Wróć do katalogu

To był piękny wieczór

Kurczę, ja chyba przez całe życie będę wspominać ten pobyt na wsi!

Millllka, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

To był piękny wieczór. Niebo miało różowawy kolor, przez linię drzew widoczną na horyzoncie prześwitywała ciemnoczerwona kula słoneczna. Siedziałam na "deskach", jak nazywałam stosik drew tuż obok domku, i czytałam "Wielki jarmark". Martyna bawiła się z lady Sabcią – nazwałam tak króliczka, który przez cały pobyt na Kleszczówce miał należeć do mnie. Lekki wiaterek chłodził mi twarz, w trawach odważnie cykały świerszcze, było cicho, miło i spokojnie. Warkot motoru, jaki nagle usłyszałam, brutalnie przerwał tę ciszę. Uniosłam brwi i wymieniłam spojrzenia z Gancą. Zamknęłam książkę, zsunęłam się z desek i podeszłam do niej, siedzącej na drabinie opartej o ścianę obórki, bo z tego miejsca miałam widok na wejście do domu; tylko stamtąd mógł dobiegać warkot. Ujrzałam jakiegoś nieznanego mi faceta. Natychmiast rzuciły się do niego Punia i Pikuś, czyli dwa psy należące do Michała - które nasz dom traktowały jak swój własny. Facet był dość chudy, ubrany w dżinsy i bawełnianą koszulę, lat 20-30. Miał ciemną karnację i krótkie, czarne włosy. Wzrostu nie mogłam określić, bo Punia i Pikuś przewróciły go do pozycji siedzącej. Dość długo witał się z psami, ale w końcu podniósł się z trawy i wszedł do domu. Jeszcze raz wymieniłyśmy z Gancą spojrzenia, lecz obie podążyłyśmy za nim. Z kuchni (w której znajdowali się mama z ciocią, no i ten dziwny typ) dobiegały teraz, jak łatwo się domyśleć, odgłosy charakterystyczne dla ludzi, którzy witają się, jakby się widzieli ostatni raz wieki temu. Po chwili wahania weszłyśmy tam. Ja skierowałam się do sąsiadującego pokoju, bo, ku mojej wielkiej radości, ujrzałam tam Mrunię (kotkę, także należącą do Michała i także traktującą nasz dom jak swój, po prawie całym dniu samotnikowania wśród łanów zbóż) i zamierzałam ją trochę pomolestować; Ganca jednak została w kuchni. - Pokaż, co czytasz? - dobiegł mnie stamtąd obcy głos, należący z pewnością do dziwnego typa. - Harlequin? Zerknęłam przez szparę w drzwiach. Ganca pokręciła głową. - "Westchnienia jak morskie huragany"? Hmm... - Oglądał okładkę przez krótką chwilę, później odłożył książkę na tapczan. - Nie znam. A co, pewnie jakiś Harlequin? Jak można pomylić Martę Fox z Harlequinem? Jak można, pytam?! Bardzo, bardzo dziwny typ... Pokusa wygrała. Weszłam do kuchni. - Monisiu, to jest twój kuzyn, Jakubek - uświadomiła mi mama. No, zawsze coś. Przynajmniej ten typ nie jest obcy... - Jesteście oboje czwarte pokolenie. Wasze prababki były siostrami. - Moja babka-pra Janina? - ożywiłam się; moja babka-pra Janina to była właśnie ta, która ożeniła się dwa razy. - Jaka babka-pra? Prababka, po prostu prababka. Tak, Janina. Spojrzałam na dziwnego typa Jakubka jeszcze raz. Uśmiechał się. Miał taki dziwny uśmiech, nikt nie ma takiego, jak on. Uśmiechnęłam się także. - Długo tu jesteście? - zagadał do mnie. - Drugi dzień. - A długo będziecie? Wzruszyłam ramionami. - Te, coś taka małomówna? Ano, taka moja natura, że jestem małomówna. Zresztą, jak chcę, to mogę gadać jak najęta - o czym miały okazję przekonać się Dino i Muchasa, czyli Diana i Michasia, pewnego, słonecznego dnia, kiedy to wybrałyśmy się z panią Cekierą do Koźla... Ale to już całkiem odrębna historia. No więc (...) wtedy jakoś mi się zebrało na gadanie, i z moich ust zaczął się wylewać urodzajny potok słów: - Nie wiem, czy na długo, ale mam nadzieję, że tak. Planujemy tylko tydzień, ale jak nam się spodoba, to może dłużej. Mnie tam się podoba, nie wiem, jak mamie i Martynie, ale mnie tak, więc jeśli im też się podoba, to może zostaniemy na dłużej... Ja bym chciała, jak już zresztą mówiłam. Tu jest strasznie fajnie, jesteśmy tu dopiero drugi dzień, a już jest fajnie, co nie, Ganca? No, ja myślę. Normalnie, widziałyśmy krasulkę... - Krasulkę? - Tak, krasulkę, nie przerywaj. No więc... - Nie zaczyna się zdania od "no więc"... - ...no więc widziałyśmy krasulkę, i to z bliska! Całkiem z bliska, co nie, Ganca? Ja z nią nawet gadałam, ale ona była jakaś taka małomówna... - Czego nie można powiedzieć o tobie... - ...taka małomówna, a szkoda, bo fajnie by było, gdyby raczyła się odezwać. Naprawdę, te jej czarne łaty wyglądały zachęcająco... - Czarne łaty? A więc krasulka to krowa, tak? - Tak, krowa, ale nie przerywaj! No więc... Tak, wiem, nie zaczyna się, ale nic nie mów. No więc oprócz gadania z krasulką mam jeszcze mnóstwo innych zajęć. Ostatnio interesuję się genealogią i poznaję swoje korzenie. Jestem już przy babci-pra Janinie, wiem, że miała dwie córki i dwóch synów. Jeden zmarł w wieku siedemnastu lat, drugi żyje do tej pory i ma trójkę dzieci, z czego poznałam osobiście już dwójkę... - Tak? - Jak jeszcze raz przerwiesz, to nie wiem, co ci zrobię. Tak, Ulę i Kazika poznałam, jeszcze tylko ta Marysia... Ale wróćmy do babci-pra Janiny, która miała dwie córki. No więc jedna to moja ciocia, a właściwie ciocia mojej mamy - o, ta - wskazałam głową ciocię Miecię, posyłając jej uśmiech - a druga to moja babcia Basia, która przyjeżdża w poniedziałek ze swoją koleżanką Wandzią. A ta koleżanka Wandzia to podobno do wszystkiego się wtrąca, do gotowania, do wszystkiego... - Monisiu! - przerwała mi z wyrzutem mama. - Oj, mamo, przecież sama tak mówiłaś, słyszałam na własne uszy, jak mówiłaś, że Wandzia... - Pani Wandzia... - Oj, mamo, nie bądź nudna. No więc słyszałam, jak mówiłaś, że Wandzia się do wszystkiego wtrąca, sama tak mówiłaś, nie wypieraj się tego teraz, to będzie kłamstwo, a czytałam, że kłamstwo ma krótkie nogi. - Bo ma - wtrącił się Jakubek i nagle zaczął się śmiać. - Jak mogłem myśleć, że jesteś małomówna! Wyszczerzyłam do niego zęby. - No jak, no jak... proszę pana. Jakubek spoważniał. - O, nie! Tylko nie proszę pana, nie proszę pana! Nikt nie może do mnie mówić per pan! To mnie postarza. - W takim razie ile ma pan lat? - spytałam z figlarnym uśmieszkiem. - Te, mała! - W tym zdaniu nie wyczułam ani wyrzutu, ani żalu, ani urazy. Raczej rozbawienie, czy nawet ironię. - Jak jeszcze raz powiesz pan, to... - Och, nie bądź pan nudny - mruknęłam, a Ganca zachichotała. - No, to ile ma pan wiosenek? - No, powiedzcie sami, czyż to nie jest diabeł wcielony? - i znów rozbawienie. - Okay, proszę Kuby. Ile Kuba ma lat? Dziwny Jakubek złapał się za głowę. - Słońce ty moje! Żadne proszę Kuby, żadne proszę Kuby! Po prostu: ty! - Ty, ile zim przeżyłeś? - No, nie, ona jest niemożliwa... - po raz kolejny rozbawienie, tym razem także w bursztynowo-piwnych oczach. - Jeżeli czymś Kubę obraziłam, to z całego serca przepraszam. Pomyślałam z ulgą, że Jakubek ma poczucie humoru. - Ech, z nią to się nie dogadasz! - westchnął Kuba machając ręką. - Więc ile Kuba ma lat? Spojrzał na mnie przeciągle, w oczach wciąż miał to rozbawienie. - Dużo. - Ile? - Dużo, mówię przecież. - Ale ile to jest dużo? - Dużo to jest... dużo! - roześmiał się. - A na jak dużo wyglądam? - Na... - spojrzałam na niego uważnie. Na ile wyglądał? Nie siwiał, uśmiech miał taki młody, głos zresztą też. No i to poczucie humoru... Starzy zazwyczaj go nie mają. Czy rzeczywiście ma tak dużo lat? Mnie to on wygląda na dwadzieścia. Czyżby tylko żartował? - Na pięćdziesiąt. Albo coś koło tego - uśmiechnęłam się filuternie. - Słońce ty moje najdroższe, nie bądź słośliwa! - Nie jestem! Pytał się mnie Kuba, na ile wygląda - to ja mu odpowiedziałam. Nawet mój okropnie pobożny kolega, przyszły kardynał i jak dobrze pójdzie to nawet papież - nawet on nie dopatrzyłby się tu złośliwości. - Czy ona zawsze jest taka? - zapytał, rozbawiony, moją mamę. - Nie zawsze - mama uśmiechnęła się. - Charakterek to ma, ale jest zdolna, inteligentna. Dobrze się uczy, umie robić na drutach, gotuje, dużo czyta... - Gotuje? - ożywił się Kuba i spojrzał na mnie z szacunkiem. - No, to super! Robimy naleśniki? - zapalił się, zacierając dłonie. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Naleśniki? Teraz? Tylko dlatego, że mama powiedziała, że umiem gotować? Bardzo, bardzo dziwny typ... - Możemy. Ale ja robię, a ty patrzysz. :D - Okay. To dawaj. Podeszłam do piecyka, który pełnił rolę półki na garnki, wzięłam z niego jeden, średniej wielkości, i postawiłam na stole. Wyciągnęłam z lodówki karton mleka i chciałam je wlać, ale powstrzymała mnie dłoń Kuby. - Nie. Ja robię ciasto z wody. Istotnie, w jego cieście (w jego cieście?! Przecież to ja miałam robić!) nie było ani kropelki mleka. Wlał do garnka z pięć szklanek wody, dodał trochę mąki (moim zdaniem stanowczo za mało; ciasto miało konsystencję całkowicie rzadką), rozbił jedno jajko i wręczył mi trzepaczkę z nakazem: - Le mehdaj. Nie merdałam. - A cukier? - A cukier, słońce ty moje, będzie w nadzieniu. - A w cieście? - A w cieście nie będzie. - Dlaczego? - Przed chwilą ci powiedziałem. - Dlaczego? - powtórzyłam. - Bo będzie w nadzieniu! Wzruszyłam ramionami i przemyciłam dwie łyżeczki cukru. - Słońce ty moje złote, mówiłem, że cukier będzie w nadzieniu! - jęknął Kuba, zabierając cukiernicę ze stołu. - To ja robię, czy ty?! - zdenerwowałam się. - Złotko, nie denerwuj się. Robimy razem. No, mehdaj, mehdaj. Le mehdaj. - A dlaczego nie "la", tylko "le"? - zainteresowałam się, posłusznie zabierając się do merdania. - Bo tak mi jest wygodnie. Mehdasz? Dobrze, dobrze. Mehdaj. Kiedy ciasto było już porządnie "wymerdane", zapaliłam jeden palnik (kuchnia wyposażona była i w piec kaflowy, i w kuchenkę gazową), wzięłam z piecyka patelnię, położyłam ją na kuchence i wylałam nań ciutkę oleju. Dalej stery przejął Jakub. Po chwili talerz napełnił się naleśnikami, a ja, czując ciche, na razie, burczenie w brzuchu, wyciągnęłam twarożek z lodówki, by później utrzeć go z cukrem. - Ale zostaw trochę - poprosił Kuba - to przyjdę jutro i zrobimy pierogi. Odkrój najlepiej gdzieś tak jedną czwartą. - Nie możesz zrobić nadzienia z pieczarek? – zdziwiłam się. Uśmiechnął się. - Ser mi jest potrzebny do ciasta. Chciałbym zrobić pierogi według mojego własnego przepisu. No, zostaw trochę. Odkrój jedną czwartą. Wtedy właśnie w mojej głowie powstał nagły konflikt. Rozsądek spierał się z głupotą - głupota twierdziła, że Jakub żałuje mi twarogu, a rozsądek - że głupota jest głupia i że na pewno mi nie żałuje, tylko chciałby jutro zrobić pierogi i grzecznie prosi o to, żeby zostawić trochę sera. Głupota wygrała, w wyniku czego schowałam twarożek do lodówki i usiadłam przed nią, blokując otoczeniu dostęp do niej. - Słońce, a ty co? - A ja nic. Chcesz, to rób te swoje serowe pierogi. Ja popilnuję, żeby nikt się nie skusił na pyszny serek. - Kochanie, przestań! Przecież ci nie żałuję, weź sobie serek jak chcesz, jutro też jest dzień, możemy kupić nowy do pierogów! Nie odpowiedziałam. Pomiędzy mną a Kubą, w tym właśnie momencie, zaczęła rozgrywać się dziwna i bardzo głupia gra. Nie wiem, czy on to dostrzegł, ja w każdym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych