Wróć do katalogu

ULTIMATUM DLA DUCHA

Pierwsza część powieści political fiction. Jak się spodoba będzie druga i ostatnia. Przepraszam za błędy edytorskie, ale próby poprawiania tekstu kończyły się tym, że mijał czas sesji i tekst był niezapisany. Może coś knocę, ale nie wiem co. BĘDĘ

pankratek1, opublikowano , 2 godz. 5 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

CZĘŚĆ PIERWSZA SIĘGNĄĆ DNA

1.

Czarny kot przebiegł przez ulicę. - Za późno kocie, za późno – uśmiechnął się Piotr Duch, jeden z najszczęśliwszych tego dnia ludzi w mieście. Odebrał właśnie najwyższe w życiu honorarium za pomoc w zakończonych pomyślnie negocjacjach w sprawie zakupu polskich hut stali. Jego klient, do sumy zapisanej w kontrakcie, dołożył jeszcze coś od siebie. Piotr zdziwił się, bo nie było to w zwyczaju, ale nie protestował. Z dwóch powodów: bonus był solidny, a poza tym nie chciał urazić klienta, Hindusa, dla którego tego typu napiwek był zapewne normalną formą podziękowania. Tym bardziej, że było za co. Wykoszenie faworytów, Ukraińców, było majstersztykiem. Choć udało się to w sumie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, a nie w wyniku żmudnej, merytorycznej pracy tabunu specjalistów. Nie chciało mu się robić śniadania, więc zjadł je w Forum, bo to najbliżej. Jeszcze tylko musiał się spakować i w drogę na zasłużony odpoczynek. Trzy dni. No, prawie trzy dni, w absolutnej ciszy. Tylko szum lasu, plusk wiosła, gdy starą łodzią leniwie przecina się zieloną rzęsę leśnego, na wpół zarośniętego jeziorka, trzask ognia wieczorem i ani żywego ducha, prócz niego oczywiście i komarów. Dwa lata temu wypatrzył opuszczoną gajówkę, kupił za bezcen, wyremontował i przyjeżdżał do niej, kiedy tylko mógł. Zawsze sam. Nazwał ją Duchówka i nazwę tę wyrył na belce nad gankiem. Niewiele miał tam rzeczy, a mimo to, os-tatniej zimy, ktoś próbował się włamać. Pewnie nie fachowiec, bo solidne zamki i żaluzje szybko go zniechęciły. Na wszelki wypadek dobrze byłoby założyć jakiś alarm – myślał. - Tylko co on da w takiej głuszy? Chyba, że zamiast syreny rozlegną się strzały z kałacha, lub gromki głos zawoła „Spieprzaj dziadu!!!”. A może po prostu umieścić ostrzeżenie: „UWAGA!!! STRASZĘ!!! DUCH”. - Tak sobie pokpiwał w myślach wchodząc do biura. - Gleba! - usłyszał i poczuł jednocześnie na plecach dotyk czegoś, co mogło być równie dobrze grubym mazakiem jak i lufą pistoletu. Przyjął, że to jednak pistolet i bez zbędnego oporu położył się na po-dłodze własnego gabinetu, twarzą do ziemi, z rękoma i nogami sze-roko rozłożonymi, jak nakazuje obyczaj w takich sytuacjach. Sposób, w jaki błyskawicznie został skuty kajdankami, świadczył, że ma do czynienia z profesjonalistą. Pocieszające. Skoro nie został zlikwidowany od razu, to znaczy, że facet ma wobec niego bardziej dale-kosiężne plany. Siadaj! - padło kolejne polecenie. Zanim się pozbierał, jego miejsce za biurkiem zajął już intruz. Pozostał mu do wyboru jeden z foteli przy okolicznościowym stoliku, lub krzesło. Problem w tym, że dość trudno siedzieć z rękoma skrępowanymi z tyłu. Postoję, jeśli nie zrobi to panu różnicy - zaproponował grzecznie, dając jednocześnie do zrozumienia gościowi, że nie widzi powodu do długiej wizyty i poufałego przechodzenia na ty. Nie zrobi - facet rozsiadł się za biurkiem, jak za swoim. Gdyby nie kominiarka na głowie, można by powiedzieć, że wyglądał jak definicja przeciętności: średnio wysoki, średnio zbudowany, w średnim wieku. Biały T-shirt, dżinsy, koszula w granatowo-białą kratę i średnio znoszone adidasy. Głos? Właśnie, jakby skądś Piotrowi znany, choć zupełnie niecharakterystyczny. Właściwie równie przeciętny jak reszta. Niech pan się czuje jak u siebie w domu – zakpił Duch patrząc jak facet mości się w jego fotelu. Dzięki. Proszę wybaczyć, że niczym nie częstuję. Nic nie szkodzi – gość robił wrażenie człowieka, któremu do niczego się nie śpieszy. Miło, że pan to rozumie. Mimo to, czuję się skrępowany. Niech się pan nie krępuje. To pan mnie skrępował. Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Ja też. - Piotr ciągnął ten idiotyczny dialog zastanawiając się, jaki ma w tym interes facet za biurkiem. Bo on sam nie miał żadnego. Od chwili, kiedy przekroczył próg swojego gabinetu, czuł się jak Alicja po drugiej stronie lustra. - Nie jest panu za gorąco w tej cza-peczce? - kontynuował. - W końcu mamy wiosnę. Racja - i nieznajomy zdjął kominiarkę. Wolny!- Piotr, był prawie przekonany, że to musi być sen: spod ko-miniarki wyłoniła się twarz Artura, kumpla z czasów studiów na pra-wie a potem kursu w szkole wywiadu w Kiejkutach. Faceta, z którym wycinali różne zwariowane numery, ale przecież nie takie i nie po latach niewidzenia się. Poza tym wydorośleli, jak by nie było,w mię-dzyczasie. - Czy cię, kurwa, pojebało? Nie. Jesteś tego pewien? Tak, jak tego, że tu jestem. A mnie się wydaje, że mnie tu nie ma. To się mylisz. W takim razie rozkuj mnie natychmiast, bo pomyślę, że ktoś tu zwariował. Nie. O co chodzi? Przyszedłeś mnie aresztować? To pokaż nakaz. Musimy pogadać. Nie będę rozmawiał skuty. I jeśli natychmiast nie zdejmiesz mi tych bransoletek, to popamiętasz mnie stary. Do końca życia się nie wypłacisz. Czyjego życia? Czy ja dobrze usłyszałem? Ty mi grozisz? Nie, tylko pytam. To raczej ty mi grozisz. Tak stary, przesadziłeś. I zapewniam cię, że za ten numer, jeśli nie masz pleców jak stodoła, to już możesz czuć się zwolniony z tego tam, CBA, CBŚ, czy jak to się teraz, kurwa, nazywa... Prywatna Agencja Wywiadu, w skrócie PAW. Rozmawiasz z właścicielem. Odbiorą ci licencję. Nie mam licencji. Nikt nie wydaje licencji na doradztwo, jak udzielać wywiadów mediom. Popatrz ile nadal nas łączy. Niedoszli Bondowie zajmują się doradztwem. To doradzam ci, żebyś skończył tę zabawę. Mnie już znudziła. A mnie się wydawało, że nadmiernie cię rozemocjonowała. Zdejmij mi kajdanki i spieprzaj, nie mam ochoty z tobą rozmawiać. No widzisz. I w ten sposób doszliśmy do sedna. Jakiego znowu sedna? Czyli kajdanek. Skułem cię, żebyś mnie nie wyrzucił, zanim nie pogadamy. A co masz takiego do powiedzenia, że nie chciałbym cię słuchać bez przymusu? Mam propozycję. Raczej miałeś. Chyba nie liczysz, że po tym wszystkim... Wysłuchasz, zastanowisz się i zdecydujesz. OK. Masz 15 minut, mów, ale najpierw mnie rozkuj. Nie. A to dlaczego? Bo jak nie przyjmiesz propozycji, to dostaniesz czas do namysłu, du-żo czasu. Nie chcemy krępować cię terminami, ale sądzimy, że skrępowane ręce mogą pomóc ci szybciej uporać się z problemem. My? Kto to my? Ja i mój zleceniodawca. Ja jestem tylko headhunterem. Raczej kidnaperem? Stosuję, jak widzisz, headhunting i kidnaping łącznie, licząc na efekt synergii. Headhunter! Synergia! Ty chyba, kurwa, czytasz słownik wyrazów obcych do poduszki. - Piotr miotał się w bezsilnej złości. - I skąd wiesz, że się zgodzę, a potem nie wycofam? Bo wiem, że umiesz liczyć zyski i straty, nie tylko finansowe. Ok. Odwróć mi krzesło oparciem do przodu, żebym mógł siedzieć i leć z tym koksem. Nie mam czasu. Piętnaście minut starczyło Wolnemu nie tylko na złożenie propozycji. Rozcierając dopiero co rozkute nadgarstki, Piotr patrzył na Artura z mieszaniną nienawiści i podziwu dla jego profesjonalizmu. Numer z laptopem był genialnie prosty. Hasło dostępu podał, bo inaczej musiałby czekać skuty aż rozszyfruje je jakiś młody zdolny haker. Ot, najwyżej jakieś parę godzin roboty. Ściągnięcie pedofilskich materiałów - chwila, wgranie paru wyjątkowo drastycznych dyskietek – moment. No i zabranie laptopa do czasu aż wykona zadanie – proste. Jeśli odmówi, lub będzie próbował wykręcić jakiś numer, laptopa znajdą u niego ci, co trzeba. Pedofilia była trendy. Każdy policjant chętnie złapałby sobie jakiegoś pedofila. Najlepiej z górnej półki. A pedofila i sadystę jednocześnie – bingo! Jeśli nawet wszystko pójdzie dobrze, czeka go wymiana dysku, a właściwie wyrzucenie laptopa i kupienie nowego. Nigdy nie wiadomo, co tam jeszcze mogą w międzyczasie wsadzić. Po to były te kajdanki. Wybacz stary, w tym co robię nie ma nic osobistego. Przykro mi nawet, że trafiło na ciebie. Ale sam rozumiesz: nadajesz się do tego najlepiej. Nie dlatego, że to trudne, ale dlatego, że tu konieczna jest najwyższa dyskrecja. Trzymaj się – Artur wyciągnął rękę – Powodzenia. I pamiętaj. Masz szansę przy okazji zrobić dobry uczynek. Wyjdź, bo cię obrzygam.

2.

Piotr nie interesował się specjalnie seks aferą, choć czytał o niej w ga-zetach, widział informacje w telewizji. Trudno było nie zauważyć. W końcu była to afera polityczna nakręcana przez wszystkich. Poza umoczonymi. Wszyscy inni widzieli w tym swój interes: koalicjanci, by osłabić niewygodnego partnera, opozycja, by osłabić koalicję, prasa, żeby to wszystko opisywać dodając jeszcze ckliwy wątek biednych, mo-lestowanych kobitek, co to nie chciały, ale musiały, jak mawiał ten, co tak mawiał. Piotr miał na ten temat swoje zdanie. Dziewczyny nie były głupie. One nie wychowały się na salonach, ale w ponurych blokowiskach lub w zapyziałych mieścinach. Tu, świeżo odpucowany, w eleganckim garnitu-rze, pachnący i przy kasie, w dodatku nie gangster a polityk i absolutnie swój chłop, był alternatywą dla bezrobotnego pijaczka, który jedyne co mógł, to poczęstować je tanim winem i nieudolnie przelecieć robiąc przy okazji, przez nikogo niechcianego, dzieciaka. Nic dziwnego, że chłopcy z tej, jak najbardziej ludowej, partii, czuli się jak, nie przymie-rzając, Rolling Stonesi polskiej prowincji. Oni nie musieli molestować. Same pchały się im do łóżek. Najlepszym dawali pracę, a najlepszym z najlepszych, co to seks, jak koń owies, ułatwiali nawet karierę poli-tyczną. W końcu od czasów konia Kaliguli wiadomo, że, aby zasiadać w parlamencie, wystarczy być dosiadanym przez właściwego jeźdźca. Nic więc dziwnego, że brylowała taka w samorządzie a nawet na sejmowych korytarzach. Do czasu, aż się dupie we łbie nie poprzewracało i nie zaczynała się różnych rzeczy domagać, lub szantażować, nie daj Boże. Wtedy szła w odstawkę. I nie byłoby problemu, gdyby nie jeden pismak i jedna taka, co nie bała się poskarżyć. No i rozpętało się piekło. Z całej tej afery, tak naprawdę, pozostał Piotrowi w pamięci jedynie te-lewizyjny obraz dwóch rozradowanych basiorów, zadowolonych z tego, że badania DNA wykluczyły ich ojcostwo. Pamiętał nawet, że wtedy, wi-dząc absolutne zaskoczenie na twarzy kobiety, która ich oskarżała, pomyślał mimochodem, że ktoś tu wykręca jej numer. Ale w sumie guzik to go obchodziło. Gdyby wtedy ktoś mu powiedział, że znajdzie się w samym środku tego szamba, pomyślałby, że człowiek zwariował.

3.

Agata Graczyk nie była głupią niunią wilgotniejącą w kroku na widok facetów oglądanych dotychczas tylko w telewizyjnych wiadomościach. Życie dało jej w dupę szybko i skutecznie. Facet, który zrobił jej dziecko, kiedy była jeszcze naiwną i zakochaną do szaleństwa nastolatką, okazał się tchórzem i skurwysynem. Poza tym nieudacznikiem, z którego alimentów ściągnąć się nie dało, bo w wieku 32 lat nadal był studentem filozofii na garnuszku mamusi. Sokrates pieprzony. Drugi przygarnął ją, kiedy starzy kazali się jej wynosić z domu. Pobrali się, bo był dobry. Ale firmę, w której pracował, zlikwidowali, a z zasiłku nie dało się żyć. Trze-ba było coś robić. Jadąc na casting do nocnej knajpy, gdzie miała tańczyć na rurze, spotkała Kamila, kolegę z podstawówki. To on załatwił jej pracę w biurze poselskim Ważnego. Było fajnie. Kasa, od czasu do czasu imprezki. Któregoś dnia poszła z Ważnym do łóżka. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że Kamila to dotknęło, bo podkochiwał się w niej nieśmiało. Zbyt nieśmiało. Po okresie biednej stabilizacji i nudnego ciupciania raz w tygodniu, po ciemku, miała ochotę poszaleć. Otrzeźwiała, kiedy, po którymś rannym powro-cie, zobaczyła, że męża nie ma w domu. Nie tylko jego, ale i jego rze-czy też. Pomógł jej Kamil, załatwił jej do dziecka Białorusinkę, którą wciągnął na listę płac biura, jako sprzątaczkę, tak że Agata nic nie musiała jej płacić. Kiedy Ważny zabrał ją do Warszawy, do Sejmu i skończyło się na orgietce u Najważniejszego, poczuła,że los daje jej szansę. Ważny wyraźnie się w niej podkochiwał, a na Najważniejszym też robiła wrażenie. W odróżnieniu od głupich gąsek, których było wiele, i które były jedynie materacami, ona w kontaktach z tymi ogierami potrafiła być wyrafinowana, przebiegła, i równie jak oni cyniczna. Razem z Kamilem została radną. Polubiła go. Pomagał jej, interesował się jej synkiem, kupował mu prezenty, pamiętał o ich urodzinach i imie-ninach. Jej natomiast co raz mniej podobało się partyjne życie towarzyskie. Widziała, jak od czasu do czasu któraś z dziewczyn nagle niknęła i nikt nawet o nią nie pytał. Postanowiła zadbać o siebie. Po ponad ro-ku od pierwszego bzykania z Najważniejszym zakomunikowała Ważnemu, że jest w ciąży i że już za późno na skrobankę. Wściekł się. Gdyby go Kamil nie powstrzymał, pewnie by ją pobił. Szkoda, zrobiłaby obdukcję i miała jeszcze jednego haka. Wkrótce wezwali ją do Warszawy. Albo ty usuniesz ciążę, albo my ciebie. Umrzesz, kurwa, przy poro-dzie! Masz to, jak w banku – wysyczał Najważniejszy, kiedy stwierdziła, że nie jest wykluczone, że to on jest ojcem. Przeraziła się nie na żarty. Razem z Kamilem próbowali nawet spędzić ciążę jakimiś specyfikami, które poradził im znajomy weterynarz. Bez skutku. Masakra. Ważnemu Kamil powiedział, że jak co, to on się przyzna do ojcostwa. Tak? - zdziwił się Ważny – Za co? Za nic. I ty myślisz, że ja w to uwierzę? Dzieciak się urodzi, a wy DNA i będziecie nas razem szantażować? Ładnie to sobie, kurwa, wykombino-waliście. Ale nie ze mną te numery. Niech się ta dziwka pozbędzie dzieciaka, bo będzie źle. Ma tydzień czasu. Spierdalaj! – usłyszał Kamil, kiedy zaproponował jej powtórnie próbę spędzenia płodu. Wkurwił ją maksymalnie tą uległością wobec Ważnego. Wkurwiona była też swoją słabością, kiedy w panice chciała zabić własne dziecko. DNA – sami podpowiedzieli jej obronę. Kiedy pod koniec tygodnia Ważny przyjechał do biura, był zdecydowany na ostateczne załatwienie sprawy Agaty. Postraszy ją. A jeśli to nie poskutkuje, trzeba jej będzie zafundować pobicie z poronieniem. Ściągnie się chłopców z daleka na gościnne występy i tyle. Już miał ją wzywać do siebie, kiedy zobaczył na biurku list. List Agaty do naczelnego lokalnego dodatku Gazety. „Jeśli Pan czyta ten list, to zdarzyło się ze mną coś bardzo złego.” Usiadł z wrażenia. Przeczytał raz, jeszcze raz i jeszcze... Powinien coś zrobić, ale nie wiedział co. Kiedy podniósł głowę po kolejnym przeczytaniu listu, stała w drzwiach i uśmiechała się. Co to, kurwa, jest? - zapytał. Polisa. Polisa na życie. Jeśli nie zadzwonię pod pewien numer przez dwadzieścia cztery godziny, oryginał tego listu trafi do gazety. Szykuj, kurwa, wyprawkę tatusiu. Ważny nie był zachwycony warunkami, ale co mógł zrobić. Agata miała argumenty nie do obalenia. A więc tak: podwyżka i kontrakt zapewniający jej nieusuwalność z pracy oraz pierwsze miejsce na liście do Sejmiku Wojewódzkiego w wyborach samorządowych. W zamian, w wywiadzie dla zaprzyjaźnionego dziennikarza lokalnej gazety, miała powiedzieć, że ojcem dziecka nie jest nikt z partii. Kiedy urodziła, Ważny pojawił się z bukietem, a umyślny dostarczył bu-kiet od Najważniejszego. Obserwatorzy z zewnątrz mogli tylko podziwiać, jak partia troszczy się o swoje członkinie, co dyspozycyjny pismak skrzętnie opisał, umiejętnie wplatając w tekst, że szczęśliwy tatuś, a chwilowo nieobecny przyjaciel Agaty, nie ma żadnych związków z partią. Potem zaczęło się dziwnie. Białorusinka nagle musiała wrócić do domu. Ponieważ Agata, jako samotna matka z dwójką dzieci, miała o wiele mniej czasu, a partia miała kłopoty i musiała wystawiać tych, którzy całkowicie poświęcą się kampanii, wycofano ją na dalekie miejsce, na pierwszym umieszczając Kamila. Wkurzało ją to, ale nie chciała zaogniać sytuacji, dopóki była na urlopie macierzyńskim. Kiedy wróciła, okazało się, że może liczyć jedynie na pół etatu, bo nie wypada wyganiać dziewczyny, która ją zastępowała. Wtedy po raz pierwszy poruszyła sprawę alimentów. Daj sobie siana - poradził Ważny, kiedy mu o tym powiedziała – bo wylądujesz na bruku. Nie posłuchała i wylądowała. Ledwie po raz ostatni trzasnęła za sobą drzwiami biura, natychmiast wykręciła numer do Gazety. Nie daruje, postanowiła, nie daruje. Następnego dnia rankiem, kiedy z satysfakcją czytała w Gazecie swoją historię, wzruszającą bardziej niż brazylijski serial i demaskatorską jak telewizyjna „Sprawa dla reportera” lub coś tam coś tam w tym zakresie, zadzwonił dzwonek. Otworzyła drzwi myśląc, że to sąsiadka, którą prosiła, by popilnowała dzieci, w czasie kiedy ona pójdzie do pośredniaka. Tymczasem przed nią, z wielkim bukietem kwiatów w ręku, stał Kamil. Zatrzasnęła drzwi bez słowa.

