Uczeń Mistrza
kryminał inaczej
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pamiętam dzień, w którym poznałem Drugiego. Był późny listopad. Mistrz siedział w obracanym fotelu i przyglądał się swemu lekko zaczerwienionemu (na stole stała whisky z lodem) odbiciu w szybie. Płatki pierwszego tej zimy śniegu padały na nią, rozpuszczały się i spływały w dół parapetu, by zakończyć swą podróż na ziemi, która jeszcze we wrześniu była ogródkiem. Dzień był szary, charakterystycznie pochmurny dla tej pory roku. W zestawieniu z tą szarością gabinet i sam Mistrz wydawali się weselsi niż byli w rzeczywistości. Pomieszczenie rozświetlała jedynie mała lampka na biurku. Gdy wszedłem spostrzegłem jakąś osobę siedzącą na jednym z dwóch krzeseł przed biurkiem. Mistrz machnął ręką bym usiadł, po czym obrócił się na swym krześle. Minę miał bardzo ponurą. W oczach, pod jego krzaczastymi brwiami, nigdy wcześniej nie było tyle smutku.
- Witaj. – zabrzmiało to oschle - To jest Drugi. – wskazał na tajemniczą postać, która podniosła się z krzesła. Podaliśmy sobie ręce. – Dam wam kilka dni abyście się lepiej poznali, a gdy to nastąpi czeka was zadanie, niezwykle ważne. Słowa Mistrza rozpaliły tylko moją ciekawość. Po miesiącach szkoleń, ćwiczeń i przepisywania manuskryptów wreszcie prawdziwe zadanie. - Jakie to zadanie Mistrzu? – spytałem, być może zbyt nachalnie, ale nie mogłem się powstrzymać. - Dowiecie się w swoim czasie. – zamknął oczy na kilka sekund, wziął głęboki oddech, po czym kontynuował – A niech tam. Usiądźcie. Usiedliśmy z oczami wklejonymi w twarz Mistrza. Ten wyjął fajkę z kieszeni swojego szczęśliwego swetra, który zakładał zawsze, gdy musiał zebrać myśli. - Pamiętasz Zdeprawowane buty Doktora? – zwrócił się do mnie. - Oczywiście Mistrzu. – przytaknąłem. - Otóż zaginęły. – oznajmił. Odebrało mi mowę, to był jego największy skarb, który dostał od swojego mentora; Doktora Toma Myśliwego. Podobno najwybitniejszego mędrca na świecie, który zginął w tajemniczych okolicznościach, podczas kaskaderskiego wypasu owiec na zboczach Giewontu. Zdawałem sobie sprawę z powagi sytuacji. - Jak to się mogło stać? – nie wiedziałem co powiedzieć w takiej sytuacji. Zasępił się potwornie. - Nie mam pojęcia – nie było widać po nim żadnego wrażenia. – Ale muszą się znaleźć! Kompletnie przybici wyszliśmy z Drugim z gabinetu. Czekały nas tygodniowe przygotowania do misji.
Przez ten czas zdążyliśmy się troszkę poznać. Drugi nigdy dotąd nie wyjeżdżał poza dom rodzinny. W pierwszych tygodniach pobytu był nadzwyczaj nierozsądny. Śniadanie jadał wieczorem, gdyż z rana nie miał czasu. Kolację spożywał w porze obiadu a obiady jadał rzadko. Chudy był jak szkapa. Miał dwa rzędy mocno niedomytych zębów, dwie czerwone wargi, błyszczące oczy, parę odstających uszu (zwykle lekko zaczerwienionych), włosy - obcięte krótko - i mnóstwo innych pospolitych cech, które w jego przypadku czyniły go wyjątkowym. Mogło to być powodem, dla którego Mistrz wybrał właśnie jego. Choć nigdy nie wyjawił swych powodów Wszyscy z niego drwili, z początku nawet ja. Jednak z czasem przekonał mnie do siebie. Człek to był prosty, lecz rozsądny. Pewnego wieczoru, w porze herbaty, przysiadł się do mnie, gdy czytałem Bartha. Spojrzał zdumiony i kazał wyrzucić książkę. W normalnych okolicznościach jego słowa interesowałyby mnie nie bardziej niż bożonarodzeniowe przemówienie prezesa spółdzielni. Lecz było coś w jego oczach i nieludzkich gestach jakie wykonywał, co zwróciło moją uwagę. Po tym spotkaniu chciałem wyrzucić jeszcze Calvino, Dehnela i Staffa. Niestety brakło mi odwagi i mądrości. Doprawdy ludzie prości rozumieją wiele rzeczy, których nie pojmują inteligenci, pisarze i poeci. Zapewne, w głębi duszy, pogardzał mną w sposób w jaki ja pogardzałem kolekcjonerami kapsli. Z jego punktu widzenia nie do pomyślenia było siedzieć cały dzień nad kartką papieru nie obdarowując jej choćby jednym słowem.
Po tygodniu zapoznawczym Mistrz puścił nas w teren. Na pierwszy ogień dochodzenia poszła knajpka Mistrza Fun Shui w chińskiej dzielnicy. Fun Shui był mistrzem najwyższego stopniu (tak jak nasz), ale już w czasach młodości przeszedł na niejasną stronę Prawdy. Zajmował się nielegalnym handlem witaminą C, przemytem (na wielką skalę) chińskich zup w proszku, piractwem beletrystycznym oraz wieloma innymi podejrzanymi sprawami. Legenda głosiła, że to on znalazł rękopis w Saragossie i przemycił go do Levante, czym o mało nie doprowadził do rozpadu Rady Mędrców. Jednak były to dawne czasy, które nawet Mistrz pamiętał jakby przez mgłę dymu z opium. Wraz z Drugim musieliśmy się skupić na sprawach bieżących. Z niekłamaną elegancją zapukaliśmy do domu Funa. Ten, jak gdyby doszedł do nich bezszelestnie, otworzył od razu. - W czym mogę pomóc? – spytał. - Dobry wieczór Mistrzu Fun – odezwał się Drugi – przybywamy od naszego Mistrza w bardzo ważnej sprawie. - I tylko z tego powodu przerywacie mi lewitację?! – nie był w najlepszym humorze – Czy wiecie jak rzadko zdarza się noc tak jak dziś słowami słona?! - Przepraszamy... - chciałem załagodzić sytuację. - Powiem wam, że zdarza się bardzo rzadko! – przeszył nas wzrokiem – Skoro już mi przerwaliście to wejdźcie. Cóż się takiego stało? Tu znów wtrącił się Drugi. - Sprawa jest niezwykłej wagi. – nabrał powietrza w płuca – otóż chodzi o Zdeprawowane buty Doktora. Postać Funa rozbłysła tysiącem jarzeniówek. Nie było tajemnicą, iż on także miał chrapkę na buty Doktora. Dlatego też był pierwszy na naszej liście podejrzanych. - Faktycznie – stwierdził retorycznie – to nie przelewki. Proszę. – zaprosił nas do środka. Wnętrze było smutne. Wypełnione światłem świecy, która dożywała kresu swych dni, oraz trzepotem skrzydeł ćmy zdawało się niezwykle małe a jednocześnie nieskończenie wielkie jak egipskie grobowce. Fun miał gabinet łudząco podobny do gabinetu Mistrza z tą jednak różnicą, że jego przypominał bardziej pracownię Dr. Jekylla niż zwykły gabinet mędrca. Ściany zdobiły trofea egzotycznych zwierząt: przybitej gwoździem błękitnej, norweskiej papugi oraz pawia z ogonem w kształcie parasola. Jednak na honorowym miejscu spoczywała słynna kolumbijska lama, którą Fun upolował w odległej środkowo-zwrotnikowej dżungli. Historia ta obrosła grubym mchem legendy. Z tego co słyszałem było tak; Mistrz Fun na całe tygodnie zaszył się w zaroślach, po czym raptownie wyskoczył na lamę, gdy ta akurat przejeżdżała obok na
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ewan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…