Wróć do katalogu

Tournee, czyli Jakub Wędrowycz kontra prawo rynku

Fan fiction.

Łukasz Borsuk, opublikowano , 31 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jakub Wędrowycz siedział przy drodze w cieniu wierzby i rozmyślał nad przyszłością. Nie rysowała się ona nazbyt różowo jako, że Wędrowyczowi pozostały już tylko dwie butelki samogonu, z których jedna i tak lada chwila miała dokonać żywota, gdyż Jakub trzymał ją już w dłoni, a przed sekundą fachowo odkorkował.

– Nu, tak, umrzeć przyjdzie jak nic – westchnął Jakub. Pociągnął spory łyk z flaszki i powrócił do roztrząsania problemu, który zaprzątał jego myśli już od kilku dni – skąd wziąć bimber. Rozwiązanie tego problemu jest łatwe tylko pozornie. Wiadomo, wystarczy cukier, woda, drożdże i trochę sprzętu. Jakub przerabiał to już wielokrotnie. Mierzył się też z trudniejszymi wyzwaniami. Z braku cukru pędził już z landrynków, żyta czy grochu. Niestety, była już połowa września i żadne z płodów rolnych nadających się do przerobu nie leżały już na polach. Na landrynki nie miał co liczyć od kiedy zamknięto gminny GS, co w dużej mierze było zasługą Jakuba, ponieważ to właśnie jego nazwisko widniało najczęściej w zeszycie kredytów. Zamówień na egzorcyzmy nie miał od dawna nawet z odległych wsi. Albo złe się przyczaiło, albo za dobrze z nim walczył, przy okazji likwidując popyt na swoje usługi. Do sąsiadów wstyd było chodzić, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu nabrali niemiłego zwyczaju i na widok zbliżającego się do ich obejścia Jakuba chyłkiem opuszczali domostwa unosząc zapasy gorzałki i zakąski w las. Tak więc siedział Jakub pod wierzbą i trudził się nad rozwiązaniem starożytnego równania alchemików. Pół równania było wiadome, więc dla lepszej wizualizacji napisał je sobie patykiem na piasku: ..... = bimber. Rano obudził Jakuba skrzyp wozu Macieja Masłochy, jedynego gospodarza, który na widok Wędrowycza nie uciekał w popłochu. A to z tej przyczyny, że był skąpcem od urodzenia a niepijącym z wyrachowania.

– Pochwalony, Jakubie – rzekł Masłocha zatrzymując konia. – Pochwalony, Macieju – odparł Jakub podnosząc się z ziemi i otrzepując portki. – Praca, Jakubie, praca. Tego brakuje. – E? – burknął Jakub przecierając przekrwione oczy. – W waszym równaniu na piasku, praca winno być w pierwszej części. – Taa...? – spytał, niezbyt zaciekawiony brzmieniem słowa „ praca” egzorcysta. – Tak. Znaleźlibyście pracę, odłożyli pieniędzy, kupili kilka krów czy prosiąt, sprzedali, kupili młode, wynajęli parobka żeby wam gospodarkę obrabiał, a sam... – Nu, co? – A sam moglibyście Jakubie siedzieć pod wierzbą i pić bimber do woli. – zakończył tryumfalnie Masłocha. – A niby co ja teraz robię? – spytał retorycznie Wędrowycz pociągając łyk z ostatniej już flaszki. Spojrzał pogardliwie na Macieja i ruszył ku wsi. Jakub wszedł do gospody z podniesioną głową udając, że nie widzi kilku postaci żwawo czmychających na jego widok. Nim doszedł do kontuaru oszacował liczbę pozostałych klientów. Następnie wykonał prawie replikę gestu Rejtana odrywając pokaźną część podpinki od sfatygowanej marynarki, pogmerał chwilę za pazuchą i pańskim gestem rzucił na ladę złotą dziesięciorublówkę.

– Piwo dla wszystkich, dwie butelki żytniej a reszty nie zapomnij wydać – zaordynował. Barman zrealizował zamówienie, wpierw dyskretnie sprawdziwszy kruszec w zębach. Jakub trzymając dwie butelki podszedł do stolika, przy którym siedział jego druh serdeczny Semen Korczaszko.

– Witaj Semen – powiedział Jakub stawiając flaszki na stół i siadając naprzeciw Semena. – Po radę przyszedłem, bo sam już nic wymyślić nie mogę... – A to w jakiej kwestii? – spytał zdziwiony Semen. – W kwestii środków do życia. – westchnął Jakub, a potem opowiedział o swych przemyśleniach w sprawie alchemicznego równania, którego nijak rozwiązać nie potrafił i o innych rozterkach, które nim targały a którym nie potrafił sam stawić czoła. – Maciej mógł mieć rację, ale nie do końca. – Rzekł Semen. – Wszelako masz kwalifikacje a przynajmniej praktykę jako egzorcysta. Powinieneś iść z duchem czasu i skoro praca nie chce przyjść do ciebie, to ty powinieneś poszukać pracy. Prawo rynku. Takie jest moje zdanie. Okolicę oczyściłeś ze zjaw, upiorów i wampirów, trzeba ci teraz ruszyć na tournee po kraju. – Ale jak? – jęknął nie przekonany wciąż Wędrowycz. Na obmyślaniu tej kwestii zeszły im kolejne trzy godziny i dwie butelki. Jakub początkowo nie był przekonany do pomysłu Semena. Przez chwilę pomyślał nawet, że jego przyjaciel chce się go pozbyć, ale szybko oddalił od siebie tę myśl. Przysłowie mówi, że żeby kogoś poznać trzeba z nim zjeść beczkę soli, ale kto by to liczył. W stosunkach Jakuba z Semenem przekładało się to na samogon. Wspólnie wypili już na pewno cysternę i nigdy nie wyliczali czyjego bimbru kto wypił więcej. Tak więc niedługo po północy Jakub zgodził się, że jedynym wyjściem jest czasowa emigracja zarobkowa. Posterunkowy Birski, który wpadł po służbie na piwo, podobnie jak reszta bywalców knajpy przysłuchiwał się dyskusji i na chwilę wstąpiła w niego nadzieja, że może uda mu się wreszcie pozbyć jednego z uciążliwszych mieszkańców Wojsławic, podszedł do Jakuba i przyjacielsko poklepał go po ramieniu.