4.

I po tym wszystkim ty do niej ,kurwa, z kwiatami? - Artur nie mógł się nadziwić. Tak. A ona ci pac drzwi? Tak. Nawet nie zapytała, po co przyszedłem. A ty ciągle... Tak. Nie rozumiem. Bo tu nie ma nic do rozumienia. To z rozumem nie ma nic wspólnego. - Kamil wypił kolejną pięćdziesiątkę, popił sokiem, westchnął ciężko – To czujesz tu, w trzewiach. To jest choroba. Nie wiem czego: wzroku, węchu, słuchu, nerwów, a może wszystkiego razem. To cię ogarnia, nie panujesz nad tym. Stary, ja czasami brałem. Brałem, bo moglem. Brałem, bo miałem super odjazdy. Ale z każdego odjazdu wracałem. Bezpiecznie wracałem, nie wciągało mnie. To ja panowałem nad dragami, a nie one nade mną. A tutaj... Nie wiem, nie potrafię, nie umiem.... Czego nie umiesz? Nie umiem się wyzwolić. Kiedy wycięli jej ten numer, pomyślałem: dobrze ci tak dziwko... - wypity alkohol nie tylko rzucał się Kamilowi na dykcję, ale sprawiał również, że zamyślał się nagle i odpływał, nie kończąc wątku. Jaki numer? - Artur próbował ściągnąć go na ziemię. Jeszcze nigdy nie widział Kamila w takim stanie. Widywali się rzadko, ale zawsze w takich sytuacjach podziwiał go za optymizm, poczucie humoru i całkowicie luzackie podejście do życia. -Jaki numer jej wycieli? No, ten z zamianą. Jaką zamianą? Dzieci. Co? Normalnie, zamienili jej dzieciaka! I cały numer z DNA pierdut! A to się, kurwa, zdziwi! Zamienili jej dziecko?! - Artur nie mógł ukryć zdumienia. Tak! Jak? Coś takiego było w głosie Artura, że Kamil otrzeźwiał. Zrozumiał, że powiedział za dużo, o wiele za dużo. No... To znaczy nie wiem. Tak mówili. Kto? To znaczy... dziewczyny z biura – plątał się wyraźnie – a może to tylko plotki... czy ja wiem, przez nią chyba głupieję do końca... Artur nie naciskał. Pozwolił Kamilowi odpłynąć. Sam też miał o czym myśleć. Właśnie przestał być oficerem WSI. Ściągnięty specjalnie na weryfikację, w ankiecie, w miejscu gdzie domagano się donosu na kolegów wpisał: „Kumam, ale nie kapuję. Jebał was pies.” i w ten sposób rozstał się z armią. Wcześniej, likwidując interes w Afganistanie, nie zapomniał powiększyć, w sposób proporcjonalny do wysiłku i niebezpieczeństwa, stanu swojego konta założonego już dawno w niewielkim banku w Monako i systematycznie zasilanego, bez zbędnych formalności podatkowych, częścią zarobionych w służbie dla Ojczyzny pieniędzy, odkładanych na wypadek złego obrotu spraw. Nawet żelazne nerwy Artura Afganistan z lekka nadwyrężył. Szczególnie ostatni miesiąc. Wtedy właśnie otrzymał poufną wiadomość, że przysłany przez nową ekipę rządową facet z wywiadu wojskowego, dwudzie-stoparoletni harcerzyk, po krótkim, wieczorowym kursie wywiadu i an-tykomunizmu, zamiast zabezpieczać wojsko przed inwigilacją, wypytuje, z wyjątkową gorliwością, o niego i jego interesy, psując mu opinię i układy wśród Afgańczyków. Wkurwił się nieziemsko, kiedy, skradłszy gówniarzowi laptopa, spojrzał w jego notatki. Nie dość, że nie zaszyf-rowane, to niebezpieczne, gdyby się dostały w obce ręce. I co gorsza kłamliwe, stawiające w złym świetle właściwie połowę dowództwa zmia-ny. Wziął więc harcerzyka na rozmowę na osobności, żeby wytłumaczyć mu niegodziwość i niebezpieczeństwo takiego postępowania. Ale, kiedy tamten, po pierwszym solidnym kopie w dupę, wyjął broń i zaczął coś o aresztowaniu, w imieniu i tak dalej, wytrącił mu pistolet i solidnie zlał. Niestety, gówniarz był wyraźnie impregnowany na edukację. Nic nie zrozumiał. Więcej, zaczął grozić żandarmerią, sądem polowym, samym ministrem nawet. Artur nie miał wyjścia, obezwładnił gościa, przyłożył mu nóż do gardła i powiedział: Przykro mi koleś, to nie są podchody pod obóz harcerek. Nie nada-jesz się na tę wojnę i nie chcesz się nadawać. Jesteś niebezpieczny dla zbyt wielu ludzi. Żal mi twojego młodego życia. Zarżnął go błyskawicznie i bez skrupułów, w sposób, w jaki zazwyczaj robią to talibowie. Śledztwo w tej sprawie szybko wykazało rażący brak ostrożności ze strony niedoświadczonego oficera i bardzo niebezpieczną utratę jego laptopa, który zapewne dostał się w ręce wroga. Dowódca w raporcie do Warszawy sugerował, by nie narażać tak młodych osób na zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Uwolniony od armii, korzystając z bezpieczeństwa finansowego, jakie zapewniało mu konto w małym banku w Monako, Artur postanowił wybrać się do Grecji, zwiedzić Kretę, Cypr, Rodos, może wynająć jakąś małą chałupkę w którymś z greckich miasteczek , łowić ryby, pić wino, odświeżyć swoją grekę, coś poczytać, coś pooglądać, może coś poderwać, nie myśleć o niczym praktycznym, póki się da. A potem rozejrzeć się za robotą bodygarda, kapitana na jachcie dla bogaczy lub czymś podobnym. Tu, w kraju, nie widział dla siebie przyszłości. Nad ranem, oddzielnymi taksówkami, dwaj starzy kumple odpłynęli, każdy na swoje wyspy nie do końca szczęśliwe. 5.

