Wróć do katalogu

TRZY WIECZORY

moje pierwsze "poważne" opowiadanie :) sprzed kilkunastu (jak ten czas leci :) lat

Brian, opublikowano , 28 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Chcesz opłynąć świat dookoła... Jaki jest twój cel? - Chcę się znaleźć w tym samym miejscu. - A nie mógłbyś po prostu nie wyruszać? Już jesteś w tym samym miejscu...

WIECZÓR PIERWSZY

- I co było dalej? - Już na dzisiaj wystarczy. - Ale tato, co się stało z małym jeżykiem? - No dobrze, jeszcze chwilkę. Otóż mały jeżyk był jeszcze zupełnie malutki. Miał malutkie łapki, malutki czarny ruchliwy nosek i malutkie oczka, jak dwa czarne paciorki... - nie potrafiłem odmówić małej Marcie. Była taka... no, taka do przytulania, mały kochany aniołek. Miała cztery i pół roku (zawsze podkreślała: i pół, nie cztery, tylko cztery i pół), czarne, kręcone loki, śliczną buzię i malutkie oczka, jak dwa czarne paciorki. - No i co z tym jeżykiem, tato? - Mały jeżyk chodził sobie po lesie, tylko po tych ścieżkach, które jego mama uznała za bezpieczne... - Tata, a jak robi jeżyk? - Nie wiesz? Jeże robią: tup, tup. - No tak, to łapkami, ale jak robi mordką? - Jeże mają małe ruchliwe noski i robią nimi: niuf, niuf. - Niuf, niuf, tak jak ja? - Dokładnie tak. Więc mały jeżyk chodził sobie tylko bezpiecznymi ścieżkami i któregoś dnia... - A jak się nazywał ten jeżyk? - Nazywał się Pafnucy. Jak będziesz mi ciągle przerywać, to nie dowiesz się, co się stało. - Już będę cichutko... - Mały jeżyk Pafnucy któregoś dnia poszedł jedną z tych ścieżek dalej niż zwykle. Szedł i szedł. Słońce grzało rozkosznie, bzyczały różne insekty, las pachniał jak... - Tata, co to są insekty? - Owady. Pszczoły, komary, pasikoniki... - I muchy też? - Tak, muchy też. - A pająki? - Tak, ale pająki nie bzyczały tylko cichutko przędły pajęczyny. Las pachniał zachęcająco i mały jeżyk w ogóle się nie bał i szedł coraz dalej i dalej. W pewnym miejscu las się kończył i Pafnucy zobaczył, jak dróżka, którą szedł, kończy się nagle, a właściwie przechodzi w wiele innych dróżek prowadzących w różne strony. Mały jeżyk stał i patrzył. Tyle dróg prowadziło w tyle stron. I wtedy przypomniał sobie, że mama mówiła, żeby chodził tylko tam, gdzie jest bezpiecznie. Mały jeżyk pomyślał sobie, że tu jest strasznie niebezpiecznie i potwornie się przeraził. Szybciutko się odwrócił i szybciutko, ile tylko miał sił w małych łapkach, pobiegł z powrotem ścieżką, którą tu przyszedł. - I wrócił do mamy? - Tak wrócił do mamy i jeszcze długo nie mógł się uspokoić i... - Ale nic mu się nie stało? - Nie nic mu się nie stało. Przytulił się mocno do swojej mamy i... - Marta już spała. Oddychała cichutko i miarowo i wyglądała rozkosznie. Czasem siedziałem i patrzyłem na moją małą córeczkę przez godzinę, albo i dłużej. Wsłuchiwałem się w jej równy oddech. Całym swoim umysłem ją przytulałem, głaskałem, chroniłem jej sen. Wyobrażałem sobie, co takiej małej dziewczynce może się śnić. Dzisiaj patrzyłem na nią i czułem, jak powoli w gardle pęcznieje mi zimna klucha, a do oczu napływają łzy. Tak bardzo ją kocham. Tak bardzo nie chcę jej stracić. Łzy nie mieściły mi się już w oczach i popłynęły w dół po twarzy. Dzisiaj moja żona zrobiła to. Od dawna czułem, że ode mnie odejdzie. Dziś dowiedziałem się, że wystąpiła o rozwód. A oznaczało to dla mnie jedno: zabierze mi Martę!!! Od dawna nie była ze mną szczęśliwa. Od dawna ja nie byłem szczęśliwy z nią. Żyliśmy w takim dziwnym układzie. Ja zarabiałem pieniądze, ona prowadziła dom i właściwie to tyle. Nawet darliśmy się na siebie coraz rzadziej. Rozmawialiśmy ostatnio jakieś trzy, cztery miesiące temu. To znaczy, nie liczę rozmów typu: „co trzeba kupić”, „kto wykąpie Martę”, „co chcesz na obiad”. Było też trochę rozmów typu: „ja już nie mam siły” i „gdzie do cholery byłeś tak długo?”. No i mnóstwo wrzasków: „znając twoją matkę, powinienem był się spodziewać...”, czy „jak można być takim egoistycznym skurwysynem?”. Marta zapytała w zeszłym tygodniu : - Tato, co to jest „skurwiel”. - To takie brzydkie słowo, nie powinno się tak mówić - byłem zaskoczony i zmieszany. - Mama tak o tobie powiedziała... - Mama jest bardzo zmęczona i mówi różne rzeczy, ale to tylko takie gadanie. - Mama jest zła? - Nie, mama jest bardzo dobra i bardzo cię kocha. Biegnij na górę i pozbieraj zabawki. Zaraz będzie kolacja. Właściwie w ogóle nie rozmawialiśmy. Tylko na siebie patrzyliśmy z wyrzutem. Kochaliśmy się ostatnio jakieś pół roku temu. Jak to możliwe, że staliśmy się sobie tak bardzo obcy?

Zastałem Ją w kuchni. Stała przy zlewie i zmywała naczynia. Miała długie kruczoczarne włosy (Marta ma kolor włosów po niej), długie nogi, zgrabną pupę. Fizycznie ciągle bardzo mnie pociągała. Ale poza tym - nie mogłem jej znieść. - Nie powinnaś okazywać wściekłości przy Marcie. - A co cię nagle obchodzi wychowanie Marty? Będę się zachowywać jak mi się będzie podobało i nic ci do tego. - Znałem ten ton. Ostry i prowokujący. Tak często ostatnio czułem się bezradny. Otworzyłem lodówkę, wziąłem butelkę piwa i ruszyłem w stronę drzwi. - No dalej, idź się nad sobą poużalać. To jedno świetnie potrafisz. Nie zatrzymałem się. Wyszedłem do ogrodu. Otworzyłem piwo i położyłem się w hamaku. Na niebie tej nocy było wyjątkowo dużo gwiazd. Leżałem sobie, sączyłem piwo i myślałem o różnych rzeczach. przypominałem sobie jak dobrze było nam kiedyś ze sobą. Jak kochaliśmy się w nocy na plaży, jak nad jeziorem wypiliśmy kiedyś za dużo i śpiewaliśmy długo w nocy sprośne piosenki, a potem pływaliśmy w blasku księżyca. Potem ona usnęła w namiocie, a ja piekłem ziemniaki nad ranem... Jak urodziła się Marta. Przypominały mi się różne rzeczy i nie chciało mi się spać. Nie pamiętam, kiedy usnąłem. Pamiętam tylko, że pomyślałem sobie o Dorocie. O jej ciepłych, skupionych oczach, o długich kręconych rudych włosach. I pamiętam jeszcze, że się uśmiechałem do jej twarzy wyczarowanej nade mną na niebie. I nie wiedziałem czy to rude włosy, czy ruda barwa nieba przed świtem... Obudziłem się przed piątą rano i ze zdumieniem stwierdziłem, że leżę w hamaku w koszuli i w spodniach. Było mi bardzo zimno. Czerwiec w tym roku był chłodny, szczególnie wczesnym rankiem. Pobiegłem do domu. Zdjąłem koszulę i założyłem bluzę. Zmieniłem spodnie na szorty i pobiegłem w stronę pobliskiego lasu. Codziennie rano przebiegałem jakieś pięć kilometrów. Już od czterech miesięcy biegam codziennie rano. Oczywiście nie od razu pięć kilometrów. Na jesieni stwierdziłem, że za bardzo przytyłem. Najpierw zacząłem robić brzuszki. Początkowo piętnaście w jednej serii. Po pięciu tygodniach robiłem ich czterdzieści, a po ośmiu tygodniach sześćdziesiąt. Od lutego zacząłem biegać. Zacząłem dbać o siebie, odkąd poznałem Dorotę. Właściwie nie. Odkąd się w niej zakochałem. Poznałem ją jakieś półtora roku temu. Na początku właściwie nie zwróciłem na nią uwagi. Spotykaliśmy się przypadkiem w wypożyczalni video. Widziałem ją kilka razy: rude włosy, ładna buzia, kiedyś przyjrzałem się jej dokładnie: zgrabna pupa, kształtne piersi (tak wyglądały przez bluzkę, resztę dopowiedziała moja wyobraźnia). Po kilku spotkaniach zaczęliśmy się do siebie uśmiechać. Właściwie to tyle. Ja wypożyczałem sobie horrory, ona stare filmy francuskie i ambitne nowości (od pewnego momentu zacząłem się interesować, co pożycza). Moja żona nie cierpiała horrorów. O ile wiem, nie cierpiała również starych filmów francuskich. W ogóle nie cierpiała kina.

Kiedyś pokłóciliśmy się z żoną (to był już ten etap: dzień bez kłótni, to dzień zmarnowany). Chodziłem po plaży wściekły i rozżalony. Wdychałem chłodne wczesnowiosenne powietrze. Był dopiero koniec lutego, ale wiatr pachniał jakoś tak wiosennie. Obserwowałem skrzeczące mewy usiłujące latać pod wiatr. Powoli złość mijała i pojawiała się ciekawość. Zacząłem sobie wyobrażać, co taka durna mewa sobie myśli latając pod prąd, jakie rozmowy mogą prowadzić między sobą latając w kółko i srając bezmyślnie na wszystko wokół. I takie tam bzdety... Norma. Patrzyłem pod nogi i zauważyłem ją bardzo późno, w chwili, gdy była kilka metrów ode mnie. Miała na sobie brązową zamszową kurtkę i dżinsy. Kurtka była szczelnie zapięta. Szła w moim kierunku. Długie rude włosy szamotały się wściekle rozwiewane przez wiatr. Wyglądały, jakby wyrywały się w moją stronę. Patrzyłem na nią i wtedy poczułem ten zapach. Delikatny zapach perfum, ulotny, prawie niewyczuwalny, zmieszany z zapachem świeżo wyprawionej skóry jej kurtki. Uśmiechnęła się do mnie i uświadomiłem sobie, że jest śliczna. To było w lutym. A może na początku marca.

Spacerowaliśmy wtedy jakieś dwie godziny. Rozmawialiśmy o morzu, o tym, co mogą sobie myśleć mewy, o kinie, o tym, gdzie chcielibyśmy spędzić lato, o tym, co lubimy jeść, i co na nas działa u płci przeciwnej. Nie umówiliśmy się, ale zacząłem często spacerować nad morzem, bo przecież... lekarze zalecają wdychanie jodu.

Dobiegłem do miejsca, gdzie spotkaliśmy się wtedy, za pierwszym razem. Znałem tę drogę na pamięć: jakieś trzysta metrów do lasu, półtora kilometra przez las, plaża, jakieś siedemset metrów wzdłuż morza, „nasze miejsce”, i z powrotem - codziennie pięć kilometrów. Zawsze biegłem z dreszczykiem nadziei, że może ją spotkam. Ale nigdy jej nie spotkałem. O szóstej rano jeszcze spała. Była strasznym śpiochem.

WIECZÓR DRUGI

- I co było dalej? Co zrobił jeżyk? - Doszedł do miejsca, w które przychodził od wielu dni... - Na rozwidlenie dróg? - Tak, na rozwidlenie dróg. Poszedł tam z mocnym postanowieniem, że spróbuje pójść kawałeczek którąś z nich. - I nie bał się? - Bał się strasznie. Małemu Pafnucemu serce waliło szybciutko i łapki lekko mu drżały, ale postanowił sobie, że pójdzie, więc szedł. Powtarzał sobie cichutko: wcale się nie boję! Ale wychodziło to raczej niepewnie. Od wielu dni przychodził w to miejsce i utwierdzał się w świadomości, że zawsze może tu wrócić i któregoś dnia... - Co robił? - Utwierdzał się w świad..., no, zdawał sobie sprawę, po prostu wiedział... - Rozumiem - Marta zrobiła mądrą minę - po prostu się utwierdzał. - Wiedział, że zawsze może tu wrócić i pójść którąś z dróg jeżeli tylko zechce i jeżeli tylko starczy mu odwagi. - I starczyło, prawda? - Tak, tego dnia Pafnucy musiał sobie poradzić bez mamy, bez taty, musiał sobie poradzić sam i wiedział, że da sobie radę... - Ale strasznie się bał. - No tak. Ale szedł. Bał się i szedł naprzód, to jest prawdziwa odwaga. Jeżeli ktoś się nie boi, to właściwie nie ma czego przezwyciężać, a mały jeżyk musiał przezwyciężyć swój strach. Jeżeli by się nie bał, to właściwie nie było by o czym opowiadać. Nie opowiada się historii o tym, jak ktoś zjadł bułkę z masłem... - No i co było dalej? - Pafnucy stanął na rozdrożu i ostrożnie postawił łapkę na jednej z dróg. A potem drugą łapkę i powolutku ruszył do przodu. Czarne ślepka wypatrywały czujnie niebezpieczeństwa, a wilgotny nosek poruszał się na wszystkie strony: niuf, niuf... Marta już spała. Od wielu dni uśmiechałem się wieczorami patrząc na jej spokojną buzię, a potem wychodząc z pokoju wycierałem rękawem łzy. Nie mogłem ich powstrzymać. Płakałem jak mały chłopiec.

To było dla mnie nowe doświadczenie. Dziś rano rozmawiałem z moją żoną przez tłumacza... Miałem spotkanie z jej adwokatem. Wyłuszczył mi jasno warunki, na których moja żona odchodzi. Trzeba jej przyznać, że potrafiła o siebie zadbać. Zgodziłem się na wszystkie warunki. To nie miało dla mnie większego znaczenia. Zabrała mi większość rzeczy, które miałem. Ale one niewiele dla mnie znaczyły. ZABRAŁA MI MARTĘ!!! Adwokat patrzył na mnie jak na niedorozwinięte dziecko. Myślę, że trochę mi współczuł. Jak można być takim idiotą, żeby zgodzić się na tak absurdalny podział majątku?

Po spotkaniu z adwokatem siedziałem w swoim biurze i patrzyłem tępo przed siebie. Na biurku stał telefon. Pomyślałem, że zadzwonię do mojego najlepszego kumpla Huberta. Potrzebowałem kogoś do towarzystwa przy butelce, bo trzeba wam wiedzieć, że postanowiłem schlać się w trzy dupy. Na klawiaturze telefonu, zapisane były numery zapamiętanych numerów. Trzydzieści dwie pamięci i trzy specjalne przyciski pamięci numerów alarmowych. Telefon mojego przyjaciela zapamiętałem pod DOCTOR. To zabawne, zauważyłem to dopiero teraz. Oto trzy najczęściej używane telefony: POLICE - żona, DOCTOR - przyjaciel i FIRE - Dorota. Zadzwoniłem do Huberta. Nie było go. Nagrałem na sekretarce prośbę o telefon i wróciłem do pracy tzn. do tępego wpatrywania się w wyimaginowany punkt zawieszony gdzieś w przestrzeni. Siedziałem tak do pierwszej. Cztery godziny!!! Nawet nie pamiętam, o czym myślałem. Po pierwszej uświadomiłem sobie, że bardzo chce mi się pić. Ale nie chciało mi się ruszyć z pokoju. W szufladzie znalazłem witaminizowane wapno w proszku, pozostałość po grypie. Wsypałem zawartość torebki do szklanki i zalałem wodą z wazonu. Stojąc przy otwartym oknie mieszałem napój zapamiętale. Za oknem tłusty gość, łysy, z długimi gęstymi wąsami równie zapamiętale kosił trawnik. Kosiarka hałasowała jak jasna cholera. Cały czas ściskałem w dłoni zgniecioną torebkę po wapnie. Uśmiechnąłem się i położyłem torebkę na parapecie, a łyżeczkę wyrzuciłem do wiadra ze śmieciami. Chwilę stałem, piłem napój i miałem takie niejasne przeczucie, że coś jest nie w porządku. Nagle mnie olśniło. Wyjąłem łyżeczkę ze śmieci, wytarłem ją papierową chusteczką i... wyrzuciłem przez okno. Idąc po łyżeczkę minąłem zdziwionego tłustego kosiarza. Wracając minąłem go powtórnie. Patrzył na mnie jak na niedorozwinięte dziecko. Chwileczkę, już ktoś dzisiaj na mnie tak patrzył...

To było pod koniec kwietnia. Do tego czasu spotkaliśmy się z Dorotą kilka razy pod różnymi pretekstami. Widziałem w jej oczach, że jej na mnie zależy. Ja wtedy już byłem zakochany jak młody studencina. Oboje bardzo uważaliśmy, żeby nie przekroczyć pewnej granicy. Gdy robiło się niebezpiecznie, zawsze któreś z nas zmieniało temat, albo robiło coś takiego, żeby zmienić sytuację. To była taka nasza niepisana umowa. Oboje mieliśmy nadzieję, że to co krążyło między nami rozwinie się, że kiedyś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych