Ucieczka
zainspirowane pewnym filmem, aczkolwiek tylko w niewielkim stopniu, przecież to nie jest znowu takie długie, te cyferki tylko tak straszą ;) przeczytajcie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Padało od czterech dni. Suchy przez większą część roku obszar jałowej ziemi, porośniętej wysokimi kępami spłowiałej trawy. Stał się teraz ciągnącym się po horyzont pasmem pełnym płytkich, wypełniających każde zagłębienie mulistych kałuż i wolno sączących się strumieni. Pozbawiona zwykle wilgoci, skąpa roślinność, w ciągu zaledwie doby zamieniła się w zielony kobierzec poprzetykany milionami drobnych, różnobarwnych kwiatków. Nieustanne kapanie deszczu, mlaskanie błota przyklejającego się do przemoczonych butów i chlupot towarzyszący każdemu stąpnięciu w kałużę, która okazała się głębsza od innych, stawały się nie do zniesienia. Brak ubrań na zmianę, niemożność znalezienia kawałka suchej ziemi, oraz zimne jedzenie potęgowało uczucie przygnębienia i zmęczenie wędrówką. Beznadziejny nastrój i paskudna pogoda towarzyszyły uciekinierom odkąd opuścili góry, których sylwetki malały z każdym dniem za ich plecami. Jedyną pociechą było to, że dni i noce na tej rozmokłej równinie były o wiele cieplejsze niż pośród górskich turni. Wędrowcy stanowili dziwnie dobraną parę. Pierwszy podążał niewysoki szczupły mężczyzna ubrany jedynie w przemokniętą bluzę bez rękawów i ubłocone spodnie w maskującym kolorze. Do dźwiganego plecaka miał przytroczony ciężki snajperski karabin. Widoczne na odsłoniętych ramionach tatuaże, wplecione w warkocz kościane koraliki oraz zawieszony na szyi naszyjnik z przypominających sztylety kłów nie pozostawiał wątpliwości. Był to myśliwy, zabójca smoków. Van Zan w rzeczywistości nie skończył nawet dwudziestego piątego roku życia. Jednak ostatnie sześć lat spędzone na polowaniu na te podstępne bestie sprawiło, że trzeba by przemnożyć ten wiek, co najmniej razy dwa, aby wytłumaczyć przedwcześnie posiwiałe kosmyki w czarnej czuprynie. W pewnej odległości za nim wpatrując się jaskrawo zielonymi oczyma w błotnistą maź pod stopami, szła otulona w ciemnoszary, za duży na nią płaszcz drobna kobieta. Spod obszernego kaptura wyglądała piegowata zmęczona buzia okolona gąszczem ognisto rudych loków. Błyszczące oczy odrywała od stóp tylko po to, aby co jakiś czas posłać pełne gniewu spojrzenie na plecy swojego przewodnika. Dziewczyna miała na imię Diarii i była niewiele młodsza od swego towarzysza. W głębi serca wiedziała, że tylko dzięki niemu udało jej się uciec przed pościgiem. Mimo to nie potrafiła pogodzić się z myślą, że musiała opuścić swoją rodzinną osadę zostawiając za sobą wszystko, co kochała. By uciec przed polującą na czarownice bandą. Strach, tęsknota i niepewność obracały się w niej w bezsilny gniew, który z braku jakiegokolwiek innego ujścia wyładowywała na swoim opiekunie. Od czasu jak opuścili wioskę minęły już dobre dwa tygodnie a w porównaniu z chwilą obecną wcześniejszą przeprawę przez góry można by nazwać przyjemną wycieczką. Przez ten czas zdążyła już przyzwyczaić się do swego przewodnika i prawie przestała się go obawiać. Jednak misternie budowane zaufanie runęło, gdy natknęli się na zasadzkę. Po przejściu ostatniej przełęczy na skraju bezludnej równiny, zamiast czekających na nich przyjaciół znaleźli wypalony wrak łazika i zmasakrowane ciała. Trupy należały do partyzantów walczących z despotyczną władzą Nowej Religii. Zbici przybyli na to odludzie, aby pomóc im przedostać się przez pustkowia na tereny, do których nie sięga władza kościoła. Niestety zostali zaskoczeni przez ścigających czarownicę fanatyków, ci z kolei po łatwym zwycięstwie postanowili zaczekać i schwytać uciekinierów. Tym razem nie poszło im już tak dobrze, zanim przerażona dziewczyna zdążyła się zorientować, co się właściwie dzieje, było po walce. Van Zan bez pośpiechu podniósł karabin, spokojnie wycelował i posłał dwunastomilimetrową kulę prosto w plecy ostatniego z napastników, który zdążył zorientować się w sytuacji na tyle szybko by próbować uciec. Trzej jego towarzysze leżeli już wtedy martwi. Szok przeżyty na widok, krwi i trupów obudził w czarownicy na nowo lęk przed Van Zanem. Dziewczyna na własne oczy zobaczyła, że opowieści o zabójcach smoków nie są tylko legendom, zrozumiała nabożny niemal lęk, z jakim mówią o nich wieśniacy i dotarło do niej, co miał na myśli jej ojciec mówiąc, że Van Zan jest najprawdopodobniej najniebezpieczniejszym człowiekiem, jakiego przyjdzie jej w życiu spotkać. Rozum podpowiadał jej, że zaufanie, jakim jej ojciec obdarzał młodego myśliwego, było oparte na bardzo silnych argumentach. Tyle, że nie mogła tak po prostu przejść do porządku dziennego nad tym, że straciła możliwości decydowania o własnym losie. Chciała czy nie, była teraz zdana na jego dobrą wolę, nie mogła po prostu odwrócić się i odejść, wrócić do wioski. Musiała nadal uciekać, jeśli chciał żyć. Poczucie beznadziei i niemocy wywoływało w Diarii furie, która przewyższała nawet strach i zmęczenie. Wyczerpana wielogodzinnym marszem, rozdrażniona deszczem, klejącymi się do ciała ubraniami na równi jak i swoją bezsilnością. Obdarzyła Van Zana setnym już dzisiaj lodowatym spojrzeniem. Miała już serdecznie dość wilgoci, pustynia, na której największym problemem miało być zdobywanie wody okazała się koszmarnym mokradłem. Pustynia !! Zaraz się tu potopimy - powiedziała do siebie - jak długo to już trwa. Dziewczyna spojrzała w niebo jednak ciężkie chmury nie pozwoliły zorientować się jak wysoko jest słońce i ile czasu minęło odkąd rano wyruszyli. Niech już przestanie, niech skończy się ta ulewa - słowa, choć wykrzyczane, znikały we wszechobecnym bębnieniu kropel. Przystanęła na chwilę by poprawić klejące się do ciała ubranie, strzepała nagromadzoną w fałdach kaptura wodę, która znowu zaczęła kapać jej na twarz i z wysiłkiem postawiła następny krok, potem kolejny i następny, następny. Na nogach trzymała się już tylko dzięki sile woli. Nie myślała gdzie idzie po prostu szła. W pewnym momencie jej but zaplątał się w wiecheć twardej trawy. Była tak zmęczona, że nie zdążyła złapać równowagi czy choćby podeprzeć się rękoma i upadła na rozmiękłą glebę. Van Zan odwrócił się, zrzucił bagaż i podbiegł do dziewczyny. Kiedy pomagał jej wstać ta ze złością odepchnęła go od siebie jednak nogi ugięły się pod nią i usiadła na błotnistej ziemi. Spojrzała na swoje odbicie w kałuży potem na pochylonego nad nią zmartwionego mężczyznę i znowu na odbicie swej ubłoconej twarzy, po czym wybuchła histerycznym śmiechem. Van Zan przykucnął przy niej i bez słowa zaczął wycierać jej twarz. Szaleńczy chichot powoli przeszedł w cichy szloch. Kaptur opadł na ramiona, strumyczki deszczu, mieszając się z łzami powoli zmywały resztki błota. - przepraszam - wyjąkała dziewczyna ledwo słyszalnym łamiącym się głosem - przepraszam, ale nie mogę, nie chciałam… Opuściła spojrzenie i z oczu na nowo zaczęły płynąć łzy. Myśliwy delikatnie uniósł jej głowę tak, aby mógł patrzeć jej w oczy, ponownie otarł jej twarz tym razem z łez, odsunął niesforne kosmyki klejące się do twarzy - nie płacz… proszę - zwrócił się do dziewczyny, nic mniej banalnego nie przychodziło mu do głowy. Van Zan w ogóle mało się odzywał. Przywykły do wielomiesięcznych samotnych łowów nie często miał okazję, aby porozmawiać, na dodatek ludzie z obawy unikali jego towarzystwa a rozmowy z tymi, których mógłby nazwać swoimi przyjaciółmi ograniczały się, za wyjątkiem pijackich zabaw z okazji przeżycia kolejnego polowania, do wymiany konkretnych informacji. Rzadko polował z kimś innym. A nawet wtedy okoliczności wymagały porozumiewania się bez słów a zasady były jasne każdy martwi się o siebie. Tak, więc sytuacja, w jakiej się obecnie znalazł była dla niego równie dziwna, co kłopotliwa. Nigdy wcześniej nie musiał się nikim opiekować a z pewnością nie uciekał nigdy przed ludźmi. Gdyby to zależało od niego zaczaiłby się na ścigających i po prostu pozabijał jednego po drugim. Lub ewentualnie sam zginął, gdyby miał pecha. W każdym dniu, odkąd zajął się swoją profesją, liczył się z taką możliwością. Ryzyko, jakie podejmował było tak nie odłączną częścią jego życia, że strach przed śmiercią był pojęciem, które powoli przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Van Zan ryzykował, bo taka była jego natura. Robił to, co robił, ponieważ to mu odpowiadało. Polowanie, walka, pojedynek z bestią o wiele potężniejszą od człowieka a przy tym o inteligencji rozwiniętej na zaskakująco wysokim poziomie. To stanowiło sens jego egzystencji. Nie wyobrażał sobie, że mógłby żyć inaczej. Być rolnikiem, budowniczym, mechanikiem, czy nawet żołnierzem, nie sądził żeby to mu kiedyś odpowiadało. Dodatkową niechęć do zerwania z obecnym zajęciem i osiedlenia się na stałe powodowało to, iż choć dzięki takim jak on zwykli ludzie mogli czuć się w miarę bezpiecznie w swoich osadach i wioskach. To jednak zabójcy smoków nie zawsze byli tam mile widziani, zwłaszcza, jeżeli ludność miała się dobrze i stanu tego nie zakłócał żaden potwór. Wdzięczność za pomoc niegdyś udzieloną jakiejś społeczności była czymś, na co tacy jak on raczej nie mogli liczyć. Pamięć ludzka była w takich przypadkach dziwnie ulotna. Minęło już wiele czasu od Kataklizmu, który spowodowała zagładę cywilizacji opartej na wysoko rozwiniętej technice, wraz z nią upadły wielkie miasta a populacja ludzi nękana nieustannymi katastrofami, konfliktami zmniejszyła się drastycznie. Mało, kto z żyjących obecnie wiedział coś więcej na temat przeszłości niż tylko to, że jakaś globalna katastrofa miała miejsce i że właśnie w jakiś czas po niej na ziemi pojawiły się bestie, nazwane przez pamiętających stare baśnie i legendy smokami. Tak naprawdę przeszłość nikogo nie interesowała. Ludzie żyli dniem codziennym. Kiedy liczebność smoków, czy to wskutek działań zabójców, czy jakiejkolwiek innej nieznanej przyczyny, spadłą na tyle że zagrożenie z ich strony przestało być zmora dnia codziennego. Znaleźli się tacy, którym nie spodobał się sposób, w jaki ludność ułożyła sobie życie. Postanowili nauczać innych, co jest najważniejsze, w co powinni wierzyć i komu oddawać hołdy a przede wszystkim, komu oddawać zarobione pieniądze i wszystko, co można odzyskać z ruin. W ten sposób powstała Nowa Religia, przedsięwzięcie kierowane przez mistrzów manipulacji, którzy przekonani byli o swojej wyższości nad innymi i przeznaczeniu do władzy. Początkowo ruch ten oparty na zlepku dawnych wierzeń, obleczony w nowo powstałe, często spreparowane zgodnie z potrzebami ich twórców legendy czerpiące swe źródło w wielkim kataklizmie, nie miał większego wpływu na mieszkańców osad niż inni wędrowni prorocy głoszący karę za grzechy i ostateczną zagładę świata. Jednak zamysły jego twórców wytrwale realizowano korzystając z nieszczęść spadających na wioski oraz niewiedzy ludu. Teraz stanowił już niezaprzeczalnie prężną organizację, posiadającą tysiące ślepo oddanych wyznawców. Sięgającą swymi pazurami wszędzie tam gdzie było coś wartościowego. Dobrze zorganizowane, ale nieliczne i rozproszone grupy opierające się terrorowi wprowadzanemu przez kapłanów Nowej Religii nie miały wielkich szans na skuteczne zatrzymanie ekspansji fanatyków, pozostała im jedynie obrona swoich osad przed zakusami inkwizycji. - wstań Diarii, nie siedź w tej wodzie - dodał widząc, że dziewczyna powoli się uspokaja - pomógł jej się podnieść. Tym razem nie odtrąciła jego ramienia. - jeszcze tylko troszeczkę - powiedział cicho, patrząc na zmęczoną dziewczynę. Nie miał najmniejszej ochoty by zmuszać ją do dalszego marszu. Im dłużej przebywał z Diarii tym bardziej nie mógł pojąć, dlaczego nazwano ją czarownicą i rzucono te wściekłe psy nazywające siebie inkwizytorami, aby ją dopadły. Dla niego była tak delikatną osobą, że czasem bał się jej dotknąć, aby nie zrobić jej krzywdy, podziwiał ją za to, że zdołała dotrzeć tak daleko i jeszcze miała energię by się złościć. Swoją drogą nie wiedział jak reagować na jej nastroje. Jego doświadczenie w tym względzie ograniczało się do przelotnych romansów z kobietami, które miały taką a nie inną pracę. Diarii była całkiem nowym zjawiskiem życiu Van Zana. Czarownica? Akurat - pomyślał, kiedy pomagał jej wstać - o Ifni spraw żeby ich wszystkich zeżarł smok. - już niedługo - powtórzył - zatrzymamy się dzisiaj prędzej, będziesz mogła odpocząć. Tylko musimy znaleźć jakieś osłonięte miejsce. Co w tym monotonnym krajobrazie graniczyło z niemożliwością, jak okiem sięgnąć nie można było dostrzec jakiegokolwiek ukrycia. - nie, nie trzeba mogę iść - odpowiedziała już nieco mocniejszym głosem Diarii - mogę iść, naprawdę. Dziewczyna otarła resztki łez i nałożyła na powrót kaptur. Padający wciąż deszcz zelżał zmieniając się w drobniutką mżawkę. Diarii puściła wspierające ją ramię i wpatrując się już tylko w ziemię powolnym krokiem ruszyła przed siebie. W momencie, gdy oddaliła się zaledwie na parę kroków do uszu wędrowców dotarło przeciągłe warczenie. Van Zan natychmiast sięgną za plecy. Jednak nie znalazł tam tego, czego szukał. Karabin podobnie jak reszta ekwipunku leżał wraz z plecakiem w odległości jakiś czterdziestu metrów od nich. Ich prześladowcy znajdowali się znacznie bliżej. Dwa ogromne rosomaki szablozębe, przemierzające tą opustoszałą równinę w poszukiwaniu mięsa, powoli zbliżały się do uciekinierów nie starając się nawet ukryć swojej obecności. Zabójca sądził, że musiały natknąć się na nich przypadkowo. Gdyby byli śledzeni z pewnością dostrzegłby to wcześniej. Brak broni bynajmniej nie zmartwił go zbytnio. Ocena dystansu dzielącego ich od zdjętych bagaży z jednej strony a wygłodniałych zwierząt z drugiej nie pozostawiała wątpliwości. Nie zdąży dobiec, złapać karabinu i wystrzelić zanim drapieżniki rzucą się na dziewczynę. Atakując jedno ze zwierząt nie miał najmniejszej gwarancji, że drugi rosomak nie rzuci się na czarownicę. Myśliwy postanowił stanąć pomiędzy nimi a dziewczyną i czekać. Spostrzegłszy zagrożenie Diarii zastygła w bezruchu. Potrafiła obronić się przed dzikimi zwierzętami szwędającymi się w pobliżu wiosek. Te jednak były o wiele większe, silniejsze i najwyraźniej nie miało dla nich znaczenia czy pożywią się istotą dwunożną czy chodzącą na czterech łapach. - z lewej strony jest jeszcze jeden - szepnął myśliwy - skrada się w naszą stronę, pewnie zaatakuje jako pierwszy. Tamte mają odwrócić naszą uwagę. Nie ruszaj się i udawaj, że nadal go nie widzisz. Kiedy skoczy w naszą stronę po prostu schowaj się za mnie. Dziewczyna niepewnie przytaknęła. Nie musiała udawać, nie dostrzegła przyczajonego zwierzęcia nawet, kiedy dowiedziała się, z której jest strony. Odległość pomiędzy drapieżcami a ludźmi ciągle malała. Myśliwy jednak poruszał się w taki sposób by znaleźć się w zasięgu skoku ukrywającego się zwierzęcia o wiele wcześniej niż dwa pozostałe będą mogły ich dopaść. Wyglądało to tak jakby nieświadomie wchodzili w potrzask zastawiony przez dzikie bestie. Myśliwy przypuszczał, że najpierw będą chciały dorwać słabszego z nich, z pewnością miały okazję przyjrzeć im się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Herezjusz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…