Jeżeli Bóg istnieje, to ostro z nami pogrywa – myślał Duch grzebiąc w popiele dogasającego ogniska kijem, który wcześniej służył mu do smażenia kiełbasek. Niby wiedział, że kiedyś to się zdarzy, przygotowywał się do tego, zabezpieczał, ale kiedy już się stało, został absolutnie zaskoczony. Najbardziej wściekała go absurdalność całej sytuacji. To, że z myśliwego stał się zwierzyną wcale go nie zdziwiło, miał to wkalkulowane, jako ryzyko zawodowe. Ale że ustrzelony został przez dawnego kolegę? W taki sposób? Absurd, czysty absurd. W życiu nie mógł czegoś takiego przewidzieć. Dzień tryumfu, w ciągu paru chwil, zamienił się w dzień klęski. W zaledwie pół godziny odczuł, jak można człowiekowi zniszczyć, no, powiedzmy, mocno skomplikować życie. A przecież robił to samo z innymi, bez krzty wyrzutów sumienia. Nie dalej jak dwa tygodnie temu, tuż po długim weekendzie, nagle, faworyci, Ukraińcy, ni stąd ni zowąd, wycofali się z walki o duży kontrakt na zakup polskich hut stali. Nikt nie wiedział dlaczego, świetni dotychczas negocjatorzy, odpuścili. Nikt poza Piotrem. Nikt bowiem, poza nim i kierującym ukraińską ekipą negocjatorów dy-rektorem generalnym koncernu, nie znał, zrobionego z ukrycia, filmo-wego i fotograficznego zapisu kilku wesołych wieczorów, w czasie których, by odreagować stres negocjacyjny, w sposób niezwykle wyrafinowany, baraszkowali sobie we troje: pan dyrektor, jego młody, bardzo zdolny i robiący błyskotliwą karierę asystent oraz piękna Helena, żona asystenta. Materiał niewątpliwie mógłby liczyć na znaczną oglądalność na You Tube, w części dla dorosłych. UKRAIŃSKIE ORGIE – brutalnie, lub NIEMORALNA PROPOZYCJA DLA DWOJGA – wyrafinowanie, krzyczałyby wielkimi tytułami na pier-wszych stronach tabloidy, epatując gawiedź podrzuconymi im zdjęcia-mi, a podtytuły w stylu „Czy polskie huty znajdą się w rękach ukraińskich zboczeńców?” niewątpliwie mogły dawać pretekst politykom przychylnym Hindusom do wezwań, by zerwać rozmowy ze zdegenerowanymi kryptokomunistami z Doniecka. Na to nie wolno było pozwolić, bo ucierpieć by mogły i inne interesy. Już lepiej było wycofać się po cichu. Piotr miał jeszcze w oczach ten moment, kiedy, podczas śniadania, podszedł do wielkiego PANA DYREKTORA i przedstawiając się jako skromny dziennikarz lokalnej gazety, poprosił o chwilę rozmowy. Usłyszał wtedy krótkie i twarde NIET. Pamięta też minę tego bonzy, gdy otworzył przed jego oczami aktówkę ze zdjęciem i powiedział cicho: „Smatrij sukinsynu”. Rzucił ją mu na stół i poszedł do stolika w drugim końcu sali. Facet spojrzał jeszcze raz, przerzucił kilka fotografii, natrafił na CD z napisem film i zzieleniał, choć to twardy, zaprawiony w rożnych bojach zawodnik. Wyszedł natychmiast biorąc ze sobą aktówkę. Ich rozmowa była krótka. Ile? - zapytał Ukrainiec. Nic. Więc co chcesz? Panie dyrektorze, nie chcemy, by nasza firma znalazła się w rękach zwyrodnialców. A co robicie na Ukrainie, to nam nic do tego – odpo-wiedział, odwrócił się na pięcie i poszedł. Potem jeszcze ten jego asystent pobiegł za Piotrem i pytał, czy jak się wycofają, to aby na pewno... Jesteśmy lojalni, dyskretni i honorowi – odpowiedział wtedy z dumą. I prawie tak myślał. Uradowany poszedł na zasłużony lunch. Fakt, że utopił właśnie tych lu-dzi w gównie nie popsuł mu wtedy apetytu. Teraz tamta sytuacja wydawała mu się już dużo mniej zabawna. Siedząc w tym samym szambie, rozumiał, co wtedy czuli oni. Nie ma mocnych. Prawie piętnaście lat w tym biznesie, marka jednego z najlepszych, dewiza: perfekcja, dyskrecja i bezpieczeństwo, wszystko to w ciągu pół godziny poszło się jebać. A on nie mógł nic zdziałać. Czuł się, jak szachista znienacka rąbnięty przez przeciwnika pięścią w szczękę i uznany przez sędziów przegranym przez nokaut. Kiedy próbował się podnieść od dogasającego ogniska, okazało się, że Jaś Wędrowniczek zrobił swoje. Nie osiągając pionu padł. Nie ma szachistów nie do znokautowania, są tylko źle trafieni... coś w tym jest – pomyślał. - Dlatego nawet przy szachownicy trzymaj gardę wysoko - skonstatował i zasnął na twardej, ledwo co ociosanej, ławie.

6.

Profesjonalne lanie na śniadanie, to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Artur nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Szczególnie, kiedy na własnej skórze przekonał się, jak potrafią to robić wybitni fachowcy. Szybko, beż śladów, bardzo boleśnie i z full upokorzeniem. Kiedy puściły mu zwieracze, uznali robotę za skończoną i poinformowali, że za godzinę odświeżony, powinien zjawić się w Bristolu, w apartamencie swego pracodawcy. Był punktualnie. Ochroniarz, który go wpuścił, nie narzucał się towarzystwem. Pozwolił Wolnemu w samotności kontemplować zawartość koperty, którą wręczył mu przy wejściu. Koperta zawierała kilkanaście fotografii. Fotografii może artystycznie niedoskonałych, ale robiących na Arturze piorunujące wrażenie. I to wrażenie nie tyle związane ze zdecydowanie erotyczną, niekiedy zahaczającą o pornografię treścią, ile z występującymi na nich postaciami, które znał aż za dobrze. Lokator apartamentu Iwan Aleksandrowicz Jewtuszenko szef ukraińskich negocjatorów w rozmowach o zakupie polskich hut stali, jego asystent Alosza Kirilenko i Helena - piękna żona asystenta, tworzyli na zdjęciach niekiedy figurę bliską Grupie Laokoona, gdzie indziej zaś robili wrażenie, że uczestniczą w sesji fotograficznej do „Kamasutry”. No, to świetnie się spisał. Od dwóch miesięcy brał dużą kasę, między innymi za to, żeby czyścić pomieszczenia swego pracodawcy z jakichkolwiek możliwości inwigilacji, a tu tymczasem... Jak mógł nie pomyśleć, że niebezpieczeństwo może też czaić się w pokoju Aloszy? Powinien. Zasadą jest, że wybierać należy do sprawdzania miejsca najbardziej nieprawdopodobne. Tymczasem jemu zabrakło wyobraźni. A gdy-by Jewtuszenko był pedałem i bzykał któregoś z ochroniarzy? Tak też teoretycznie mogło być. A i w pokojach ochroniarzy nie sprawdzali. Z bólem uznał, że lanie jak najbardziej mu się należało. No i kak tiebia nrawitsja? - usłyszał za plecami głos gospodarza. Głos łagodny, jak szum strumyka albo jak powiew jedwabnego sza-la, który, delikatnie owinięty wokół szyi i zaciągnięty umiejętnie, potrafi szybko przenieść człowieka do krainy wiecznej szczęśliwości. Iwan Aleksandrowicz Jwetusznko, nie był krewnym poety, nie miał też natury poetyckiej, choć przyznać trzeba, że jego aksamitny baryton, kiedy nucił dumki przy biesiadzie, zmiękczał serca kobiet. Potrafił jednak, nie zmieniając tembru głosu, wydać polecenie, które wpływało na losy setek, a nawet tysięcy, ludzi. Na los niektórych w sposób ostateczny. Jako dyrektor generalny jednego z trzech największych donieckich konsorcjów metalurgicznych, nie był, co prawda, oligarchą, ale postacią prawie równie ważną. Rzadko bowiem się zdarzało, by właściciele nie pytali go o zdanie przed podjęciem znaczących decyzji, lub komu innemu powierzali negocjacje dotyczące przejęć innych zakładów na Ukrainie, czy za granicą. Mówił biegle, po polsku, czesku, słowacku, łotewsku, litewsku, niemiecku, angielsku, hiszpańsku, co raz mniejsze miał problemy z japońskim i chińskim. Błyskawicznie nawiązywał dobre kon-takty. Potrafił twardo negocjować. Umiał też, jak dotąd, zapewnić sobie skuteczną ochronę i znajdować ludzi, którzy świetnie zbierali dla niego, istotne w czasie rozmów, informacje pozwalające zmiękczać przeciwnika. Pomagała mu w tym przeszłość oficera GRU. Krótką, bo zaledwie sześcioletnią, karierę w służbie przerwał mu rozpad Związku Radzieckiego. Do nowych, ukraińskich służb, już nie wstąpił. Nowa rzeczywistość stwarzała zdecydowanie bardziej interesujące perspektywy. Firmy, przykrywki wywiadu, doinwestowywane najczęściej półlegalnym lub całkiem nielegalnym kapitałem, prywatyzowały się, a ich nadzorcy z ramienia służb i cwaniacy lub gangsterzy wspólnie stawali się ich właścicielami. Błyskawicznie obrastali gigantycznymi fortunami i przejmowali kolejne, co raz to bardziej znaczące, dziedziny gospodarki. Do takich przejęć świetnie nadawali się byli oficerowie KGB lub GRU. Szczególnie ci najinteligentniejsi i absolutnie bezwzględni. Nic więc dziwnego, że wyróżniający się w czasach służby lejtnant Jewtuszenko szybko znalazł miejsce w gigancie metalurgicznym swego dawnego przełożonego, pułkownika Kowalowa. Siergieja Wasyliewicza Kowalowa - potomka jednego najznamienitszych rodów kupieckich carskiej Rosji. Wot, szutka istorii. Po piętnastu latach pracy, Iwan Aleksandrowicz Jewtuszenko dorobił się, dwóch procentów akcji firmy, stanowiska dyrektora generalnego i opinii niedoścignionego mistrza przejęć. Miał też drobne wpadki wyni-kające z nazbyt wybujałego temperamentu seksualnego. Z tego też powodu jedna z jego sekretarek, urodziwszy bliźniaki, dostała ciekawą pracę w przedstawicielstwie firmy w Monachium, druga, zdecydowanie mniej rozsądna, po doniesieniu o dokonanym na niej rzekomo gwałcie, podczas wyjazdu służbowego, zginęła w wyniku awarii hamulców w jej dwunastoletnim citroenie. Sprawę oczywiście umorzono. Ty Iwan uważaj – krótko skomentował to szef. - Nie trzeba nam takich afer. Wystarczyło. Kowalow zwykle nie powtarzał dwa razy. Jewtuszenko nie miał wątpliwości, że za następny raz zapłaci posadą. W tej sytuacji, układ z Aloszą i jego żoną Heleną był idealny. Ją wyraźnie kręcił taki trójkąt. Jemu, wyglądało na to, nie przeszkadzał. Tym bardziej, że dzięki temu układowi, niewątpliwym własnym zdolnościom i charakterowi zimnego cynika, jeszcze przed trzydziestką, jako asystent naczelnego dyrektora, stawał się wpływowym człowie-kiem w firmie, z dużymi szansami na szybkie awanse. Przejęcie polskich hut wydawało się proste. Hindusi, jedyny poważny konkurent, mieli zdecydowanie mniej atutów. Ale, ponieważ ostrożności w biznesie nigdy nie za wiele, Jewtuszenko nie zaniedbał normalnych działań ochronnych. Tym bardziej, że warto było stworzyć sobie na przyszłość dobrą osłonę wywiadowczą. Biznes tak wielki, a poza tym w dużym stopniu strategiczny, wymaga tego, by wiedzieć, co w kraju piszczy, i w gospodarce, i w polityce. No i warto mieć dobrze rozpoz-nane wywiadowcze wtyki gospodarzy. Poza tym, była wyjątkowa okazja zatrudnienia naprawdę wybitnych fachowców. To, co właśnie wtedy wydarzyło się w Polsce, powinno zostać zapisane w księdze Guinessa, jako idiotyzm stulecia. W czasie kampanii wyborczej, dwie największe partie jawnie ogłaszały, że ich zamiarem po wyborach jest likwidacja wojskowych tajnych służb, weryfikacja oficerów i tworzenie nowych. Dotychczas nikt, nawet bolszewicy po rewolucji, nie wpadł na tak oryginalny pomysł. Były kraje, które robiły czystki w służbach w sposób bardzo bezwzględny, tyle, że działo się to u nich w absolutnej tajemnicy. Nic dziwnego, że w oczekiwaniu na tę decyzję, co większe wywiady a także wywiadownie gospodarcze i firmy consultingowe przebierały z niecierpliwością nogami, jak tłum zakupoholików przed otwarciem supermarketu w dniu wyprzedaży. Z tym większą, że Antoni Marancewicz - facet, któremu ostatecznie powierzono tę robotę, o fizjonomii Dzierżyńskiego i mentalności enkawudysty, już dziesięć lat wcześniej, jako minister spraw wewnętrznych, udowodnił, że w imię walki ze złogami komunizmu i ludźmi, których uznał za wrogów oso-bistych, gotów jest działać wbrew wszelkim zasadom i zdrowemu rozsądkowi też. Ale nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się, że codziennie rano będą mogli obserwować sznurek tajnych agentów jawnie wędrujących do komisji weryfikacyjnej. Tylko dlatego, że pan minister tak nakazał. Ilość fotografów, z całego zapewne świata, uwieczniających to towarzystwo, z pewnością mogłaby konkurować z liczbą paparazzich fotografujących gwiazdy podczas uroczystości rozdawania Oskarów. Tyle, że tu nie błyskały flesze, a zasadą była dyskrecja. Mając do dyspozycji fotografie oraz dobre układy z ukraińskimi służbami, Iwan Aleksandrowicz wytypował czterech potencjalnych kandydatów do werbunku. Dwóch weteranów, jeszcze z rosyjskiej szkoły, zajął ktoś szybciej. Z dwóch młodszych, Artur Wolny wydawał się bardziej przydatny. Prawnik z wykształcenia, bardzo przekonujący jako zdolny „socjolog i religioznawca” na stypendium naukowym w Libanie, prezes firmy-przykrywki w Iraku, potem również jako handlowiec w Afganistanie. Przede wszystkim gość świetnie infiltrujący świat biznesu, a przy tym dobry specjalista od wykrywania i zakładania podsłuchów. Postawiony w sytuacji bez wyjścia, nie zawahał się z zimna krwią zabijać. Chłodny, cyniczny, samotny. „Skurwysyn, cholerny skurwysyn”. Jewtuszenko kipiał wewnętrznie, ale na zewnątrz był jak głaz. No i jak ci się podobają? – przeszedł na polski. Nie rozumiem. - Artur nie mógł pojąć, jak to było możliwe, żeby wszyscy oni, cała czwórka, nie pomyśleli o apartamencie Aloszy. Tym bardziej powinno im to przyjść do głowy, że, poza jednym razem, na początku, nikt nie próbował w żaden sposób inwigilować pomieszczeń Jewtuszenki. Wyglądało na to, że haki na Ukraińców, jeśli ktoś zbierał, to raczej nie w Warszawie. O tym, że u Aloszy i Heleny odbywają się seks imprezki, powinni się sami dowiedzieć. Nie rozu-miał i tego, że Jewtuszenko mu nie powiedział, w swoim własnym interesie. Wolał jednak przemilczeć pretensję do szefa. Byłego już szefa, zapewne. A teraz? - Jewtuszenko rzucił na stół następną fotografię. - Znasz go? Tak. To Piotr Duch. Mój kolega ze studiów. Ale co on z tym ma wspólnego? Nic. Poza tym, że to on dał mi te zdjęcia. Co?! Nie udawaj. Ładnie sobie to wymyśliliście, Polaczki... Od lat się nie widzieliśmy. Tak? Tak. Aha! - Jewtuszenko otworzył drzwi i weszli: dwóch ochroniarzy, Alosza i na końcu Helena ze strzykawką w ręku. - No to sprawdzimy. Wolny podwinął rękaw. Helena zrobiła to bardzo sprawnie.

7.

Wolny obudził się, choć nie musiało się tak zdarzyć. Mogli przedawkować, mógł powiedzieć coś, co było na tyle niebezpieczne, że lepiej było go uśpić. Miał szczęście. Długi prysznic przywrócił go rzeczywistości. Reszty dopełniła kawa. Wracając z kuchni zauważył na biurku kopertę. Grubą kopertę. W środku były pieniądze. Gratyfikacja za kolejny miesiąc i taka sama kwota za miesiąc do przodu. To była nadspodziewanie dobra wiadomość. Dołączony do tego list przynosił zdecydowanie złe wiadomości. Jego anonimowy autor domagał się rzeczy właściwie niemożliwej. Wolny i jego ekipa mieli miesiąc czasu na, mówiąc najogólniej, takie skompromitowanie Ducha, by został aresztowany z wieloletnim wyrokiem w perspektywie. I powinien to być wyrok za czyn odrażający, za który czekałaby go nie tylko kara ale i prześladowanie ze strony współwięźniów. Mogła to być pedofilia, zabójstwo dziecka albo ciężarnej kobiety lub co tam sobie podobnego wymyślą. Propozycja była nie do odrzucenia. Za niewywiązanie się w terminie przewidziana była kara umowna. Jedno z nich zginie. Następny termin będzie o połowę krótszy, a konsekwencje takie same. Aż, jak to bywa w niektórych promocjach, do wyczerpania zapasów. Ostatnim ma być on, Artur. Wyjątkowo perfidny pomysł. Skoro naraził im się Duch, mogli go zabić. Każdy ze zbirów Jewtuszenki potrafił to zrobić tak, by nie zostawić po sobie śladu. Ale nie o to chodziło. Zmuszając Artura do wrobienia Du-cha, upokarzano jeszcze i jego dając mu alternatywę: albo skazanie kumpla, może nie na śmierć, lecz na coś znacznie gorszego, bo wię-zienną gehennę, albo wydanie wyroku na swoich ludzi. Nie było dobrego wyboru, a musiał wybrać, więc postanowił, że kryterium będzie ilość ofiar. Cztery do jednego przegrał Piotr. Dla zachowania dyskrecji i bezpieczeństwa kontaktować się mieli w określone dni i zawsze na nowy telefon i nową kartę SIM. Karty, ponumerowane według przyszłej kolejności rozmów, zostawiono Arturo-wi w biurku. Sprawdził, było ich dziesięć. W telefony musiał zainwes-tować sam. Pierwsza rozmowa miała się odbyć natychmiast, jak tylko się obudzi. Poszedł więc do najbliższego sklepu po telefon, uzbroił go i czekał. Nie czekał długo. Rozmowa była krótka, głos rozmówcy zniekształcony. Zrozumiałeś list? Tak. Za 14 dni weź starter nr 2. Przygotuj raport na minutę. I nie kłam, mamy cię na oku. Ale... Było po rozmowie. Starter i telefon wyrzucił do ścieków. Oddzielnie.

8.

KTO JEST OJCEM CÓRKI AGATY G? POLITYCY OCZYSZCZENI AGATA G. KŁAMIE – DNA NIE krzyczały nagłówki na pierwszych stronach tabloidów. Wolny kupił gazety. A więc z tą podmianą dziecka to chyba prawda? Kamil nie bredził? Artur jeszcze nie wiedział dokładnie dlaczego, ale był pewien, że jest to ważna i dobra wiadomość. Pierwsza od pięciu dni dobra wiadomość. Pierwsza od czasu, kiedy to otrzymał list ultimatum i nie wiedział, jak sobie poradzić z jego realizacją. Nikt z nich, z całej czwórki, nie miał pomysłu. Teraz, kiedy czytał te gazety, pomysł wreszcie się pojawił. Bezwzględny, krwawy, okrutny, ale był. W końcu walczyli o życie, swoje życie. A skoro jedyny wybór, to wybór między życiem cudzym a własnym, to wybiera się życie własne.

9.

Wygląda na laweciarza – powiedziała cycata Emilka anonsując posłowi Musiałkowi kolejnego interesanta. Jej zadaniem było, zorientować się kim jest klient i dyskretnie poinformować posła. Ostatnio wielu laweciarzy przychodziło do jego poselskiego biura, po tym jak rząd wprowadził podwyższoną akcyzę na sprowadzane samochody. Polecenie było jasne: przyjmować w pierwszej kolejności i obie-cywać, że partia będzie walczyć, a Najważniejszy, jako wicepremier, będzie osobiście interweniował. No i oczywiście należy ich namawiać do tego, żeby się zapisali i takie te różne duperele. Laweciarzy łatwo jest zorganizować, łatwo za ich pomocą zablokować drogi, no i mają kasę. Szacunek im się należy. Wygląda, czy jest laweciarzem? - chciał się upewnić. A skąd ja mogę wiedzieć. Probowałam pytać, ale on tak coś na okrągło. Dobra, dawaj. - westchnął. Co raz bardziej był przekonany, że zamiast cycatej przydałaby się kumata. Ale Ważny wolał cycate. A najważniejsze dla politycznej kariery Musiałka było, by zadowolony był Ważny, no i Najważniejszy też. Przywitał gościa serdecznie. Proszę, niech pan siada. Kawa, herbata? Kawa Emilka, kawa dla pana..., jak panu na imię? Artur - facet, który zajmował fotel wyglądał, jak nic, na laweciarza, lub kogoś w tym stylu. Zmęczona, prymitywna gęba z dwudniowym zarostem, skurzana kurtka, chińska wersja omegi na ręce, na szyi złoty łańcuch, dżinsy, buty Nike, mocny zapach podróby Fahrenheita. W żadnym wypadku nie robił wrażenia kogoś, kim był naprawdę. Już podaję. - Emilka powiedziała to tak, jakby za chwilę miała podać nie tylko kawę, ale i siebie na dokładkę. I wyszła. Pan, panie Arturze, pierwszy raz u nas? Tak. Mam nadzieję, że nie ostatni. To zależy. Od czego? Od naszej rozmowy. Pewnie. U nas wszyscy mogą liczyć na pomoc. Zapali Pan – wyciągnął zachęcająco paczkę malborasów. Nie palę. To i ja nie będę palił. Zna Pan ten dowcip? Jaki? Jedzie sobie prezydent rządową furą. Szczere pole. Deszcz pada. Idzie poboczem chłopina. To prezydent zatrzymał wóz i kazał go zabrać. Niech chłop wie, że ludzkie panisko z prezydenta. Chłop wsiadł, podziękował, a że mu się dobrze zrobiło, to wyjął se Mocnego i zapalił. Śmierdzi ten Mocny tak, że prezydenta skręca. Ale nic. Chłop ledwie co skończył a już drugiego wyjmuje. Prezydent szybko za swoje i mówi: „Może takiego spróbujecie?” i częstuje go malborasem. „Czemu nie” chłop na to. Bierze papierosa i za ucho zakłada, a drugiego Mocnego zapala. Krzywi się prezydent od smrodu machorki. W końcu nie wytrzymał z ciekawości i pyta: „Nie lubi pan Marlboro?” „Czemu nie, lubię” chłop odpowiada. „To czemu pan nie zapalił?” prezydent na to. „A bo tego lepszego, to zapalę w lepszym towarzystwie.” Musiałek zarechotał zachwycony własnym dowcipem. W lepszym, kurde, towarzystwie. He he he. Dobre, no nie? Tak – uśmiechnął się kurtuazyjnie Artur, jakby szczery śmiech też zachowywał dla lepszego towarzystwa. Weszła Emilka z kawą. Stawiając filiżankę przed Arturem starała się, by zawartość jej dekoltu nie stanowiła dla niego tajemnicy. Facet był spoko, a jego fura, którą obejrzała przez okno, jeszcze bardziej. Jej zde-rzaki też markowe, więc a nuż... W końcu wolałaby z nim niż z tymi staruchami, więc każda okazja do lansu dobra. Odchodząc poruszała zachęcająco biodrami. Na próżno, Artur nawet tego nie zauważył. W czym panu możemy pomóc? - zagaił poseł po wyjściu Emilki. To raczej ja mogę wam pomóc. Nie rozumiem. Nie musisz - niespodziewanie dla pana posła, Artur przeszedł z nim na ty. - Wystarczy, jak powiesz swoim bosom, że jest ktoś, kto wie o zamianie dzieciaków i albo dostarczy gdzie trzeba właściwe DNA, albo im pomoże załatwić problem. To jest numer telefonu. - rzucił kartkę na stolik przy którym siedzieli. - Czekam 24 godziny. - Wstał i ruszył do drzwi. W sekretariacie uśmiechnął się do Emilki – Miłego dnia, życzę. I niech pani powie szefowi, żeby kupił porządny ekspres do kawy. Tej lury nie da się pić. Dobrze – westchnęła do zamykających się już drzwi.

10.

Zadzwonili jeszcze przed wieczorem. Dzwonił sam Ważny. Ustalili warunki. A że cena była zdecydowanie umiarkowana, więc szybko doszli do porozumienia. Na koniec rozmowy Artur poinformował Ważnego, że, jak w większości solidnych serwisów telefonicznych, tak i tutaj, rozmo-wa została nagrana, co nieco zważyło atmosferę, ale zdecydowanie bardziej uprawdopodobniło skrupulatne rozliczenie się z transakcji. Teraz już nie było wątpliwości. Agacie Graczyk podmieniono dziecko. Wolny zyskał na to najlepsze możliwe potwierdzenie. Mógł wprowadzić swój plan w życie. Powinien się cieszyć. Jednak nie bardzo potrafił. Bo choć pułapka się otwierała, to tym, który miał w nią wpaść, był bliski kiedyś kumpel, przyjaciel prawie. Na całe szczęście nie widzieli się ponad 15 lat. To trochę łagodziło dyskomfort. O Piotrze wiedział tyle, że robił jakieś dziwne interesy. Mówiło się, że jego firma pracuje dla największych i że z oficjalnym doradztwem biznesowym nie ma to nic wspólnego. Mówiło się o nim, że jest Duchem i działa jak duch: NIEZAUWAŻALNIE I DO BÓLU DYSKRETNIE. Tak dyskretnie, że nawet on, Artur nie zorientował się, że stoją po dwóch stronach barykady. Jak mu doniesiono, negocjacje z Hindusami miały zakończyć się przed końcem tygodnia. Zdecydował, że swoją akcję on zacznie w piątek. Na ten dzień sekretarka Piotra, Kasia, dostała wezwanie do urzędu skarbowego w swoim mieście. Artur wypisał i opieczętował je przy pomocy profesjonalnego oprogramowania, które nazywał „urząd na każdą okazję”. Wiedział więc, że Piotr będzie sam. Przed biurem czekał już wczesnym rankiem. Kiedy Duch wyszedł, poszedł za nim w stronę Fo-rum. Zobaczył, że Piotr zamawia śniadanie w hotelowej kawiarni. Ozna-czało to, że ma dość dużo czasu. Sforsowanie drzwi nie zajęło mu więcej niż 5 minut, tym bardziej, że wcześniej poznał mechanizm alarmu. Szybko przeszukał biuro. Stanowiło ono frontową część wielkiego mieszkania, które jeszcze w czasach studenckich Duch odziedziczył po ciotce. Potem wszedł do części prywatniej. Antyki, przedwojenne polskie malarstwo na ścianach, wszystko w idealnym stanie i porządku. Piotr nadal był pedantem. Dlatego Arturowi nie trudno było domyślić się, gdzie może trzymać broń. Zamkniętą na kluczyk wewnętrzną szufladę stylowego sekretarzyka otworzył bez trudu. W środku leżał glock oraz trzy opakowania z nabojami. Nie dotykał ich. Zamknął szufladę i zacierając wszelkie ślady swojej bytności wrócił do biura. Za drzwiami gabinetu postawił krzesło, żeby nie zmęczyć się czekaniem na stojąco. Włączył ponownie alarm. Siadł na krześle, na głowę nałożył kominiarkę, wyjął z kieszeni gazetę i zabrał się za lekturę. Po pół godzinie usłyszał zgrzyt klucza w zamku. Wstał, poprawił kominiarkę, wyjął broń. Był gotowy.

11.

