TURBULENCJA
krótkie opowiadanko
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Od świtu do nocy to samo. Wstawiać dechy na przyczepę, gnać po tych oesach przez pół tego okurwiałego kraju, wystawiać dechy i wracać po nowe. Wiem jakie pekaesy będą mijać o której. Nawet jak opóźnione będą wiem. Zabieram tylko wtedy, kiedy boję się, że zasnę, raz leżałem w rowie. Dokąd ty właściwie jedziesz? - Do Rybnika – utkwiła mi miejscowość ze spotu TV o strajkujących górnikach. Skąd mam kurwa wiedzieć skąd przybywam i dokąd zmierzam? Błądzę. Tylko przypadkiem można wpaść na coś wartego uwagi. -. Przerąbane tak jeździć w te i z powrotem, co nie? - Ojciec też jeździł – wymyśliłem - woził styropian i inne ciężkie rzeczy na budowę. - Najgorsze są sklejki – ożywił się - gówno wystaje, trzeba uważać. I godzinami układać. Wysadzę cię pod Zawierciem, na stacji na kogoś trafisz. Czego tam właściwie szukasz, jeśli wolno wiedzieć? Ze zwykłej ciekawości. - Znajomych - kłamstwo to zdecydowanie największe osiągnięcie homo sapiens. Przykleiłem nos do szyby. Jak ja ten kierunek obrałem. Huta na hucie. Trzecia gromnica, licząc od żółtego karla typu G. - Teraz nie otwieraj szyby, wali jak z murzyńskiej chaty. Za kwadrans zacznie się las, dobra godzinka i jesteśmy. Pod słowem las krył się pas rekultywacyjny. Niby też drzewa. - Zatrzymamy się na chwilę, zaschło mi od tego pyłu. Powinieneś postawić szoferowi kolejkę - skręcił w leśny parking - nie dolewają ludwika, a to należy cenić. Zaparkował przed falistym barakiem „U Henryka”. Weszliśmy. Kilku dresiarzy, budowlańców, dwie zblazowane samochodziary ze wschodu, sądząc po makijażu jakby pomyliły stylistykę twarzy z malowaniem tankowca i centralnie zawieszone poroże jelenia na drewnopodobnej listwie. Magnetofon design a la upadek berlińskiego muru zdążył wycharczeć Stachurskiego „To ja typ niepokorny” zanim złotawe siki powoli przelały się do nocników dla dorosłych. Współtowarzysz zajął pozycję przy pierwszym stoliku od wyjścia, jakby się bał, że zapomni nagle o ciężarówce na zewnątrz i całej reszcie. - Za podróż - pociągnął łyk kuflowego szczęścia- lepszego browaru nie trafisz w okolicy. Przyjrzałem mu się uważniej. Rzeczywiście przerąbane. Znużenie, jakiego nie zmywa sen ani kąpiel, matowy wzrok nie przekraczający bariery kroku w przód, przerażająca odmiana ideowej zaćmy, rodzaj intelektualnego zeza. Łysienie plackowate, grzywka przeklejona potem przez całe czoło opadające ponad nim na plecy. Czarne paznokcie w koniunkcji z żółcią nikotynową na palcach. Betonowiec. Wyznawca i dowód na istnienie boga betonu. Ciągnie to wszystko do przodu jak stygnącą zaprawę wspólnie z otyłą, niegdyś ładną żoną, dwójką lub trójką gówniarzy obowiązkowo na studiach, co napawa go dumą bo on tej szansy nigdy nie miał, niedawno zmienił starego fiata na tanie zachodnie auto w leasingu. Za to soboty rezerwuje dla siebie zalewając się w knajpie wzajemnej adoracji, jedynym miejscu gdzie naprawdę czuje się pewnie, poruszając na forum okresowo-cykliczny wątek ostatniego mordobicia o jakąś upudrowaną zdzirę. Pewnie rozerwie go jeszcze czasem bomba w telewizji, wypadek na ulicy. Zgon na zawał lub raka. Chyba rzeczywiście lepiej o stanie swojej świadomości dowiadywać się z tabloidów. Przeniosłem wzrok na gości, uszczęśliwionych cieniem browaru. Odmłodzona pani z tacą ale bez własnej twarzy, łysy pan w szatni, kilku panów w dresach, wymalowana pani z papierosem, znudzony pan za barem, samotnie bełkoczący pan w kącie, nieprzyjemnie czerwona pani. Wymalowana pani chwaliła się białymi zębami, pan w kombinezonie mówił że butelka wódki to nic, samotnie pijany pan usypiał na stole, nieprzyjemnie czerwona pani wyciągnęła lusterko z równie nieprzyjemnej torebki, łysy pan z szatni sprzedawał papierosy bez akcyzy. Pomocnik pana z budowy głaskał panią z tacą po pupie. Pupa odmłodzonej pani wyglądała jak upudrowana twarz czerwonej pani. Dekolt pani z białymi zębami wyglądał jak głowa łysego pana z szatni. Dupa, dekolt, łysina, siwy dym. - Najgorzej się stąd wychodzi – przerwał brutalnie obserwację. Kiedy się podniósł krótkie konsumpcyjne ożywienie ustąpiło egzystencjalnemu znużeniu. Skąd to wredne poczucie obowiązku, irracjonalny byt stadny, autodestrukcja z premedytacją. Poraziło nas pobrudzone pyłem słońce. Paliło jeszcze mocniej wyglądem przypominając negatyw. Zapalił motor i papierosa. Wyłączyłem się mentalnie i dalsza droga przebiegała w milczeniu. Po trudnej do określenia chwili silnik zawarczał głośniej i zgasł, wywołując nieprzyjemną restytucję rzeczywistości. - Co znowu do kurwy nędzy, wrócił z przeglądu, nie ma prawa się psuć. Wygramolił się ociężale z auta i otworzył maskę. Żeby pozbawić go dyskomfortu, iż korzystając z okazji właśnie robię mu rentgena w schowku i zabieram jakieś skarby, z grzeczności wysiadłem za nim obserwując jak grube palce zmieniają powoli barwę z lekko żółtej na czekoladową. Skwar przechodził do apogeum. - Kurwa, wygląda w porządku –wytarł ręce pro forma w czarną szmatę i wrócił do kabiny. Kiedy ze złością uderzył pięścią w deskę rozdzielczą, strzałka paliwa strzałka powoli zjechała na dół. - Zacięło się gówno – odsunął kotarę oddzielającą pasażera od ładunku i z trudem zaczął przeciskać się do tyłu odrzucając przedmioty, których zastosowanie zatraciło się tak dawno jak pamięć o nich samego posiadacza, typowego płatnika podatku od tezy o braku rzeczy zbędnych, w wysokości większości osobistej przestrzeni. - Mam kanister – z triumfem uniósł blaszany pojemnik – szczęście w nieszczęściu, za jakiś kilometr stąd jest stacja. - Ja pójdę – zaofiarowałem pomoc nie czując się na siłach siedzieć w blaszanej konserwie aż trafi się jakaś pomoc. -Są jeszcze porządni ludzie – spojrzał na mnie z wdzięcznością- idź prosto do skrzyżowania, dalej na światłach w lewo i jesteś na stacji. Jak będzie otwarty sklepik kup jakąś wodę. No i nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Piotr Rybczyński
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…