– A może wam się Jakubie w mieście spodoba i zostaniecie... – Nie bójcie się. Cztery niedziele nie miną i wrócę z tego, no...tournee. Rano Semen odwiózł Wędrowycza na przystanek PKS-u, na pożegnanie wręczył mu dwie butelki świeżo wydestylowanego płynu i patrzył jeszcze długo w kierunku, w którym odjechał autobus rozmyślając, czy aby na pewno dobrze doradził przyjacielowi. W Ustrzykach Jakub bez trudności odnalazł gmach z napisem Rejonowy Urząd Pracy, a w nim pokój z napisem „Informacja” . Zapukał, wszedł i na pytające spojrzenie zza biurka rzekł: – Pracy szukam... Chwilę później pani zza biurka wykonała krótki telefon, zaś po minucie do pokoju prawie wbiegł młody człowiek, który przedstawił się jako pracownik socjalny Jacek Ziętek i o mało co wycałowałby Jakuba w oba policzki, ale z okazywaniem entuzjazmu powstrzymał się dopóki nie sprawdził zameldowania w dowodzie. Stwierdziwszy z zadowoleniem, że posiadacz powyższego podlega terytorialnie pod urząd w Ustrzykach wypełnił niewielki formularz, następnie zaprowadził Jakuba do fryzjera, gdzie go ogolono, ostrzyżono i uperfumowano, potem do marketu, w którym zakupił Jakubowi dwa komplety ubrań, walizkę i niezliczoną ilość drobiazgów, w jego mniemaniu niezbędnych do życia, a na koniec do noclegowni gdzie pokazał nowemu podopiecznemu przytulny pokoik, wręczył sto złotych, kazał pokwitować i poprosił o stawienie się nazajutrz o dziewiątej w pokoju numer siedemnaście. Jakub oszołomiony tym co działo się wokół jego skromnej osoby zdobył się tylko na kiwnięcie głową, następnie wzmocnił się połową semenowego daru i zapadł w głęboki sen. Wystawne przyjęcie Wędrowycza w Ustrzykach wynikało z prozaicznego faktu. Urząd Miasta otrzymał sporą dotację od Unii Europejskiej na tworzenie nowych miejsc pracy i aktywizację bezrobotnych. Pieniędzy tych było zbyt mało, by otworzyć fabrykę czy choćby montownię czegokolwiek, a zbyt dużo by rozdysponować je na codzienne potrzeby tutejszych bezrobotnych. Minęły trzy kwartały, a miasto zużyło ledwie ćwierć kwoty, czyniono więc wszystko żeby wydać pieniądze zgodnie z przeznaczeniem do końca roku, bo zgodnie z logiką dotacji, jeśli nie przepuści się wszystkiego do końca, następna dotacja, jeśli nastąpi, ani chybi będzie mniejsza. Następnego dnia, kilka minut przed dziewiątą Jakub wszedł nieśmiało do pokoju numer siedemnaście. W środku, na krzesłach ustawionych w półkole siedziało ośmiu facetów w nowych ubraniach. Jakub spoczął na jednym z wolnych krzeseł i tak jak inni, bez większego zainteresowania zaczął oglądać powieszone na przeciwległej ścianie kolorowe plansze pełne strzałek, rozgałęzień i odnośników. Chwilę później do siedzących dołączyło jeszcze dwóch ludzi w nowych ubraniach, a punktualnie o dziewiątej wszedł do sali Jacek Ziętek w towarzystwie drugiego mężczyzny – niewysokiego brodacza po czterdziestce.

– Witam panów – rozpoczął Jacek – i przedstawiam pana Zygmunta Zmarszcz-Bronowskiego, który jest psychologiem z Krakowa i poprowadzi nasze tygodniowe warsztaty aktywizacji zawodowej. – Dzień dobry. Dziękuję panu za wprowadzenie i żeby nie tracić czasu rozpocznijmy zajęcia – psycholog miarowym krokiem przechadzał się po cięciwie łuku utworzonego z krzeseł. – A więc, może na początek każdy z panów krótko nam się przedstawi. Wiek, dotychczasowa kariera zawodowa i plany na przyszłość. Pierwszy z odpowiadających nie zrobił na psychologu wrażenia. Trzydzieści dwa lata pracy w tartaku. Tartak splajtował to go zwolnili. Robić by chciał byle co, byle za niezłe pieniądze. Drugi, robotnik leśny z Ustrzyk, lat czterdzieści jeden, zwolniony „w papierach” za pijaństwo, ale tak naprawdę, jak zapewniał z ręką na sercu to on nietrunkowy a wyrzucili go przez złośliwość kierownika. Wielki, czerwony nos na twarzy właściciela zdawał się krzyczeć „kłamie, kłamie”. A co by chciał robić?

– No, w dzieciństwie to marzyłem, żeby kosmonautą zostać. Ale teraz już chyba za późno – dodał ze smutkiem. – Taa, chyba za późno – odparł psycholog bez przekonania. – A pan ? – Zwrócił się do Jakuba. – A ja panie, to nie na kursa tu przyjechał, tylko pracy szukać. – To świetnie, świetnie. A jako kto? – Ano jako egzorcysta. – I pięknie, i bardzo dobrze. – Twarz psychologa rozpromieniła się. – Widzicie panowie, chyba najstarszy z was a jak przyszłościowo myśli. Koniec wieku, mistycyzm, czarna magia, nastroje milenijne to wszystko stwarza koniunkturę. Ludzie chcą wróżek, jasnowidzów, egzorcystów i trzeba im to dać. A co pan robił przedtem? – Nu, egzorcystą był. Entuzjazm psychologa oklapł nieco, natomiast Jacek wpadł na pomysł. Zabrał Jakuba do innego pokoju i tam przedstawił mu swój projekt. Prasa to potęga – wystarczy dać parę ogłoszeń i praca dla egzorcysty na pewno się znajdzie. Za ogłoszenia zapłaci oczywiście Urząd Pracy, a jakby jakiś sprzęt fachowy do wykonywania zawodu był mu potrzebny, to niech mówi śmiało. W miarę możliwości da się załatwić.

– Najważniejsze, żeby pan szybko zaczął się utrzymywać z pracy i uniezależnił się od pomocy, taki jest przecież nasz cel. – powiedział Jacek tonem faceta, który wierzy w prawdziwość tego co mówi. Ogłoszenia miały się ukazać w trzech pismach branżowych: „Wróżce”, „Czwartym wymiarze” i „Nieznanym świecie”, ale ponieważ to miesięczniki, warto też zamieścić jedno w tygodniku ogłoszeniowym – przekonywał Jacek. Wspólnie ustalili treść ogłoszenia, która brzmiała: „Egzorcysta z praktyką podejmie się prawie każdej pracy.”

– Bo ja tam panie nie będę ganiał po lasach za wilkołakiem, za stary jestem – wyjaśnił Wędrowycz. – A co panu potrzebne z wyposażenia? – Na wampira to ino osinowy kołek i butelka z wodą święconą, na wilkołaka kula srebrna, ale srebro próby przynajmniej 625, na strzygę...- Jacek zapisywał pilnie. Następny tydzień upłynął Jakubowi, przedpołudniami na słuchaniu wykładów i zajęciach warsztatowych, a popołudniami na wędrówkach z panem Zbyniem, właścicielem czerwonego nosa, szlakiem miejscowych wytwórców bimbru. Wędrowyczowi podobały się zwłaszcza zajęcia popołudniowe, ale nie tylko z tego powodu nie wracał do Wojsławic. Jeszcze pierwszego dnia wysłał Semenowi sześćdziesiąt złotych przekazem pocztowym. Miejsca na korespondencję na odwrocie odcinka nie było wiele, ale Jakub się nie rozpisywał. „Za wszystko kup cukru i wiesz co zrób” – brzmiała cała treść. Tak, że wracać już miał do czego, ale głupio tak wracać z pustymi rękami. Postanowił, że zgodnie z zapowiedzią daną Birskiemu zostanie dwa, trzy tygodnie i w najgorszym razie wróci z pieniędzmi z zasiłku, czy innej zapomogi. Zawsze to coś. Nie licząc nowinek technicznych z rynku prywatnego gorzelnictwa. Podwójna chłodnica podpatrzona na którejś z wypraw z panem Zbyniem wprawiła Jakuba w zachwyt.

– To takie proste, tylko trzeba na to wpaść – rzekł z zadumą. – Tak, tak panie Jakubie. Monopol stwarza zagrożenie przez brak konkurencji na rynku – po raz kolejny powtórzył pan Zbynio, chyba jedyne zapamiętane z wykładów zdanie. – Za przełamanie monopolu – dodał podnosząc szklankę. Ostatniego dnia kursu z sali wykładowej wywołał Jakuba Jacek. – Panie Jakubie, jest pierwsza odpowiedź na ogłoszenie! Grudna, wieś pod Gorzowem. Nie podali szczegółów, ale chyba nie chodzi o wilkołaka – uśmiechnął się. – Tu są pieniądze na bilety, proszę pokwitować i po powrocie przynieść bilety i resztę. Wie pan, musimy rozliczać się z każdej złotówki. Ogłoszenia ma pan opłacone na kwartał. A tu mam dla pana taki prezent pożegnalny – powiedział wyjmując spod biurka niewielki neseser. – Otworzył walizeczkę i oczom Wędrowycza ukazały się różne znajome przedmioty poumieszczane we wgłębieniach gąbki wyścielającej dno. – Prawie wszystko z pańskiej listy zapotrzebowania. Taki zestaw „Mały Egzorcysta” – powiedział Jacek przesuwając neseser w stronę Jakuba i dodał – Proszę pokwitować odbiór w komplecie. Podróż zabrała Jakubowi prawie cały dzień. Późnym popołudniem wysiadł z autobusu PKS-u i po trzykilometrowym marszu dotarł do tabliczki z napisem „Grudna”. Wieś nie była duża. Około trzydziestu domów w większości postawionych w pobliżu drogi, która w środku wsi rozgałęziała się na dwie odnogi. Za domami widać było pole ciągnące się jakieś trzysta metrów, aż do lasu, którego ciemnozielona linia zamykała horyzont. Jakub przystanął, z kieszeni marynarki wyjął nie używaną do tej pory chustkę do nosa otrzymaną wraz z ubraniami, dogłębnie wyczyścił nos i nabrał powietrza. Oprócz swojskiego zapachu wsi wyczuł coś jeszcze, nie zapach właściwie ale... Sam nie potrafił tego opisać słowami. Nie spotkał jeszcze nikogo, kto tak jak on wyczuwał te drgania powietrza, czy niewidzialne fluidy wskazujące na działanie sił nadprzyrodzonych. Jakub znalazł dom sołtysa stojący w pobliżu rozwidlenia dróg i śmiało wszedł na podwórze. Zbliżając się do drzwi usłyszał fragment głośnej rozmowy toczącej się wewnątrz.

– ...a niby co miałem robić skoro i ksiądz zawiódł ?! – podniesiony męki głos zdawał się traktować to pytanie jako retoryczne. Odpowiedział mu głos spokojniejszy, choć też zdradzający oznaki zdenerwowania. – Zawiodłem, dobrze, zawiodłem ale może i wasza mała wiara miała w tym swój udział. To jeszcze nie powód, żeby od razu świeckiego... – Niech będzie świecki, niech będzie sam diabeł, byleby nam pomógł! Jakub energicznie zapukał do drzwi. Rozmowa zamilkła. Dopiero po dłuższej chwili usłyszał szuranie i szczęk zamka. Drzwi uchyliły się. Zza nich wyjrzał starszy, postawny mężczyzna, otaksował Jakuba od stóp do głów, uchylił drzwi nieco bardziej i spytał: – Słucham? – Dzień dobry, ja do sołtysa – odparł Jakub. – Wilczyński. Jan. Sołtys Grudnej – mężczyzna wyciągnął dłoń. – Wędrowycz. Jakub Wędrowycz. – Przedstawił się egzorcysta ściskając prawicę sołtysa i dodał – Ja z ogłoszenia. Oczy Wilczyńskiego rozbłysły radością, otworzył drzwi na oścież i szerokim gestem zaprosił Jakuba do środka. Z sieni przeszli do dużego pokoju, w którym za stołem siedział młody, rudy mężczyzna w sutannie. Sołtys przedstawił go egzorcyście. – Ksiądz Marchewa. – Andrzej Marchewa – dodał ksiądz, niechętnie wyciągając rękę w stronę Jakuba i bacznie przypatrując się jego twarzy w poszukiwaniu choćby cienia uśmiech, ale Jakub zachował pokerową twarz. – Jakub Wędrowycz. Miło księdza poznać. – A więc to pan ma być tym panaceum? – Marchewa uśmiechnął się krzywo. – Niby czym? – Niech ksiądz nie zaczyna – przerwał sołtys. – Pan po podróży, pewnie zmęczony. Może coś do jedzenia, kawy,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych