Torment. Część pierwsza - Kostnica.
Jestem ogromną fanką gry Planescape:Torment. Kiedyś kupiłam książkę opartą na fabule tej gry i skrzywiłam się z niesmakiem, czytając ją - wszystko było przekręcone. Z nudów zaczęłam pisać opowiadanie, przedstawiając fabułę taką, jaka była w grze.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
TORMENT
1. KOSTNICA
Ból był potworny. Pulsował w całej czaszce, przyprawiając mnie o mdłości. Stęknąłem i z wysiłkiem odwróciłem głowę. Dopiero po dłuższej chwili doszedł do mnie okropny smród. Smród śmierci. Otworzyłem oczy. Powieki sklejone były ropą, rozwarły się z trudem. Mrugnąłem kilka razy, by powróciła do mnie ostrość widzenia. W końcu dowiedziałem się, gdzie jestem. Leżałem na stole do sekcji zwłok. Czułem chłód przerdzewiałego, splamionego krwią metalu. Na sąsiednich stołach leżały zwłoki w różnych stadiach rozkładu, poranione, pokryte wrzodami, spuchnięte. Wpatrywały się martwymi oczami w pustkę. Spróbowałem przełknąć ślinę, lecz gardło miałem całkiem suche. Usiadłem na stole, zakręciło mi się w głowie. Czułem się niezmiernie słaby, niczym umierający starzec. Mięśnie drżały pod moją skórą, całkowicie pokrytą bliznami. Gdzie i kiedy się ich nabawiłem? Wpatrywałem się w nie z niedowierzaniem. Kątem oka zauważyłem ruch. Zza blatu, na którym leżała pokryta wrzodami młoda kobieta, wyłoniła się lewitująca czaszka, pożółkła ze starości. Zdawała się uśmiechać, a szklane oczy lśniły zagadkowo w oczodołach. - Hej, szefie, wszystko w porządku? - spytała czaszka, kłapiąc żuchwą. - Bawisz się w trupa, czy próbujesz zrobić w konia Grabów? Myślałem, żeś truposzem, jak ci wszyscy sztywniacy. - Wskazała brodą pobliskie stoły. - Kim... Kim ty jesteś? - spytałem. - Kim *ja* jestem? - Czaszka przekrzywiła się lekko na bok. - A może *ty* byś zaczął, co? Kim jesteś? - Ja... Nie wiem. - zacząłem, zdając sobie sprawę z ogromnej pustki, którą miałem w głowie. - Nie pamiętam. - Nie pamiętasz swojego *imienia*? - zakpiła czaszka. - Wiesz, następnym razem jak będziesz szedł do knajpy, nie przesadzaj tak z bełtem, co? Jestem Morte. Też jestem tu uwięziony. - Uwięziony? - spytałem, rozglądając się po sali sekcyjnej. Czy był to rodzaj jakiegoś więzienia? Czemu się tu znalazłem? Za karę? - Śpiewka jest taka... - mówił Morte - Spróbowałem otworzyć drzwi, ale to miejsce jest zamknięte jak jakiś pieprzony pas cnoty. - Ale gdzie jesteśmy uwięzieni? Co to za miejsce? - To Kostnica. Wielki, czarny budynek o uroku ciężarnej pajęczycy. - Kostnica? Czy ja... Czy jestem martwy? - Nie wydaje mi się. - Morte przyjrzał mi się krytycznie. - Masz w cholerę blizn, chyba jakiś trep podmalował cię nożem, ale truposzem nie jesteś. No, ale to jest kolejny powód, by czym prędzej wyśmiać to miejsce. Ktokolwiek cię poharatał, może zachcieć przyjść i dokończyć roboty, nie? Przyjrzałem się swoim nogom i dłoniom. Całe były pokryte zabliźnioną tkanką, w niektórych miejscach świeżą, ledwie zagojoną, w innych starszą. - Bardzo źle to wygląda? - spytałem. - No, blizny na klacie nie są AŻ TAK złe, ale te na plecach... - Przesunął się tak, że zniknął mi z oczu. - Hej, wydaje się, że masz na plecach jakiś tatuaż, czy coś... Spróbowałem odwrócić się i spojrzeć na czaszkę. Przyglądała się w skupieniu wzorom na moich plecach. Dostrzegłem dziwny, *ostry* wzór wytatuowany na moim ramieniu. Miałem odległe wrażenie, że ten symbol wiele dla mnie znaczył. - Jak wyglądają te tatuaże? - spytałem. - Heh, chyba przylazłeś tu ze wskazówkami. - Morte zaśmiał się. - No, zaczyna się tak: "Wiem, że czujesz się, jakbyś łyknął wody ze Styksu, ale musisz się SKUPIĆ. W swoich rzeczach znajdziesz DZIENNIK, który powinien rozjaśnić kilka spraw. FAROD może podać ci resztę śpiewki, o ile nie wpisali go już do Księgi Umarłych". - Farod? - zastanowiłem się. To imię nic mi nie mówiło. - Czekaj, szefie, doczytam resztę. "Nie zgub dziennika, bo znów zanurzysz się w Styksie. I czegokolwiek być nie robił, NIE mów nikomu KIM jesteś, ani CO się z tobą dzieje, bo wpakują cię do Kostnicy. Zrób, jak mówię: przeczytaj dziennik i znajdź Faroda". - Nic dziwnego, że tak mnie bolą plecy - mruknąłem. - Ktoś napisał tam całą cholerną książkę... Co do tego dziennika, czy miałem coś takiego przy sobie? - Nie, przywieźli cię tu oskubanego ze wszystkiego. - Morte zamilknął na chwilę. - W sumie to wydaje się, że masz ten dziennik wytatuowany na sobie. - Co z tym Farodem? - spytałem. - Znasz go? - Nie, raczej nie. No ale ogólnie to nie znam wielu ludzi. W każdym razie JAKIŚ trep będzie na pewno wiedział, kim on jest. Ale najpierw musimy stąd prysnąć, szefie. - *Jak*? - prychnąłem. - Wszystkie drzwi są pozamykane, więc musimy znaleźć klucz. Może któryś z chodzących trupów go ma. Zeskoczyłem z blatu i stanąłem na brudnej posadzce. Zakręciło mi się w głowie, musiałem kurczowo przytrzymać się krawędzi śliskiego od krwi i płynów stołu. Po chwili zawroty głowy ustały. - Jakich chodzących trupów? - Rozejrzałem się, lecz wszystkie trupy leżały nieruchomo na stołach. - Władze Kostnicy używają truposzków jako taniej siły roboczej. - Morte zaczął przemieszczać się w stronę drugiego końca pomieszczenia, tonącego w mroku. Podążyłem za nim. - Zombiaki są głupie jak buty - kontynuował. - Ale nie są niebezpieczne. Nie rzucą się na ciebie, o ile ich nie zaatakujesz pierwszy. Rąbniesz szybko jednego z nich i zakosisz kluczyk. - Nie chcę ich zabijać. - Myśl o zadawaniu komukolwiek śmierci sprawiła, że poczułem się nieswojo. - A co, myślisz że to urazi ich uczucia? - Czaszka wybuchnęła śmiechem. - Daj spokój, przecież są MARTWI. Przynajmniej będą mogli trochę odpocząć, zanim Graby wskrzeszą ich ponownie. Na stole sekcyjnym, koło zwłok młodego chłopca z wygiętą pod nienaturalnym kątem szyją, spoczywał zardzewiały, stary skalpel. Podniosłem go i naciąłem udo chłopca, by sprawdzić, czy nożyk wciąż jest ostry. Skalpel przeciął cienką skórę niczym kartkę papieru i wszedł delikatnie w tkankę tłuszczową i mięsień. Wzdrygnąłem się i poczułem falę mdłości. Co ja robiłem? Trzymając skalpel w zaciśniętej kurczowo dłoni, zacząłem przyglądać się zombiakom. Cuchnęło od nich formaliną i innymi środkami konserwującymi, co chociaż w pewnym stopniu maskowało odór zgnilizny. Od smrodu łzawiły oczy i drapało w gardle. Zesztywniałe ciała poruszały się powoli, niezgrabnie. Miałem ochotę zwymiotować, lecz nie miałem czym. - Szefie, ten tutaj ma klucz - Morte zdawał się podskakiwać radośnie, a ja znów zastanowiłem się, dlaczego czaszka pływa w powietrzu. Spróbowałem wyszarpnąć klucz z zaciśniętej kurczowo dłoni sztywniaka. Trup zwrócił ku mnie niewidzące oczy i wydał z siebie dziwaczny charkot. Powiało smrodem zgniłej tkanki i formaliny. Spróbowałem jeszcze raz, lecz zasuszone, sztywne palce nie chciały się rozprostować. Zdenerwowałem się i spróbowałem włożyć w to więcej siły. Jeden z palców trzasnął niczym gałązka, a trup zawył i wyciągnął drugą dłoń ku mojemu gardłu. Odepchnąłem ją i uskoczyłem w tył. - Może byś mi tak *pomógł*, co? - krzyknąłem do czaszki. - Owszem, pomogę ci - Zakłapał zębami. - Dobra rada jest na wagę złota! - Chodziło mi o pomoc w *walce* - powiedziałem zirytowany, cofając się przed truposzem. - Ja? Jestem romantykiem, nie żołnierzem. Wchodziłbym ci tylko w drogę. - Lepiej pomóż mi, albo następną rzeczą, w którą wpakuję skalpel, będzie twoje oko! - warknąłem, rzucając się na trupa. Morte podleciał szybko i z głośnym trzaskiem wyrżnął w głowę zombiaka. Trup zachwiał się, wykorzystałem ten moment i pchnąłem go z całej siły. Runął na podłogę, a z pękniętej czaszki zaczęły powoli wypływać resztki płynu mózgowo-rdzeniowego, zmieszane ze środkiem konserwującym. Podskoczyłem i wbiłem skalpel prosto w serce truposza, zastanawiając się nad sensem tego czynu. Jak można *zabić* coś, co już nie żyje? Zombie kaszlnął, strużka flegmy spłynęła mu z kącika ust. Zadrżał, po czym znieruchomiał na dobre. Wytarłem skalpel w szmatę, którą trup miał owiniętą na udach, po czym zabrałem się za wyciąganie klucza z niesamowicie silnego uścisku. W końcu wyłamałem palec po palcu i klucz wypadł z brzdękiem na podłogę. Otworzyłem jedne z drzwi, ciężkie, okute żelazem. Skrzypiały. Moim oczom ukazała się kolejna komnata, tym razem większa. Stoły sekcyjne zawalone były trupami, wszędzie krzątali się powolni nieumarli, wykonując proste prace. - Mała rada, szefie - szepnął Morte. - Od tej pory bądźmy raczej cicho. Nie ma sensu wpisywać większej ilości trupków do Księgi Umarłych, szczególnie panienek. Poza tym to mogłoby zwabić dozorców. - Chyba wcześniej o tym nie mówiłeś... Jakich dozorców? - A co, myślałeś ze to miejsce nie jest chronione? Goście nazywają się "Grabarzami". Mają obsesję na punkcie czerni i zawsze strzelają mroczne miny, cokolwiek by nie robili. To pokręcona banda czcicieli śmierci, uważają, że każdy powinien umrzeć, im wcześniej, tym lepiej. - Nie rozumiem... - Spojrzałem na czaszkę. - Czemu mieliby coś przeciwko, bym stąd się wydostał? - Nie słuchasz mnie uważnie! Mówiłem, że te trepy chcą, by KAŻDY umarł, im prędzej, tym lepiej. Myślą, że ludziom jest lepiej, gdy są wpisani do Księgi. - Skąd pochodzą ci wszyscy nieumarli? - spytałem, idąc w kierunku niedawno zmarłej kobiety, która ścierała plamy krwi z podłogi. - Śmierć nawiedza Plany codziennie, szefie. Ci biedacy tutaj to wszystko, co zostało z ludzi, którzy podpisali ten cholerny kontrakt z Grabami. - Spojrzał na mnie. - Wiesz, oddają im swoje ciało po śmierci, w zamian za garstkę brzdęku. - Czemu nie chcesz, bym zabijał *kobiece* ciała? - Przyjrzałem się uważniej truposzowi ścierającemu podłogę. Ta kobieta musiała być bardzo piękna za życia. Widać, Grabarze zlitowali się nad nią, bo numer na jej czole wypisany był zgrabnymi, równymi cyframi, a usta zszyte drobnym ściegiem. - Mówisz *serio*? - Morte wytrzeszczył oczy. - Szefie, te martwe kociaki są ostatnią szansą dla nas, twardzieli. Musimy zachowywać się jak *dżentelmeni*, nie zabijać ich dla jakichś kluczy, nie odcinać rąk ani nóg... - Ostatnia szansa? - Nie wiedziałem, do czego on zmierza. - O czym ty mówisz? - Szefie, ONE są martwe, MY jesteśmy martwi, kapujesz? No? - Zakłapał żuchwą. - Chyba nie mówisz serio... - Doszło wreszcie do mnie, co miał na myśli. - Już na wstępie mamy o czym zagadać do tych panienek! - Zaśmiał się. - *Wszyscy* umarliśmy przynajmniej raz. Na pewno docenią facetów z doświadczeniem. - Ale... Czy nie mówiłeś, że ja *nie* jestem martwy? - Zwątpiłem. - W porządku. Może *ty* nie jesteś martwy, ale *ja* jestem. I jeśli o mnie chodzi, nie miałbym nic przeciwko, by dzielić trumnę z którąś z tych zgrabnych dzierlatek. Odwróciłem się od niego,wzruszyłem ramionami i zacząłem wymijać stoły, by dotrzeć do kolejnych drzwi. Nie miałem najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie opowieści czaszki o chętnych nieumarłych kobietach. - Poczekaj, szefie! - Czaszka pojawiła się koło mnie. - Wydajesz się wciąż być nieźle zakręcony po tym pocałunku ze śmiercią, więc jakbyś miał jakieś pytania, to wal śmiało. - W porządku - powiedziałem, idąc dalej. - Po drugie... - Czaszka trajkotała jak najęta. - Jeśli jesteś chociaż w połowie tak zapominalski jak mi się wydaje, zacznij wszystko sobie zapisywać. - Gdybym *miał* ze sobą swój dziennik, na pewno bym tak robił. - Zdenerwowałem się. - Załóż nowy, szefie. Wokoło jest pełno piór, inkaustu i papierzysk. Rzeczywiście, przy prawie każdym stole był zapas materiałów do zapisywania wyników sekcji zwłok. Znalazłem świeżo założoną księgę sekcyjną i oddarłem kilka zapisanych stron. - Powinieneś zapisywać wszystko, co wyda ci się przydatne. W razie, gdybyś znów zapomniał kim jesteś, albo, co gorsza, kim *ja* jestem. - Nie sądzę, by teraz była na to pora. Doszedłem wreszcie do kolejnych drzwi. Tuż przed nimi stary, ledwo trzymający się kupy zombie chodził po trójkątnej ścieżce. Zatrzymywał się na każdym z rogów trójkąta, chwilę stał w bezruchu, by potem kontynuować bezcelową wędrówkę. Jego widok coś mi przypominał, ale nie mogłem dojść do tego, co to było. - Ha ha, chyba ktoś zapomniał powiedzieć temu idiocie, by przestał chodzić zgodnie z Regułą Trójek. - Co masz na myśli? - Truposze nie mają za wiele pod sufitem, więc nie potrafią się skupić na więcej niż jednym zadaniu. Gdy ktoś im każe coś zrobić, robią to, póki nie każe im się przestać. Pewnie ten zakończył swoją robotę i nie wie, co dalej. - A ta Reguła Trójek? - Co? - Morte oderwał wzrok od truposza. - A, to jedno z "praw" rządzących Planami, że zdarzenia mają zwyczaj występowania trójkami... Albo wszystko składa się z trzech części... Lub że z każdej sytuacji są trzy wyjścia... No, takie tam. - Nie wydajesz się być przekonany co do tego - Zauważyłem. - Kupa bzdur - parsknęła czaszka. - Możesz sobie znaleźć byle jaki numer i dać mu jakieś mistyczne znaczenie, a na pewno znajdziesz multum zbiegów okoliczności, które ci do tego podpasują. Przeszedłem do następnego pomieszczenia. Rozejrzałem się po sali, było w niej o wiele czyściej, niż w poprzednich, a smród formaliny nie był aż tak intensywny. Moje spojrzenie padło na kąt, w którym znajdowała się ogromna księga. Nagle zza oprawionej w skórę oprawy wyłoniła się pożółkła niczym stary pergamin głowa. Rzadkie, siwe włosy spadały skrybie na oczy. Starzec odwrócił stronę ogromnej księgi. Podszedłem bliżej, mogłem już dojrzeć całą sylwetkę mężczyzny. Długa broda spływała mu na kolana niczym wodospad, a w prawej dłoni trzymał kurczowo poplamione atramentem pióro. Skryba zaniósł się chrapliwym kaszlem, po czym zapisał coś w księdze. Jego pióro skrzypiało głośno. Podszedłem, by zobaczyć, co zapisuje. Ujrzałem imiona. Setki, tysiące imion na każdej stronie. - Szefie - szepnął Morte. - Kłapanie trumną z Grabarzami powinno być OSTATNIĄ rzeczą... Skryba znów się rozkaszlał, a jego oddech stał się jeszcze bardziej urywany, wymuszony. - A już *szczególnie* nie powinniśmy wymieniać śpiewki z chorymi Grabami. Chodź, szefie, im szybciej wyśmiejemy to miejsce... - Nagle Morte przerwał i spojrzał z…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Firewarrior
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…