twarz, spojrzał w niebo zza półprzymkniętych powiek; deszcz obmywał mu czoło, nos, przenikał przez rozpalone, lekko zaróżowione policzki. Krople wody osadzały się na jego długich, czarnych rzęsach, włosy oklapły, przylegając do skóry. Ubranie całe mu przemokło; drżał z zimna, knykcie zsiniały zaciśnięte uporczywie na niewielkim, drewnianym jo-jo. Poruszał ustami bezwiednie, niczym ryba pozbawiona wody, chcąc uchwycić jeszcze odrobinę tlenu, życiodajnej wilgoci…

Gorączka wdarła się w jego drobne ciało, telepał się. Wzrok stał się mętny, kształty zaczęły się rozmazywać… Obraz robił się coraz dalszy i dalszy… jakby uciekał przed nim, jego spojrzeniem, dotykiem…

Wtedy przyszła Ona. Zarzucony niedbale kaptur na głowę, dwa jasne warkoczyki wychylające się zza rąbków materiału, zielone oczy przyglądające się mu z jawnym przestrachem i cienka, kraciasta spódnica za kolano – to wszystko składało się na Nią; Nią, która wymknęła się z sierocińca gotowa – mimo zimna i deszczu - odnaleźć go, choć nikomu innemu nie przyszłoby to nawet na myśl. A jeśli już, to szybko zapomni o Tym nie chcąc przyznać się publicznie do tego, że coś znaczy dla niego ON, że coś obchodzi go jego osoba i istnienie. Martwe istnienie.

Teraz stała przed nim, oboje w strugach deszczu, sami. - Znowu tu jesteś. Nie spojrzał na nią, nie odpowiedział. Nie lubił jej, nie warta była jego wzroku, słów. Nikt nie był wart. Wszyscy są nijacy i przeciętni. Tylko on jeden nie jest. Ale oni tego nie wiedzą, jeszcze się przekonają, jeszcze popamiętają… - Majaczysz. Chwyciła go za rękę; on natychmiast ją strzepnął, posyłając jej jedno z jego przeraźliwie lodowatych spojrzeń.

Wstał i na chwiejących się nogach zrobił kilka kroków. Zachwiał się. - Zostaw mnie – warknął. Chłód jego głosu był olbrzymi, jasno dawał do zrozumienia, że nią gardzi. Odepchnął ją od siebie. Upadła. Zaklął i splunąwszy jej pod nogi ruszył w stronę sierocińca.

A ona za nim, jak zawsze, niczym niechciany cień. W ubłoconej kraciastej spódnicy. Gotowa i cierpliwa. A przede wszystkim kochająca. Mimo wszystkich jego wad.

***

- Opiszcie swoje marzenia. Te największe, najgłębiej skrywane. O których nikt nie wie. – Pani Cole rozdawała dzieciom czyste kartki papieru w kratkę i długopisy. – Każdy z nas ma marzenia. Marzenia, które chciałby, żeby się zrealizowały, ziściły w dalekiej przyszłości – dodała, po czym zwróciła się do jednego z chłopców wznoszącego oczu ku sufitowi: - A ty, Tom, co takie miny stroisz? Nie masz marzeń?

Tom uśmiechnął się lekceważąco z ostatniej ławki – Bob siedzący obok niego odsunął się jak najdalej stolika, jakby chciał tym gestem utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że on z tym dziwakiem nie ma nic wspólnego. Tom zlekceważył go i widząc zniecierpliwioną panią Cole domagającą się odpowiedzi odparł znudzonym głosem: - Nie mam marzeń.

Pani Cole uniosła wysoko brwi, dzieci ryknęły śmiechem. Ale Tom niczym niezrażony kontynuował: - Nie mam marzeń. Marzenia mają osoby słabe, bez wizji przyszłości. Ja mam PLANY. Nie marzenia. Kilka osób zaśmiało się drwiąco, jednak reszta słuchała. Nikt nie lubił tego dziwnego i wiecznie niegrzecznego Toma, jednak czuli wobec niego coś na rodzaj rezerwy, mdłego szacunku. I jeszcze podziw. Choć w głębi duszy go nienawidzili.

Pani Cole również to odczuwała. Może nie dosłownie, dla niej ‘nienawidzić’ to zbyt mocne słowo. Jednak już dawno, kilka lat temu zauważyła, że Tom nader szybciej rozwijał się od innych dzieci, szybciej nauczył się chodzić, mówić. Teraz również miał o wiele bogatsze słownictwo, inne podejście do życie. Cały był inny. - W takim razie opisz swoje plany. Własną wizję przyszłości.

Tom uśmiechnął się kpiąco i mrucząc pod nosem coś na rodzaj ‘dziecinada’ wziął kartkę z rąk pani Cole i zabrał się do pisania. Pani Cole posłała mu jeszcze jedno badawcze spojrzenie, jednak na niewiele się ono zdało, więc chcąc nie chcąc odwróciła się w stronę biurka. Ten chłopiec iście ją intrygował.

Gdy wieczorem pani Cole zasiadła przy biurku by sprawdzić prace dzieci, zaintrygowanie Tomem pogłębiło się jeszcze bardziej; zaczęła się nawet bać, czy z jego rozumowaniem jest nadal wszystko dobrze.

‘’Zamierzam zawładnąć światem, zdominować rodzaj ludzki. Zemścić się na wszystkich za to, co mi zrobili. Mam zamiar osiągnąć wielkość oraz chwałę i to, czego przeciętny człowiek jeszcze nigdy nie osiągnął: Nieśmiertelność.”

- Przecież on ma tylko dziesięć lat… Co będzie za kolejne dziesięć? Na to pytanie pani Cole nie znała już odpowiedzi.

***

Spojrzał na nią. Siedziała przed nim utkwiwszy wzrok w podłodze. Milczała. Łzy ciekły jej po policzkach, od czasu do czasu słyszalny był stłumiony szloch.

Nie czuł nic. Ani litości, ani skrępowania zaistniałą sytuacją. Był wyzbyty z uczuć. - Spróbuj o tym komuś powiedzieć, to pożałujesz. Przytaknęła. Marionetka w rękach aktora. Niechciane przedstawienie, niechciana rola.

Po co się zgodziła? Głupia była.

DRUGI ROZDZIAŁ - FAŁSZYWA BEZRADNOŚĆ

Kochając – trwam istotę niewartą tego uczucia marząc o księciu z bajki w ujęciach Prometeusza.

- Tom? Odwrócił się. Stała przed nim w tej samej, widocznie już wypranej, kraciastej spódnicy i białej bluzce ze złotymi guzikami. Warkocze zakończone czerwonymi kokardami spływały na jej drobne, blade ramiona. - Czego znowu chcesz?! - wydarł się, robiąc krok w jej stronę. Zlękła się, skuliła. Spuściła wzrok. Zacisnęła wargi. Przyległa do ściany.

Tom rozejrzał się - korytarz był pusty. - Nie złość się. Proszę. Ja… ja… Nie pozwolił jej skończyć. Wiedział, co chce powiedzieć. Nie chciał tego słyszeć. Nie od niej. Jednym susem dosiągł jej, chwytając za ramiona. Potrząsnął nią.

Patrzyła na niego swymi przeraźliwie zielonymi oczyma, pojedyncze perłowe łzy tworzyły wilgotne smugi na policzkach. Zagłębił spojrzenie w jej oczach. Krzyknęła. Tom zaśmiał się śmiechem obłąkanego. Szaleńca. Nieobliczalnego. Złowrogo. Lodowato. Drwiąco.

Osunęła się bezwładnie na posadzkę. Ominął ją, przeskakując nad jedną z rąk. Popatrzył na nią, mrużąc złowrogo oczy. A przy tym mając jednocześnie nieobecny, jak i maślany wzrok. Napawał się tym widokiem. Podniecało go to, wprowadzało w stan euforii. Pobudzenia.

Z głowy sączyła się jej krew. Coraz więcej krwi. Za dużo krwi. Była strasznie blada. Usta miała zamknięte. Zawahał się, spoglądając na nią równocześnie z niewzruszonym wyrazem twarzy, z którego nie dało się nic wyczytać. Żadnych emocji. Myśli. Uczuć.

Wtem usłyszał krzyk. Tyle, że gdzieś dalej, na końcu korytarza. A może gdzieś w głębi? Nie wiedział, nie zwracał na to uwagi. Nic go nie obchodziło. Nic nie jest ważne. Tylko on jest ważny.

Po chwili pojawiła się obok niego pani Cole, blada i zdyszana, trzymając się ręką za unoszącą się i opadającą równomiernie pierś. Na szyi pojawiły się jej czerwone plamy. - Na szturchnięty pośladek Brygidy, co tu się stało?! Nieważne, powiesz mi to później, trzeba coś zrobić z Nellą, zanim będzie na to… coś… za późno! Pochyliła się nad nią, szukając palcem pulsu. Widocznie go nie wyczuwała, bo ręce drżały jej coraz bardziej. Była o krok od histerii, w którą zresztą z każdą minutą popadała. - Tom, biegnij po panią Brygidę! Natychmiast!

***

Pokój czterdzieści cztery można byłoby ująć w zaledwie pięciu słowach. Łóżko, krzesło, stolik, kredens i szafa.

Stając się bardziej szczegółowym, można byłoby dodać jeszcze do tego opisu lampkę nocną z nadprutym abażurem, szare ściany i fioletowe zasłony, zakrywające okno, by nie dostał się do pomieszczenia ani jeden promyk słońca.

Bo Tom tego nie lubił. Nie przepadał również za wieszaniem obrazów, podlewaniem kwiatków i odkurzaniem dywanów, co tym bardziej było mu na rękę, gdyż takowych przedmiotów w pomieszczeniu nie szło się dopatrzeć. Gołe ściany, puste parapety. Przepych skromności. Pustki.

Feeria ciszy, legowisko głuszy - znajdujące się w pokoju czterdzieści cztery - trwało ciągle i nieprzerwanie, od dziesięciu lat. Dziesięć lat niemych krzyków, wrzasków. Szlochów.

Tylko Martwa Cisza, wypełniająca każdy róg pomieszczenia, wdzierająca się do szafy, pod żelazne łóżko. Cisza, zdająca zadawać sama sobie pytanie: - Czy to jest normalne?

***

- A teraz spokojnie, Tom. Musimy POWAŻNIE ze sobą porozmawiać. - Pani Cole przyglądała się badawczo swojemu wychowankowi zza zawalonego dokumentami biurka. Starała się - mimo zaistniałej sytuacji - zachować łagodny i spokojny głos a jednocześnie ton zachęcający do zwierzeń. W głębi duszy miała jednak nieodpartą chęć uderzenia tej jego drwiącej twarzyczki oraz potrząśnięcia całą postacią.

Wykrzyczeć mu, tak z serca, wszystko to, co sądzi o nim i jego zachowaniu; powiedzieć, jak bardzo nim gardzi, a następnie odesłać w najgłębsze czeluści piekła. Tak, jak on zrobił to małej Nelli. Ale nie potrafiła. - Twój występek był… bardzo delikatnie to ujmując… wysoce lekkomyślny i jednocześnie niebezpieczny. Ten wypadek mógł zakończyć się tragicznie…

Ziewnął głośno, nie zakrywając nawet buzi dłonią, patrząc jej przy tym głęboko w oczy. Chciał ją sprowokować. Miał zamiar doprowadzić ją do krzyku, chwili zapomnienia. Wiedział, co o nim sądzi, niech się nie boi, niech powie… Prawda w oczy kole, aczkolwiek on potrafi tylko się nią napawać… Tak, jak widokiem bezbronnej ofiary, błagającej o litość. Litość, której nigdy nie udzielił. Której nikt nie zazna. Nikt.

Poprawił się na krześle, przygładził kołnierzyk szarawej koszuli. Znudzony powtarzaniem przez panią Cole ciągle tego samego ["zachowałeś się bardzo nieodpowiednio", "chłopak w twoim wieku powinien już trochę pomyśleć", "gdzie twój szacunek dla dziewczyn?" zaczął przyglądać się swoim dłoniom obdarzonym przeraźliwie długimi palcami, których pozazdrościłby mu niejeden pianista.

Zgiął najmniejszy palec - zaraz po nim ugiął się ten przedostatni. Zaczął wypróbowywać różne manewry; wyginał i prostował na przemian dłoń, wykręcał kciuk, chcąc dotknąć nadgarstka. Fascynowało go jego własne ciało, czułe na każdy ruch, skaleczenie. Jego natychmiastowe reakcje.

Zahipnotyzowany, nie zauważył nawet, iż pani Cole już dawno skończyła mówić. Dopiero ostre "Tom!" i trzask ręki o blat biurka uprzytomniały mu gdzie się znajduje i dlaczego. - Idź już. A nad karą się jeszcze zastanowią, bo ta na pewno cię nie ominie. Twój uczynek jest godny potępienia!

Zerwał się z krzesła, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem. Trzasnął z determinacją drzwiami. Pani Cole aż prychnęła z oburzenia.

***

Szedł korytarzem, zmierzając do swojego pokoju. Mijał numer piętnasty, szesnasty. Siedemnasty.

Szare ściany wypalały mu wręcz w oczy, rażąc znienawidzonym przez niego kolorem i zmuszając do tępego patrzenia w czarno-białą posadzkę. Wtem usłyszał chłodny głos za sobą: - Riddle, lepiej gadaj, co takiego zrobiłeś Nelli, bo rozkwaszę ci tą smarkatą twarzyczkę, nim zdążysz mnie nawet poprosić o litość. Obrócił się.

Eryk Halley stał przed nim, podpierając się ramieniem o biodro i od niechcenia pstrykając palcami. Tom ze zdumieniem stwierdził, iż nie robił już na nim tego samego wrażenia, co kiedyś.

Masywny czternastolatek uśmiechnął się kpiąco, mrużąc przy tym oczy. - Nic, co mogłoby cię w jakiś sposób zainteresować, Halley - odwarknął Tom, opierając się o ścianę i krzyżując ręce na piersi. Czekał na rozwój wydarzeń, gotów w każdej chwili zaatakować. - Nie spoufalaj się tak, Riddle. Jeden cios i po tobie rozumiesz? Tylko jeden. - Eryk…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych