Trup albo koszmarny ciężar śmierci
Tekst sprzed dwudziestu lat (ze względu na wakacje mialem czas na przepisywanie...). Z założenia miał być ponurym, egzystencjalnym opowiadaniem, ale doszło trochę klimatu fantastyki.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Trup albo koszmarny ciężar śmierci
Adam umarł nagle. Zdarzyło się to w środku nocy, podczas snu; gdy rzeczywistość i tak istnieje tylko na niby. Jego serce przestało bić, oddech ustał, a ciało nie reagowało na jakiekolwiek impulsy. W pierwszej chwili Adam sądził, że zbudził się zbyt wcześnie i dlatego tak długo nie może dojść do siebie. Był lekki, bezcielesny, poruszał się, chociaż nie czuł żadnego oporu. Patrząc na człowieka leżącego na łóżku zrozumiał, że to jest właśnie śmierć. Kiedy umiera się w taki sposób nie ma właściwie czego żałować. Adam odczuł zmianę sytuacji jako coś zdecydowanie pozytywnego. Uwolnił się od bólu, głodu, pragnienia oraz fizjologicznych potrzeb, wszystko pozostało tam na dole, w osiemdziesięciu kilogramach martwego ciała. Dopiero o świcie mógł się dokładniej przyjrzeć swoim zwłokom. Z wyraźnym niesmakiem stwierdził, że nie wygląda na ładnego trupa. Trzydniowy zarost na twarzy przypominał jakiś brudny nalot albo pleśń, która atakuje zapomniana kromkę chleba. Dłonie zaciskały się na pościeli jakby nieboszczyk zamierzał jeszcze naciągnąć kołdrę na głowę, aby ukryć się przed promieniami słońca. Był blady, jego usta wykrzywiły się w nieprzyjemnym grymasie, zaś spod kołdry wystawała owłosiona łydka i stopa. Szczególnie stopa wywoływała wrażenie niestosowności: duża, koścista, z brudnymi, pozawijanymi paznokciami. Za życia Adam zwykł chować ją w skarpetkę, jednak teraz był zupełnie bezradny. Zareagował gwałtownie na dźwięk budzika, ale temu na dole pobudka nie zmąciła spokoju. Nie przeszkadzało mu irytująco natarczywe dzwonienie, które jeszcze wczoraj automatycznie uruchamiało rękę błądzącą w poszukiwaniu wyłącznika. Temu na górze pobudka wciąż sprawiała przykrość, lecz on nie mógł już nic na to poradzić. Z przyzwyczajenia sięgnąłby po papierosa, przetarł oczy i włączył radio. Jego trup nawet nie drgnął – w końcu można się było tego spodziewać. Leżał tak biedaczysko z zamkniętymi oczami, nieogolony, bielszy od prześcieradła. Wielka, brzydka stopa mierzyła paluchami w sufit albo jeszcze dalej, gdzieś między chóry pokracznych aniołów. Adam nie mógł pojąć dlaczego ciągle tkwi tutaj w towarzystwie smutnego nieboszczyka, do którego czuł nawet odrobinę sympatii, ale tym bardziej chciał się z nim ostatecznie pożegnać. Skoro oddzielono już duszę od kości i mięsa, to chyba nie okaże się, że śmierć popełniła falstart? Gdy spojrzał na zegarek dłuższa wskazówka dobiegała akurat do mety kolejnego okrążenia. Krótka ułożyła się nieruchomo w pozycji „siedem”, a to oznaczało, że za chwilę powinno zdarzyć się coś niezwykle interesującego. Był mile zaskoczony odczuwając emocje – dotychczas sądził, że bez adrenaliny lokatorzy zaświatów skazani są na wyjątkowo nudną egzystencję. Czekał, aż poruszy się klamka w drzwiach, a potem nastąpi tak dobrze znane skrzypnięcie zawiasów i poranna modlitwa klejących się do podłogi kapci. Plask, plask, plask. Przerwa. Plask, plask. Zanim zdążył się nad tym zastanowić do pokoju weszła żona. Plask, plask, plask. Postawiła kawę na stoliku obok łóżka, a przy okazji zrzuciła na podłogę paczkę papierosów. Schylając się po nią musnęła włosami twarz trupa, lecz on zignorował łaskotanie. Adam czekał na pierwszą oznakę szoku. Spodziewał się ujrzeć coś niezwykłego, usłyszeć krzyk kobiety, czy chociaż zobaczyć w jej oczach wyraz bezgranicznego zdumienia. Tymczasem ona wymamrotała pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa i niedbałym ruchem poprawiła poduszkę pod głową nieboszczyka. Jej wzrok zatrzymał się na moment na wystającej poza łóżko stopie. Później odwróciła się i zrobiła: „Plask, plask. Przerwa. Plask, plask, plask”. Drzwi zamknęły się z jak zawsze odrobinę zbyt głośnym trzaśnięciem. Anormalna normalność. To Adam doznał szoku. Gdyby mógł mówić, to z pewnością zaniemówiłby. Przez najbliższą godzinę myślał o tym, czy to możliwe, aby żona niczego nie zauważyła. Tak, czy owak wychodziło, że to nieprawdopodobne. Następne skrzypnięcie drzwi zaskoczyło go pogrążonego w rozmyślaniach o ludzkiej ułomności. Kobieta wtargnęła do pokoju niespodziewanie. - Ewa przyniosła gazetę – oznajmiła. Nigdy wcześniej Ewa nie przynosiła gazet, a przecież Ewa nigdy nie robiła dobrowolnie rzeczy, których nigdy przedtem nie robiła. Dzięki doskonale monotonnemu trybowi życia była niemal stuprocentowo przewidywalna. Coś jak pralka automatyczna, z tą tylko różnicą, że pralkę można sprzedać, zaś wyjęcie wtyczki z gniazdka nie jest karalne. Oboje zresztą byli pod pewnymi względami do siebie podobni. Żyli obok siebie, jedli obok siebie, znali się nawzajem do tego stopnia, że nie musieli nawet ze sobą rozmawiać. Od kilku godzin jednak Adam był martwy, a Ewa ciągle wymigiwała się od zostania wdową. Musiała zauważyć, że umarł. Inaczej nie pochylałaby się nad łóżkiem z tym głupkowatym wyrazem twarzy, który pojawiał się u niej ilekroć odnajdywała wśród nekrologów nazwiska starych znajomych. - Źle dzisiaj wyglądasz biedaku – zwróciła się do nieboszczyka jak gdyby nic się nie stało. - Ewa zadzwoni do twojego najlepszego kolegi i odwoła dzisiejszego brydża. Kobieta dotknęła delikatnie czoła zmarłego. Gdyby Adam żył, z pewnością wstrzymałby oddech i otworzył usta z wrażenia. - Eee… Ewa uśmiechnęła się przyjaźnie. – Nic ci nie będzie, nie masz nawet gorączki. Plask, plask. Przerwa. Plask, plask, plask. Został sam. Jego żona zupełnie zbzikowała. Nie podejrzewał, że tak bardzo przeżyje jego śmierć. Chciał się już stąd wyrwać i pomknąć do miejsca przeznaczonego dla świeżo porzuconych dusz, lecz coś mu w tym przeszkadzało. Nie chodziło tu o jakieś fizyczne bariery, Adam był po prostu w tajemniczy sposób związany ze swoim trupem. Nie mógł się od niego oddalić. Miał teraz do rozwiązania poważny problem. Musiał ustalić, co go tutaj zatrzymuje i kiedy wreszcie odzyska pełną swobodę. To głupie uczucie – zostać nagle pozbawionym cielesnej powłoki, a jeszcze głupsze być skazanym na widok własnego trupa. I na dodatek nie móc schować pod kołdrę osobistej stopy! W ciągu następnych czterech godzin Adam zapoznał się dokładnie z wszelkimi odmianami pojęcia nudy. Ludzka dusza uwięziona w pomieszczeniu, w którym spędziła spory kawałek swej doczesnej egzystencji ma naprawdę niewiele do roboty. Kobieta zostawiła na stoliku gazetę starannie złożoną na cztery części. Lektura ćwierci strony gazety jest o tyle pouczająca, że zmusza wyobraźnię do beznadziejnej próby zrekonstruowania niewidocznych fragmentów artykułów. Pierwsze trudności zaczynają się już na etapie tytułów. Czy znany polityk został przyjęty przez innego znanego polityka, czy może spotkał się w motelu z nieletnią prostytutką? Kto wie. Oczywiście Adam usiłował rozłożyć gazetę, ale okazało się, że nie jest w stanie wpływać na materię tego świata. Nawet drobinki kurzu drwiły sobie z jego starań, zaś większe paprochy w ogóle nie zwracały na niego uwagi. Gdyby Adam żył, z pewnością spociłby się z wysiłku. Około jedenastej dał sobie spokój z próbami przesuwania przedmiotów i do południa gapił się posępnie na drogiego, bliskiego nieboszczyka. Musiał zresztą patrzeć, bo dusze nie mają powiek do zamykania. Taki zwyczaj. Ewa przyniosła piwo. Dwie puszki, które postawiła na stoliku zabierając stamtąd zimną kawę i nie przeczytaną gazetę. - Ewa przyniosła piwo – powiedziała odkrywczo. – Ale nie wypijaj go od razu, tylko poczekaj do obiadu. Dobrze? Nerwy Adama nie wytrzymały. Wykonał ruch, w który włożył cały, duchowy impet i przeleciał na wylot przez ciało żony. Nie spodziewał się po tym wiele, ale miał nadzieję, że kobieta odczuje przynajmniej przejmujący dreszcz. Nie odczuła niczego. Taki obrót spraw zaczynał go coraz bardziej niepokoić. Miał za sobą życie i śmierć, a przed sobą cholernie marne perspektywy. Żadnej jasności na końcu tunelu ani spotkań z od dawna nieżyjącymi przyjaciółmi. Gdzie się podział Bóg albo chociaż jego nadęci wysłannicy odpowiedzialni za godne powitanie bezdomnych dusz? Ten na łóżku wylegiwał się za wszystkie czasy. Sztywny jak kłoda i niemy jak kłoda. Dobrze, że kołdra zasłaniała większą część jego ciała, co oszczędziło Adamowi przykrej konfrontacji z nagością własnych zwłok. Dobrze też, że dusze mają niezwykle przytępiony zmysł powonienia. Za życia nie cierpiał charakterystycznego, trupiego zapachu, który przyprawiał go o mdłości. Ciekawe czy teraz poczułby to samo? Tak jak się spodziewał Ewa przyszła po talerz oraz puszki. - No i co, czujesz się lepiej? – spytała. – Ewa włączy ci telewizor, zaraz będzie nasz ulubiony serial. Po jej wyjściu Adam popadł w apatię. Próbował się skupić, lecz filmiszcze, którego szczerze nie znosił nie pozwalało mu na zebranie myśli. Przypominał sobie antyczne historie o losach zmarłych, których ciała nie zostały pogrzebane. Może w owych bajkach tkwiło ziarno prawdy? Uciekał jak tylko mógł od myśli o tym, co się stanie jeśli obłęd żony potrwa na przykład tydzień? Ich dom znajdował się na uboczu. Ewa nie miała przyjaciółek, a jego nieliczni znajomi na ogół nie składali niezapowiedzianych wizyt. Na domiar złego nie mieli dzieci i już od paru lat żadnej bliższej rodziny. Od ponad miesiąca Adam nie musiał pracować z czego nie zdążył się zbytnio nacieszyć, ale za to zdążył tego pożałować. W miarę upływu czasu osuwał się w czarnowidztwo, którego zdradliwe dno ujawniało przed nim kolejne poziomy. Na szerokim świecie szalała śmierć, tłumy dusz podążały w zaświaty, a on nadal na coś czekał… Na kolację Ewa przyniosła tacę zastawioną przeróżnymi smakołykami. Było ciasto ze śliwkami i martwy, nadziewany ptak. Były owoce, kieliszek napełniony czerwonym winem i jeszcze wiele innych „wymyślnych” przysmaków. Adam jeszcze nigdy w tym domu nie widział takiej kolacji nie wspominając nawet o jej zjedzeniu. - Ewa przyniosła ci coś dobrego, żebyś szybko wracał do zdrowia. Obeszła dookoła łóżko i leciutko uchyliła okno. Przez dłuższą chwilę gapiła się w szarzejące niebo, jakby nagle odkryła fakt, że świat nie kończy się na tym, co pod nogami. – Pięknie – powiedziała wdychając pełną piersią orzeźwiające powietrze. – Ewa uchyliła okno, żeby ci nie było w nocy duszno. Musisz dobrze wypocząć, na jutro zapowiadają upał. Wyłączyła telewizor akurat w momencie, gdy zaczynało się dziać coś ciekawego. Plask, plask. Przerwa. Plask, plask, plask. - Nie za ciemno ci? – zaszczebiotała zatrzymując się przy wyłączniku światła. – No dobrze, Ewa już ci nie przeszkadza. Dobranoc. „Do dupy” – odpowiedział Adam z bezgłośną wściekłością. Słowo „upał” wystarczyło, aby popsuć mu najbliższe godziny wieczności. Upał oznaczał gnicie i rozkład, czyli oglądanie siebie w kondycji, w jakiej nikt nie chce się oglądać. Bez przekonania spróbował czy uchylone okno może nadawać się jako droga ucieczki. Rzecz jasna nic z tego nie wyszło, co potwierdziło jedynie obawę, że jego niewola nie zależy od ścian, drzwi oraz zamków. Na szczęście zaczęło się ściemniać. Dusza zazwyczaj dziedziczy cechy wzroku po nieboszczyku, z którym była związana. W tym przypadku nieboszczyk był krótkowidzem i szczególnie kiepsko widział w ciemnościach. Adam dopiero uczył się życia po śmierci, jednak przeczuwał, że w tym stanie może mieć kłopoty z zaśnięciem. I rzeczywiście sen nie nadchodził. Adam usadowił się na noc pod sufitem, na środku pokoju. Wolałby któryś z kątów, lecz obawiał się bliskiego sąsiedztwa pająków. Sama świadomość ich obecności napawała go wstrętem. To nic, że nie należał do materialnego świata – pająki i tak były paskudne. Nie wiedział jak by zareagował, gdyby takie szkaradztwo dostało się w obręb jego postaci. Gdyby Adam żył i gdyby zdarzyło się coś takiego , z pewnością narobiłby w portki. I chociaż dusze nie zasypiają to ciemność, cisza oraz bezruch przynoszą im odpoczynek. Zapada się wówczas w stan przypominający płytką drzemkę – to znaczy jest się trochę po jednej, a częściowo po drugiej stronie granicy między snem, a rzeczywistością. Myśli rwą się, traci się nad nimi kontrolę, aby po chwili wrócić do punktu wyjścia. Taka sytuacja powtarza się do znudzenia i w przeciwieństwie do snu żywego człowieka, dusza nigdy nie wychodzi całkowicie poza ową magiczną granicę. Znawcy tematu mówią o tym, że dusza „buja się” albo używając pseudouczonej paplaniny „trwa w hipnotycznym zawieszeniu”. Adam „bujał się” pod sufitem dość długo, przebujał noc, aż do świtu, co może zdarzyć się jedynie nowicjuszom w zaświatach. Przez cały czas w jego myślach, niczym na zdartej płycie snuł się wątek upału i przerażająca wizja gnijącego ciała. Nagle coś się zmieniło. Płyta poszła dalej i w świetle poranka Adam ujrzał swój pokój z perspektywy sufitu. Ten na dole nie obudził się już drugi dzień z rzędu. Wykwintna kolacja stała tuż obok niego, a mały, puszysty kotek rozłożył się dokładnie na środku tacy. Punktualnie o siódmej kotek umył się po posiłku i na dźwięk otwierających się drzwi zwiał przez uchylone okno. - Ewa przyniosła ci kawę – kobieta sięgnęła po tacę z kolacją i z niedowierzaniem pokręciła głową. – Ale z ciebie bałaganiarz – stwierdziła zdobywając się na „figlarny” uśmieszek. - Cieszę się, że ci smakowało – dodała. Plask, plask, plask. Na Adamie nie zrobiło to już większego wrażenia. „Plask, plask” – pomyślał spoglądając z góry na wychodzącą kobietę. Na termometrze za oknem słupek rtęci rozpoczynał mozolną wspinaczkę. I Adam miał mu to szczerze za złe. Przed jedenastą dzielny słupek osiągnął punkt „czterdzieści” i zdaje się, że nie zamierzał na tym poprzestać. Adam wyobraził sobie trupy ludzi i zwierząt wydane na pastwę słońca. Wszystko co martwe i niepogrzebane musiało się mieć dzisiaj na baczności. W pomieszczeniu było oczywiście chłodniej, ale jeśli tak dalej pójdzie to ten na dole także odczuje skutki gorąca. Kiedy upał sięgnął zenitu w pokoju zjawił się znajomy kotek. Stworzenie okazało się na tyle bezczelne, że przyprowadziło ze sobą kolegę albo raczej koleżankę. W pierwszej kolejności koty zainteresowały się stolikiem. Były wyraźnie zdziwione, że nie ma jeszcze obiadu i ten, który zapraszał tłumaczył się swojej przyjaciółce przymilnymi miauknięciami. Zdziwienie szybko przeszło w rozczarowanie, a rozczarowanie w rozdrażnienie. Zamiast spokojnie czekać na porę obiadu koty postanowiły pooglądać sobie trupa. Adam wiedział zbyt dobrze czym się może skończyć takie oglądanie. Nie zamierzał przyglądać się temu bezczynnie; runął więc z furią na koty życząc im połamania karków w trakcie panicznej ucieczki. Wylądował między nim, a nią i nie miał pojęcia co powinien dalej zrobić. Zwierzaki nie połamały sobie karków. Kotka wprawdzie zeskoczyła na podłogę, lecz kotek zjeżył tylko sierść i uzbrojoną w pazury łapą przeczesywał miejsce, w którym mniej więcej znajdował się Adam. Po paru minutach zwierzęta zorientowały się, że dziwny intruz nie może im w niczym przeszkodzić. Kocur prychnął z pogardą, zaś jego przyjaciółka sprężyła się do skoku. Pewna rzecz od początku przykuwała jej uwagę i prowokowała do ataku. Taka okrągła wypukłość na szyi zmarłego… No i stało się. Zanim skrzypnięcie drzwi wypłoszyło z pokoju krwiożercze bestie ciało Adama zostało okaleczone. - Ewa przeprasza za spóźnienie, ale chciała przygotować swojemu śpiochowi prawdziwe przepyszne pyszności. Gdyby Adam żył, z pewnością zazgrzytałby z wściekłości zębami. Nigdy nawet nie podejrzewał jak głęboko można zabrnąć w swoje szaleństwo. - Wychodziłeś gdzieś? – kobieta rozdrapaną szyję męża. – To dobrze, powinieneś teraz częściej wychodzić. Smacznego. – „O kurwa, kurwa, kurwa” – odpowiedział jej z zaświatów Adam. – Po obiedzie zdrzemnij się przynajmniej godzinkę – zaproponowała z troską i wyszła. - „Tak jest kochanie. Adam na pewno nie zapomni o drzemce” – miał wrażenie, że jego dusza zaczyna tracić głowę. Musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, które pozwoli mu chociaż na moment wyzwolić się z koszmaru. Spróbował jeszcze raz przesuwania przedmiotów. Po kilku nieudanych próbach doszedł do wniosku, że zabrał się do tego od zupełnie złej strony. Najpierw trzeba nauczyć się radzić z rzeczami najlżejszymi, na przykład drobinkami kurzu. Być może to idiotyczne, ale poza tym miał do wyboru liczenie much, które zwabiła rozgrzebana przez koty szyja nieboszczyka. Wieczorem zadzwonił telefon. Aparat znajdował się w korytarzu, dość blisko drzwi pokoju, dlatego Adam mógł podsłuchać część rozmowy. - Jest w domu, ale nie czuje się najlepiej – mówiła Ewa. – Nie, nie sądzę, żeby mógł przyjść – wyjaśniała. – To miło, że chcesz go odwiedzić. Adam całą duszą zamienił się w słuch. Zaświtała mu nadzieja, że ktoś wreszcie odkryje zwłoki i szaleństwo Ewy skończy się w szpitalu. Może wówczas jego udręczona dusza trafi do celu pośmiertnej wędrówki, bo chyba ten pokój nie był dla niej ostatecznym przystankiem? - Nie, teraz lepiej mu nie przeszkadzać – Ewa sprowadziła go z raju w zacisze domowego grobowca. - „Ty głupia, stara krowo!” – krzyknąłby, gdyby mógł. – „Teraz, właśnie teraz Adam chce, żeby mu przeszkodzić. Niech przyjdą wszyscy, nawet telewizja! Niech pokażą w wiadomościach twoją paskudną gębę…” - Dziękuję w jego imieniu. Przekażę pozdrowienia. Cześć. Kobieta odłożyła słuchawkę. Rozległo się jeszcze stłumione: plask, plask, a potem zapadła cisza. Cały kwadrans ciszy. - Ewa przyniosła kolację i przekazuje pozdrowienia od przyjaciela – powiedziała wchodząc do pokoju. – Dzwonił przed chwilą, ale nie chciałam cię budzić. Prawda, że dobrze zrobiłam?
Przez następne dwa tygodnie życia po śmierci Adam postarzał się przynajmniej o dziesięć lat. Był teraz znerwicowaną, nieszczęśliwą duszą i gdyby żył, z pewnością wpadłby w głęboką depresję i w końcu w alkoholizm. Jego zwłoki wyglądały coraz gorzej: żałosne strzępy skóry tylko gdzieniegdzie okrywały kości, za to mięso zniknęło bez śladu. Po przełamaniu lodów i zaspokojeniu pierwszego głodu puszyste obżartuchy pomyślały też o innych głodnych dachowcach. W ten sposób wieczory spędzał Adam w towarzystwie ucztujących kotów i żony wariatki, która nie mogła się nadziwić skąd ta nagła miłość męża do zwierząt. Swoją drogą to właśnie dzięki kotom jego trup nie zdążył zapoznać się bliżej z muchami plujkami, ścierwnicami, chrząszczami oraz resztą trupożernej fauny. Koty dobrały się do jego wnętrzności zanim ciało zaczęło puchnąć, a narządy zmieniać w cuchnącą maź. Ewa przynosiła mu w tym czasie bandaże i środki gojące, usiłowała mierzyć temperaturę, przemawiała do niego łagodnie nie zwracając uwagi na to, że koty odgryzły mu uszy. Dwudziestego dnia po swojej śmierci Adam miał już więc serdecznie dosyć wszelkich żywych istot. Niestety dotychczas nie spotkał nikogo podobnego do siebie, tak jakby jedynie on umarł albo jedynie jemu przydarzyło się utknięcie w połowie pierwszego kroku ku tajemniczym zaświatom. Gdzie podziewali się inni zmarli? Dokąd zmierzali i czy w ogóle dokądś zmierzali? Dzisiaj nie potrafił odpowiedzieć na żadne z tych pytań, wiedział tylko to, że coś jest nie w porządku. Przez ostatnie dni napatrzył się aż do całkowitego znieczulenia na dzieło destrukcji oraz poniżenia własnego ciała. Małe kociaki wyrywały sobie z pyszczków flaka, a Adam zdobywał się zaledwie na spostrzeżenie, że ten szary z jasną plamą na grzbiecie jest najsprytniejszy. Parka zwierzaków kopulowała w najlepsze na jego rozoranym brzuchu, a on mocował się z jakimś szybującym w powietrzu pyłkiem… Dwudziestego pierwszego dnia po śmierci nie był wcale mądrzejszy, lecz w zamian zyskał pełną świadomość swojej niemocy. Przeszedł już przez najgorszy okres, kiedy co parę minut wyrywał się jak szalony usiłując stąd uciec. Zawsze trafiał na opór, barierę niemożności czy ściślej rzecz ujmując punkt, w którym przestawał się poruszać. Trzy tygodnie po śmierci rozumiał jak mało kto udrękę psa łańcuchowego. Był duszą na uwięzi. Martwy w każdym calu, nieżywy aż do bólu. Tego dnia rano, punktualnie o godzinie siódmej drzwi pokoju wydały znajome skrzypnięcie. Rozległo się: plask, plask, plask – śniadanie podano do stołu. - Ewa przyniosła ci jedzonko – kobieta wydawała się bardziej zmęczona niż zwykle, a może po prostu smród przyprawiał ją o mdłości. – Kawa i jajecznica,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil misiaaaty
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…