Tyk, tyk, łup, łup
O oczyszczeniu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zamrugał oczyma, przetrał je nadgarstkiem, przeciągnął się, ziewnął, puścił cichego bąka i natychmiast odsunął szarą kołdrę, by gazy ulotniły się w szarej przestrzenii nicości przed dotarciem do jego na wpół zapchanych nocnymi widziadłami nozdrzy. Brodził jeszcze przez chwilę na cienkiej granicy jawy i snu, lecz gdy otworzył oczy, wiedział, że już nie śpi. Szary sufit, szare ściany, byle jakie tapety byle jak trzymające się ścian. Tak - już nie spał. Popatrzył na szarą wykładzinę, na te same szare drzwi, które po raz tysięczny otworzył szarpiąc za szarą klamkę. Szybko przeszedł przez szary przedpokój, szurając bosymi stopami zbliżał się i zbliżał do szarej ubikacji, a po chwili już słyszał szeleszczący szept spadającego w szarą otchłań czarnobiałego moczu. Wylazł w końcu przy akompaniancie głośnego uryno-wodospadu, i jakoś, jakoś przelazł mimo rozpier-bólu rozsadzającego skronie do maleńkiej kuchni, po czym nastawił stary-szary czajnik na bezbarwnej kuchence, w bladą szklankę wrzucając torebkę byle jakiej herbaty. Otwarł kremowe drzwi masywnej pra-lodówki, a widząc zaledwie jasnoblady ser i pomarszczonego niby-pomidora, zatrzasnął je z hukiem, którego szeleszczący szpetnie szept jeszcze długo obijał się o pożółkłe płytki ceramiczne jakoś jeszcze trzymające się ścian betonowej klatki. I słyszał jak syczy gaz wydbowyając się z palnika, słyszał posępny, ukryty za grubą warstwą zeschłego kurzu ledwie tykający zegar, jego uszy odbierały - choć nie chciały - to tykające tyk, to samo wciąż tyk, wdzierające się w trzewia transcendentalne tyk, gdy tak w międzyczasie, tyk, patrzył krzywiąc się na twarzy, tyk, w obsrane przez miejskie pta-stra-szyska zimne okno. Przy tym tyk-tyk-tyk, powolnym, metodycznym tyk, tykającym nieznośnie, głośnie-choć-tyk-bezgłośnie, gdzieś tam wyłaziło słońce, czołgało się po nieboskłonie niezdarnie, i nieudacznie pełzło między chmurami jak zdychająca ofiara losu, kaleka karykatura Heliosa, groteskową grozą tchnący trup wielkiego Ra, sflaczały Swaróg, żałosna kulka - szara, byle-jaka, czarno-biała, niewydarzona aktorzyna łaknąca po raz enty marnego poklasku marnego plebsu. I oto szarość wylewnie wlewać się zaczęła na wpół-rozespany i na wpół-śpiący jeszcze świat, zalewając przykryte betonem wąskie horyzonty, i tak oto wlewała się bezczelnie do klatek-mieszkań, monochromatycznie malując bezbarwnie bezbarwne bryły, nieprzyzwoicie macając swą pomarszczoną dłonią groteskowo gwiżdżący, błagający o wybawienie wysłużony czajnik Zdaszczysława. Zdaszczysław przekręcił więc kurek, zalał - zastanawiając się czy zalać powinien - tę swoją quasi-herbatę, tę pseudo-ambrozyję śmiertelnych, to byle coś pakowane po sto, a sprzedawane w milionach po kilka. I drżącą ręką, w której trzymał drżącą szarą łyżkę, dodał cukru, choć nie wiedział po co, i na co, nawet kiedy - nie wiedział, że dodał. Po chwili jednakże gniótł, miętosił, wyciskał wyschłą cytrynę nad szklanką szarzejącej z sekundą nieskończoną po sekundzie skończonej - tyk! - cieczy. Jedna kropla, druga, i nic, już nic, wierzaj lub nie, jeno jedno wielkie nic... I cisza, i tyk, i "pac" - niegdyś dorodne żółte coś rozbiło się niemo w krzywym kącie kuchni. Pieprzyć. Pieprzyć cytrynę! Pieprzyć cukier! Pieprzyć pieprzenie! - wszak napić się trzeba, bo lepiej z ciepłym czymś w dzisiaj jutro wejść, niż wpakować się z niczym i czołgać w jutra jutrzenkę, w tę jutrznię jutrzejszą! I tak oto Zdaszek smakuje, nie wyjąwszy ze szklanki nawet poczerniałej, obleśnej torebki, tak oto wlewa w siebie wrzątek, parzy sobie trzewia, te właśnie trzewia sczezłe, co chętnie przyjmują, niechętnie trawią, i oddać już nie za bardzo chcą. I oczy jakby mętne jakby nabierają blasku, ale tylko przez chwilę, przez sekundę, i szarzeją, szaleją, i szpetnie się śmieją. Iluzja, imaginacja, istna gro-maka-breska. Nic się nie stało. Przelazła na wylot, herbata - gdzie szmata? Wytrzeć te szczerozłote szczochy, i to co po brodzie brodząc, w końcu skapnęło i podlało suchą powierzchnię podłogi. Wytarte już, ha!, a ryj zarośnięty już znośnie umyty. I nawet ząb wyczyszczony, i jakiś tam pryszcz, co na skroni się zrodził, wylądował to na lustrze częściowo, to po części na płytkach paznokcia - a widzi, że błyszczy bezbłyśnie ropa na poszarpanym pospiesznie tam kiedyś siekaczami pazurze, więc zwinnie w ręcznik ręką Zdach trze, jakby za dwóch, ba, niemal, za trzech! High-higiena - a chuj tam !; o praniu, jutro pomyślim - zaraz po wstaniu. Wszak dziś to dziś, a jutro już jutro. Arbeit macht frei, i uszlachetnia, arbeit, choć ta sama, od lat ta sama. Kto nie pracuje, ten nie je, kto nie je, ten nie sra - ach jakaż przyjemność po dniu pracowitym, pracochłonnym, oddać duszę mrokom nocy i o poranku cichym, nudnym, nijakim, dać zgranym zwieraczom zagrać symfonije! I siedzi Zdach, i komenderuje, macha łapami w takt pierdów, wypierdów, w świat wypuszczając dzieła swego geniuszu - kupizm!; ktoś zna? - nikt, ach cóż za szkoda! Z materii życia codziennego lepić można zamki, spirale, kloce, sześciany, ostrokąty! 'Nikt mnie nie docenia' - tak myśli sobie, siedząc okrakiem w wucecznym grobie. Ale praca, tak praca, w myślach wciąż wraca! Spuszcza więc spuściznę swoją, opuszcza z przykrością swe dzieła, choć wierzy i wie, że stać go na więcej, acz swą konstruktywną-konstrukcyjną niemoc zwala na brak weny, a tudzież jakiejś Wenery, na starość, na tykające tyk, na ozięble zimną fakturę klozetowej deski... Jednak i te kształty nawet, kształtne, te które właśnie wyrzeźbił wydają mu się lotów niskich, takie-jakieś nijakie, szatańsko wręcz szare - toż każdy Edek, i każda Halina, może coś takiego zrobić - ale wie, że jutro może być lepiej, wszak lepiej być musi! Tyk, tyk, coś tyka, i wciąż, nadal tyka. Arbeit przecież, ale arbeit! Wybiega Zdach, wsiada w świt szary, wysiada w świat szary, i już jest, w korytarzch nijako-pokrętnych, pnie się po schodach, mozolnie; schód…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Artur Dubis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…