Tysiąc jeden życzeń
OPOWIEŚCI ZE ŚWIATA CZAROWNIKÓW - cz.I: Poznajemy czarowników, Pierwiosnka i jego gang oraz dowiadujemy się, dlaczego nie warto wędkować i grać w golfa w bibliotece.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Opowieści ze Świata Czarowników Rozdział I: Tysiąc Jeden Życzeń
Poznajemy czarowników, Pierwiosnka i jego gang oraz dowiadujemy się,dlaczego nie warto wędkować i grać w golfa w bibliotece.
Po dwóch latach od wyburzenia ohydnego quasi-pałacu wybudowanego wieki temu w samym centrum New Warsaw City, tysiące mróweczek pracowicie wnoszących budulec na kolejne piętra supernowoczesnej, ażurowej konstrukcji słupowo-ryglowej, dostąpiły zaszczytu obejrzenia w holowizji uroczystości oddania do użytku swojego największego dzieła. Nie był to może szczyt możliwości architektoniczno – budowlanych nowych czasów, ale rok 194 Nowej Ery charakteryzował się osiągnięciem apogeum w dynamicznym niedorozwoju przemysłu, budownictwa i gospodarki ogółem, choć nie można było mówić o kryzysie. Wszystkiemu był winien minister Dryblas ze swoim wiecznym przydupasem Pijawką, pełniącym oficjalnie funkcję sekretarza partii aktualnie rządzącej, natomiast prywatnie był podnóżkiem opływającego w dostatki ministra. Po dwóch latach rządów obu panom grunt zaczął się palić pod nogami, więc ostatni skok na kasę, jaki udało im się wykonać przed wkroczeniem zarządu komisarycznego do ministerstwa, była sprzedaż zabytkowego Pałacu, który stał w mieście prawie od zawsze. Strzelistą i monumentalną, aczkolwiek podniszczoną konstrukcję rozebrano i wywieziono za ocean, gdzie prywatny pasjonat – kolekcjoner miał już całe poletko różnych pałaców techniki i zamków uniwersyteckich. Grunt po pałacu objęła we władanie niewielka firma „Mardi”, która w tajemniczy sposób zdobyła jeszcze bardziej tajemniczych sponsorów i w ciągu kilkunastu miesięcy wystawiła liczący czterdzieści dwa piętra supernowoczesny budynek. Wszystko by było po myśli ministra Dryblasa, bo nagle się okazało, że jako udziałowiec malutkiej firmy „Mardi” dysponuje on potężną powierzchnią do wynajęcia i to w centrum New Warsaw City, ale nastąpił krach. Zapaść gospodarcza spowodowała, że drobne firmy zniknęły z rynku, wielkie firmy stały się malutkimi firemkami, a te, aby przeżyć musiały się jednoczyć w sprawdzony w systemie utopijnym szereg spółdzielni. Nowy budynek zyskał miano „Spółdzielni Usługowej”, w której stopniowo lokowały się spółki z kapitałem zagranicznym. Ale w czasie, gdy pracowite mróweczki wznosiły jeszcze swój pomnik ku czci i chwale ministra Dryblasa, dwóch nikomu nie znanych studentów uczelni ezoterycznej wpadło na genialny pomysł, który zaważył na ich całym późniejszym życiu.
- Znowu pączki od Clicklego? – chudzielec spojrzał na niesamowicie grubego kolegę z trudem mieszczącego się na swojej pryczy pokoju numer 666 na dwunastym piętrze akademika. - A co? – mruknął grubas. – Wiem, że wolałbyś otręby i inne modne świństwa, ale sam powiedz: czy życie czarnoksiężnika miałoby smak bez odrobiny cholesterolu i słodyczy? - Twoje na pewno nie! – chudzielec uśmiechnął się kwaśno i powrócił do lektury obszarpanej, antycznej książki. Tłuścioch obrócił się na bok dalej kontemplując wyimaginowane, niebieskie migdały. Tuż nad jego pryczą wisiała na czerwonym, plecionym pasku Atalma, jedyny atrybut prawdziwego czarnoksiężnika, jaki mógł oficjalnie nosić na zajęcia. Adept wyciągnął magiczny sztylet o czarnej rękojeści ze srebrnej pochwy, obejrzał ostrze pod światło, po czym chwycił za obosieczne, lekko przerdzewiałe ostrze i zaczął wydłubywać sobie brud spod paznokci. - Co znowu studiujesz? – zapytał totalnie znudzony nadmiernym brakiem gadatliwości swojego współlokatora. - Ciekawa historia jest… - zaczął wciąż wpatrzony w literki kompan. – Autor „Zielonego Grimmuaru”, jak mniemam to o niego chodzi, najpierw zniknął spośród druidów, potem pojawił się tysiąc lat później w trzecim roku Wielkiej Wojny, gdzie nielicho narozrabiał i gdzie rzekomo zginął podczas największej bitwy pod Vierdun. Niejacy Niemcy puścili na okopy sprzymierzonych jakieś gazy… - Też to potrafię. – mruknął Grubcio. - Znikać, czy ginąć? – chudzielec oderwał z niedowierzaniem wzrok od tekstu i popatrzył na przyjaciela. - Nie, puszczać gazy jak ten twój Pierdun! - O nie, mój drogi! – książka zamknęła się z hukiem. – Ty jesteś lepszy niż Niemcy, bo ty puszczasz gazy i jesteś pierdun! Niezwykle spasiony adept siadł na brzegu swojej pryczy o rechotał jak żaba w rui. - Masz chusteczkę, bo chyba się poryczałeś ze śmiechu. – chudzielec rzucił przez pokój pudełko jednorazówek. – A swoją drogą, ciekaw jestem, co tak naprawdę stało się z mistrzem Geminschoenem. - Hi, hi, hi! – grubas właśnie zakończył rechot ocierając krokodyle łzy. – Myślę, że skoro przeżył prześladowania druidów, to nie zabił go byle niemiecki pierdun. Chudzielec podkulił nogi i spojrzał za okno. Właśnie zachodziło słońce przebijając się jeszcze tu i ówdzie przez gęste korony drzew pojedynczymi promieniami. Na biurku obok w antycznym, marmurowym pojemniku na gęsie pióra leżało kilka przedmiotów, jak czarnoksięska różdżka, srebrny sygnet z kompletu teurgicznego oraz kilka ręcznie rzeźbionych pentakli. Wzrok młodego adepta spoczął na srebrnym sygnecie. - Możemy go poszukać. – odezwał się, nadal tępo wpatrując się w srebrny, masywny pierścień. - Myślisz o wskazaniu? – tłuścioch spoważniał w ciągu minuty. - O czymś jeszcze gorszym! – chudzielec uśmiechnął się pod nosem potrząsając swoja bujną czupryną. – Zapytamy demona o innego maga. Gruby adept poderwał się ze swojej studenckiej pryczy. - Nie możemy! Nie mamy uprawnień! – machał rękami jak wściekły koliber. - A ty co? – chudzielec wstał i podszedł do okna. – Odlatujesz? Otworzyć ci okno? Za trzy dni egzamin dyplomowy, wtedy nabędziemy uprawnienia! - Dopiero za trzy dni! – powtórzył z satysfakcją grubas dalej machając rękami. Młody czarownik, ten zdecydowanie chudszy, popukał się w czoło, chwilę potem wyciągnął z płóciennej torby nadgryzioną kanapkę drugiej świeżości. - Naści ptaszku okruszków! Skończ już machać łapami, bo mi plakat Cynthii Chrysler uszkodzisz! A wracając do tematu: a kto ci policzy te godziny? Przygotowania zajmą nam co najmniej dwa dni. Ptaszek przestał machać łapkami. - Poza tym nie masz najważniejszego. – skonstatował Grubcio wpatrzony hipnotyzującym wzrokiem w kanapkę kolegi. – Czy masz może co do tego okruszka jakieś konkretne zamiary? - Możesz zjeść. – adept machnął ręką. – To czego nie mam? - Najważniejszego… mniam! - Rozumu? - Nie ośle jeden! – tłuścioch się zakrztusił. - Przedmiotu poszukiwanego maga! - Wiesz co? Nie powinno się tyle gadać z pełną gębą! – chudzielec walnął przyjaciela z całej siły w plecy. – Ta nieodwzajemniona miłość do jadła cię kiedyś zgubi! Czy wiesz, że w muzeum uczelni jest zielony pierścień mistrza Geminshoena! Otyły czarownik wybałuszył oczy, zupełnie, jakby w kanapce pojawiły się trzy żółte hipopotamy. - Ależ to relikwia! Od razu wykryją, kto go buchnął! – wybełkotał władca hipopotamów. - Nie, gdy zrobi to ktoś, kto nie miał jeszcze styczności z magią profesjonalnie. Tymczasem mistrz hipopotamów zjadł ostatni kęs kanapki i rozglądał się za czymś do popicia. Padło na słoik z wodą. - Masz kogoś konkretnego na myśli? – czarownik złapał naczynie i wzniósł niemy toast. – Za mojego promotora, oby nie był upierdliwy na egzaminie! Zanim chudy mag zdążył powiedzieć „ciach po grdyce”, po wodzie nie było ani śladu. - Odstana, tygodniowa woda spod kwiatków! – zgadnijcie, kto załamał ręce. Grubciowi się ohydnie odbiło. - No to już wiem! – stwierdził z pewną miną. – Wiem, czemu mi zgrzyta między zębami. To te twoje glony. - Nie glony, tylko piasek. – sprostował wciąż obrażony adept. - Taaaaak. To wiele wyjaśnia. Widziałeś wróbelki? Sprytne maleństwa! Czasem dzióbią piaseczek. Wróbelkom nie szkodzi, prawda? - Drogi przyjacielu, ty nie jesteś wróbelkiem! – czarownik wstał i machnął ręką. - Chodź Grubciu, przedstawię ci mojego siostrzeńca i jego młodzieżowy gang. Obaj adepci wyszli z pokoju zatrzaskując za sobą drzwi. Kiedy idąc korytarzem tłuścioch grzebał po kieszeniach, jego kompan wyciągnął z niewielkiego, zamszowego woreczka wiszącego na plecionym pasku niewielkie pudełeczko, które po otwarciu okazało się czymś, co od razu skojarzyło się tłuściochowi z zawartością kobiecej torebki. - Po co ci puderniczka? – zapytał z ciekawością wymalowaną na twarzy. – Poprawiasz make-up przed spotkankiem? - To supercienki komunikator, najnowsze dziecko techniki czaromultimedialnej, ciemnoto. - A niech to Murmur ściśnie! – grubas aż podskoczył. – Faktycznie! Ukradłeś? - Wygrałem wczoraj w karty! - …i oczywiście ci durnie nie wiedzieli, że jako pół-telepata masz nad nimi przewagę? - Oczywiście. – skwitował chudzielec i jednym susem pokonał ostatnie pięć stopni klatki schodowej. – Zobaczymy, czy jest w hacjendzie. Czarownik wpatrywał się w lusterko zamontowane w górnej klapie komunikatora. Przetarł delikatnie powierzchnie lustra mamrocząc dość proste zaklęcie kierunkowe. Po chwili powierzchnia lustra zmętniała, zupełnie jakby ktoś zamieszał wodę z mąką, by po chwili ukazać spoconą, szczupłą twarz nastolatka. - Cześć. – mruknął chudzielec zaskoczonemu młodzieńcowi. – Coś taki spocony? - Jestem w Palestynie… - wyznał z oporami młodzieniec. - Gdzie? Co ty tam, na świętego Flaurosa, robisz?! Miałeś siedzieć na dupie w chałupie! I co ja powiem teraz twojej matce? - Eeeee… jestem w chałupie. – wyznał chłopak i dodał po chwili. – Chodź, przedstaw się. W lusterku pojawiła się uśmiechnięta blondyneczka z kucykiem na bok. Po chwili objęło ją opiekuńcze ramię chłopaka. - Cześć, jestem Palestyna. – uśmiechnęła się obnażając cyrkonię w górnej jedynce.. Obaj czarownicy zaczęli wzbudzać na ulicy sensację, bo o ile grubszy rechotał coraz głośniej, chudszemu pojawiły się na twarzy wszystkie sine kolory zwiędłej tęczy. - Pierwiosnek, na litość demonów! – wrzasnął wściekły chudzielec. – Wyrzuć natychmiast z rąk to paskudztwo! - Dobra, dobra! I tak zaraz musi spływać, bo ma lekcję etyki…Co jest grane? - Musimy pogadać z twoimi kolesiami. – mag wyraźnie ochłonął. - Ciekaw jestem, czym wam się narazili? – spytał chłopak i na chwilę zniknął z pola widzenia. W tle było słychać delikatne „cmok”. – Już poszła. - Rozpustna Palestyna udała się na lekcje etyki, hi, hi, hi! – Grubcio nadal rechotał pod nosem. – Pewnie do Ziemi Świętej, hi, hi, hi! - Znowu ten żarłok? – zapytał młodzieniec nazwany Pierwiosnkiem. - Nie jestem obraźliwy – wtrącił rechoczący mag. - Zaraz będziemy. – uciął chudzielec i skręcił w przecznicę.
* * * * *
Kula ze świstem przeleciała obok hełmu Shoena. Wiedział, że od niechybnej śmierci dzieliły go tylko dwa cale, ale wiedział też, że jeszcze nie nadszedł jego czas. Powoli i systematycznie wycofał się w głąb okopu, gdzie nie mogła mu zagrozić żadna zbłąkana kula. Ze smutkiem popatrzył na leżące w kałuży zamarzniętego błota ciało młodego feldfebla z 22 pułku ułanów Katzlerskich – tak przynajmniej mówiła naszywka na jego kurtce. Pochylony przeskoczył nad zwłokami i pomknął w kierunku bunkra. Pewnym było, że Niemcy nie zaatakują już tego dnia, choć wszystko mogło się przecież zdarzyć. Popatrzył na horyzont. Pośród setki lejów po pociskach artyleryjskich poprzecinanych zasiekami majaczyła sino-szara chmura. Przyśpieszył kroku, bo podejrzewał już, co to może być. Gaz! Widział już taką chmurę ponad pół roku temu, kiedy to pod Ypres niemiecki gaz wydusił ponad pół pułku Bajończyków. Jego pułku! Tego pięknego, majowego dnia wróg posunął się do przodu umacniając swoje pozycje, choć dzień wcześniej, kiedy oddział w porywie serc zaśpiewał „Mazurka Dąbrowskiego” z okopów nieprzyjaciela miast gradu kul odpowiedziały okrzyki radości. To poznaniacy wcieleni do niemieckiego wojska. Jak się później dowiedział od jeńca, poznaniaków w tej samej godzinie przerzucono na tyły frontu w obawie przed masową dezercją… ale to było dawno temu, milion wybuchów temu, bo teraz czas odmierzało się eksplozjami i atakami gazowymi. Tu, w okopach twierdzy, groził mu znowu atak gazowy, a swoją maskę oddał wczoraj rannemu przyjacielowi. Miał tylko nadzieję, że Jean-Marc dotarł bezpiecznie do prowizorycznego szpitala polowego po tym, jak go… wskrzesił. Użył całej swojej wiedzy tajemnej, najpotężniejszego czaru mistrzów Zielonego Kręgu, aby dać szansę temu młodemu Walończykowi, który aż tak przypominał jego młodszego brata. Eksplozja granatu moździerzowego wyrwała go z zadumy. Schylając się jeszcze niżej w naturalnym odruchu, pognał w poprzeczny wykop prowadzący do bunkra łącznikowego. Tuż za nim wychylił się delikatnie z okopu i od razu przypomniał sobie radę młodego przyjaciela. Z górnej kieszeni płaszcza wyciągnął pudełko z papierosami i delikatnie uchylił wieczko. Tam, zawinięty w szmatkę koloru szarego spoczywał kawałek lusterka. Powoli, ostrożnie wychylił lusterko ponad okop. Okolica ruin twierdzy Verdun wydawała się całkowicie wyludniona, a jedyną oznaką ruchu na zmrożonym polu bitwy, była chmura, która zmieniła kierunek swojej marszruty tak, jakby wiedziała, gdzie ukrywa się Schoen. Siny obłok przeszedł nad drzewem, które po wyjściu z mrocznego obłoku nie przypominało już drzewa, lecz wypalony kikut. Schoen już wiedział: to nie atak gazowy! To Demon Mroku szukał go na polu bitwy, aby dokonać zemsty za zniewagę sprzed wieków, za ujawnienie tajemnic Zielonego Kręgu! Nie namyślając się długo rzucił bezużyteczny kawałek lustra w zamarznięte błoto i pognał wykopem przed siebie schylając się jak najniżej. Wpadł do bunkra łącznikowego i wysypał pospiesznie zawartość plecaka. Odrzucił bezwartościowy nóż, konserwę i pakunek z chlebem. Pospiesznie wydobył srebrny kielich, dwie miedziane miseczki, tajemniczą buteleczkę, zawiniątko i czarny sztylet. Ustawił na deskach stołu miseczki, do jednej nalał trochę wody z manierki, do drugiej wsypał białego proszku z zawiniątka. Do kielicha wlał zawartość buteleczki, którą roztłukł o niemiecki hełm zalegający w błocie, następnie uchwycił oburącz sztylet. Wymamrotał kilka wierszowanych formuł, lecz nie brzmiały one w żadnym znanym języku świata i unurzał sztylet w kielichu z dziwną czerwoną cieczą. Po chwili chwycił zmarzniętą ręką owiniętą w szmaty kielich i chwilę popatrzył na zawartość. Wzniósł niemy toast za szybkie zakończenie bezsensu, który spowił świat dwa lata temu i wypił zawartość do ostatniej kropli. Demon Mroku, który majestatycznie dotarł do celu swojej podróży zawył żałośnie, gdyż ścigany człowiek po raz drugi wymknął mu się ze szponów. Tej nocy, w ataku ślepego szału, rozszarpał wielu śpiących żołnierzy po obu stronach frontu. 21 lutego 1916 roku rozpoczęła się bezsensowna jatka, w której poległo ponad pół miliona walczących ze sobą żołnierzy.
* * * * *
- Twoja matka haruje jak wół, a ty się za pannami uganiasz? – chudzielec nie przestawał ryczeć na młodego chłopaka. – Nie wstyd ci?! - Przestań już! – zaprotestował czarownik obszernej postury. – Chłopak ma już dość. Później sobie po nim pojeździsz Adept w końcu się zamknął. - Dzięki Grubciu. – mruknął speszony obiekt ope-eru. Tłuścioch przysiadł na krawędzi łóżka. Po chwili wyciągnął spod haftowanej poduszki różowe figi. - Wysłać je do Palestyny? Hi, hi, hi! – dodał powiewając nimi jak chorągiewką. - Chodź no tu do mnie! – chudzielec rzucił się na grubasa. – naciągnę ci je na łeb! Po chwili delikatne majteczki zrobiły głębokie w brzmieniu „trrrach!”, zupełnie na miarę pantalonów na stukilową babę. Obaj adepci siedzieli na łóżku dzierżąc strzępy różowej bielizny. - Dobra, dość wygłupów. – rzucił wyraźnie spokojniejszy chuderlak. – Przymykam na to oczy, młokosie, znaj moją wielkoduszność! - …a gdybyś znał jego wyczyny, gdy był w twoim wieku? Ho, ho, ho! – dodał Grubcio i po chwili pożałował, bo różowa szmata pacnęła go w czoło. – Dziękuję, o niczym innym nie marzyłem tego dnia! - Czuję, że jest w tym jakiś kruczek! – wymamrotał ciągle speszony Pierwiosnek. - Patrz, szybko się dzieciak uczy! – mruknął mag. – Zabieraj to swoje trofeum z mojej czupryny! Po chwili obie różowe połówki wylądowały w koszu na śmieci. Chudzielec ciągnął wątek. - Chcesz wersję skróconą? - Poproszę. - Oto zdjęcie zielonego pierścienia z pewnej uroczej gabloty na naszej uczelni. Chciałbym go dostać, gablota jest strzeżona silnymi czarami, a każdy, kto się do niej zbliży, może mieć kłopoty. Możesz zabrać kumpli, płacę pięć krugerandów. Czy coś pominąłem? - Dwadzieścia. – przerwał młodzieniec. - Dziesięć. - Dobra. – adept zgodził się niechętnie. – Tylko bez wsypy, bo ja nie lubię się nikomu tłumaczyć, a twojej matce szczególnie! - Spokojna głowa! – zapewnił Pierwiosnek. – Masz ładny gadżet, mogę skorzystać? - A potrafisz? - To proste zaklęcie, dziecko nawet je zapamięta! - Ja nie pamiętam… - jęknął cichutki głosik z łóżka. - Grubciu! – wyrwało się jednocześnie chłopakowi i jego wujowi. Młodzieniec pewnie pochwycił aparat, popatrzył z zadowoleniem na nowiuteńki multi-komunikator i otworzył wieczko. Wymamrotał coś po starosumeryjsku, obraz zmętniał, by po chwili ukazać pryszczatego młodziana o mysiej twarzy. - Joł! – wypaliła Szczurza Twarz. - Cześć. – mruknął Pierwiosnek. – Siedzisz nad rzeką? - Joł! – potwierdził myszowaty gostek. - Biorą? - Joł! - A chcesz iść na lepsze rybki? - Joł? - Dwa krugerandy. - Trzy! - Joł! Tfu, co ja plotę! – Pierwiosnek machnął ręką. – Zgoda. Trenuj zarzutkę, potem pogadamy. - Joł, nara! – obraz zniknął. - To był Lukas. – wyjaśnił Pierwiosnek. – Ubzdurał sobie, że jest władcą szczurów… - Chyba wodnych. – dorzucił Grubcio zafascynowany oglądanym przed chwilą indywiduum. Chłopak powtórzył czar nad komunikatorem. W mętniejącym zwierciadle zmaterializowała się postać dziwnego młodzieńca z zabójczym lokiem. - Gram. – warknął na powitanie ubrany na czarno młodzian. - Domyśliłem się. Chcesz zagrać na forsę? - A o co biega? - Jedno trafne uderzenie za dwa krugerandy. – rzucił Pierwiosnek. - Trzy i gramy. – przebił czarny loczek. - Gramy. Szczegóły wieczorem. Cześć. Klapka z komunikatora trzasnęła o swoją drugą połówkę. Chłopak niechętnie oddał wujowi najnowszą zdobycz techniki czaromultimedialnej. - A ten to był kto? – zapytał chudzielec chowając jednocześnie swoje nowe cacuszko do kieszeni spodni. – Perkusista? - Zapalony golfista. Kumpel ze szkoły. - Taaaaa… - ciężka łapa Grubcia wylądowała na szczupłym ramieniu. – Wiemy już coś o tym, taki kumpel to skarb! Nic, tylko zakopać! Chudzielec wstał i wyszedł z pokoju. - Dobra, mały. – rzucił na pożegnanie. – Jak coś wymyślisz, dycha twoja. Jak coś schrzanisz, niechybnie oberwiesz. Żarcie w lodówce, tylko odgrzej. My wracamy się skoszarować, takie przepisy dla adeptów ostatniego roku. Grubciu, dość byczenia. Idziemy. - Dobra. No to cześć wam. Drzwi zamknęły się z głośnym skrzypieniem zawiasów. Pierwiosnek pomyślał, że to będą najłatwiej zarobione pieniądze w ciągu ostatniego roku.
Nazajutrz chłopak zjawił się w akademiku i po krótkim i zdawkowym „cześć” dobrał się do holowizora. Z torby wyciągnął malutką kamerę holowizyjną, usadził zdziwionego Grubcia na krześle i wręczył obu adeptom małe porcje popcornu z akademickiego bufetu. Po chwili podłączona kamera zgłosiła się radosnym komunikatem „READY”. Pierwiosnek wyciągnął z torby ułamaną teleskopową antenę z antycznego radioodbiornika i stanął z boku urządzenia, tak, aby nie zatraciła się głębia obrazu. Po chwili było jasne, że rozciągnięta antena miała zastąpić wskaźnik. - Witam
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil nyhariel
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…