Nad ranem zrobiło się zimno. Nawet popiół w ognisku wystygł. Piotr wszedł do swojej Duchówki. Zapalił w kominku. Wszedł pod prysznic. Zimny jogurt, gorąca kawa, trucht wokół jeziorka. Kolejny prysznic. Śniadanie. I po kacu. Zaparzył kolejna kawę w ekspresie. Wziął czystą kartkę papieru i spróbował podsumować. Lubił sobie takie rzeczy porządkować na piśmie. Wtedy wyraźniej widać luki rozumowania. Komu zależy na znalezieniu prawdziwego dziecka Agaty i uzyskaniu jego DNA? 1. Politykom zamieszanym w seks aferę? 2. Opozycji, żeby uderzyć w rząd? 3. Premierowi, żeby rozbić szeregi obciachowego koalicjanta, zniszczyć Najważniejszego i jego dwór, i przejąć ludzi? To wszyscy. Jakby nie patrzeć, wdepnął w cholerne polityczne gówno. A obiecywał sobie solennie: żadnej polityki. Od czasu, kiedy nagle i pozornie bez powodu, wyrzucono go ze szkoły wywiadu w Kiejkutach starał się nie wchodzić państwu w drogę i tego samego od państwa sobie życzył. Do dziś pamięta ten dzień. Końcówka kursu. Został wezwany do komendanta. Szedł z przekonaniem, że otrzyma delegację do Warszawy po odbiór nagrody ministra, a może nawet zaoferują mu stypendium w Stanach. W końcu, jako jeden z trójki najlepszych w swoim roczniku, mógł się tego spodziewać, a tymczasem... dostał kopa. Dla dobra służby. Gówno prawda! Paradoksalnie, zaszkodziły mu dobre wyniki. Marancewicz, nowy minister spraw wewnętrznych, miał hopla na punkcie służb specjalnych. Nie ufał starym. Zależało mu na młodej, kształconej już w nowej Polsce kadrze. Nic więc dziwnego, że zażyczył sobie bio-gramów przedstawionych mu do nagrody absolwentów kiejkuckiej szkoły. Na pierwszej teczce czarnym flamastrem wypisane było nazwisko i imię dobrze mu znane: DUCH PIOTR. Duch? Znał kiedyś Ducha, Jana Ducha. I to był ten Duch. Ojciec Piotra. Pracowali wspólnie w Instytucie Historii PAN w Poznaniu. Marancewicz, wtedy doktorant, zajmował się współczesną historią Ameryki Południo-wej i był zagorzałym miłośnikiem Che Guevary. O kilka lat starszy Duch, doktor habilitowany, prawnik i historyk z wykształcenia, specjalizujący się we współczesnych doktrynach wojskowych był już wtedy kierownikiem zakładu i Sekretarzem Podstawowej Organizacji Partyjnej. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych ich drogi się rozeszły. Jeden stawał się ważną postacią opozycji, drugi z sukcesem robił karierę naukową. W roku osiemdziesiątym Marancewicz był już czołowym działaczem Solidarności, Duch zaś profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i wykładowcą w Akademii Sztabu Generalnego, jednym z niewielu uni-wersyteckich nauczycieli, którzy nie zapisali się do Solidarności. Wielkie więc wywołał zdziwienie, kiedy po ogłoszeniu stanu wojennego rzucił le-gitymacją partyjną i odszedł z obu uczelni. Nikt się na nim nie mścił. Wrócił do Poznania. Został notariuszem. Wtedy była to posada państwowa, z której, przy ogólnej biedzie, wyżyć się jakoś dało. Coś tam jeszcze pisał do Zeszytów Historycznych, opublikował nawet powieść sensacyjną, dziejącą się w środowisku naukowców. Żył cicho, skromnie, nie wadząc nikomu. Aż pewnego dnia zapukał do jego drzwi Marancewicz, wtedy jeszcze poszukiwany jako zbieg z internowania. Nie oczekiwał schronienia, szukał kontaktów. Przegadali wtedy ładnych parę godzin, choć właściwie był to monolog Marancewicza, którego z anielską cierpliwością wysłuchiwał profesor Duch. Pomysł, z którym Marancewicz przyszedł był księżycowy. Chciał nieoficjalnie nawiązać kontakty z generałami, wśród których, jak sądził, jest wielu patriotów. Uważał, że jest możliwe porozumienie pomiędzy wojskiem, kościołem oraz narodowo-patriotycznym odłamem opozycji i współdziałanie, którego efektem miała być zmiana ustrojowa w Polsce. Paranoja. Dla Jana Ducha, jeszcze niedawno profesora elitarnej uczelni wojskowej, były to mrzonki. Pozwolił swemu gościowi snuć do woli patriotyczne wizje. Trwało to długo, ale przetrzymał. Potem zaczął zadawać pytania. One obnażały jedno: pomysł teoretycznie jest świetny, tylko nierealny. Możemy się różnić poglądami – dopuścił taką możliwość Marancewicz – ale mam nadzieję, że jako patriota nie odmówi Pan... - tu zawiesił głos dramatycznie. Czego? Tu jest lista wojskowych, z którymi chcielibyśmy się spotkać. My? Jacy my? Ludzie opozycji, nie mogę podawać nazwisk, jestem upoważnionym przez nich emisariuszem. Duch przejrzał listę. Zachowanie kamiennej twarzy wymagało od niego nadludzkiego wysiłku. Wypisane na niej nazwiska świadczyć mogły, że spisu tego dokonał paranoik, idiota albo prowokator. Taaaak.... to poważna sprawa, no i lista imponująca – westchnął ciężko. - Proszę ją zatrzymać. Nazwiska w większości pamiętam, a nie chciałbym mieć tego dokumentu w domu. Jeśli to możliwe, proszę, żeby pan, lub inna osoba biorąca udział w tej inicjatywie zechciała wpaść do mnie jutro, tak koło dwudziestej. Wtedy odpowiem, na ile będę mógł pomóc. Gość nie potrafił ukryć uczucia zawodu. Był przekonany, że jego polityczna finezja i gorący patriotyzm zrobią większe wrażenie. Ale przystał na te warunki, bo musiał. Jan Duch, wraz z oddaniem legitymacji partyjnej, przyrzekł sobie solennie, że juz nigdy i pod żadnym pozorem nie wda się w politykę, po żadnej ze stron. Był skrajnym racjonalistą, więc nie wierzył w możliwość zmiany systemu i tę całą konspirację uważał za szlachetną zabawę dorosłych chłopców. Skurwysyństwo władzy wypowiadającej wojnę własnemu narodowi nie pozwalało mu na jakiekolwiek identyfikowanie się z systemem. Teraz, wbrew sobie, został w to wszystko wciągnięty. I to nie dokładnie wiedząc przez kogo: fantastę, czy prowokatora. Trudno, musiał to sprawdzić. Wykonał parę telefonów do ludzi, których znał, a którzy znali ludzi, którzy znali tych ludzi, którzy powinni to potwierdzić, albo przynajmniej o tym wiedzieć. Ot, konspiracja. Po dwóch godzinach zadzwonił telefon. Panie Profesorze, wie pan kto mówi? Poznaję po głosie. Dotarła do mnie wiadomość. Czy ten spis to prawda? Tak. Jedenaście nazwisk? Tak - Potwierdził Duch. - Czy wie pan coś o tej inicjatywie? Nic. A ktoś z kręgu pana znajomych? Absolutnie nikt. A co pan o tym sądzi, profesorze? Szczerze? Szczerze. Paranoja albo prowokacja. Właśnie. Też tak myślę. Sprawdzamy to. Jeśli paranoja, to jakoś sobie poradzimy. Jeśli prowokacja, to powinien pan to zgłosić oficjalnie władzom. To co właściwie mam robić? Proszę poczekać do rana. Przed ósmą ktoś do pana zadzwoni i potwierdzi którąś wersję. Dobrze. Dobranoc. Dobranoc. Profesorze? Tak? Dziękuję. W porządku z pana facet. Powiedzmy. Dobranoc. Dobranoc. Już o siódmej rano Duch otrzymał wiadomość: zapomnieć o sprawie. O trzeciej po południu zadzwonił Marancewicz. Czekaj zdrajco – wyszeptał dramatycznie – jak wygramy, zapłacę ci za to – i rzucił słuchawkę. Nie zapłacił, nie zdążył. Wyręczył go pijany kierowca. Zimą, w styczniu 1989 roku, w wyniku czołowego zderzenia z ciężarówką, zginęli profesor Jan Duch i jego żona Marianna. Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy – pomyślał Marancewicz zamykając teczkę Piotra Ducha. - Tatuś uciekł w zaświaty, ale na całe szczęście dobry los podsyła synalka. - Wezwał swego asystenta. Panie ministrze? Proszę wziąć tę teczkę. Jutro ten człowiek ma być wyrzucony z kursu. Dla dobra służby. Zaoferować mu pracę dziadka klozetowego w ministerstwie, albo coś równie odpowiedzialnego. Jak nie zechce, niech się zwalnia. Ale, co mam powiedzieć komendantowi. Nic . A jak będzie pytał? Dla dobra służby. I tyle. Dla dobra służby - to wszystko, co usłyszał Piotr od komendanta, jako uzasadnienie natychmiastowego usunięcia go ze szkoły. A po chwili milczenia, jeszcze jedno, brzmiące, jak usprawiedliwienie zdanie: - Osobista decyzja pana ministra. Skurwysyn. Piotr widział go tylko raz w życiu, kiedy Marancewicz przyszedł do nich do domu. Miał 15 lat i to on otwierał wtedy drzwi temu facetowi. Właśnie z wypiekami na twarzy czytał Mistrza i Małgorzatę. Gość za drzwiami, szczupły, właściwie wychudzony, z czarną kozią bródką, z płonącymi jakimś niezdrowym blaskiem, świdrującymi oczami, skojarzył mu się jednoznacznie: Woland. Nie wpuścił go wtedy do mieszkania. Poprosił ojca. Kiedy tamten po paru godzinach wyszedł, zapytał: Tato, kto to był? Mój dawny znajomy. Dziwny taki jakiś. Bardzo. I bardzo niebezpieczny. Dlaczego? Nie ważne, nie chcę o tym mówić. Po latach okazało się, że ojciec miał absolutna rację. Facet okazał się i dziwny i niebezpieczny. Piotr nie miał na to dowodów, ale był w stu procentach pewien, że jego nagłe zwolnienie miało związek z ojcem i z tamtym wieczorem sprzed lat. Minęło czternaście lat, facet znów wrócił do władzy i, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, Piotr znów ma kłopoty, wielkie kłopoty. Woland, jak nic Woland. Jeszcze naprawdę zacznę wierzyć w diabły – pomyślał. - Do roboty. Nie czas na wspomnienia. Spojrzał na kartkę. Wykreślił opozycję. Oni nie mieli interesu w wyjaśnianiu czegokolwiek. Dla nich ciągniecie się seks afery bez ostatecznego rozstrzygnięcia było najlepszym rozwiązaniem. Nie ma motywu – nie ma sprawy. Zlecenie Najważniejszego. Dla niego i jego świty sama afera obyczajowa nie była problemem. Ich wyborcy nie byli szczególnie wrażliwi na losy molestowanych kobiet. Nikt też specjalnie nie robił tragedii z tego, że facet coś bzyknął na boku. Jak chłop jurny, to go czasami poniesie. To kobiety nie powinny się puszczać. Ale, jeśli okazałoby się, że zamienili dzieciaka.... Oooo, to już kicha. Takich rzeczy się nie wybacza. Co innego pogonić puszczalską, która chce faceta złapać na ciążę, a zupełnie co innego zamienić jej dziecko. Tego kobiety by nie wybaczyły, a zapewne i ich mężowie nie zagłosowaliby na takich skurwysynów. Ba, nawet w pierdlu, gdyby tam trafili, mieliby przechlapane. Tak więc w ich interesie jak najbardziej leżało to, by prawda nie wyszła na jaw. Wynajęli więc Artura, a on, chcąc zarobić, bo żyć trzeba, a jednocześnie obawiając się inwigilacji paranoików z nowych służb, wolał nie ryzykować i zamiast zrobić to sam, postanowił wrobić Piotra. Jeśli tak, to stał się w tych służbach wyjątkowym skurwysynem. Ta wersja wyglądała na logiczną i możliwą do przyjęcia. Zlecenie Premiera. W imię głoszonych przez siebie zasad: poszanowania prawa, sprawiedliwości i wysokich standardów moralnych, ten akurat premier teoretycznie nigdy nie powinien wiązać się z partią Najważniejszego, skoro pierwsze skrzypce grali w niej zadymiarze, cwaniacy, krętacze, oszuści wspierani przez cynicznych karierowiczów, którzy nie załapali się do innych partii, lub zostali z nich wyautowani. Pewnie nawet nie chciał. Ale musiał, skoro jego celem była władza, cała władza, a najlepiej władza absolutna. Dla dobra kraju, oczywiście. Nic więc dziwnego, że od samego początku starał się zdyskredytować Najważniejszego i jego świtę. Odsunąć ich od władzy, unicestwić ich partię i przejąć posłów. Pierwsza próba wywołania zamętu zakończyła się fiaskiem, gdy telewizja pokazała najbliższych współpracowników premiera przekupujących w hotelu poselskim ludzi Najważniejszego. Kompromitacja, jaką premier musiał wtedy przeżyć, nie zniechęciła go do takich planów. Zmobilizowała raczej do skuteczniejszej powtórki. Taki miał charakter. Nie byłoby więc w tym nic dziwnego, gdyby teraz zlecił zbadanie wątku, który mógł ostatecznie wyeliminować wyjątkowo niewygodnego koalicjanta. Piotr nie wątpił, że mając twardy dowód w ręku, premier nakazałby służbom, w imię powszechnie głoszonej, choć nie tak bezwzględnie przestrzeganej, zasady równości wobec prawa, aresztować Najważniejszego i Ważnego. A przerażonych, nie umoczonych w seks aferę posłów z ich partii, łaskawie przygarnąłby do swojej. Nie byłoby też dziwne, gdyby, po pierwszej wpadce, chcąc zachować to w całkowitej tajemnicy, nakazał, by, do czasu zyskania dowodów, wynająć kogoś nie zwią-zanego z polityką: profesjonalistę gwarantującego absolutną dyskrecję. Ta wersja wydawała się Piotrowi najwiarygodniejsza Zgadzał się i mo-tyw i metody. Artur, niby wyrzucony w ramach czystki, albo wyrzucony z obietnicą przyjęcia na powrót, jeśli dobrze wywiąże się z zadania, trafia do niego, bo go zna, bo Piotr stroni od polityki, bo jest fachowcem, bo jest dyskretny. Poza tym łatwo można go zaszantażować tym, że podda się publicznie w wątpliwość jego dobre imię i pokaże przekonujące dowody. Nawet, jeśli wyjdzie później, że spreparowane, to i tak z reputacji nici. To wszystko składało się w logiczną całość. Duch nie miał dobrego wyjścia. Wybrał więc mniejsze, dla siebie, zło: odnajdzie to zamienione dziecko, zdobędzie jego DNA i zapomni o sprawie. Na pytanie, co stanie się z odnalezioną dziewczynką i jej rodziną nie chciał sobie odpowiadać. W końcu to nie jego sprawa. Tym niech się zajmują psycholodzy. Po trzech godzinach, na kilku kartkach, pomiędzy esami floresami, trójkątami, bryłami geometrycznymi, kobiecymi aktami, karykaturami, wśród tej graficznej orgii kształtów, zapisany został precyzyjny plan działań. Ze względu na charakter sprawy, nie chciał w nią angażować swych stałych współpracowników. Dlatego postanowił, że wszystko, co możliwe, wykona sam, a do pomocy, jeśli to będzie konieczne, znajdzie zupełnie nowe osoby, którym nic nie będzie musiał tłumaczyć i które nigdy w życiu nie dowiedzą się, w czym naprawdę brały udział.

12.

Pani Kasiu, zmieniłem plany, nie będzie mnie przez dwa tygodnie albo i dłużej. Klientów, których było trzeba, zawiadomiłem. Gdyby się pojawił ktoś nowy proszę umawiać mnie nie wcześniej niż po 5. czerwca. Każdemu, kto będzie prosił o telefon, proszę powiedzieć, że na urlopie nie odbieram telefonów z zasady i dlatego nie zabrałem ze sobą żadnej komórki. Co jest prawdą. Do Pani wiadomości i tylko do Pani wiadomości. W Pani biurku jest starter. Proszę za firmowe pieniądze kupić nowy telefon (najprostszy, bez żadnych bajerów) i podłączyć go. Proszę w żadnym wypadku nie korzystać z niego. Ma on służyć na wypadek, kiedy ja będę musiał się z Panią skontaktować. Proszę nastawić tylko na sygnał wibracyjny, ponieważ sygnału nie powinien słyszeć nikt poza panią i nie powinna Pani rozmawiać ze mną w obecności innej osoby. Jeśli nie odbierze Pani za pierwszym razem, będę próbował łączenia co około 5 min, 10 razy. Jeśli w tym czasie nie odbierze Pani, to telefon proszę wyrzucić, najlepiej do Wisły, bo już na niego nie zadzwonię. Ten list jest instrukcją na wypadek sytuacji, która może się zdarzyć, choć jej prawdopodobieństwo jest mniejsze niż wygrana w totolotka. Ale ludzie wygrywają, więc wszystko jest możliwe. Proszę list zaraz zniszczyć. Pozdrawiam i życzę postępów w nauce do egzaminu na aplikację do zobaczenia Piotr Duch List powinien ją zdziwić i zaniepokoić. Zaniepokoił, ale nie zdziwił. Bo nic, co ją tu spotykało, już jej nie dziwiło. A dziwiła się na początek wszystkiemu. Kiedy szła na rozmowę kwalifikacyjną, była przekonana, że zatrudni się w dużej firmie. Adres, w samym centrum Warszawy, rok założenia 1992, consulting, wskazywały wyraźnie, że nie jest to spółdzielnia NIE DAJ SIĘ. I nie była, choć oprócz Piotra, właściciela, była jedyną zatrudnioną na stałe osobą. Pamięta pierwsze wrażenie. Wchodziło się do korytarza wprost na wielkie lustro w ozdobnej ramie. W rogu, po pra-wej, obok drzwi wejściowych stał wieszak na płaszcze i pojemnik na pa-rasole, wszystko w starym stylu. Po lewej, przez otwarte drzwi, wchodziło się do sekretariatu, a przez sekretariat, przez drzwi rozsuwane, do gabinetu szefa. Z pierwszego spotkania zapamiętała jedynie pięknie inkrustowany stolik, przy którym siedzieli, rzeźbioną bibliotekę, wielkie, w podobnym co biblioteka stylu, biurko, cienkie, z miśnieńskiej porcelany, filiżanki, wyborny smak kawy i słowa właściciela, które jeszcze dłu-go po wyjściu nie dawały jej spokoju. Najpierw wysłuchał jej cierpliwie, przychylnie potakując głową, kiedy mówiła o swych osiągnięciach i celach na przyszłość a potem sam zaczął, ciepłym, spokojnym głosem, bardziej terapeuty niż prawnika: Pani Kasiu. Nie oferuję pani pracy zbyt uciążliwej i nie jest to również praca na miarę pani ambicji. Jeśli się pani zdecyduje, to proszę ją potraktować, jako chwilową, dobrą okazję na okres przed aplikacją. Musi być pani tu obecna w godzinach pracy biura i miła dla każdego, kto przyjdzie, choć przyznam, że nie pamiętam, kiedy ktoś tu gościł. Poza mną oczywiście. Z klientami i współpracownikami spotykam się na ogół w mieście, lub u nich. Telefon też się tu raczej nie urywa. Nic więc nie będzie stało na przeszkodzie, by oddając firmie swój czas, nie mogła pani jednocześnie wykorzystywać go do przygotowania się do egzaminu na aplikację. Nie będę miał nic przeciw temu. Więcej, służę pomocą, głównie biblioteczną, bo jeśli chodzi o rady, to zbyt małe mam doświadczenie, jako adwokat, by móc cokolwiek radzić. - Podniósł się z fotela, podszedł do stojącej obok biurka etażerki, wziął z niej plik zadrukowanych kartek i położył przed nią na stoliku. - Tyle mniej więcej przygotowuję miesięcznie opracowań. Pani zadaniem będzie, poddawać je ostatecznej redakcji i przepisywać. Czasami będzie pani musiała znaleźć do nich odpowiednie paragrafy. Myślę, że nie jest tego dużo? Na oko wyglądało to na około 80 do 100 stron, więc nie wydało jej się to zbyt wiele, mimo, że jak zauważyła, część z nich pisana była po angielsku. Zabrał z powrotem papiery i kontynuował: Są za to trzy rzeczy, których wymagam bezwzględnie: lojalność, dyskrecja i dyspozycyjność. Pierwsze dwie są całkowicie zrozumiałe. W wypadku trzeciej, powiem dokładnie, o co chodzi. Może się tak zdarzyć, chociaż nie musi. A jeśli się zdarzy, to zapewne nie więcej niż raz. Otrzyma pani specjalny telefon do takiego właśnie kontaktu. Po-winna go pani mieć zawsze przy sobie. To na niego może pani otrzymać o każdej porze dnia czy nocy polecenie, by natychmiast udać się do biura lub w inne miejsce i bez dyskusji zrobić to, co każę. Nie zrobiło to na niej dobrego wrażenia. Zauważył to, uśmiechnął się i kontynuował. Proszę się nie obawiać. Nie chodzi tu w żadnym wypadku o usługi seksualne dla mnie czy moich klientów, ani o nic…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych