Tylko wróć po mnie
W 1944 roku USA zrzuciły bombę atomową na tereny dzisiejszej Polski raz na zawsze przesądzając losy III Rzeszy. Stach, były egzekutor AK ocalały z armagedonu, przemierza pustkowia Generalnej Guberni poszukując pożywienia i starając się przeżyć. Wszys
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tylko wróć po mnie
Czarne mleko świtania pijemy je zmierzchem pijemy południem i rankiem pijemy je nocą pijemy i pijemy
Paul Celan, Fuga śmierci
I
Trzask gałęzi zakłócił noc. Dźwięk rozproszył się i umilkł w gęstwinie. Mężczyzna przywarł do pnia jednej z olszyn. Poczuł chłód kory i wilgoć. Wspiął się na palce, po czym zaraz podźwignął wyżej. Łańcuch zakończony rozgrzaną do czerwoności metalową puszką, który miał przytroczony do pasa, utknął między gałęziami.
- Psia krew… – zaklął cicho. Po chwili siedział okrakiem w połowie grubszego konaru. Poniżej, niczym rozległa, fluoryzująca pierzyna, rozpościerała się Langermania. Biała śmierć. Niebieskawy odcień emitowanego przez nią blasku, dawał nadzieję na łatwą zdobycz. Mężczyzna od kilku tygodni żywił się suszonym końskim mięsem, które pokruszone na proch mieszał ze startym kłączem paproci. Teraz miał nadzieję wzbogacić dietę o świeżą padlinę.
Puszkę z żarem rozkręcił tak, że zaraz buchnął niewielki płomień. Dobył stalowego haka i umieścił go w ogniu. Zaczekał aż żelastwo nabierze temperatury, po czym cisnął je w spieniony fragment grzybni. Powtarzał czynność kilka razy, póki nie napotkał oporu. Naciągnął sznur i bardzo powoli skracał jego długość. W białej pierzynie zamajaczył ciemniejszy kształt. Mężczyzna raz jeszcze wytężył wzrok i wydało mu się, że dostrzegł zarys ludzkich kończyn. W tym momencie stracił równowagę. Gałąź trzasnęła, a on runął w dół. Gwałtowne szarpnięcie zatrzymało go na metr ponad warstwą śmiertelnego białego puchu. Lina asekuracyjna, której koniec zarzucił wcześniej wyżej w koronę drzewa, zdołała go jednak utrzymać. Puszka pełna rozgrzanych węgli, z sykiem znikła w bieli, ciągnąc za sobą niewielką sakwę, którą miał przytroczoną do pasa.
- Kurwa mać! – wrzasnął, przygryzając wargi. Jedną ręką wciąż kurczowo trzymał linę ze zdobyczą, drugą próbował po omacku chwytać gałęzie, starając się przybliżyć do kępy, na której wznosiło się drzewo. Jego dłoń, okryta rękawicą, znikła na moment w strzępkach Langermanii. Poczuł przejmujący ból, który zaraz ustąpił. Mimo tego mężczyzna wiedział, że potrzebna będzie kuracja i, że jego jedyne antidotum poszło na dno wraz ze skórzaną sakiewką.
Rozhuśtał się na linie. Wolną dłonią schwycił grubszy konar i z ulgą postawił stopy na kępie stałego gruntu. Stracił już nadzieję, na utrzymanie zdobyczy, jednak sznur wciąż pozostawał napięty. Mężczyzna pociągnął go ku sobie.
W pierwszej kolejności z puchu wyłoniły się wysokie, oficerskie buty. Później odziana w skórzany, prawdopodobnie militarny, kombinezon ludzka postać. Człowiek wydobyty ze śmiercionośnego ustroju mógł ważyć najwyżej siedemdziesiąt kilogramów. Był niski. Budową przypominał bardziej wyrostka, niż dorosłego. Hak zaklinował się w kieszeni uniformu, który szczelnie otulał jego ciało. Mężczyzna nie dostrzegł epoletów. Jedynym znajomym elementem był przetarty Balkenkreuz znany ze skrzydeł samolotów Luftwaffe, ulokowany na wysokości serca po prawej stronie klatki piersiowej. Głowę nieznajomego ochraniał szczelnie zamknięty hełm podobny do kasków pilotów, z tym że przeszklony na całej szerokości twarzy. Okute miedzią gogle przechodziły w coś przypominającego rozdzielony na dwa kanały zawór wdechowy. Rury pochłaniaczy wybiegały zeń i znikały za ramionami pilota. Ten, na plecach miał, oznaczoną tym samym czarnym krzyżem, metalową tuleję.
Mężczyzna przeciągnął ciało bliżej stałego lądu. Skóra, z której zrobiony był kombinezon wyraźnie zmiękła, ale wydawało się, że soki trawienne grzybni, jeszcze nie zdążyły się przez nią przegryźć. Ostrożnie wbił nóż w powierzchnię maski tuż przy nitowanym łączeniu gumy z metalem, starając się nie uszkodzić ciała. Zasyczało. Poczuł zapach tlenu i ożywczy powiew na twarzy. Po chwili w ciemności zamajaczyło ludzkie oblicze. Blada skóra pilota kontrastowała z kilkudniowym zarostem. Mężczyzna podniósł powieki tamtego, lecz nie dostrzegł źrenic.
„Trup” – pomyślał i wstawszy, przerzucił ciało przez ramię. Odpowiednio spreparowane, pozwoliłoby uzupełnić zapasy na kilka dobrych tygodni nadchodzącej zimy. W Generalnej Guberni, dzikie zwierzęta już praktycznie nie istniały. Mutanty zaś były na tyle nieuchwytne, że mężczyzna wolał nie tracić na nie czasu. Najbardziej zaufanym źródłem pożywienia, było ludzkie ścierwo, które kilka godzin leżało w morderczej bieli. Soki trawienne Langermanii jonizowały wodę w płynach ciała tak, że po poćwiartowaniu i wysuszeniu nad ogniem, to nadawało się do spożycia.
Odnalazł gwiazdę północną i zawierzył jej kierunek wędrówki. Pamiętał, jak kilka dni temu, mijał coś przypominającego wioskę. Leżała przycupnięta w śniegu i popiele. Strzechy zapadłych w błocie chat ciężko było odróżnić od polnych pagórków. Jedynie wątła stróżka dymu, sącząca się niepozornie ku niebu, demaskowała życie.
Tam właśnie należało szukać ognia i lekarstwa dla chorej ręki. Postanowił, że zwłoki ukryje w lesie. Znachora poprosi o zastrzyk, a potem wróci i oprawi zdobycz.
Idąc wzdłuż krawędzi brzozowego młodniaka, dotarł do zamarzniętej rzeczki. Odpoczął pod niskim mostem, którego wierzchem biegła magistrala. Tory przecinające Gubernię z zachodu na wschód były w całości pod napięciem. W niektórych miejscach nasypy otaczały zasieki z kolczastego drutu. Pociągi nigdy się tu nie zatrzymywały. Pancerne składy bez okien, pozamykane na cztery spusty, rozpędzały się na owych torach do niespotykanych prędkości. Mężczyzna słyszał plotki, jakoby owe pociągi miały być w całości zautomatyzowane.
Rzucił ciało pilota na betonową posadzkę i wydało mu się, że słyszy jęk. Sprawdził puls, lecz trup był ponad wszelką wątpliwość trupem. Przysiadł i wepchnął sobie do ust zgniecioną kulkę pożywienia. Przymknął oczy i skoncentrował uwagę w punkcie, gdzie nos zbiega się z czołem. Poczuł lekki zawrót głowy, po czym fala ciepła rozeszła się po jego ciele od środka brzucha po opuszki palców.
Z medytacji wytrącił go szmer. W jednej chwili otworzył oczy i zerwał się na nogi. Zdobycz zniknęła. Ostrożnie dobył maczety przytroczonej do pleców. Ostrze zalśniło mgławym poblaskiem nocy.
Znowu szmer. Tym razem gdzieś dalej. Mężczyzna wybiegł spod mostu. Odczuł nieznany wcześniej niepokój. Z ciszy lasu, jeden po drugim, wytrącały się zauważalne szepty. Nocny krajobraz zlał mu się w kalejdoskop wydłużonych barwnych smug. Poczuł dojmujący ból i osunął w nieptrzytomność.
II
Ze snu wydobyło go ciepło ogniska. Poczuł, że ręce ma skrępowane z tyłu. Siedział oparty plecami o betonowy filar mostu. Przy ogniu klęczał człowiek w kombinezonie. Mężczyźnie wydało się, że jest on pogrążony w letargu. Poruszył się ostrożnie, lecz tamten zaraz otworzył oczy. Ich spojrzenia spotkały się na moment, po czym pilot przemówił niemczyzną ze wschodnim akcentem:
- Wer bist du?
Mężczyzna spojrzał na niego spod oka, po czym obficie splunął.
- Deutsch? – kontynuował tamten wskazując na pagony jego esesmańskiego płaszcza.
- Polak? – zapytał w końcu czystą niemal polszczyzną. Mężczyzna oniemiał, po czym skinął głową. – Mogę cię rozwiązać – dodał tamten, kładąc prawą dłoń na rękojeści zatkniętego za pas Lugera.
Mężczyzna od bardzo dawna nie widział takiej broni. Ostatni raz może jeszcze przed Wiosną Atomową. Potem były tylko kusze i proce. Żadnego prochu. Parabellum za pasem pilota mogło oznaczać tylko jedno.
- Nie jesteś stąd…
Pilot ostrożnie przeciął więzy krępujące ręce mężczyzny.
- Nazywam się Jozsef Muth – powiedział wyciągając ku więźniowi kubek z parującym wrzątkiem. – Wypij to…
- Jestem Stach… – przedstawił się mężczyzna przełykając napój.
- Partyzant?
- Akowiec… Ale czy to ważne? – odpowiedział pytaniem. – Ty? Niemiec?
- Nie… – pokręcił głową tamten. – Żyd… z Breslau.
- Breslau… – powtórzył Stach, usiłując sobie przypomnieć skąd zna tę nazwę. – Co tam robiłeś i jakim cudem żyjesz? Wyłowiłem cię, bo myślałem żeś trup…
- Chciałeś uzupełnić zapasy?
- W samej rzeczy.
- Ratowałem przyjaciela… – odpowiedział Muth po dłuższej chwili. – Trzymaliśmy się razem. Szukaliśmy padliny. Asekurowałem go, kiedy lina nie wytrzymała. Mieliśmy te kombinezony, ale on… przepadł.
- Co to za kombinezony? Wydawało mi się, że leżałeś w purchawach dłuższą chwilę…
- Znaleźliśmy je z Icchokiem w ruinach. Baza jakaś. Dwa. Może trzy dni drogi stąd. Nie pamiętam gdzie. Naziole trzymali tam te ich okrągłe samoloty.
- Okrągłe samoloty? – zaciekawił się Stach. Pojazdy, o których mówił Muth, widywał dość często na niebie Guberni. Latały trójkami, bezgłośnie, emitując przyjemne niebieskie światło. – Haunebu?
- Słucham? – tamtemu rozbłysły oczy.
- Te samoloty… to Haunebu. Wunderwaffe, psia mać. Mówili, że ten cały atom, to przez to ścierwo właśnie.
- Grunt, żeśmy tam nie znaleźli nic poza kombinezonami i bronią…
- Parabelki?
- Mausery…
- Sprawne?
- Nie do końca… większość bezużyteczna.
- Więc twój… nie jest nabity?
- Nie – odparł po krótkiej chwili wahania. Stach spojrzał w ogień i zanurzył się w myślach. – Nie podziękowałem ci jeszcze za uratowanie życia… – usłyszał po chwili głos tamtego.
- Nie było sprawy… liczyłem, że znajdę coś do żarcia…
- Co zamierzasz teraz zrobić?
- Pójdę w swoją stronę… Nie szukam towarzystwa.
- Da się tak? – zapytał Muth. – Samemu przeżyć na tej nieludzkiej ziemi?
- Ja nie narzekam…
- Ale gdybym chciał, mógłbym cię zabić…
- Mógłbyś… Ale tego nie zrobiłeś… Gdybyś się sam nie ocknął, prędzej czy później odrąbałbym ci głowę. Jak mnie właściwe obezwładniłeś?
- Uderzenie kolbą. – Stach wyczuł, że Muth kłamie. Nic nie odpowiedział. – Pomożesz mi dostać się do wioski? Tam się rozstaniemy. – Pilot zmienił temat.
- Musimy wyruszać szybko – odparł Stach, wskazując na swoją prawą dłoń, która w świetle ogniska zaczynała mienić się szronem trądu. – Zostało mi kilkanaście godzin, a do wioski będzie z pół dnia drogi.
W oczach towarzysza, Stach dostrzegł ciekawość. Był niemal pewien, że tamten kłamie, ale nie chciał drążyć tematu. Końcem ostrza maczety ostrożnie włożył do swojej puszki kilka rozgrzanych kawałków drewna z ogniska. Podsypał garstką suchego mchu i rozkręcił w dłoni. Po chwili przez otwory w metalu buchnął płomień. Oświetliwszy sobie tak przygotowaną pochodnią drogę, Stach ruszył w ciemność.
- A ognisko? – zapytał Muth.
- Nam się już nie przyda. Poza tym, mamy kometę – odrzekł, unosząc w dłoni, żarzące się naczynie.
III
Wioska okazała się pobojowiskiem. Domostwa na kształt pagórków – przycupniętymi w popiele kupami gruzu. Struga dymu ostatnią drogą żywych pnącą się ku niebu.
- Watażkowie… – zamruczał Stach. – Ubiegli nas.
- Zabrali ludzi?
- Zima to nie przelewki – odparł. – Żarcie piechotą nie chodzi.
- Co zrobimy?
- O ile dobrze pamiętam, mieliśmy się tu pożegnać. – Stach uważnie obserwował swoją dłoń, oblepiającą się coraz wyraźniejszym blaskiem.
- Sytuacja się zmieniła… – Muth zmierzył go wzrokiem. – Za kilka godzin będziesz cały świecić, a potem zdechniesz.
- Skąd ta nagła troska o moją osobę?
- Mogę ci pomóc… znam się na tym…
- Bez lekarstwa nic nie zrobisz…
- Myślałem o zeskrobaniu radionuklidów… Langermania rośnie na twojej dłoni…
- Radio… co?
- Pokaż rękę. – Muth zmarszczył brwi. – Można też amputować… - Nie ma mowy.
- Nie unoś się tylko. Uśpię cię. Ciachnę i zapiekę ranę.
- Dwa dni drogi stąd… – żachnął się Stach. – Jest osada. Większa niż to tutaj…
- Nie mamy tyle czasu. Poza tym, nie masz pewności, że rzeczywiście tam będzie…
- Wara od mojej ręki! – wrzasnął. – Najlepiej jak każdy z nas pójdzie w swoją stronę.
- Na wojnie byłem felczerem. – Muth nie dawał za wygraną. – W Armii Czerwonej. Wiem co mówię. To zakażenie daje ci niecałe dwadzieścia cztery godziny. Potem na nic się nikomu nie przydasz.
- Jeszcze raz cię proszę, żebyś się nie mieszał. I nalegam, byśmy się tu pożegnali. – Stach spoglądał mu hardo w oczy. – Przeszukaj chaty, a znajdziesz, na pewno coś do jedzenia. Albo do żucia przynajmniej. I nie waż się iść za mną.
- Zechciej sobie pomóc… – Muth szukał drogi na około. – Uratowałeś mi życie, a moim obowiązkiem jako lekarza jest ratować twoje.
- Jesteś lekarzem?
- No właśnie od jakiegoś czasu staram się ci o tym powiedzieć…
- Chcę zachować rękę. Jakie mam możliwości?
- Trzeba zdobyć mieszankę jodową. To jedyna szansa. Jeśli, jak mówisz – gdzieś tam jest większa osada – tamtejszy znachor ci pomoże. Ale nie mamy czasu. Jedyne, co ja mogę zrobić, to amputować ci dłoń i przedramię, albo jednorazowo dokonać zeskrobania radionuklidów. Będziesz musiał to wypić. – Wyjął z kieszeni niewielką płaską flaszkę. – To czysty spirytus. Ból będzie mniejszy.
- Te radio… co to jest?
- Langermania zmienia wszystko, co organiczne, w samą siebie. Dlatego nawet krótki kontakt z nią to śmiertelne zagrożenie. W tej chwili twój organizm się jeszcze broni, ale to nie potrwa długo. Kiedy przekroczy barierę, rozpad komórek będzie postępował tak szybko, że wykończy cię w ciągu kilkudziesięciu minut…
- Dobra, rób swoje, tylko nie obcinaj – rzekł Stach wyciągając zdrową rękę w kierunku flaszki.
- Wypij połowę, może nam się jeszcze przydać… ja zeskrobię nożem warstwę tego białego. To powinno osłabić grzyba na jakiś czas.
Stach bez najmniejszego skrzywienia pociągnął tęgiego łyka z piersiówki. Spirytus palił gardło i przełyk. Przyjemną falą gorąca rozchodził się po wewnętrznych organach ciała. Chwila euforii, jaką poczuł mężczyzna, zaraz ustąpiła jednak zmęczeniu i ciężkości w głowie. Napój skutecznie przytłumił pracę mózgu i przywołał senność. Stach bronił się przed jej przyjemnym bezruchem. Chciał widzieć poczynania Mutha, który dobywszy noża uważnie przyglądał się białemu nalotowi na jego przedramieniu. Po chwili przyłożył ostrze prostopadle i zdecydowanym ruchem ku nadgarstkowi zdarł warstwę skóry.
Stach uczuł palące ciepło. Jakby nóż był rozgrzanym do czerwoności metalowym prętem. Zacisnął zęby. Z oczu poleciały mu łzy. Drugie pociągnięcie było jeszcze bardziej dotkliwe. Odruchowo szarpnął się. Wyprężył, ale wytrwał w miejscu. Muth tymczasem przymierzył się do kolejnego cięcia. Przejechał z góry i zatrzymał ostrze na kostkach palców mężczyzny.
- Kurwa! – wrzasnął Stach i przez chwilę bił nogami ziemię.
Po chwili zauważalnie osłabł. Przymknął oczy. Miotał się pomiędzy świadomością, a nieświadomością, by ostatecznie ulec tej drugiej. Muth powtarzał swoją czynność jeszcze kilka razy. Kiedy uznał, że ręka jest czysta, ujął kometę, rozgrzał i z dokładnością maszyny, centymetr po centymetrze przykładał do rany. Zapiekane ciało syczało i roztaczało drażniący smród.
Kiedy zabieg był skończony, a prawa dłoń i przedramię Stacha wyglądały, jak oblane woskiem, Muth rozpiął kombinezon. Upewniwszy się, że pacjent jest nieprzytomny, zza pazuchy wydobył skórzany futerał. Wyjął z niego strzykawkę naładowaną srebrnym płynem, którego połowę zaaplikował sobie w szyję. Drugą wstrzyknął leżącemu bez przytomności pacjentowi.
IV
Obudził się na pryczy w opustoszałym baraku. Miał wrażenie, że minęło kilka tygodni. Siennik i koc, którym go okryto, przesiąkły ludzkim smrodem. Stach poznałby go wszędzie. Słodkawy, ciężki i kwaśny. Czuł ból w prawej dłoni. Odruchowo podniósł ją ku twarzy. Widok, który ujrzał, przepełnił go żalem i przerażeniem. Zamiast palców z rękawa płaszcza wystawał owinięty szmatami kikut. Zanim go nie ujrzał, gotów był przysiąc, że może poruszać palcami. Drugą ręką gorączkowo odwinął bandaże. Po chwili ból nasilił się. Prowizoryczny opatrunek odsłonił świeżą, zapieczoną najpóźniej kilka godzin wcześniej ranę. Skóra na kikucie była zwęglona, pokryta pęcherzami i czopami ropnymi. Stachowi wydało się, że ściany pomieszczenia, w którym leży, naparły na niego całą siłą i skruszyły kości zostawiając krwawy worek mięsa. Mimowolnie wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, po czym opadł na pryczę.
„Skurwysyn zrobił to!” – myślał. – „Ujebał mi rękę i spierdolił. Żyd. Pierdolony, Żyd!”. Chciał krzyczeć. Raz jeszcze spojrzał na kikut i odwrócił wzrok. Nie patrząc nań, czuł, że palcami dotyka desek pryczy. Że czuje ich chłód i chropowatość. Było to jednak boleśnie ironiczne złudzenie.
Po kilku dłużących się minutach na powrót zawinął przedramię szmatą. Bolało. Teraz już naprawdę bolało. Rozejrzał się po sali. Pomieszczenie było obszerne, oświetlone słońcem wpadającym przez cztery szerokie okna. Dwie przeciwległe ściany pokrywały po trzy rzędy drewnianych, aktualnie pustych, pryczy.
- Obudziłeś się? – usłyszał kobiecy głos, dochodzący z łóżka poniżej. Wychylił głowę i spostrzegł dziewczynę. Miała bladą cerę i bardzo ostre, androgeniczne rysy twarzy. Włosy niemal białe. Przystrzyżone krótko. Resztę jej ciała skrywał brudny wojłok.
- Gdzie jestem? Co to za miejsce?
- Tu się umiera…
- Kim jesteś?
- Widziałam śmierć. Głaszcze mnie nocą po twarzy. Nie mogę spać. Zabierzesz mnie stąd? Zabierz mnie stąd, błagam! – Stach jeszcze raz spojrzał na dziewczynę i w jej wzroku dostrzegł niebieskawy błysk szaleństwa.
- Co to za miejsce? Jak się tu znalazłem? – nie rezygnował.
- Heidelager… SS Gutzbezirk Heidelager… – odparła cicho.
- Niemcy? Są tu? – przeszedł do szeptu. Ona zaś pokręciła w odpowiedzi głową.
- Kilku jest. Ale to zbieranina. Trzymają ich na zimę. Chcą zabić i zjeść. Nas też zabiją. Zeżrą. Zeżrą jak rzeźne świnie…
- Cicho bądź… to jest szpital, tak?
Skinęła głową.
- Kto zawiaduje osadą? Kto decyduje o jedzeniu?
- Bat’ko Worszyłow. Gruby. Z wąsami i bez oka. Rozpoznasz go. Jest tu jeden taki tylko.
- A ty? Kim jesteś?
- Mam na imię Lena. Z domu Chumachenko.
- Ukrainka?
- Moi rodzice byli ze Lwowa…
- Więc Polka.
Potwierdziła.
Stach pamiętał Lwów sprzed wojny. Na wskroś galicyjski, ale już po wschodniemu dziki. Musiał tam bywać w dzieciństwie, lecz nie pamiętał dokładnie kiedy. Teraz Lwów był poza granicami Guberni. Stach mniemał, że musi się w nim toczyć normalne życie. Że ulice znów są gwarne. Park Stryjski w październiku pąsowieje zaś od studenckich miłostek. Takim go zapamiętał.
- A więc żyjesz! – usłyszał naraz męski głos, który zbiegł się z dźwiękiem otwieranych drzwi. Stał w nich szpakowaty chudzielec niskiego wzrostu, o haczykowatym nosie zwieńczonym w połowie pokaźną, czerwonawą naroślą. – Albreht Zholz. Tutejszy lekarz.
- Gdzie jestem? – zapytał Stach.
- Heidelager. Po waszemu Pustków. Tak się ta osada nazywała przed wojną. Teraz mówimy Pustota, z radziecka…
- SS Gutsbezirk Heidelager, poligon operacyjny SS?
- Były poligon operacyjny SS. Żyjemy tu pod ochroną bat’ki Worszyłowa.
- Bat’ko – srat’ko… – odezwała się Lena.
- Cśśśś… – uciszył ją Zholz. – Karolinko, przestraszysz pana.
- Karolinko? – zapytał Stach spoglądając w jej oczy, których spojrzenie z figlarnego, zmieniło się natychmiast w smutne i zatroskane.
- Nie zapoznaliście się? – ciągnął Zholz. – Dziewczyna ma poważnego guza. Leczymy ją tutaj.
- Przedstawiła się jako Lena Chumachenko ze Lwowa.
- No właśnie… – zamyślił się Zholz. – Nie jest z nią dobrze. A ty? Jak się czujesz? Byłeś bardzo wycieńczony i na wpół wykrwawiony, jakeśmy cię znaleźli.
- Kiedy to było?
- Cztery dni temu. Przynieśli cię ludzie bat’ki. Podobno aż spod Świlczy. Co tam robiłeś? Nie wiem. Porozmawiasz z bat’ką – dowiesz się więcej.
- Tyś mnie opatrzył?
- W rzeczy samej. Ktoś, kto ci oderżnął rękę nie miał wprawy. Poharatał cię strasznie…
- Nie wiesz, kto to był? – Stach zmarszczył brwi.
- Bat’ko ci wszystko opowie. Chciał cię widzieć osobiście, jak tylko odzyskasz przytomność. - Zatem prowadź do tego… bat’ki. – Mężczyzna zeskoczył z pryczy i dotarło do niego, jak ciężką próbą dla ciała była utrata dłoni. Każdy krok przyprawiał go o szybsze bicie serca. Również rana, która ukryta pod prowizorycznym opatrunkiem uspokoiła się na chwilę, w momencie, gdy stanął na podłodze, zaczęła pulsować ciepłem.
- Musisz się oszczędzać – powiedział Zholz. – Karolinko, weźmiesz teraz leki – dodał kierując się w stronę dziewczyny. Dopiero z perspektywy pokoju Stach zauważył, że ma ona nienaturalnie wydłużoną czaszkę. Białe włosy, które wydały mu się wcześniej krótkie, okazały się skrywać coś dziwnego.
- Popatrz no – Zholz chwycił zawstydzoną dziewczynę za szyję i odwrócił jej głowę tyłem w kierunku Stacha. – Była ranna. Przeszła trepanację czaszki. A potem pojawiło się to.
- Co to jest? – Stach przyglądał się z zaciekawieniem.
- Tumor – odparł Zholz. – Sięga w głąb jej głowy.
- Leczysz go?
- Eh… staram się jej pomóc. Ciężko nazwać to leczeniem…
Puścił dziewczynę, a ta natychmiast zwinęła się w kłębek i oparła plecami o ścianę, niby kocię zaszczute przez grupę wygłodniałych psów. Wbiła wzrok w oczy Stacha. W jej spojrzeniu było coś tak lodowatego, że mężczyznę przeszył dreszcz. „Uratuj mnie!” – usłyszał gdzieś w głębi duszy, rozpaczliwe wołanie o pomoc, donośne jak krzyk rodzącego się dziecka. W tym momencie zauważył, że łydka dziewczyny jest przykuta do ściany stalowym łańcuchem.
- Wszystko w porządku? – zapytał Zholz.
- Tak, tak… już dobrze.
- Zatem zapowiem bat’ce twoją wizytę.
Podniósł słuchawkę zawieszonego na ścianie telefonu i wypowiedział parę słów po rosyjsku.
„Zabierzesz mnie stąd?” – głos dziewczyny na powrót pojawił się w głowie Stacha. Popatrzył w jej kierunku, lecz ona leżała już odwrócona do ściany. Jej wojłokiem targało konwulsyjne łkanie.
V
Jewgienji Worszyłow, zwany również bat’ką, był mężczyzną wysokiego wzrostu i tęgiej postury. Łysy. Prawe oko przepasane miał urżniętym niedbale kawałkiem skóry. Na przedramieniu dumnie obnosił dwie srebrne Omegi z wybitymi szybkami.
- Sadities – rzekł, gdy Stach przekroczył próg jego gabinetu w centralnym baraku. – Kak ty cziustwujesz, malczik?
- Bywało lepiej – odparł Stach bez wahania.
Bat’ko zmierzył go wzrokiem.
- Znaleźli cię moi ludzie. Tamten potwór zabierał się, żeby cię wypatroszyć.
- Kto? Muth? – Stach zwerbalizował swoje niechętne przypuszczenia.
- O! Widzę, żeście paznakomilis’…
- Tak jakby. Wyciągnąłem go z purchawy.
- Jakie to szlachetne z twojej strony. – Worszyłow wyszczerzył w uśmiechu niepełne uzębienie. – Ty do niego z sierdcem, a on ciach! – To rzekłszy wykonał prawą dłonią symulację cięcia.
- Moja wina.
- Wiesz komu pomogłeś? – bat’ko nachylił się i zniżył głos. – Słyszałeś o agentach z zewnątrz?
Stach pokręcił głową. Świat za Żelazną Kurtyną go nie obchodził.
- Wiemy, że tu przenikają. Badają nasze struktury. Sprawdzają, czy ludzie na tej ziemi dadzą radę przeżyć…
Stach wzruszył ramionami.
- Wnioskuję, że Muth był takim właśnie agentem – powiedział.
- W rzeczy samej, mołodiec… moi ludzie tropili, go od tygodnia. I wtedy wszedłeś im w paradę ty!
- Nie miałem takiego zamiaru. Szukałem jedzenia…
- Padliniak?
Stach skinął głową.
- Nie lepiej przyłączyć się do grupy? Ludzie to stadne zwierzęta, kak sobaki!
- Dziękuję za propozycję, ale nie.
- Dobra! Jak mam cię nazywać?
- Jestem Stach.
- Staszku, jest robota do zrobienia. Pomożesz nam.
- Dlaczego miałbym się zgodzić?
- Moi ludzie uratowali ci życie. To po pierwsze. A po drugie, mam coś dla ciebie.
To rzekłszy wstał i otworzył kufer stojący pod ścianą. Wyjął z niego jakieś żelastwo rozpięte na skórzanych pasach i rzucił na biurko.
- Należała do jednego z moich.
Stach uważnie obejrzał ustrojstwo. Była to bojowa proteza ręki, złożona z dwóch dość długich ostrzy, które w miejscu stawu łokciowego przechodziły w krótką dźwignię.
- Nie przymierzysz?
Stach podniósł się na krześle próbując wstać. Bat’ko jednak błyskawicznie znalazł się za jego plecami i sprowadził go z powrotem do pozycji siedzącej.
- Jutro weźmiesz pięciu ludzi. Pójdzie z wami mój szef ochrony, Semen Sznurow. Zaprowadzisz ich do gada i wtedy się rozstaniecie. Nie zrobisz tego – zginiesz. Poniał?
Stach przytaknął.
- No to charaszo. – Twarz tamtego, rozpromienił nieszczery uśmiech.
- Jeszcze jedna sprawa – powiedział po chwili Stach. – Ta dziewczyna… w szpitalu…
Worszyłow uśmiechnął się jeszcze bardziej groteskowo.
- Mołodiec! Wąska jest, co? Poruchać choczesz, a?
- Znajdę dla was tamtego parszywca. Osobiście przyniosę ci jego głowę. Ale oddaj mi ją.
Uśmiech znikł z twarzy Worszyłowa i ustąpił miejsca grymasowi niezadowolenia. Stali chwilę w milczeniu, po czym bat’ko parsknął śmiechem.
- Będzie twoja. Tylko wróć po nią!
- Wrócę – Potwierdził Stach. Wyszli razem na werandę baraku.
- Jak okiem sięgnąć, wszystko nasze… – rozmarzył się Worszyłow rozpościerając ręce. Stach dostrzegł w nim ów charakterystyczny ruski sentymentalizm. Przed wojną, mężczyzna mógł być nauczycielem, albo, co gorsza – artystą.
- Semene! – krzyknął po chwili bat’ko. – Semene! Zawtra, budiet charaszo! – dodał wskazując paluchem Stacha. Siedzący na werandzie bliźniaczego drewniaka szef ochrony, potwierdził kciukiem uniesionym do góry.
- Nu! Tiebie nada atdychat’ – Zwrócił się do Stacha, klepiąc go po ramieniu. – Aha… tylko żadnych sztuczek nie próbuj,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Zenon_Śmietana
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…